Strona główna

Analiza komunikacji międzyludzkiej w Oceanii, na podstawie powieści George’a Orwella „Rok 1984”


Pobieranie 18.43 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar18.43 Kb.
Analiza komunikacji międzyludzkiej w Oceanii, na podstawie powieści George’a Orwella „Rok 1984

Marek Warda


Cele poszczególnych warstw są absolutnie nie do pogodzenia. Celem górnej jest utrzymanie swojej pozycji. Celem średniej, jest zamiana miejsc z górną. Celem dolnej, jeśli akurat go ma (...), jest znieść przywileje i stworzyć społeczeństwo, w którym wszyscy będą sobie równi.”

Od tego zaczęła się ta historia, która toczy się w Oceanii do roku 1984.. Na podstawie teorii oligarchicznej, tuż po Rewolucji powstała Partia, na której czele stał nieomylny, wszechwiedzący i nieśmiertelny WIELKI BRAT. Stworzono nowy światopogląd – „angsoc”, czyli socjalizm angielski, opierający się właśnie na teorii oligarchicznej.

Podstawowym pojęciem było „dwójmyślenie”, którego sztukę musieli posiąść „partyjni”. Dwójmyśleć, znaczyło „wiedzieć i nie wiedzieć; mieć poczucie absolutnej prawdomówności, a jednocześnie wygłaszać umiejętnie skonstruowane kłamstwa; wyznawać dwa zupełnie sprzeczne poglądy na dany temat i mimo świadomości, że się wzajemnie wykluczają, wierzyć w oba; używać logiki przeciwko logice; odrzucać moralność i zarazem rościć sobie do niej prawo; wierzyć, że demokracja jest niemożliwa oraz że Partia stoi na jej straży; zapomnieć wszystko, czego nie należy wiedzieć, po czym przypomnieć sobie, kiedy się staje potrzebne, a następnie znów szybko wymazać z pamięci; przede wszystkim zaś stosować ten proces do samego procesu (...). Nawet samo zrozumienie słowa „dwójmyśl” wymagało stosowania dwójmyślenia”.

W celu dostarczenia środków odpowiednich do wyrażania światopoglądu oraz myśli właściwych dla zwolenników angsocu, jak również uniemożliwienia swobody myślenia, opracowano zgodnie z ideologicznymi potrzebami angsocu „nowomowę”, urzędowy język Oceanii. Słownictwo nowomowy ukształtowano tak, aby za jego pomocą można było przekazać to, co lojalny członek Partii ma do powiedzenia, zarazem zaś uniemożliwiono wykorzystanie języka do formułowania, nawet okrężną drogą, myśli uznawanych za niewłaściwe. Posługiwanie się nowomową powodowało, że nie mówił mózg, lecz krtań, a wydobywające się z niej dźwięki składały się na słowa, ale nie tworzyły prawdziwej mowy, był to bezmyślny hałas, zupełnie jak kwakanie kaczki. Za sprawą nowomowy myślenie ludzkie miało ulec przeobrażeniu. Myślenia jako takiego, miało w ogóle nie być, a ortodoksyjność miała oznaczać niemyślenie, brak potrzeby myślenia. Ortodoksyjność to nieświadomość.



Niespełna ludzie sprzed zaledwie dwóch pokoleń w życiu kierowali się wyłącznie osobistym poczuciem lojalności, nigdy nie podając go w wątpliwość. Największą wagę przykładali do stosunków międzyludzkich, a drobny i niczego nie zmieniający gest, coś takiego jak uścisk, łza lub słowo skierowane do umierającego, miały ogromną wartość. Jednak Partia wyrządziła ludziom najstraszniejszą krzywdę wmawiając im, że odruchy i uczucia nic nie znaczą, a to, co człowiek czuł lub nie czuł, co robił lub czego nie robił, nie odgrywało żadnej roli. Należało pozbyć się wszelkich przejawów uczuć innych niż nienawiść. Specjalnie w tym celu każdego dnia odbywał się rytuał zwany „Dwie Minuty Nienawiści”, gdzie każdy w ohydnej ekstazie strachu i mściwości, pragnienia mordu, zadawania tortur, zmieniał się w toczącego pianę z ust szaleńca.

Wyjątkowym sposobem inwigilacji ludności były teleekerany, które oprócz nadawanej całodobowo papki propagandowej, służyły do obserwowania każdego z członka Partii. Nawet w toaletach, a raczej szczególnie tam nie dało się uniknąć szpiegującej iluminacji teleekranów. Niemniej jednak członkowie Wewnętrznej Partii mieli przywilej wyłączania ich w swoich mieszkaniach. Oddawanie się rozmyślaniom w zasięgu teleekranu było straszliwie niebezpieczne. Każdy drobiazg mógł zdradzić człowieka. Nerwowy tik, podświadomy wyraz troski, zwyczaj mamrotania do samego siebie, cokolwiek, co wyglądało na odstępstwo od normy i mogło sugerować, że ma się coś do ukrycia. Nawet niewłaściwy wyraz twarzy na przykład niedowierzająca mina, gdy ogłaszano sukces militarny, stanowił sam w sobie przestępstwo, na które w nowomowie istniało odpowiednie określenie: „gębozbrodnia”. Jednakże największym niebezpieczeństwem było mówienie przez sen, przed którym nie wiadomo było jak się uchronić. Wyrazem buntu było jedynie porozumiewawcze spojrzenie, modulacja głosu albo – co najwyżej – szeptem wypowiedziane słowo. Chcąc się porozumieć na tematy choć trochę odbiegające od codziennych, raczej grzecznościowych rozmów, należało długo i skrupulatnie dobierać miejsce i czas spotkania. Wysyłanie listu raczej nie wchodziło w rachubę, gdyż nie było tajemnicą, że cała poczta była kontrolowana. W ogóle mało kto korespondował. Jeśli zachodziła czasem konieczność przekazania jakiejś wiadomości listownie, istniały druczki z gotowym spisem sformułowań; należało jedynie skreślić niepotrzebne. Winston w niezwykłych okolicznościach otrzymał liścik od tajemniczej kobiety, lecz aby go odczytać, musiał uknuć sprytny plan. Winston i Julia spotykając się po raz pierwszy w stołówce, siedzieli wpatrzeni w miski, żadne z nich nie podnosiło głowy, jedli i między jedną łyżką a drugą, monotonnym szeptem wymieniali niezbędne informacje. Po chwili nie odzywali się już więcej i na tyle, na ile było to możliwe w wypadku dwóch osób siedzących naprzeciwko siebie, unikali się wzrokiem. Kiedy zobaczyli się kolejny raz, mieli tylko jeden cel: dać upust swemu pożądaniu. Jednak nie istniało samo pożądanie lub sama miłość. „Żadne uczucie nie mogło być czyste, bo wszystko przesycały strach i nienawiść. Uściski jego i Julii były walką; ich orgazm zwycięstwem. Ciosem zadanym Partii. Udaną akcją polityczną. (...) Nie chodziło tu o uczucie do konkretnej osoby, tylko o zwierzęcy instynkt, niepohamowany fizyczny popęd; on właśnie był siłą, która mogła rozsadzić Partię.” W pozostałe dni spotykali się na ulicy, każdego wieczoru gdzie indziej i nigdy na dłużej niż na pół godziny. Mogli ze sobą wówczas rozmawiać, choć w dość osobliwy sposób. Wędrując zatłoczonymi chodnikami, nigdy ramię w ramię i ani razu na siebie nie patrząc. Musieli przyzwyczaić się do porozumiewania „na raty”, bo wielokrotnie nie starczało im jednego spotkania na ukończenie tematu. Przez długi czas udawało im się utrzymywać kontakty, wspólnie knuli przeciwko Partii, tworzyli udany związek a nawet zrodziło się między nimi uczucie. Byli dla siebie przyjaciółmi, kiedy w owych czasach nie miało się przyjaciół, lecz towarzyszy.

W kwestii seksu, Partia usiłowała zabić popęd płciowy, a jeśli jej nie wychodziło, próbowała go przynajmniej spaczyć i zohydzić. Uparcie, acz skrycie dążyła do odarcia stosunku płciowego z wszelkiej przyjemności. Każdy związek małżeński między członkami Partii musiał zyskać akceptację specjalnej komisji i nie udzielano zgody kandydatom, którzy sprawiali wrażenie, że czują do siebie pociąg fizyczny. Jedynym akceptowanym celem małżeństwa było płodzenie dalszych członków Partii. Gdy już przyszedł na świat nowy obywatel Oceanii, takie dziecko obracano przeciwko rodzicom; uczono je, aby szpiegowały i donosiły, jeśli tylko zauważą coś odbiegającego od normy. Tak więc, rodzina stawała się jakby przedłużeniem Policji Myśli; każdy, kto miał dzieci, przez cały czas przebywał w towarzystwie doskonale go znających kapusiów. Zbrodnią niewybaczalnym był stosunek pozamałżeński między członkami Partii. Niekiedy jednak mężczyźni korzystali z usług prostytutek. Obowiązywał niepisany zakaz zadawania się z prostytutkami, lecz – zebrawszy się na odwagę – raz na pewien czas można go było złamać. Kobiety partyjna były wszystkie takie same. Czystość seksualną miały zakorzenione równie głęboko jak lojalność wobec Partii. Partia nie zezwalała na rozwody, a małżeństwa bezdzietne na ogół zachęcano do separacji. Inaczej rzecz się miała w przypadku proli. Nie narzucano im partyjnej wstrzemięźliwości płciowej. Za rozwiązłość nie groziły kary, rozwody były dozwolone. Przypuszczalnie zezwolono by im nawet na odbywanie praktyk religijnych, gdyby wyrazili taką potrzebę lub chęć. Byli poza zasięgiem podejrzeń. Jak to ujmowało jedno z haseł Partii: „Prole i zwierzęta są wolne”. Było rzeczą wręcz niepożądaną, aby prole mieli zdecydowane poglądy polityczne. Ich horyzont myślowy zamykały ciężka praca, prowadzenie domu i wychowywanie dzieci, sprzeczki z sąsiadami, filmy, piłka nożna lub piwo, które było jedynym trunkiem podawanym w lokalach przeznaczonych dla proli. Obowiązywał ich zakaz picia dżinu, choć w praktyce mogli go zdobyć bez trudu. Radością, szaleństwem, odtrutką na codzienność, intelektualną podnietą była dla nich Loteria. Istniało całe zbiorowisko ludzi, którzy utrzymywali się wyłącznie ze sprzedaży systemów, prognoz i amuletów przynoszących szczęście. Jednak wygrane były w większości ułudą. Tylko drobne sumki rzeczywiście wypłacano; główne nagrody przypadały fikcyjnym osobom. Pomiędzy prowincjami Oceanii nie istniała praktycznie żadna łączność, więc prawdę łatwo dawało się ukryć. Odwiedzanie natomiast ubogich dzielnic przez członka Partii nie było zbyt rozsądne, chyba, że miało się jakiś konkretny interes. Granatowy kombinezon członka Partii musiał przedstawiać rzadki widok w tej części miasta. Podniesione głosy milkły nagle a ludzie obserwowali obcego we wrogim milczeniu. Nie istniało, oczywiście, żadne prawo zabraniające rozmów z prolami i odwiedzania ich lokali, ale była to rzecz wielce niesłychana.

Z dnia na dzień uaktualniano przeszłość. Tworzono idealny obraz państwa, z roku na rok, wręcz z minuty na minutę, wszyscy i wszystko opięło się na coraz wyższe szczyty. Zawsze w porównaniu z przeszłością, więcej było żywności, więcej odzieży, więcej domów, więcej mebli, więcej garnków, więcej paliw, więcej statków, więcej helikopterów, więcej książek, więcej noworodków – więcej wszystkiego, oprócz chorób, przestępstw i szaleńców. Wszystkie dane statystyczne były czystą fantazją. Jednak rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej, zawsze się nie dojadało, nosiło dziurawe skarpety i łataną bieliznę, meble były poobijane i krzywe, mieszkania niedogrzane, metro zatłoczone, domy w rozsypce, chleb szary, kawa ohydna; herbata uchodziła za rarytas, papierosów nie wystarczało; niczego nie można było kupić tanio i bez ograniczeń z wyjątkiem syntetycznego dżinu.

Cały system polityczny skupiał się na utrzymaniu porządku poprzez kontrolę przez Partię absolutnie wszystkich dziedzin życia społecznego oraz prywatnego. Dopełnieniem całości był nieustanny strach przed innymi towarzyszami, którzy zawsze z byle powodu mogli - nawet przyjaciela - zadenuncjować władzy. Kiedy już na kogoś padły podejrzenia, jego śmierć była kwestią czasu, prędzej czy później ktoś taki znikał, przestawał istnieć, ulegał ewaporacji. Zazwyczaj trafiał do Ministerstwa Miłości i mimo tego, że jeszcze żył, dla świata już go nie było. Pobyt tam kończył się zawsze śmiercią, można było opuścić Ministerstwo, ale tylko po to, aby któregoś dnia, niespodziewanie poczuć chłodną lufę pistoletu na karku i odejść na zawsze w zapomnienie. Podczas pobytu w ministerstwie, torturami, odosobnieniem, głodzeniem, brutalnym biciem i upadlaniem człowieka do granic absurdu, „oczyszczano” jego umysł i „nawracano” ku Wielkiemu Bratu. Taka kurację musiał wieńczyć pełen sukces.

Tak właśnie udało się naprawić skrzywione poglądy naszego bohatera Winstona Smitha, który tak jak każdy obywatel, próbował normalnie żyć.

x60







©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość