Strona główna

1 (37) 2009 ? S s. Dominika Beata Otolińska „Dzieła charytatywne prowadzone przez Zgromadzenie Sióstr Albertynek w Ameryce Południowej”


Pobieranie 24.91 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar24.91 Kb.



1

(37)

2009


?


S
S. Dominika

Beata Otolińska

„Dzieła charytatywne prowadzone przez Zgromadzenie Sióstr Albertynek w Ameryce Południowej”




iostry w Boliwii


15 stycznia 2009 r. s. Nancy Orihuela Villena złożyła śluby wieczyste. Jest to pierwsza profesja wieczysta Boliwijki, dlatego zamieszczamy garść informacji na temat jej Ojczyzny. Będzie to prawie całość zakończenia pracy magisterskiej (socjologia, UJ), poświęconej posłudze sióstr w Ameryce Południowej.

[…] Ameryka Południowa jawi się przede wszystkim jako kraj ogromnych kontrastów i różnorodności etnicznej i kulturowej. Posiada starodawne tradycje kulturalne i wielkie zasoby naturalne, które jednakże zostały w znacznej mierze zniszczone przez kolonizatorów. Argentyna należy do tzw. „białych” państw Ameryki Południowej, w Boliwii natomiast przeważa uboga, rodzima ludność indiańska. Boliwia bardzo dawno utraciła dostęp do morza, a w kolejnych wojnach traciła dalsze ziemie, korzystne pod względem gospodarczym. Niełatwe jest życie prostych ludzi, którzy z trudem zdobywają – albo i nie – najkonieczniejsze środki do życia. Brak jest rozwiniętego przemysłu, a dla ubogich – brak dostępu do oświaty (analfabetyzm sięga ok. 50%) i do służby zdrowia; również mentalność i styl życia nie sprzyjają korzystaniu z dóbr kultury, przyniesionych przez Europejczyków. Przejawy rodzimej kultury widoczne są jeszcze w języku, ubiorze, zwyczajach, muzyce i sztuce, ale są one dogłębnie zmieszane i złączone z innymi wpływami (np. tradycyjny strój Indianek z gór to w rzeczywistości ubiór narzucony im kilkaset lat temu przez Hiszpanów). Ogromne dysproporcje społeczno-ekonomiczne tworzą warunki permanentnej niesprawiedliwości społecznej, a nasilająca się globalizacja jeszcze pogłębia ten stan. Proces globalizacji sam w sobie mógłby być zjawiskiem pozytywnym, ale pozostając pod wpływem interesów najbogatszych przyczynia się do pogłębiającej się biedy ubogich krajów. Ponadto w Boliwii, państwie, którym rządzi garstka skorumpowanych urzędników i wojskowych, walcząca między sobą o władzę (w jej historii było mniej więcej tyle przewrotów politycznych, ile liczy sobie ona lat istnienia), panuje wewnętrzny chaos. Ludność próbuje walczyć o swoje prawa przy pomocy strajków i blokady dróg, lecz są to środki doraźne i na dłuższą metę niczego nie zmieniają. Także finansowa pomoc zagraniczna częstokroć „rozchodzi się” pomiędzy rządzących, nie docierając do najuboższych i nie spełniając swego celu, a plany pomocowe napotykają wielkie trudności w realizacji. Częstym źródłem utrzymania ludzi ubogich staje się uprawa i przemyt koki, przy czym wielkie zyski przechodzą w ręce mafii, a prości zbieracze częstokroć kończą w więzieniach, gdzie spędzają całe lata w nieludzkich warunkach – wśród uwięzionych i internowanych jest wiele kobiet z małymi dziećmi. Również religia chrześcijańska nie jest mocną stroną Boliwijczyków, którzy co prawda niemal w stu procentach są ochrzczeni, ale wiarę pojmują częstokroć bardzo płytko i łatwo ulegają różnym formom synkretyzmu oraz sektom.

W tej sytuacji Kościół katolicki próbuje śpieszyć z pomocą Boliwijczykom, we właściwy sobie sposób, poprzez różnorodną działalność misyjną i charytatywną. Praca charytatywna Kościoła jest bowiem ze swej istoty czymś o wiele więcej niż filantropią. Podczas gdy filantropia bazuje na humanizmie, kościelna caritas zakorzenia się w chrześcijańskiej wizji człowieka jako dziecka Bożego. W świetle Ewangelii niosący pomoc nigdy nie jest kimś lepszym czy bardziej wartościowym od tego, komu pomaga, ani też nie zyskuje nad nim władzy. Każdy człowiek jest ubogi, bo do zbawienia potrzebuje Bożego miłosierdzia, i każdy jest bezcenny, bo stworzony na obraz i podobieństwo Boże i odkupiony Krwią Chrystusa. W tym kluczu traci sens przeciwstawianie miłosierdzia (dobroczynności) sprawiedliwości, a dążenie do sprawiedliwych ustrojów nie eliminuje świadczenia miłosierdzia. „Miłość – caritas – zawsze będzie konieczna, również w najbardziej sprawiedliwej społeczności. […] Zawsze będzie istniało cierpienie, które potrzebuje pocieszenia i pomocy. Zawsze będzie samotność. Zawsze będą sytuacje materialnej potrzeby, w których konieczna jest pomoc w duchu konkretnej miłości bliźniego” (Benedykt XVI, Deus caritas est 26). W duchu tej miłości Kościół podejmuje także pracą misyjną, czyli dzieło ewangelizacji, bo w jego rozumieniu dobrem, i to dobrem największym każdego człowieka, jest także dojście do poznania prawdy – to znaczy Chrystusa, który ma moc uczynić człowieka szczęśliwym, nawet pośród nieuniknionego w życiu ludzkim cierpienia. W tę misję Kościoła pięknie wpisuje się charyzmat św. Brata Alberta. […] Przemienił on ogrzewalnię w przytulisko, gdzie każdy mógł dostać nocleg i posiłek, a także uczyć się pracy i godziwego życia. Taka była zasada pracy socjalnej Brata Alberta: najpierw zaspokoić najbardziej podstawowe potrzeby, a następnie dźwigać człowieka poprzez pracę, i to pracę zarobkową, oraz dostęp do kultury. Najwyższy poziom tej działalności to udział w dobrach duchowych, które stanowiły też źródło siły dla Brata Alberta i jego współpracowników. Sednem jego charyzmatu jest zamieszkanie pośród ubogich „jak brat pośród braci”, na wzór Chrystusa, którego wizerunek Adam Chmielowski – Brat Albert odmalował w przejmującym obrazie „Ecce Homo”. […]

Siostry prowadzą pięć placówek w Boliwii, które mają charakter typowo misyjny. Zauważa się pewne różnice miedzy domami misyjnymi w porównaniu z pozostałymi placówkami. […] W domach misyjnych prowadzi się średnio więcej różnych dzieł (średnio przypada 3,2 dzieł na jeden dom, podczas gdy w pozostałych domach – 1,7). Wyraźniej też zaznacza się potrzeba posługi medycznej – na misjach aż 3 domy podejmują pracę w szpitalu czy klinice, co stanowi 50% tego typu placówek, choć domy misyjne to zaledwie 6,2% wszystkich domów Zgromadzenia. Znaczącym wyróżnikiem domów misyjnych jest także to, że w każdym domu w Boliwii obecna jest zarówno praca charytatywna, jak i duszpasterska. Praca typowo duszpasterska (katechizacja), która w Polsce została podjęta przez siostry albertynki w latach 50-tych na prośbę władz kościelnych, a obecnie się z niej rezygnuje, w Boliwii ma nieco inne znaczenie – staje się służbą ludziom ubogim, którzy mają utrudniony dostęp do kultury i dóbr duchowych, a przez to staje się płaszczyzną pracy charytatywnej. Dlatego też – nie tylko ze względu na ewangelizację – każda placówka w Boliwii podejmuje w jakimś zakresie pracę duszpasterską. […]



Pierwsza placówka misyjna w Boliwii powstała w stulecie Zgromadzenia – w 1991 r., w Montero. Pracowały tam 4 siostry, śpiesząc z posługą do najuboższych. Siostry odwiedzały potrzebujących i otworzyły Ośrodek zdrowia, gdyż nie było tam żadnej przychodni, a potrzeba opieki zdrowotnej była nagląca, zwłaszcza ze względu na liczne choroby zakaźne. Bardzo wysoka była też śmiertelność dzieci. Siostry starały się wiec także o profilaktykę zachorowań, ucząc higieny i pielęgnacji. Sprowadzały leki i środki opatrunkowe, służyły chorym w domach i w ośrodku zdrowia. Otworzyły także Kuchnię dla ubogich i rozdzielały żywność po domach. Objęły mieszkańców osiedla (barrio) opieką duszpasterską, katechizując dzieci, których liczba w 1997 r. przekroczyła 700. Przygotowywały dzieci, młodzież i dorosłych do sakramentu chrztu, bierzmowania, a zwłaszcza Eucharystii. Prowadziły także przygotowanie do sakramentu małżeństwa dla licznych par, żyjących bez związku sakramentalnego. Przygotowywały oprawę liturgiczną, prowadziły nabożeństwa paraliturgiczne oraz systematycznie dojeżdżały z posługą charytatywną i duszpasterską do odległych campo. Prowadziły grupy dzieci, młodzieży i ministrantów, a także założyły Klub Matek, które uczyły pisania i czytania, prac domowych, szycia. Nie udało się zrealizować planu prowadzenia domu dla osób starszych, bardzo tam potrzebnego ze względu powszechny brak troski o ludzi starszych, gdyż zabrakło funduszy i zrozumienia dla tego typu pracy przez organizacje wspierające działalność charytatywną w innych dziedzinach. Siostry starały się zaangażować w pomoc osobom starszym kobiety z Klubu Matek. W 1998 r. siostry przekazały te placówkę innemu zgromadzeniu. Kolejny dom powstał w Chochabambie, gdzie otwarto klinikę, na prośbę arcybiskupa Adalberto. W klinice przyjmuje się osoby ubogie, lecz także bogate, które uiszczając pełna odpłatność umożliwiają pomoc ubogim i zapewnienie środków utrzymania dla sióstr. Działalność kliniki rozwijała się szybko, stale wzrastała liczba przyjętych osób i dokonywanych operacji, osiągając w 2007 r. liczbę 1578 pacjentów i 975 operacji. W klinice siostry pracują jako pielęgniarki na sali operacyjnej i na oddziale, obejmują opieką duchową pacjentów, troszczą się o ubogich. Drugi dom w Chochabambie otwarto jako dom formacyjny dla boliwijskich kandydatek, następnie służył on także jako siedziba delegatury, a od 2004 r. siedziba Wiceprowincji Ameryki Południowej. […] Ponadto siostry śpieszą z pomocą ubogim w okolicy zamieszkania oraz w dzielnicy zwanej Coronilie, gdzie mieszkają osoby uzależnione i chore wenerycznie, a także systematycznie pomagają kobietom i dzieciom przebywającym w tamtejszym wiezieniu. Przygotowują także dzieci do I Komunii św., katechizują, pomagają w nauce. W 1999 r., po opuszczeniu Montero, siostry podjęły pracę w ośrodku zdrowia w Ivirgarzama, na prośbę arcybiskupa Adalberto. Poza zwykłą pracą w Ośrodku Zdrowia im. św. Brata Alberta siostry co dwa miesiące jeździły z wyprawą na łodziach w głąb dżungli (wraz z lekarzem i kapłanem), gdzie znajdują się osady nie mające innego kontaktu z innymi ludźmi. Ponadto wyszukały ubogie dzieci, które objęto projektem pomocy edukacyjnej, sponsorowanej przez rodziny z Włoch i USA. Siostry utrzymują kontakt z ich rodzinami, pomagają w nauce, organizują dla nich specjalne spotkania. Ich liczba doszła do 120 w 2005 r. Ponadto katechizują dzieci w szkole, która liczy 1200 uczniów, przygotowują dzieci do I Komunii św. i organizują katechezę ich rodzin oraz dojeżdżają z katechezą do odległych wiosek. Troszczą się o miejscowy kościół. Starają się usłużyć wszystkim, którzy przychodzą z prośbą o pomoc. Do La Paz, najwyżej położonej stolicy świata, siostry przybyły w 2003 r., na zaproszenie ks. Neuenhoffera, który zorganizował szpital dla tzw. „dzieci ulicy”. Siostry zajmują się administracją szpitala oraz pracą pielęgniarską, sprawują opiekę pastoralna nad dziećmi, a ponadto pracują w projekcie Rodzin ubogich i jako koordynatorki innych projektów społecznych. Pomagają ubogim chorym w szpitalu, który liczy ok. 80 pacjentów. Najnowsza fundacja albertyńska w Boliwii to dom w miasteczku Challapata, który siostry objęły w bieżącym roku. Trwa proces rozeznawania potrzeb ubogich w tym rejonie. Najpilniejsze wydaje się wyszukanie nowych źródeł utrzymania, dlatego siostry rozpoczęły już kurs kroju i szycia dla kobiet. Ponadto katechizują, przygotowują do przyjęcia sakramentów świętych i organizują grupy dla młodzieży i dzieci, które przychodzą z zaufaniem do sióstr, pomagając zarazem nawiązać kontakt z ich rodzinami. […]

Posługa charytatywna sióstr w Boliwii jest bardzo różnorodna, w każdym jednak przypadku i każdej formie musi być jednak ona wyrazem jednej i tej samej chrześcijańskiej miłości, której świadczenie jest elementem konstytutywnym Kościoła, a także pełniona „w stylu” św. Brata Alberta. Ten styl wyraża się skrótowo w jego ulubionym powiedzeniu: „Trzeba być dobrym jak chleb”. Albertynki na misjach w Boliwii nie budują nowych szkół i szpitali, nie mają też do rozdawania pieniędzy, których tak często oczekuje się tam od każdego białego człowieka. Służą potrzebującym tym, co otrzymują dla ubogich, tym, co umieją, ale nade wszystko tym, czym same są, czym starają się być – prawdziwymi siostrami, które próbują być jak „chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny”. Można zapytać: czy to ma jakieś znaczenie w morzu potrzeb milionów ubogich? Dla Brata Alberta, który dostrzegał i szukał rozwiązań dla „milionów”, liczyła się jednak każda pojedyncza istota ludzka. Jeśli choć jeden człowiek, choćby przez jeden dzień, byłby mniej głodny i może zaczął „chcieć czegoś więcej”, warto, by siostry albertynki były na boliwijskiej ziemi, a zgłaszające się do Zgromadzenia boliwijskie dziewczęta budzą nadzieję na dalszy rozwój posługi ubogim w Ameryce Południowej w duchu św. Brata Alberta.



s. Dominika Otolińska
=======================================================================

 Święci miewali zaskakujące rady, ale kto wie, co się komu przyda...? Otóż, św. Bernard z Clairvaux (XII w.) zakonnicy pragnącej porzucić klasztor na rzecz pustelni dał następującą wskazówkę: „Albo jesteś którąś z głupich dziewic, albo też należysz do ludzi mądrych. Jeśli jesteś głupia, potrzebny ci klasztor, jeśli zaś mądra, to klasztor potrzebuje ciebie”.

=======================================================================

Odpowie- s. Agnieszka Koteja, a-koteja@tlen.pl [0-12/413-55-99]



dzialni br. Marek Bartoś, bratmarek.alb@zakon.opoka.org.pl [0-12/42-95-664]



©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość