Strona główna

1 czerwca 2009 r. Co wolno Katarynie, a co wolno „Dziennikowi”? Krystyna Mokrosińska


Pobieranie 143.81 Kb.
Strona1/4
Data19.06.2016
Rozmiar143.81 Kb.
  1   2   3   4













1 czerwca 2009 r.

Co wolno Katarynie, a co wolno „Dziennikowi”?

Krystyna Mokrosińska: Witam państwa serdecznie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Dyskusję na temat, który przetacza się przez prasę, przez fora internetowe, poprowadzi od dziś dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy - Wiktor Świetlik. I ja w tym momencie znikam.

Wiktor Świetlik: Dziękuję serdecznie. Dzień dobry państwu. Wiem, że temat budzi spore emocje od tygodnia. Chciałbym, żebyśmy poruszyli zarówno samą sprawę sporu pomiędzy „Dziennikiem” a Kataryną, to znaczy częścią dziennikarzy w ogóle a blogerami, ale też troszeczkę usiłowali znaleźć szerszy kontekst tego wszystkiego. Tak, jak mieliście państwo na zaproszeniach, chcielibyśmy się skupić przede wszystkim na kwestii wolności słowa w tym kontekście. I tak naprawdę tego, co może dzisiaj bloger, a co może dziennikarz? Czy to jest dostatecznie uregulowane w naszym kraju? I co czeka nas wszystkich dziennikarzy? Bo postrzegane to jest jako moment przełomowy - to, co się wydarzyło. Ja bym chciał, zanim przejdziemy do sprawy samej Kataryny, chciałbym poprosić o naszkicowanie troszeczkę szerszego kontekstu obecnego tu Pawła Nowackiego, szefa portalu Dziennikarstwa Obywatelskiego Wiadomości 24. Pawle, czy to już jest tak, że dziennikarze… Piotr Zaremba napisał niedawno w „Dzienniku”, że jesteśmy skazani na konflikt. Czy już ten konflikt jest? I kto w nim zwycięży?

Piotr Nowacki: Dzień dobry państwu. Konflikt jest. Konflikt jest od dawna. I konflikt będzie narastał. A w ogóle chciałem zacząć od tego, że ten napis Centrum Monitoringu Wolności Prasy z chęcią zmieniłbym na Centrum Monitoringu Wolności Internetu, czy Wolności Słowa.

Wiktor Świetlik: To prasy już nie?

Piotr Nowacki: Prasa jest sposobem publikacji informacji. Przede wszystkim od kilku lat następuje taki proces, gdzie dziennikarze, zwłaszcza prasowi, uświadamiają sobie, że treści, które sami wytwarzają są w różnych polach eksploatacji w Internecie, w wersjach mobilnych. I że oprócz nich są jeszcze inni twórcy tych informacji. To znaczy dzisiaj mamy inną sytuację niż 10, a zwłaszcza 20 lat temu. Wtedy dziennikarz był pośrednikiem między wydarzeniem a odbiorcą. A dzisiaj takich pośredników jest około 20 milionów, bo tyle podaje się, że jest w Polsce internautów. Część jest świadomie – są to blogerzy, dziennikarze obywatelscy, a część nieświadomie, przesyłając sobie informacje, chociażby na tak zwanych serwisach blipujących. Tak, że mamy w tej chwili taką sytuację, że uświadamiamy sobie my, jako dziennikarze zawodowi, (Ja jestem w takiej sytuacji, że pracuję z amatorami. Chociaż oni tego słowa nie lubią.) że trudno jest mi do końca jakby zająć stanowisko i powiedzieć, że na pewno rację mają internauci. Bo też nie jest tak do końca. Natomiast mamy na pewno od kilku lat do czynienia ze zjawiskiem, w którym nie jesteśmy jedynymi przekaźnikami informacji do odbiorców. Często to sami odbiorcy przekazują informacje innym, robiąc to w zgrabny, umiejętny sposób. I jakby tutaj nasz świat dziennikarski musi się z tym problemem przede wszystkim zmierzyć.

Wiktor Świetlik: Następną osobą, którą chciałbym poprosić o głos jest pan Krzysztof Fijałek. Pan Krzysztof Fijałek jest wiceszefem SDP i jako wiceszef SDP tutaj występuje, ale również zawodowo jest naczelnym portalu Interia. W tym sporze troszeczkę tworzony jest taki obraz. Czy można taki obraz otrzymać, że mamy konflikt między dziennikarzami a blogerami? Powstaje też rynkowa sytuacja między dziennikarzami a internautami. I czy to do końca tak jest? Bo jednak moim zdaniem te dwa światy się bardzo mocno w tym momencie przenikają. To jest też kwestia tzw. trolli internetowych, czyli tych osób, które wpisują rozmaite paskudne bluzgi, korzystając z anonimowości. Ja na przykład ostatnio miałem taką sytuację. Czasami czytując komentarze pod moimi tekstami publikowanymi w prasie, zauważyłem taką czytelniczkę, która odnosiła się często do tych moich komentarzy. I ona generalnie była bardzo krytyczna, dość wulgarna. W pewnym momencie czytelniczka bardzo krytyczna i wulgarna, która się przedstawiała jako czytelniczka „skądś tam”, z daleka od Warszawy, napisała – „no Świetlik, tutaj kryzys, będziesz musiał niedługo sprzedać swoją starą Hondę i zagonić żonę do pracy”. Chyba nie do końca to mogła to wydedukować z moich tekstów, więc czy to tak troszeczkę nie jest, że tak naprawdę to te światy się naprawdę przenikają?

Krzysztof Fijałek: Dzień dobry państwu. Konflikt, jeżeli jest na jakiejś płaszczyźnie, to moim zdaniem nie rozgrywa się jeszcze w kwestiach generaliów. Oczywiście, że Internet wyzwolił o wiele większe płaszczyzny informowania, o wiele większe możliwości i kanały przesyłania informacji. Z tego ludzie korzystają. Ostatnimi czasy podobno bardzo popularnym zjawiskiem pośród dziennikarzy piszących, szczególnie tych, którzy są dziennikarzami informacyjnymi staje się Twitter. Więc kolejny wynalazek technologiczny, z którego ludzie korzystają. I tak pewno będzie. Teraz pytanie też oczywiście na tym poziomie generalnym, czy my zgodzimy się, co do tego, że każdy blogujący może być traktowany jak dziennikarz? Czy pewna grupa blogujących jest traktowana jak dziennikarze? Czy jeżeli dziennikarze ze strony swych redakcji otrzymali polecenie prowadzenia bloga i na tak zwanych blogach wklejają swoje artykuły, które normalnie pojawiają się w gazetach, to czy oni są blogerami? Z całą pewnością mamy do czynienia z sytuacją, w której ponieważ wszystko się szybko dzieje ostatnimi laty (a w Internecie jeszcze szybciej), nie doszło do uporządkowania nazewnictwa. Nowe zjawiska powodują, że te, których się nie uporządkowało pozostają już w przeszłości i się do nich nie wraca. Znaleźliśmy się w sytuacji dość dużego zamieszania pojęciowego i znaczeniowego. Natomiast ja bym chciał, żeby nie wyprowadzać z tej sytuacji, która się zdarzyła, czyli z tekstu opublikowanego w „Dzienniku” wniosku, że jest to przejaw konfliktu bardzo mocnego pomiędzy dziennikarzami profesjonalnymi a blogerami. Moim zdaniem akurat w tym przypadku do takiego zdarzenia nie doszło. Tutaj raczej mamy do czynienia z sytuacją, w której gazeta nie do końca chyba świadomie wykonała pewną czynność dziennikarską. To się zdarza różnym gazetom. A potem nastąpiła eskalacja artykułów i z drugiej strony wpisów i komentarzy. I to się wszystko stało niestety bardzo wulgarne. Tak jak sporo dyskusji w Polsce się kończy. Nie zgadzam się z Pawłem Nowackim, że ten konflikt jest bardzo mocny. Myślę, że nie mamy jeszcze do czynienia po drugiej stronie z takim poziomem profesjonalizmu i z takim poziomem oglądu sytuacji, abyśmy musieli traktować działalność dziennikarzy obywatelskich, blogerów jako zagrożenie dla prasy w swojej istocie.

Wiktor Świetlik: Panie Cezary, tutaj pytanie do Cezarego Michalskiego, komentatora i publicysty „Dziennika”, jednego z głównych bohaterów tej debaty, że tak powiem eufemistycznie. Panie Cezary, czy zgadza się pan z tym, że ten konflikt nie jest tak naprawdę konfliktem pomiędzy światem dziennikarskim a blogerami? I co tak naprawdę wam przyświecało?

Cezary Michalski: To znaczy może co się stało, wersja strony konfliktu. Więc pozostaję tu w konflikcie interesów pomiędzy obiektywnym opisem, a byciem stroną sporu. Rzeczywiście trochę się to wszystko wymknęło spod kontroli. To prawda. Natomiast sytuacja była taka, że znana, wybitna, ceniona blogerka Kataryna po jakiejś tam kolejnej swojej wypowiedzi weszła w konflikt z rodziną Czumów, przypadkowo pełniącą częściowo funkcję ministra sprawiedliwości. To znaczy Czuma ojciec pełni taką funkcję. I zaczęły się pod jej adresem groźby ze strony ministerstwa. My od dość dawna, szczerze mówiąc, wiedzieliśmy, znaliśmy tożsamość Kataryny, ale skontaktowaliśmy się z nią, przeprowadziliśmy wywiad bardzo lojalny wobec niej. Byliśmy po jej stronie w tym konflikcie, bo oczywiście uważamy, że jak z anonimami zaczyna dyskutować Ministerstwo Sprawiedliwości, to jest to postępowanie kretyniczne. I później rzeczywiście, ponieważ ona też w tym swoim wywiadzie i w wypowiedziach internetowych twierdziła, że gdyby doszło do jakichś postępowań sądowych, do jakiegoś dalszego ciągu tej sprawy, to ona się ujawni. No, więc ponieważ my wiedzieliśmy, kim ona jest, wiedzieliśmy też, że niektóre inne redakcje też o tym wiedzą, to nasza młoda dziennikarka wysłała do niej sms-a, który wbrew temu, co mówi druga strona tego sporu nie był szantażem, nie zawierał stwierdzenia, że jeżeli nie będzie chciała się ujawnić na naszych łamach, to my ujawnimy jej dane. Niczego takiego nie było. Ten sms, mimo, iż był prywatnym sms-em do Kataryny, trafił do Internetu. Został przez Katarynę obdarzony mało sympatycznymi epitetami. Zostało też w związku z tym wrzucone do Internetu nazwisko naszej dziennikarki, która też dostała jeszcze parę wiader z „pomyjami” anonimowymi. I wtedy napisałem swój komentarz. Mniej więcej w takiej sekwencji. Nie wychodziłbym przed szereg. Uważając jednak, że zastała zaatakowana instytucja, dla której pracuję i moja koleżanka z pracy została moim zdaniem zaatakowana wulgarnie, niesprawiedliwie. I dlatego napisałem, co sądzę o odwadze anonimów w Internecie. Potem rzeczywiście sprawa się potoczyła ostrzej. Natomiast nie widzę zupełnie możliwości stwierdzenia, że to jest walka pomiędzy mediami tradycyjnymi, a mediami nowymi. Bo już, jeśli chodzi o samą Katarynę… No, „Dziennik” jest w tej chwili związany z Kataryną konfliktem. Natomiast po stronie Kataryny stoi „Rzeczpospolita”, która zresztą stoi jakby w „rozkroku”. Ponieważ redaktorzy „Rzeczpospolitej” kontrolują portal Salon24 i jakby są po obu stronach barykady w sensie technicznym. No i oczywiście będąc też gazetą wydawaną na papierze, atakują „Dziennik” i stoją po stronie Kataryny. Gazeta.pl zaatakowała „Dziennik”. Sądzę oczywiście, że tutaj nie może być tego typu frontu. Ponieważ gazety po prostu między sobą konkurują. I wiadomo, że my oberwiemy od naszych konkurentów, bo to jest okazja do pokazania, że nie wiem, mamy gorszą wiarygodność i tak dalej. Równocześnie przebiegała na osoby kontra anonimy, bo ostatnio Katarynę poparł wicepremier urzędujący Waldemar Pawlak na swoim blogu. Co spotkało się z zachwytem anonimów. Również, dlatego, że wcześniej „Dziennik” wykazał mu nepotyzm. To była też taka okazja. Osoba publiczna używa anonima do swojej własnej gry na zupełnie innym poziomie. Wsparł też anonimowych blogerów w walce z „Dziennikiem”, obiecując ich chronić, Jarosław Kaczyński. Nie anonim, tylko były premier, a obecnie szef drugiej w Polsce partii. Parę miesięcy wcześniej Jarosław Kaczyński nazywał anonimowych blogerów, jak dano mu parę wpisów na temat jego brata, ludźmi, którzy piją piwko i oglądają prawdopodobnie pornografię w Internecie, dlatego nie warto się z nimi liczyć. Teraz, zostali przez niego, na parę dni przed wyborami nazwani odpowiedzialnymi krytykami establishmentu, do których jak rozumiem sam Jarosław Kaczyński nie należy. No, więc gra toczy się na kilku szachownicach można powiedzieć, bo nie jest to gra między starymi mediami a nowymi, mimo że konflikty interesów tutaj również występują.

Wiktor Świetlik: Teraz bym prosił Igora Janke o odniesienie się też do tego, o czym mówił Cezary Michalski. Ale też inne pytanie. Igorze, czy to nie jest faktycznie tak, gdybyś ocenił jako człowiek siedzący po obu stronach barykady w jakimś stopniu, czy to nie jest tak, że rzeczywiście blog pozwala na większą odwagę, która nie jest rzeczywiście odwagą poprzez swoją anonimowość?

Igor Janke: Najpierw odniosę się do tego, co mówił Cezary Michalski. Cezary Michalski przedstawił to tak, że jest gra różnych interesów. Ja jestem powiązany z „Rzeczpospolitą”. „Rzeczpospolita” jakoś kontroluje…

Cezary Michalski: Prawdopodobnie pan Igor Janke bloguje po pracy pod jakimś pseudonimem na temat Pawła Lisickiego. Ale nie wiem, tak sądzę.

Igor Janke: Nie bardzo zrozumiałem pańską myśl, ale wyjaśnię. Ja jestem współwłaścicielem Salonu24. Jestem jego twórcą i jednocześnie pracuję dla „Rzeczpospolitej”. Nasza ocena całej sytuacji oczywiście jest zupełnie inna. Nie chcę już wchodzić w te wszystkie szczegóły, bo myślę, że te wszystkie argumenty wielokrotnie padały. Myślę, że to nie jest wojna pomiędzy starymi i nowymi mediami. Tu się zgadzam. Jest to konflikt między dziennikarzami, którzy nie rozumieją nowych mediów, a wszystkimi pozostałymi. Bo interpretacja taka, że Waldemar Pawlak wspiera, bo ktoś tam, ten wspiera, bo coś tam, „Rzeczpospolita”, bo coś tam a Gazeta.pl… Ja nie wiem. Z „Gazetą Wyborczą” też jesteśmy powiązani? Jakie oni mają interesy, żeby mieć takie…? Może po prostu jest tak, że ludzie mają takie zdanie. Że kiedy usłyszeli od pana, bo tak naprawdę, to pan wyłożył powody takiego, a nie innego zachowania. Pan powiedział, wprost, co obejrzałem własnymi oczami na portalu Onet.pl, że zrobiliście to dlatego, że chcieliście się zemścić. Jak to pan pięknie użył takiej frazy „dać fangę w nos internautom, blogerom”. Zwłaszcza, jeśli to złożymy z późniejszymi apelami o to, żeby nie używać chamstwa, nie używać takiego języka w Internecie, i żeby z tym walczyć, no to wygląda to dosyć dwuznacznie. Powtarzam, moim zdaniem to nie jest spór między starymi i nowymi mediami, tylko tymi, którzy nie rozumieją tego, co się zmieniło w mediach, w komunikacji, nie zrozumieli, jaką rolę zaczynają odgrywać blogerzy. W blogosferze, wbrew temu, co chcieli zarysować redaktorzy z „Dziennika”, to nie jest tak, że świat się dzieli na fantastyczne, profesjonalne, rzetelne i odpowiedzialne media tradycyjne i cały ściek rynsztokowy, ściek internetowy. Świat się dzieli na dobrych i złych dziennikarzy, dobre i złe gazety. Tak samo na dobrych i złych blogerów, świetne posty i marnych komentatorów. W blogosferze pojawiło się w ostatnim czasie masę fascynujących, głębokich i ważnych debat. Mogę na ten temat mówić bardzo długo, bo akurat je śledzę z racji miejsca, w którym siedzę. Były pasjonujące dyskusje na temat Powstania Warszawskiego czy 4 czerwca, wolności, polskiej polityki zagranicznej i wielu innych rzeczy. Było również wiele takich codziennych połajanek dotyczących bieżącej polityki, ale debata publiczna tam się toczy. W tej debacie publicznej uczestniczą i znane postaci publiczne, i naukowcy, i dziennikarze, i politycy, i zwykli ludzie. Ci ludzie, którzy do tej pory nie mieli prawa głosu w debacie, bo po prostu nie było takiej fizycznej czy technicznej możliwości. Do tej pory mogli opowiadać o swoich poglądach na spotkaniach z przyjaciółmi, a teraz mogą docierać do setek tysięcy ludzi. Jeśli umieją to robić w dobry sposób, jeśli umieją dobrze argumentować, jeśli są błyskotliwi i inteligentni… Takich blogerów, takich autorów jest dzisiaj bardzo wielu. I mam to szczęście, jestem z tego bardzo dumny, że masę tych blogerów jest w Salonie24 i to tam toczy się dyskusja. Powtórzę, ten podział jest nieprawdziwy i ten konflikt nie tak przebiega.

Wiktor Świetlik: Ja zaraz dam Cezaremu Michalskiemu odpowiedzieć, ale mam jedno pytanie. Czy nie jest tak, że odwaga w blogu jest troszeczkę… (bo na to też zwracał „Dziennik” uwagę, na to też zwracał uwagę i Piotr Zaremba), że jednak ta odwaga w blogu jest łatwiejsza, co blogerzy nie zawsze zauważają. Nie ma tej siły nacisku, na którą skazani są dziennikarze, czy polityczni czy biznesowi, gigantycznej maszyny manipulacyjnej, z którą oni muszą się tak naprawdę zmierzać każdego dnia.

Igor Janke?: To pewne. Wolność ma swoje koszty. To, że może mówić każdy i mogą mówić także ludzie niepodający swojego nazwiska ma jakąś swoją cenę. Ale ta ostrość wypowiedzi i drastyczność jest obecna niestety, ja boleję nad tym, jest obecna nie tylko w Internecie, ale także w życiu publicznym. I wypowiedzi Cezarego Michalskiego i teksty Roberta Krasowskiego o całowaniu w d… przez internautów są tego bardzo dobrym dowodem. Ważne jest takie pytanie, które zadaliście państwo w tytule tej debaty – co może Kataryna, co może „Dziennik”? Rozumiem to pytanie, jako - co mogą blogerzy, a co mogą dziennikarze? Mogą dokładnie tyle samo. Prawo obowiązuje tak samo, blogerów i tak samo dziennikarzy. Dobre obyczaje tak samo obowiązują blogerów i tak samo obowiązują dziennikarzy. Dziennikarze, którzy przekraczają tę granicę ponoszą tego konsekwencje. Tak samo blogerzy, którzy przekraczają tę granicę, ponoszą konsekwencje. Myśmy w Salonie, m.in. ja zbanowałem, czyli wyrzuciłem z Salonu dziesiątki osób, które przekraczały te granice. Wielokrotnie apelowałem do tych ludzi, żeby takich rzeczy nie robili i udało nam się jakoś ten poziom poprawić. Ja nie twierdzę, że jest idealnie. Nie jest idealnie, ale jest znacznie lepiej niż w innych miejscach w Internecie. To można robić, nad tym można pracować. Jeżeli bloger łamie prawo i naruszy czyjeś dobra, czy napisze nieprawdę i ktoś mu to udowodni, to oczywiście podlega takiemu samemu prawu jak każdy inny człowiek, który publicznie narusza czyjeś dobra. Taką samą ponoszą odpowiedzialność. Z tym, że wbrew pozorom ich sytuacja jest znacznie trudniejsza niż dziennikarzy, bo za dziennikarzem zatrudnionym w redakcji stoją redakcje, stoją kancelarie prawne. „Rzeczpospolita”, „Dziennik” czy „Gazeta Wyborcza”, czy inne tytuły mają wynajętych bardzo dobrych prawników, którzy ich bronią. Owszem, jak pisaliście panowie w „Dzienniku”, my mamy na karku różne procesy, mamy wyroki i tak dalej. Po pierwsze nie wszyscy, tylko niektórzy. Też wiem dobrze jak to jest. Po drugie owszem, dziennikarze mają procesy, ale nigdy nie płacą za nie z własnych pieniędzy. Zawsze broni ich redakcja. Za blogerem nie stoi nikt. Oni muszą jakby sami ponosić odpowiedzialność za to, co robią i konsekwencje tego, co piszą.

Cezary Michalski: No akurat tak się zdarza, że w „Dzienniku” są dziennikarze śledczy, którzy mają procesy. Mógłbym się pośmiać, że jest ich tam więcej niż w „Rzeczpospolitej”, ale tu nie chodzi o takie rzeczy. Rzeczywiście pan redaktor Igor Janke należy do kategorii hipokrytów anielskich, a ja do kategorii hipokrytów agresywnych. Więc w zasadzie zgadzamy się, tylko te same rzeczy wyrażam nieco ostrzej. Rzeczywiście mówiłem o fandze w nos, ale mówiłem po prostu ostrzej do medium internetowego. Dokładnie to, co powiedziałem tutaj. Zostaliśmy zaczepieni przez Katarynę. Świniami została nazwana firma, w której pracuję i moja koleżanka z pracy. Wobec tego uznałem, że za agresję należy płacić agresją. Nie ma tutaj delegalizowania, nie ma tutaj uniemożliwiania krytyki i tak dalej. To tłumaczy wejście „Dziennika” w ten konflikt nieco ostrzej. Być może nieco ostrzej niż należało. W każdym razie nieco ostrzej. Zaczepieni uderzyliśmy.

Igor Janke: Być może jestem hipokrytą a pan jest manipulatorem. Dlatego, że pan podczas tej rozmowy z Galopującym Majorem powiedział o tym, dlaczego ujawniliście Katarynę. Ona was wcześniej nie zaatakowała. To wyście ją najpierw ujawnili. Najpierw ją szantażowaliście, bo jak nazwać…

Cezary Michalski: Ale nieprawda…

Igor Janke: Proszę mi nie przerywać, bo ja panu nie przerywałem. Jak nazwać inaczej ten sms, którego treść mogę odczytać, chociaż pewnie państwo, skoro się tym interesujecie jesteście z nim obeznani. Ale przeczytam, bo rzeczywiście warto go przypomnieć. Jak byście państwo się czuli otrzymując taki sms: Pani Katarzyno. Bardzo proszę o poważne rozważenie naszej propozycji. Nie chcemy bezpardonowo ujawniać pani tożsamości i iść na rękę Czumom. Wolimy by zgodziła się pani na ten coming out na pani warunkach, włącznie z zatrudnieniem pani jako naszej publicystki. Ale proszę nas zrozumieć. To frustrujące „wiedzieć i nie móc napisać”. Wiem, że pani tożsamość zna „Fakt”, a przez nich nie zostanie pani tak dobrze potraktowana. Proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy pani skrzywdzić. Autorzy tego smsa, bo domyślam się, że to nie dziennikarka sama to wymyśliła, sugerowali jasno, że jeżeli pani nie zrobi tego u nas, to zrobi to ktoś inny. Proszę mi odpowiedzieć na pytanie, bo można robić różne rzeczy… Dziennikarze przekraczają czasem różne granice, ujawniają różne rzeczy. Ale robią to po coś. Robią to w celu ujawnienia jakiegoś wyższego dobra społecznego. Jakie wyższe dobro społeczne stało, już nie mówię za szantażem, bo tu się różnimy i mamy jakby inne standardy dziennikarskie. Ja sobie nie wyobrażam używania takich narzędzi dziennikarskich. Jakie wyższe dobro społeczne stało za ujawnieniem danych Kataryny?

Cezary Michalski: Po pierwsze nadal twierdzę, że nie był to szantaż. Co więcej nadal twierdzę, że nigdy nie ujawniliśmy tożsamości Kataryny. Co więcej, w momencie kiedy później, po określeniach w rodzaju „świnie” i po wylaniu na nas kubłów w Internecie, zamieściliśmy tekst obszerniej opisujący Katarynę… Później, nie wcześniej, więc nie może pan powiedzieć, że najpierw zdemaskowaliśmy Katarynę, bo jest to po prostu nieprawda. A jeszcze w tym momencie, w którym opisywaliśmy nieco więcej szczegółów z życia Kataryny, również to, że na jednym etacie pracuje dla establishmentu, który na niejawnym etacie krytykuje…

Igor Janke(?): Z czego się wycofaliście

Cezary Michalski: Ale nie, absolutnie.

Igor Janke: Zamieściliście jej sprostowanie.

Cezary Michalski: Zamieściliśmy jej sprostowanie, żeby pokazać, że jesteśmy fair wobec niej.

?: No przepraszam, w jakim sensie?

Niesłyszalny głos z Sali.

Cezary Michalski: No więc? Absolutnie ma pan rację. Ja ufam swoim dziennikarzom śledczym. Jeśli się w tym wypadku pomylili, to ja również się pomyliłem. Natomiast faktem jest, że wszystkie zlecenia pani, nie wiem jak to nazwać, fundacji pani Kataryny, są zleceniami dziennikarzy, pracowników firm, pracowników fundacji samorządowych, którzy są w życiu realnym. W realu. Nie tam, gdzie się podpisuje dziwacznymi pseudonimami. Są podwładnymi ludzi, których ona bardzo krytycznie pod pseudonimami opisuje. I ona na tym zarabia. Więc jeszcze raz powtarzam, w życiu, w realu żyje z establishmentu, który delikatnie mówiąc…

Prowadzący: Szanowni państwo, za chwilę będziemy mogli wrócić do tego wątku. Za chwilę państwo będziecie mieli czas. Ja bym chciał jeszcze dojść do naszego ostatniego panelisty - pana Piotra VaGli Waglowskiego, czyli prawdziwego weterana polskiego Internetu, który zajmował się nim i rozwiązaniami prawnymi w nim funkcjonującymi, kiedy prawie jeszcze tego Internetu nie było. I w związku z tym to pytanie, czy faktycznie wolność słowa w sieci i w prasie jest taka sama?

Piotr VaGla Waglowski: Zrobiłem taki performers. Wyjąłem swój osobisty aparat fotograficzny, taki mój prywatny mało profesjonalny. To znaczy, on może być większy, bo się tak rozwija, wydłuża się. I chciałbym na początek odnieść się do kwestii konfliktu między tradycyjnymi mediami (to nie jest dobre określenie, ale z braku lepszego tak będę do nich się odnosił) i nowymi mediami, czy być może bardziej rozproszonymi, czy nazywanymi również blogosferą. Właśnie w ten sposób. Na początek właściwie powinienem powiedzieć, skoro mam mikrofon, to ja panom nie przerywałem, więc chciałbym, żebyście panowie i mnie nie przerywali. Pokazałem performers i wyjąłem aparat fotograficzny, ponieważ niektórzy z państwa wyjmowali przed chwilą swoje małe aparaciki fotograficzne, takie mniej profesjonalne. No, więc ja wyjąłem swój większy i pokazuję taki podział. My tutaj jesteśmy zaproszonymi prelegentami w panelu dyskusyjnym, państwo wiecie jak my się nazywamy, ponieważ macie to w programie, macie tutaj też te karteczki i my teraz debatujemy, czyli adresujemy nasz przekaz do państwa. Państwo macie słuchać, taka jest wasza rola, a my mamy mówić. Na tym przykładzie chciałbym pokazać taki modelowy, może też nie do końca prawidłowy, ale jednak przykład na podział, na funkcje mediów, które do tej pory były. Ale za chwilę, już tutaj się podnoszą głosy, przewodniczący panelu musi uspokajać…
  1   2   3   4


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość