Strona główna

A. Wojna obronna Francji


Pobieranie 165.7 Kb.
Strona1/4
Data19.06.2016
Rozmiar165.7 Kb.
  1   2   3   4

A. Wojna obronna Francji

16 czerwca pojechaliśmy do Coëtquidan na ostre strzelanie. Pierwsze ostre strzelanie w wykonaniu 3 Pułku Artylerii. I ostatnie. Drugiego dnia ćwiczeń podczas obiadu zapowiedziano nagle w radio ważne oświadczenie. Nowo mianowany premier, osiemdziesięcioletni marszałek Petain, poddał Francję. „Zwróciłem się do przeciwnika, aby spróbował wraz ze mną, jak żołnierz z żołnierzem, po walce podjąć z zachowaniem honoru poszukiwania środków, które położyłyby kres wojnie.”

Nie trzeba było znać francuskiego, by zrozumieć, co zapowiadał starczy głos. W kasynie w Coetquidan zapadła śmiertelna cisza. Po walce? Z zachowaniem honoru? Kres wojnie? Między naszymi francuskimi kolegami a nami wyrosła nagle ściana nie do przebycia. Jeszcze wczoraj prowadziliśmy wspólnie ogień artyleryjski na poligonie, liczyliśmy dni dzielące nas od wymarszu na front. A może to tylko my, Polacy, byliśmy tacy naiwni? Może nasi uprzejmi francuscy koledzy nie chcieli odbierać nam ostatnich na francuskiej ziemi złudzeń? Po komunikacie Pétaina nie krępowali się. Cieszyli się, że idą do domu. Nie wiem, którą przegraną odczułem bardziej boleśnie. Tę pierwszą, polską, na szosie do Mejszagoły, czy tę drugą, francuską i polską, w kasynie oficerskim w Coëtquidan. Żołnierze francuscy demobilizowali się powszechnie i szybko. Prawidłowo oceniali dalszą przydatność żołnierskiego ekwipunku, pozostawiając sobie jedynie bidon - dwulitrową manierkę pełną wina, i laskę.

A co z nami? Zgodnie z rozkazem francuskiego dowództwa oddziały polskie miały iść do odległego o blisko 100 kilometrów Nantes, przeprawić się tam przez Loarę i dalej ewakuować się na południe. Słowo „iść” należało rozumieć dosłownie. (...) Bateria topniała na każdym kilometrze. Polonia francuska za przykładem gospodarzy demobilizowała się samodzielnie i skutecznie. (...)

Gdyśmy po całonocnym marszu doszli do odległego o 40 kilometrów Redon, dowiedzieliśmy się, że Niemcy zajęli już Nantes i przeprawy przez Loarę i że jedyną naszą szansą jest prom w St. Nazaire. Major zdecydował kontynuować marsz pieszy do St. Nazaire. Tego było nam już za wiele. Postanowiliśmy z Wackiem Zaorskim „przejąć ster” naszego pieszego okrętu. (...)

Od mera Redon zażądaliśmy środków transportu dla naszej baterii. Odmówił kategorycznie. Miał większe zmartwienia. Nie tylko ogólnonarodowe, ale i własne, lokalne. W miejscowym ratuszu „więził” od rana niemieckiego motocyklistę, który samotnie zapędził się aż do Redon. Ostatnie komunikaty, zwłaszcza zaś liczne oddziały francuskie, jadące do domu, wlały w duszę mera Redon jad zwątpienia. Czy słusznie uwięził niemieckiego motocyklistę? Czy nie należało zmienić decyzji i uznać, choć poniewczasie, że dotychczasowy więzień – przetrzymywany na wszelki wypadek obok gabinetu mera, karmiony i pojony należycie – samotnie zdobył miasto?

W rozmowie z nami mer był wyraźnie zdenerwowany i niedwuznacznie sugerował, byśmy potwierdzili słuszność jego zamiaru poddania Redon. W tych warunkach nasze natarczywe upominanie się o samochody nie było najważniejszym dla niego problemem. Szybko porozumiałem się z Zaorskim. Rozstawiliśmy nasze cztery karabiny maszynowe na rynku, za zaimprowizowaną zaporą przeciwpancerną. Nie wiem, czy mieliśmy do nich właściwą amunicję. Ale mer nie wiedział również. A nasze przygotowania wyglądały groźnie i zaniepokoiły go. Moje wyjaśnienia przygnębiły go do reszty.

„Postanowiliśmy się bronić! Miasto przejdzie do historii. Od tej chwili będzie się mówiło „bohaterskie Redon”. Stoczymy tu na rynku bitwę z hitlerowskimi czołgami. Francusko-polskie braterstwo broni zostanie jeszcze raz przypieczętowane wspólnie przelaną krwią!” – Co prawda przy tym ostatnim zdaniu Wacek Zaorski mrugnął na mnie może zbyt wyraźnie, ale mer był przerażony nie na żarty. Propozycja wspólnego wpisania Redon na karty bohaterskiej historii Francji absolutnie mu nie odpowiadała. Pozostał jedyny ratunek: spławić nas jak najszybciej. Jakich argumentów użył mer Redon wobec żołnierzy francuskich załadowanych na ciężarówki, nie wiem, ale musiały to być argumenty dostatecznej wagi, bo w pół godziny po rozstawieniu naszych karabinów na rynku cała bateria była załadowana na samochody. Nam z Wackiem mer oddał do dyspozycji swego citroena. Byleśmy tylko jak najszybciej odjechali. (...)

Przejazd z St. Nazaire do Croisique to była chyba najbardziej przygnębiająca lekcja o Francji 1940 roku. Jechałem nadmorską drogą przez liczne miejscowości kąpieliskowe. Wytworne plaże nad Atlantykiem. Pełnia lata, piękna czerwcowa pogoda. Na promenadzie nadmorskiej codzienny elegancki tłum. Jedyny znak wojny to samochody obładowane ponad zwykłą turystyczną normę, z gratami

A. Wojna obronna Francji

16 czerwca pojechaliśmy do Coëtquidan na ostre strzelanie. Pierwsze ostre strzelanie w wykonaniu 3 Pułku Artylerii. I ostatnie. Drugiego dnia ćwiczeń podczas obiadu zapowiedziano nagle w radio ważne oświadczenie. Nowo mianowany premier, osiemdziesięcioletni marszałek Petain, poddał Francję. „Zwróciłem się do przeciwnika, aby spróbował wraz ze mną, jak żołnierz z żołnierzem, po walce podjąć z zachowaniem honoru poszukiwania środków, które położyłyby kres wojnie.”

Nie trzeba było znać francuskiego, by zrozumieć, co zapowiadał starczy głos. W kasynie w Coetquidan zapadła śmiertelna cisza. Po walce? Z zachowaniem honoru? Kres wojnie? Między naszymi francuskimi kolegami a nami wyrosła nagle ściana nie do przebycia. Jeszcze wczoraj prowadziliśmy wspólnie ogień artyleryjski na poligonie, liczyliśmy dni dzielące nas od wymarszu na front. A może to tylko my, Polacy, byliśmy tacy naiwni? Może nasi uprzejmi francuscy koledzy nie chcieli odbierać nam ostatnich na francuskiej ziemi złudzeń? Po komunikacie Pétaina nie krępowali się. Cieszyli się, że idą do domu. Nie wiem, którą przegraną odczułem bardziej boleśnie. Tę pierwszą, polską, na szosie do Mejszagoły, czy tę drugą, francuską i polską, w kasynie oficerskim w Coëtquidan. Żołnierze francuscy demobilizowali się powszechnie i szybko. Prawidłowo oceniali dalszą przydatność żołnierskiego ekwipunku, pozostawiając sobie jedynie bidon - dwulitrową manierkę pełną wina, i laskę.

A co z nami? Zgodnie z rozkazem francuskiego dowództwa oddziały polskie miały iść do odległego o blisko 100 kilometrów Nantes, przeprawić się tam przez Loarę i dalej ewakuować się na południe. Słowo „iść” należało rozumieć dosłownie. (...) Bateria topniała na każdym kilometrze. Polonia francuska za przykładem gospodarzy demobilizowała się samodzielnie i skutecznie. (...)

Gdyśmy po całonocnym marszu doszli do odległego o 40 kilometrów Redon, dowiedzieliśmy się, że Niemcy zajęli już Nantes i przeprawy przez Loarę i że jedyną naszą szansą jest prom w St. Nazaire. Major zdecydował kontynuować marsz pieszy do St. Nazaire. Tego było nam już za wiele. Postanowiliśmy z Wackiem Zaorskim „przejąć ster” naszego pieszego okrętu. (...)

Od mera Redon zażądaliśmy środków transportu dla naszej baterii. Odmówił kategorycznie. Miał większe zmartwienia. Nie tylko ogólnonarodowe, ale i własne, lokalne. W miejscowym ratuszu „więził” od rana niemieckiego motocyklistę, który samotnie zapędził się aż do Redon. Ostatnie komunikaty, zwłaszcza zaś liczne oddziały francuskie, jadące do domu, wlały w duszę mera Redon jad zwątpienia. Czy słusznie uwięził niemieckiego motocyklistę? Czy nie należało zmienić decyzji i uznać, choć poniewczasie, że dotychczasowy więzień – przetrzymywany na wszelki wypadek obok gabinetu mera, karmiony i pojony należycie – samotnie zdobył miasto?

W rozmowie z nami mer był wyraźnie zdenerwowany i niedwuznacznie sugerował, byśmy potwierdzili słuszność jego zamiaru poddania Redon. W tych warunkach nasze natarczywe upominanie się o samochody nie było najważniejszym dla niego problemem. Szybko porozumiałem się z Zaorskim. Rozstawiliśmy nasze cztery karabiny maszynowe na rynku, za zaimprowizowaną zaporą przeciwpancerną. Nie wiem, czy mieliśmy do nich właściwą amunicję. Ale mer nie wiedział również. A nasze przygotowania wyglądały groźnie i zaniepokoiły go. Moje wyjaśnienia przygnębiły go do reszty.

„Postanowiliśmy się bronić! Miasto przejdzie do historii. Od tej chwili będzie się mówiło „bohaterskie Redon”. Stoczymy tu na rynku bitwę z hitlerowskimi czołgami. Francusko-polskie braterstwo broni zostanie jeszcze raz przypieczętowane wspólnie przelaną krwią!” – Co prawda przy tym ostatnim zdaniu Wacek Zaorski mrugnął na mnie może zbyt wyraźnie, ale mer był przerażony nie na żarty. Propozycja wspólnego wpisania Redon na karty bohaterskiej historii Francji absolutnie mu nie odpowiadała. Pozostał jedyny ratunek: spławić nas jak najszybciej. Jakich argumentów użył mer Redon wobec żołnierzy francuskich załadowanych na ciężarówki, nie wiem, ale musiały to być argumenty dostatecznej wagi, bo w pół godziny po rozstawieniu naszych karabinów na rynku cała bateria była załadowana na samochody. Nam z Wackiem mer oddał do dyspozycji swego citroena. Byleśmy tylko jak najszybciej odjechali. (...)

Przejazd z St. Nazaire do Croisique to była chyba najbardziej przygnębiająca lekcja o Francji 1940 roku. Jechałem nadmorską drogą przez liczne miejscowości kąpieliskowe. Wytworne plaże nad Atlantykiem. Pełnia lata, piękna czerwcowa pogoda. Na promenadzie nadmorskiej codzienny elegancki tłum. Jedyny znak wojny to samochody obładowane ponad zwykłą turystyczną normę, z gratami

i pościelą przymocowaną sznurami do bagażnika na dachu, zaparkowane na każdym wolnym skrawku. Z głośników słychać najnowsze piosenki. Od 24 godzin komunikaty wojenne nie przerywają muzyki. Od 24 godzin Francja prosi Hitlera o pokój. Tymczasem ludzie na wytwornej plaży oblegają kawiarnie i bary. Może tylko bardziej niż co dzień wypatrują na drodze. Czy już jadą? Tak wyobrażałem sobie oczekiwanie na Tour de France. Tak oglądałem oczekiwanie na niemieckie czołgi.

S. Jankowski, Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie, Warszawa 1996, str. 122 – 127


  1. Jak żołnierze francuscy zareagowali na zakończenie działań wojennych?

  2. Jaki stosunek do walki z Niemcami i rozmów pokojowych mieli francuscy cywile?

  3. Jaki wpływ miał taki stosunek społeczeństwa francuskiego (w tym żołnierzy) na prowadzenie działań wojennych?

B. Okupacja we Francji

We Francji Niemcy nie występowali jako dumni zdobywcy. Do Francuzów odnosili się chyba z pewnym kompleksem niższości. Nie było mowy o wykorzystywaniu w codziennym życiu stanowiska zwycięzców. Gdy Niemiec czegoś potrzebował, stawał grzecznie na końcu kolejki i nie pomstował, gdy zabrakło dla niego, np. miejsca w wagonie sypialnym, biletu do teatru czy na koncert. Gdy Niemiec chciał się o czymś poinformować w sklepie czy na ulicy, kłaniał się grzecznie upatrzonemu Francuzowi i starał się, choćby najbardziej łamaną francuszczyzną, wyjaśnić mu swoje życzenie. Nawet gdy Francuz odpowiedział mu po niemiecku, Niemiec nie porzucał wysiłków mówienia po francusku.

Poszedłem kiedyś w mundurze do „Invalides” – grobu Napoleona. Oprowadzany byłem przez guide'a (przewodnik) z czerwonym guzikiem „Légion d’Honneur” w klapie wraz z innymi, niektórymi również wyższymi oficerami niemieckimi. Przewodnik zatrzymywał się przed sztandarami zdobytymi przez Francuzów na Niemcach i opowiadał o bitwach, w których „Napoleon a battu les Boches” (Napoleon pobił Szwabów). Oficerowie niemieccy przysłuchiwali się temu z podziwem i szacunkiem. Poszedłem też kiedyś wieczorem do tzw. Chansonnier (teatrzyk piosenkarski) zwącego się „Deux Ânes”, na którego scenie symboliczny Francuz, Mr Belotte, opowiadał, jak to w czasie pierwszej wojny światowej mówiono we: Francji: „Hé, les Boches. On les aura! Et maintenant on les a et on n’est pas content”1.

W okupowanej Polsce już samo użycie nazwy „Szwabi” spowodowałoby zastrzelenie śmiałka, a powiedzenie tego ze sceny po prostu było nie do pomyślenia. Także miasto wyglądało inaczej niż u nas. Mundurowych Niemców na ulicach było bardzo mało. Porządek utrzymywały jak zawsze odpowiednie służby francuskie.

U nas, gdy Niemcy urządzili łapankę w jednej dzielnicy, to momentalnie, z ust do ust, ostrzeżenie obiegało całą Warszawę. Tam z ostrzeganiem się nie spotkałem, a chodziłem przecież prawie z reguły po cywilnemu. U nas wywózka na roboty do Rzeszy to była klęska, której unikało się wszelkimi sposobami z uciekaniem od swojego mieszkania i od nazwiska włącznie. Tam zgłaszano się do pracy w Niemczech z własnej inicjatywy – to były dobre zarobki.

Żywność w Paryżu była na kartki – ale praktycznie było wszystko: i masło, i różne mięsa, ryż i makarony, mleko, cukier, czekolada i kakao, wino itp., choć oczywiście w ilościach ograniczonych, Okupacja niemiecka we Francji, a w każdym razie w Paryżu – w stosunku do warunków w Polsce – to była zupełnie inna planeta.

K. Leski, Życie niewłaściwie urozmaicone. Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK.,Warszawa 1989, str. 240 – 242


  1. Jak wyglądała okupacja niemiecka we Francji?

  2. Czy okupacja niemiecka w Polsce była podobna?

i pościelą przymocowaną sznurami do bagażnika na dachu, zaparkowane na każdym wolnym skrawku. Z głośników słychać najnowsze piosenki. Od 24 godzin komunikaty wojenne nie przerywają muzyki. Od 24 godzin Francja prosi Hitlera o pokój. Tymczasem ludzie na wytwornej plaży oblegają kawiarnie i bary. Może tylko bardziej niż co dzień wypatrują na drodze. Czy już jadą? Tak wyobrażałem sobie oczekiwanie na Tour de France. Tak oglądałem oczekiwanie na niemieckie czołgi.

S. Jankowski, Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie, Warszawa 1996, str. 122 – 127

  1. Jak żołnierze francuscy zareagowali na zakończenie działań wojennych?

  2. Jaki stosunek do walki z Niemcami i rozmów pokojowych mieli francuscy cywile?

  3. Jaki wpływ miał taki stosunek społeczeństwa francuskiego (w tym żołnierzy) na prowadzenie działań wojennych?

B. Okupacja we Francji

We Francji Niemcy nie występowali jako dumni zdobywcy. Do Francuzów odnosili się chyba z pewnym kompleksem niższości. Nie było mowy o wykorzystywaniu w codziennym życiu stanowiska zwycięzców. Gdy Niemiec czegoś potrzebował, stawał grzecznie na końcu kolejki i nie pomstował, gdy zabrakło dla niego, np. miejsca w wagonie sypialnym, biletu do teatru czy na koncert. Gdy Niemiec chciał się o czymś poinformować w sklepie czy na ulicy, kłaniał się grzecznie upatrzonemu Francuzowi i starał się, choćby najbardziej łamaną francuszczyzną, wyjaśnić mu swoje życzenie. Nawet gdy Francuz odpowiedział mu po niemiecku, Niemiec nie porzucał wysiłków mówienia po francusku.

Poszedłem kiedyś w mundurze do „Invalides” – grobu Napoleona. Oprowadzany byłem przez guide'a (przewodnik) z czerwonym guzikiem „Légion d’Honneur” w klapie wraz z innymi, niektórymi również wyższymi oficerami niemieckimi. Przewodnik zatrzymywał się przed sztandarami zdobytymi przez Francuzów na Niemcach i opowiadał o bitwach, w których „Napoleon a battu les Boches” (Napoleon pobił Szwabów). Oficerowie niemieccy przysłuchiwali się temu z podziwem i szacunkiem. Poszedłem też kiedyś wieczorem do tzw. Chansonnier (teatrzyk piosenkarski) zwącego się „Deux Ânes”, na którego scenie symboliczny Francuz, Mr Belotte, opowiadał, jak to w czasie pierwszej wojny światowej mówiono we: Francji: „Hé, les Boches. On les aura! Et maintenant on les a et on n’est pas content”2.

W okupowanej Polsce już samo użycie nazwy „Szwabi” spowodowałoby zastrzelenie śmiałka, a powiedzenie tego ze sceny po prostu było nie do pomyślenia. Także miasto wyglądało inaczej niż u nas. Mundurowych Niemców na ulicach było bardzo mało. Porządek utrzymywały jak zawsze odpowiednie służby francuskie.

U nas, gdy Niemcy urządzili łapankę w jednej dzielnicy, to momentalnie, z ust do ust, ostrzeżenie obiegało całą Warszawę. Tam z ostrzeganiem się nie spotkałem, a chodziłem przecież prawie z reguły po cywilnemu. U nas wywózka na roboty do Rzeszy to była klęska, której unikało się wszelkimi sposobami z uciekaniem od swojego mieszkania i od nazwiska włącznie. Tam zgłaszano się do pracy w Niemczech z własnej inicjatywy – to były dobre zarobki.

Żywność w Paryżu była na kartki – ale praktycznie było wszystko: i masło, i różne mięsa, ryż i makarony, mleko, cukier, czekolada i kakao, wino itp., choć oczywiście w ilościach ograniczonych, Okupacja niemiecka we Francji, a w każdym razie w Paryżu – w stosunku do warunków w Polsce – to była zupełnie inna planeta.

K. Leski, Życie niewłaściwie urozmaicone. Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK.,Warszawa 1989, str. 240 – 242


  1. Jak wyglądała okupacja niemiecka we Francji?

  2. Czy okupacja niemiecka w Polsce była podobna?




Społeczeństwo ZSRR wobec wojny

Ale teraz nie ma co dalej zwlekać, trzeba wreszcie powiedzieć coś o tych, którzy jeszcze przed 41. myśleli tylko o jednym: jak by tu zdobyć broń i zacząć bić tych czerwonych komisarzy, czekistów i działaczy od kolektywizacji. (...)

Ci ludzie, którzy z własnego doświadczenia znali od 24 lat komunistyczny raj, już w 1941 roku wiedzieli to, czego nie wiedział jeszcze nikt na świecie – że na całym globie i w ciągu całych jego dziejów nie było jeszcze reżymu tak bezwzględnego, krwawego, a zarazem przewrotnie obłudnego jak bolszewicki, bezprawnie nazywający sam siebie „radzieckim”. Że jeśli wziąć pod uwagę liczbę jego ofiar, jego zdolność do zakorzenionej, długoletniej stabilności, jego długodystansowe perspektywy, jego monolityczny, wszechobecny totalizm, to żaden inny reżym nie wytrzymuje z nim porównania. (...) I oto nadeszła odpowiednia chwila. Broń zaczęto tym ludziom wpychać do ręki. Czy mieli właśnie wtedy postąpić na przekór własnym pragnieniom, pozwolić, aby bolszewizm przetrwał, aby znów się umocnił, znów zabrał się do ciemiężenia ludzi - i dopiero wtedy decydować się na walkę z nim (walkę, której po dziś dzień nikt w świecie nie podjął)? Nie; wydawało im się oczywiste, że trzeba zastosować właśnie starą bolszewicką taktykę: podobnie jak bolszewizm wgryzł się w ciało Rosji, osłabionej pierwszą wojną światową, tak samo należało dobrać się do niego podczas drugiej wojny.

Kiedy zaczęła się wojna z Niemcami – 10 lat po katowskiej kolektywizacji rolnictwa, 8 lat po wielkim głodzie na Ukrainie (sześć mi1ionów ofiar śmiertelnych, a u sąsiadów, w Europie, nikt nawet okiem nie mrugnął), 4 lata po rozpasanym, szatańskim balu, urządzonym przez NKWD, rok po wydaniu kajdaniarskich dekretów o dyscyplinie pracy (a jednocześnie 15 milionów siedziało w obozach i całe starsze pokolenie dobrze pamiętało życie przed rewolucją) ludzie w sposób naturalny chcieli odetchnąć i wyzwolić się od zmory. W sposób tak samo naturalny żywili wstręt do władz. I nie żadne „zaskoczenie” ani „przewaga ilościowa” w dziedzinie lotnictwa i broni pancernej” (nawiasem mówiąc właśnie Armia Czerwona miała przewagę ilościową we wszystkich dziedzinach) sprawiły, że tak łatwo zamykały się fatalne kotły, gdzie kapitulować musiało po 300.000 (Białystok, Smoleńsk) po 650.000 tysięcy uzbrojonych, dorosłych mężczyzn (Briańsk, Kijów) że rozpadały się całe fronty i że armia cofała się tak szybko i daleko jak nigdy jeszcze w całej tysiącletniej historii Rosji, jak nigdy chyba w dziejach wszystkich krajów i wojen.

Oto próbka ówczesnych nastrojów: 22 sierpnia 1941 roku dowódca 436 pułku strzelców, major Kononaw, oznajmił przed frontem swoich oddziałów, że przechodzi na stronę Niemców, aby wstąpić do szeregów armii wyzwoleńczej i przyczynić się do obalenia Stalina. Zapytał też, kto poszedłby z nim na ochotnika. Nie dość, że nikt mu się nie przeciwstawił, ale cały pułk poszedł w jego ślady. Po trzech zaledwie tygodniach Kononow sformował po tamtej stronie ochotniczy pułk kozacki (był sam dońskim Kozakiem). Gdy Przybył do obozu jeńców pod Mohylewem i rozpoczął werbunek – z 5 tysięcy zgromadzonych tam jeńców 4 tysiące od razu zgłosiły się na jego apel, ale nie był w stanie wziąć aż tylu. W obozie pod Tylżą tegoż roku połowa jeńców 12 tysięcy ludzi podpisała odezwę głoszącą, że czas już przekształcić tę wojnę w wojnę domową.

Nie zapominajmy o spontanicznym ruchu w okolicach Łoktia pod Briańskiem. Powstał tam autonomiczny, rosyjski samorząd jeszcze przed przyjściem Niemców i niezależnie od nich. Był to samoistny, kwitnący okręg, złożony z 8 powiatów, liczący ponad milion ludności. Żądania tej ludności były zupełnie wyraźne: rosyjski rząd narodowy, rosyjski samorząd we wszystkich okupowanych okręgach, uznanie niepodległości Rosji w granicach z 1938 roku, utworzenie armii wyzwoleńczej pad rosyjskim dowództwem.

Chlebem i solą witały Niemców również dońskie stanice. Na pewno jeszcze nie zapomniano tam komunistycznej rzezi: jej ofiarą padli wszyscy mężczyźni od 16 do 65 roku życia.

W sierpniu 1941 roku leningradzki student medycyny, Martynowski, utworzył pod Ługą oddział partyzancki, w skład którego wchodzili głównie sowieccy studenci; chcieli uwolnić się od komunizmu. We wrześniu 1941 uformował pod Porchowem taki sam antykomunistyczny oddział z leningradzkieh (przeważnie wywodzących się z Wyspy Wasiliewskiej) studentów i żołnierzy (z jednostek otoczonych przez Niemców) lejtnant Rutczenko, były aspirant wyższej uczelni. Ale Niemcy zrobili z tych ochotników jakichś posługaczy w swoich oddziałach. Ludności ZSSR w roku 1941 wydawało się



Społeczeństwo ZSRR wobec wojny

Ale teraz nie ma co dalej zwlekać, trzeba wreszcie powiedzieć coś o tych, którzy jeszcze przed 41. myśleli tylko o jednym: jak by tu zdobyć broń i zacząć bić tych czerwonych komisarzy, czekistów i działaczy od kolektywizacji. (...)

Ci ludzie, którzy z własnego doświadczenia znali od 24 lat komunistyczny raj, już w 1941 roku wiedzieli to, czego nie wiedział jeszcze nikt na świecie – że na całym globie i w ciągu całych jego dziejów nie było jeszcze reżymu tak bezwzględnego, krwawego, a zarazem przewrotnie obłudnego jak bolszewicki, bezprawnie nazywający sam siebie „radzieckim”. Że jeśli wziąć pod uwagę liczbę jego ofiar, jego zdolność do zakorzenionej, długoletniej stabilności, jego długodystansowe perspektywy, jego monolityczny, wszechobecny totalizm, to żaden inny reżym nie wytrzymuje z nim porównania. (...) I oto nadeszła odpowiednia chwila. Broń zaczęto tym ludziom wpychać do ręki. Czy mieli właśnie wtedy postąpić na przekór własnym pragnieniom, pozwolić, aby bolszewizm przetrwał, aby znów się umocnił, znów zabrał się do ciemiężenia ludzi - i dopiero wtedy decydować się na walkę z nim (walkę, której po dziś dzień nikt w świecie nie podjął)? Nie; wydawało im się oczywiste, że trzeba zastosować właśnie starą bolszewicką taktykę: podobnie jak bolszewizm wgryzł się w ciało Rosji, osłabionej pierwszą wojną światową, tak samo należało dobrać się do niego podczas drugiej wojny.

Kiedy zaczęła się wojna z Niemcami – 10 lat po katowskiej kolektywizacji rolnictwa, 8 lat po wielkim głodzie na Ukrainie (sześć mi1ionów ofiar śmiertelnych, a u sąsiadów, w Europie, nikt nawet okiem nie mrugnął), 4 lata po rozpasanym, szatańskim balu, urządzonym przez NKWD, rok po wydaniu kajdaniarskich dekretów o dyscyplinie pracy (a jednocześnie 15 milionów siedziało w obozach i całe starsze pokolenie dobrze pamiętało życie przed rewolucją) ludzie w sposób naturalny chcieli odetchnąć i wyzwolić się od zmory. W sposób tak samo naturalny żywili wstręt do władz. I nie żadne „zaskoczenie” ani „przewaga ilościowa” w dziedzinie lotnictwa i broni pancernej” (nawiasem mówiąc właśnie Armia Czerwona miała przewagę ilościową we wszystkich dziedzinach) sprawiły, że tak łatwo zamykały się fatalne kotły, gdzie kapitulować musiało po 300.000 (Białystok, Smoleńsk) po 650.000 tysięcy uzbrojonych, dorosłych mężczyzn (Briańsk, Kijów) że rozpadały się całe fronty i że armia cofała się tak szybko i daleko jak nigdy jeszcze w całej tysiącletniej historii Rosji, jak nigdy chyba w dziejach wszystkich krajów i wojen.

Oto próbka ówczesnych nastrojów: 22 sierpnia 1941 roku dowódca 436 pułku strzelców, major Kononaw, oznajmił przed frontem swoich oddziałów, że przechodzi na stronę Niemców, aby wstąpić do szeregów armii wyzwoleńczej i przyczynić się do obalenia Stalina. Zapytał też, kto poszedłby z nim na ochotnika. Nie dość, że nikt mu się nie przeciwstawił, ale cały pułk poszedł w jego ślady. Po trzech zaledwie tygodniach Kononow sformował po tamtej stronie ochotniczy pułk kozacki (był sam dońskim Kozakiem). Gdy Przybył do obozu jeńców pod Mohylewem i rozpoczął werbunek – z 5 tysięcy zgromadzonych tam jeńców 4 tysiące od razu zgłosiły się na jego apel, ale nie był w stanie wziąć aż tylu. W obozie pod Tylżą tegoż roku połowa jeńców 12 tysięcy ludzi podpisała odezwę głoszącą, że czas już przekształcić tę wojnę w wojnę domową.

Nie zapominajmy o spontanicznym ruchu w okolicach Łoktia pod Briańskiem. Powstał tam autonomiczny, rosyjski samorząd jeszcze przed przyjściem Niemców i niezależnie od nich. Był to samoistny, kwitnący okręg, złożony z 8 powiatów, liczący ponad milion ludności. Żądania tej ludności były zupełnie wyraźne: rosyjski rząd narodowy, rosyjski samorząd we wszystkich okupowanych okręgach, uznanie niepodległości Rosji w granicach z 1938 roku, utworzenie armii wyzwoleńczej pad rosyjskim dowództwem.

Chlebem i solą witały Niemców również dońskie stanice. Na pewno jeszcze nie zapomniano tam komunistycznej rzezi: jej ofiarą padli wszyscy mężczyźni od 16 do 65 roku życia.

W sierpniu 1941 roku leningradzki student medycyny, Martynowski, utworzył pod Ługą oddział partyzancki, w skład którego wchodzili głównie sowieccy studenci; chcieli uwolnić się od komunizmu. We wrześniu 1941 uformował pod Porchowem taki sam antykomunistyczny oddział z leningradzkieh (przeważnie wywodzących się z Wyspy Wasiliewskiej) studentów i żołnierzy (z jednostek otoczonych przez Niemców) lejtnant Rutczenko, były aspirant wyższej uczelni. Ale Niemcy zrobili z tych ochotników jakichś posługaczy w swoich oddziałach. Ludności ZSSR w roku 1941 wydawało się



rzeczą naturalną, że najazd cudzoziemski oznacza obalenie reżymu komunistycznego, i nikt u nas nie życzył sobie takiego najazdu z innych przyczyn. Oczekiwano na polityczną alternatywę. Na wyzwolenie od bolszewizmu. (...)

Mając słuszne powody, aby nie wierzyć sowieckiej propagandzie w żadnym wypadku, uważaliśmy naturalnie za bajki to, co mówiono o hitlerowskich planach obrócenia Rosji w kolonię, a nas samych w niemieckich niewolników. Nie chcieliśmy wierzyć, że takie idiotyzmy mogą wykluć się w ludzkich łbach w dwudziestym wieku. Nie sposób było uwierzyć, zanim się tego nie doświadczyło na własnej skórze. Ale jeszcze w 1942 roku do rosyjskiego oddziału kadrowego w Osintorfie zgłaszało się więcej ochotników, niż mogło ich było wcielić dowództwo. Na Smoleńszczyźnie i na Białorusi uformowała się ochotnicza stutysięczna „milicja ludowa” – dla obrony przed partyzantami podporządkowanymi Moskwie. Ale Niemcy nastraszyli się i milicję rozwiązali. Jeszcze wiosną 1943 roku, podczas dwóch propagandowych podróży Własowa po Smoleńszczyźnie i Pskowszczyźnie, witano go wszędzie z entuzjazmem. Jeszcze wówczas ludzie spodziewali się, że powstanie wreszcie rosyjski niezależny rząd i rosyjska niezależna armia. Mam w ręku dokument z powiatu pożerewickiego okręgu pskowskiego, świadczący z jaką serdecznością ludność tamecznych wsi odnosiła się do stacjonującego w okolicy oddziału własowskiego: ci żołnierze nie zajmowali się grabieżą i hulankami, nosili dawne rosyjskie mundury, pomagali przy żniwach; uznawani byli powszechnie za rosyjską, niekołchozową władzę. Ochotnicy zgłaszali się gęsto do tego oddziału sami, ludzie z cywila (podobnie jak w Łoktiu zgłaszali się do Woskobojnikowa) – i nad tym warto się zastanowić, boć nie z konieczności to robili, nie z obozu jeńców chcieli się wyrwać! Ale Niemcy zabronili własowcom takiej rekrutacji (niech się tam lepiej zapisują do policji!). Jeszcze w marcu 1943 roku w obozie jeńców pod Charkowem, gdzie dotarła ulotka o ruchu własowskim (rzekomym!) - 730 oficerów podpisało deklarację z prośbą o wcielenie do rosyjskiej armii wyzwoleńczej (ROA) i to po dwóch pełnych latach wojny i chlubnej służby, bo wielu z nich to byli bohaterowie bitwy stalingradzkiej; wśród nich - nawet dowódcy dywizji, komisarze pułków! A przy tym obóz był bardzo syty, nie głód więc pchnął tych ludzi do deklaracji. (Ale oto typowa niemiecka tępota: z tych 730, co się zgłosili, 722 aż do samego końca wojny nie doczekało się zwolnienia z obozu i przeniesienia do szeregów). Nawet w 1943 roku, w ślad za cofającą się niemiecką armią, ciągnęły dziesiątki tysięcy uciekinierów z okupowanych obszarów, byleby tylko nie znaleźć się znów pod władzą bolszewików.

Pozwolę sobie na takie stwierdzenie: funta kłaków niewart byłby nasz naród, stanowiłby zgraję beznadziejnych rabów, gdyby podczas tej wojny nie zdobył się na to, aby choćby z daleka - pogrozić karabinem stalinowskiej władzy, gdyby nie skorzystał z okazji, aby pokazać pięść i zwymyślać od ostatnich naszego Ojczu1ka rodzonego. Niemcy mieli swój spisek generałów. A my? Nasi generałowie byli (i zostali po dziś dzień) gromadą miernot, zdeprawowanych przez partyjną ideologię i chciwość. Nie zachował się w nich duch narodowy, jak to bywa w innych krajach. I tylko żołniersko-chłopsko-kozacki p1ebs podniósł pięść i wymierzył cios. Był to właśnie plebs. Niezmiernie nikły udział w tym ruchu mieli przedstawiciele dawnej szlachty, przebywający na emigracji, czy ludzie niegdyś zamożni lub inteligenci. I gdyby ruchowi temu pozwolono na rozmach, jaki rokowały mu pierwsze tygodnie wojny, to mógł stać się nowym buntem Pugaczowa.

A. Sołżenicyn, Archipelag GUŁag, Warszawa 1990, tom 3, str. 26 – 31


  1. Jakie (wg autora) były przyczyny klęsk ponoszonych przez armię radziecką w pierwszym okresie wojny, czy są one prawdziwe?

  2. Jakie argumenty przytacza autor na poparcie swojej tezy? Czy uważa że te działania były słuszne?

  3. Czy Rosjanie nie znali celów wojny prowadzonej przez Niemców?

  4. Czy Niemcy wykorzystali chęć Rosjan do walki z ZSRR i dlaczego?

  5. Czy to dobrze czy źle?

rzeczą naturalną, że najazd cudzoziemski oznacza obalenie reżymu komunistycznego, i nikt u nas nie życzył sobie takiego najazdu z innych przyczyn. Oczekiwano na polityczną alternatywę. Na wyzwolenie od bolszewizmu. (...)

Mając słuszne powody, aby nie wierzyć sowieckiej propagandzie w żadnym wypadku, uważaliśmy naturalnie za bajki to, co mówiono o hitlerowskich planach obrócenia Rosji w kolonię, a nas samych w niemieckich niewolników. Nie chcieliśmy wierzyć, że takie idiotyzmy mogą wykluć się w ludzkich łbach w dwudziestym wieku. Nie sposób było uwierzyć, zanim się tego nie doświadczyło na własnej skórze. Ale jeszcze w 1942 roku do rosyjskiego oddziału kadrowego w Osintorfie zgłaszało się więcej ochotników, niż mogło ich było wcielić dowództwo. Na Smoleńszczyźnie i na Białorusi uformowała się ochotnicza stutysięczna „milicja ludowa” – dla obrony przed partyzantami podporządkowanymi Moskwie. Ale Niemcy nastraszyli się i milicję rozwiązali. Jeszcze wiosną 1943 roku, podczas dwóch propagandowych podróży Własowa po Smoleńszczyźnie i Pskowszczyźnie, witano go wszędzie z entuzjazmem. Jeszcze wówczas ludzie spodziewali się, że powstanie wreszcie rosyjski niezależny rząd i rosyjska niezależna armia. Mam w ręku dokument z powiatu pożerewickiego okręgu pskowskiego, świadczący z jaką serdecznością ludność tamecznych wsi odnosiła się do stacjonującego w okolicy oddziału własowskiego: ci żołnierze nie zajmowali się grabieżą i hulankami, nosili dawne rosyjskie mundury, pomagali przy żniwach; uznawani byli powszechnie za rosyjską, niekołchozową władzę. Ochotnicy zgłaszali się gęsto do tego oddziału sami, ludzie z cywila (podobnie jak w Łoktiu zgłaszali się do Woskobojnikowa) – i nad tym warto się zastanowić, boć nie z konieczności to robili, nie z obozu jeńców chcieli się wyrwać! Ale Niemcy zabronili własowcom takiej rekrutacji (niech się tam lepiej zapisują do policji!). Jeszcze w marcu 1943 roku w obozie jeńców pod Charkowem, gdzie dotarła ulotka o ruchu własowskim (rzekomym!) - 730 oficerów podpisało deklarację z prośbą o wcielenie do rosyjskiej armii wyzwoleńczej (ROA) i to po dwóch pełnych latach wojny i chlubnej służby, bo wielu z nich to byli bohaterowie bitwy stalingradzkiej; wśród nich - nawet dowódcy dywizji, komisarze pułków! A przy tym obóz był bardzo syty, nie głód więc pchnął tych ludzi do deklaracji. (Ale oto typowa niemiecka tępota: z tych 730, co się zgłosili, 722 aż do samego końca wojny nie doczekało się zwolnienia z obozu i przeniesienia do szeregów). Nawet w 1943 roku, w ślad za cofającą się niemiecką armią, ciągnęły dziesiątki tysięcy uciekinierów z okupowanych obszarów, byleby tylko nie znaleźć się znów pod władzą bolszewików.

Pozwolę sobie na takie stwierdzenie: funta kłaków niewart byłby nasz naród, stanowiłby zgraję beznadziejnych rabów, gdyby podczas tej wojny nie zdobył się na to, aby choćby z daleka - pogrozić karabinem stalinowskiej władzy, gdyby nie skorzystał z okazji, aby pokazać pięść i zwymyślać od ostatnich naszego Ojczu1ka rodzonego. Niemcy mieli swój spisek generałów. A my? Nasi generałowie byli (i zostali po dziś dzień) gromadą miernot, zdeprawowanych przez partyjną ideologię i chciwość. Nie zachował się w nich duch narodowy, jak to bywa w innych krajach. I tylko żołniersko-chłopsko-kozacki p1ebs podniósł pięść i wymierzył cios. Był to właśnie plebs. Niezmiernie nikły udział w tym ruchu mieli przedstawiciele dawnej szlachty, przebywający na emigracji, czy ludzie niegdyś zamożni lub inteligenci. I gdyby ruchowi temu pozwolono na rozmach, jaki rokowały mu pierwsze tygodnie wojny, to mógł stać się nowym buntem Pugaczowa.

A. Sołżenicyn, Archipelag GUŁag, Warszawa 1990, tom 3, str. 26 – 31


  1. Jakie (wg autora) były przyczyny klęsk ponoszonych przez armię radziecką w pierwszym okresie wojny, czy są one prawdziwe?

  2. Jakie argumenty przytacza autor na poparcie sowjej tezy? Czy uważa że te działania były słuszne?

  3. Czy Rosjanie nie znali celów wojny prowadzonej przez Niemców?

  4. Czy Niemcy wykorzystali chęć Rosjan do walki z ZSRR i dlaczego?

  5. Czy to dobrze czy źle?



  1   2   3   4


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość