Strona główna

1 powiedzieć „tak” w odpowiedniej chwili


Pobieranie 22.06 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar22.06 Kb.
1

POWIEDZIEĆ „TAK” W ODPOWIEDNIEJ CHWILI

W sześć miesięcy z ligi regionalnej do reprezentacji narodowej

Chwytać nadarzające się okazje – pozostać elastycznym w odpowiedniej chwili – uważać na szczegóły – nauczyć się pewności siebie
– flirtować z niewiarygodnym

Dzwoni moja komórka.

– Słucham?

– Z tej strony Felix Magath.

Wypowiedziane przez niego „z tej strony” ciągnie się jak akordeon. Magath. Ten Magath?! Na początku, trochę asekuracyjnie, zaniemówiłem…

– Philipp?

– Panie Magath?

– Chętnie ściągnąłbym cię do VfB Stuttgart.

Wstrzymuję oddech…

– Zastanów się – dodaje Magath i odkłada słuchawkę.

Zastanowić się? Niby nad czym? Mam dziewiętnaście lat, właśnie rozegrałem ostatni mecz sezonu ligi regionalnej w amatorskiej drużynie Bayernu Monachium i dzwoni do mnie Felix Magath. To on po długoletniej posusze pomógł VfB wrócić do Ligi Mistrzów. Teraz składa drużynę na przyszły sezon i chce, bym stał się jej częścią. Muszę uporządkować fakty. W ostatnich dwóch sezonach grałem solidnie na prawej stronie obrony w drużynie amatorskiej Bayernu i jest jasne, że coś się musi ruszyć. To, że po tym sezonie mam się stać profesjonalnym piłkarzem, jest uwzględnione w kontrakcie, który podpisałem przed dwoma laty, jednak przejście z amatorskiej drużyny Bayernu do pierwszej wcale nie jest łatwym krokiem, mimo że jej zawodnicy trenują tuż za płotem. Codziennie słyszymy, jak krzyczą, śmieją się i dyszą ze zmęczenia.

Gwiazdy Bayernu Monachium. Stefan Effenberg. Giovane Élber. Owen Hargreaves. Oliver Kahn. W życiu bym nie pomyślał, że oni też tylko grają w piłkę – tak wielki czułem do nich respekt. Czasem zdarzało się, że wołali któregoś z nas na trening pierwszej drużyny, gdy chcieli rozegrać mecz testowy. Wówczas trenowaliśmy z nimi, ale cóż to niby znaczyło? Kiedy jeden z nas wchodził na boisko, to jeszcze zanim zdążył się przyzwyczaić do tego wysokiego tempa, tej energii, tej prezencji piłkarzy pierwszej drużyny, musiał już wracać do amatorów. Nie miał nawet okazji udowodnić, że mógłby z nimi grać, gdyby…

To „gdyby” było problemem. Wiedziałem, że różnica między mną a piłkarzami pierwszej drużyny nie była aż tak duża. Gdybym mógł z nimi regularnie trenować, gdybym tylko miał możliwość się z nimi zmierzyć, to mógłbym udowodnić, że dotrzymam tempa, że trening z lepszymi ode mnie piłkarzami sprawi, że sam będę lepszy, że jestem wystarczająco zdolny, aby zagrać dla Bayernu.

Jednak w szeregach pierwszej drużyny nie mogłem pokazać zbyt wiele. W listopadzie 2002 roku byłem na boisku przez dwie minuty w starciu z RC Lens. Bayern już nie miał szans na awans do kolejnej fazy Ligi Mistrzów, a te dwie ostatnie minuty na słabo wypełnionym Stadionie Olimpijskim pozwoliły mi pokazać jedynie to, że na koszulce mam numer 29.

Mnie chodziło jednak o duże pieniądze. Gdybyśmy wygrali, dostałbym premię, która byłaby wyższa niż moje ówczesne miesięczne dochody. Gdy wszedłem, na tablicy widniał dobry wynik – Markus Feuler zdobył akurat gola na 3:2 dla nas. Minutę później czar prysł. Remis, premii nie będzie…

Miejsce w pierwszej drużynie wydawało mi się wtedy nieosiągalne, a tu nagle Felix Magath oferuje mi grę w klubie, który podobnie jak Bayern gra w Lidze Mistrzów.

Codzienny trening z pierwszą drużyną.

Bycie piłkarzem pierwszej drużyny.

Dzwonię do swojego doradcy. Roman sugeruje, żebym skorzystał. Ustalamy termin spotkania z ludźmi z Bayernu. W klubie zgadzają się, abym został wypożyczony do Stuttgartu. Jedziemy tam. Felix Magath to człowiek sprytny, a zarazem niesłychanie miły. Mówi, że chciałby mnie ściągnąć na prawą obronę, czyli na miejsce Andreasa Hinkela, obecnego reprezentanta Niemiec. „Ty możesz przecież grać również na prawej pomocy. Albo Andreas zagra na pomocy, a ty w obronie”. Ja z całej rozmowy wyłapuję tylko jedno słowo – grać. Nie myślę o niczym innym. Regularne występy w Bundeslidze, jeśli to możliwe, nawet jako podstawowy gracz – dla dziewiętnastolatka to prawdziwe marzenie. Po rozmowie z Magathem jestem przekonany, że on naprawdę, ale to naprawdę chce mnie w drużynie. Mam grać. Mam grać regularnie! Po kolejnej rozmowie z doradcą Romanem i moimi rodzicami zgadzam się.

Podczas pierwszego treningu podchodzę do wszystkich, aby się przedstawić. Nikt mnie nie zna, oprócz trzech młodych chłopaków, z którymi grałem w młodzieżowej reprezentacji Niemiec. „Cześć, jestem Philipp Lahm… cześć, jestem Philipp Lahm…”.

Teraz mam własną szafkę. Po lewej siedzi Timo Hildebrand, który już debiutował w reprezentacji, a po prawej Silvio Meißner. Mogę sobie wybrać numer na koszulce, więc decyduję się na 21.

Atmosfera w szatni jest jeszcze trochę sztywna. Ktoś tam pyta mnie, czy już się przeprowadziłem. „Tak”, odpowiadam. Nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.

Na boisku cała trema mija. Wiem przecież, że potrafię grać w piłkę. Chcę się jednak dowiedzieć, czy jestem w stanie dotrzymać kroku profesjonalistom.

Trening jest napięty. Pierwsza drużyna gra przeciwko drugiej. Ja jestem w drugiej. Mija chwila, zanim łapię, co jest grane.

„Philipp!”, woła mnie trener. Felix Magath, który już z racji wykonywanego zawodu wzbudza szacunek, wywołuje mnie z szeregu i przy całej drużynie ruga za wszystkie czasy. „Więcej się ruszaj! – krzyczy niczym kapral podczas musztry. – Bierz udział w grze!”

Ze spuszczoną głową wracam na boisko. W głowie krążą mi dziwne myśli. Czy właśnie przejechał po mnie walec? Jednak po treningu koledzy z drużyny mówią: „Nie przejmuj się, trener chce ci tylko pomóc, a taki ma styl”.

Myślę: „W porządku, niech tak będzie. On mnie opiernicza, bo traktuje mnie jak każdego innego piłkarza. Nie widzi we mnie talentu z młodzieżówki, a pełnoprawnego członka zespołu. On tylko chce, abym wziął się w garść. Okej, niech będzie”.

Biorę się więc w garść i rzucam się w trening. Magath już się do mnie nie odzywa, co świadczy chyba o tym, że dobrze pracuję. Po chwili koledzy zaczynają robić sobie ze mnie żarty. Żarty w piłce nożnej są niczym leksykon konwersacji. Jeśli uda ci się założyć siatkę koledze, to usłyszysz wycedzony przez zęby okrzyk: „Super tunel!”.

Po kilku treningach uczucie obcości znika. Teraz wszyscy zaczynają rozmawiać bez skrępowania, a najczęściej poruszanym tematem jest piłka nożna. Podchodzą do mnie, jeden po drugim, bo chcą wiedzieć, jak to jest w Bayernie.

Sezon 2003/04 rozpoczynamy 3 sierpnia meczem na wyjeździe przeciwko Hansie Rostock. Jestem częścią kadry, ale nie pierwszej jedenastki meczowej. Na mojej pozycji prawego obrońcy gra Andreas Hinkel, który jest świetny w tym, co robi. Ja, siedząc na ławce, mam przez to mieszane uczucia. Oczywiście chcę, aby drużyna wygrała, ale z chęcią dołożyłbym swoją cegiełkę.

Debiut dla VfB w Bundeslidze zawdzięczam… ochraniaczom na piszczele. Na początku drugiej połowy trener wysyła na rozgrzewkę grupę piłkarzy, wśród których jestem i ja. W drugiej połowie wychodzimy na prowadzenie 1:0 po bramce Imrego Szabicsa. Trener chciałby podtrzymać wynik. Z boiska schodzi Silvio Meißner, a piłkarz mający zająć jego miejsce nie założył dobrze ochraniaczy na piszczele i według trenera za wolno wstaje z ławki.

Magath mówi więc: „Ty nie” – i zamiast na wspomnianego piłkarza wskazuje na mnie. Jestem gotowy. Silvio jeszcze przed meczem powiedział mi, że zmiennik może być momentalnie potrzebny, więc założyłem ochraniacze, gdy tylko usiadłem na ławce. Dzięki za wskazówkę, Silvio!

Spiker ogłasza zmianę: „Boisko opuszcza zawodnik z numerem 7, Silvio Meißner, a w jego miejsce wchodzi zawodnik z numerem 21, Philipp Lahm”.

Brzmi nieźle… Gram na lewej pomocy, pozycji dla mnie nietypowej. Nagle na mojej stronie rozpoczyna się dobra akcja. Przejmuję piłkę od przeciwnika, szybko podaję ją do przodu, a Imre Szabics strzela na 2:0 swojego drugiego gola.

Mecz się skończył, przeciwnik nic nie wskórał. Wszyscy się cieszą, prócz kolegi od felernych ochraniaczy, który nie skorzystał z szansy na grę.

W kolejnych spotkaniach zaliczam krótkie zmiany, najczęściej na prawej pomocy przed Andreasem Hinkelem. W meczu Pucharu Ligi kontuzji doznaje lewy obrońca Timo Wenzel.

Trener pyta: „Philipp, czy dałbyś radę zagrać na lewej obronie?”. Nie waham się nawet chwili i mówię: „Bez problemu”.

To było śmiałe posunięcie, bo tak naprawdę jeszcze nigdy nie grałem na tej pozycji. Czy miałem jednak powiedzieć, że nie dam rady? Czy tak po prostu miałem zrezygnować z danej mi szansy?! Rozegrałem więc całą połowę jako lewy obrońca; może nie był to genialny występ, ale na pewno przyzwoity.

Dwie kolejki później trener wystawia mnie w pierwszym składzie meczu Bundesligi przeciwko Borussii Dortmund. W tamtej chwili nie wiedziałem jeszcze, że na tej pozycji będę grał przez pięć kolejnych lat…

VfB ma silny zespół. Felix Magath wie, jak należy ustawić drużynę. Zwarta obrona, Aleksander Hleb jako fantastyczny indywidualista oraz wielu chłopaków takich jak ja, którzy dla klubu wypruwają sobie żyły.



Równolegle do Bundesligi startuje Liga Mistrzów. Trafiliśmy do mocnej grupy, z Manchesterem United, Glasgow Rangers i Panathinaikosem Ateny. W pierwszym, przegranym spotkaniu ze Szkotami jeszcze nie zagrałem, ale czekał mnie mecz przeciwko Manchesterowi; miałem wtedy za sobą dwa spotkania w pierwszej jedenastce w lidze.

Jednak Bundesliga to zupełnie co innego niż Liga Mistrzów. Manchester pojawia się z kompletem gwiazd. Paul Scholes i Ryan Giggs grają w pomocy, Rio Ferdinand w obronie, Cristiano Ronaldo i Ruud van Nistelrooy w napadzie. Nie jestem wcale pewien, czy trener pozwoli mi zagrać przeciwko najsilniejszemu atakowi Europy.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość