Strona główna

Andrij Bondar przełożył Bohdan Zadura


Pobieranie 8.6 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar8.6 Kb.
Andrij Bondar

przełożył Bohdan Zadura

Śmierć w Chorzowie

1 sierpnia

Jechałem porannym tramwajem bez biletu i nie bałem się kontrolerów. W ogóle niczego się nie bałem i nic nie wiedziałem. Pierwszy raz jechałem tramwajem z miasta do miasta. Tak to tutaj jest urządzone. Ludzie przemieszczają się tramwajami, bo między miastami nie ma żadnych widocznych granic: ani pola, ani rzeki, ani nawet parku. Rozglądałem się dookoła, usiłując zorientować się, gdzie jestem: jeszcze w Katowicach czy już w Chorzowie.

Oto na szarym blaszanym płocie ogradzającym jakąś budowę widnieje napis długi na dwadzieścia metrów: «OCZYŚĆMY KATOWICE Z CHORZOWSKIEGO GÓ…». Tekst urywał się w pół słowa i natychmiast zrozumiawszy, że jeszcze jestem w Katowicach, nie mogłem dojść, co to za chorzowskie i czym się je je. Może chodzi o górnictwo? Może u nich dotąd odbywa się coś w rodzaju socjalistycznego współzawodnictwa między miastami i każde z nich stara się jakoś potwierdzić swoje pierwszeństwo i wielkość, walczy z ekspansją obcych wpływów. GÓ GÓ GÓ – było w tym coś japońskiego i jednocześnie bardzo znajomego, do bólu prostego, co mi się wymykało, chodziło po głowie, a nie dawało się schwytać. Może GÓZ i mieszkańcy Katowic naprawdę uważają Chorzów i chorzowian za złośliwy nowotwór na zdrowym ciele tej górniczej aglomeracji? Jednak nie, to słowo pisze się przez „u”. Coś mi przeszkadzało normalnie myśleć. I dopiero po kilkuset metrach, kiedy zobaczyłem na brązowym poniemieckim budynku napis „Ruch Chorzów” z emblematem klubu, zrozumiałem, że mieszkańcom Katowic także chodzi o futbol. GÓ okazało się naprawdę zwyczajnym gównem.

I to odkrycie napełniło mnie jakąś niezrozumiałą radością. Że naprawdę wszystko jest proste. Trzeba mierzyć świat prostymi myślami i myśleć o prostych rzeczach. To właśnie je ludzie zawsze mają na myśli: futbol, wódka, gówno, piwo, radość, słońce, jedzenie. Że jeśli dałem sobie radę z taką łamigłówką, to przez miesiąc być może nie zmienię się w roślinę. Być może nawet uda mi się umrzeć na stojąco. Choć można też po prostu we śnie. O, znowu napis: HWDP. No to już bardzo proste. Tramwaj minął park rozrywki i zjechał w dół. Tam był przystanek, gdzie miałem wyjść i znaleźć hotel. Po lewej od przystanku wnosiła się estakada, po prawej był plac Hutników. Pod estakadą było przejście dla pieszych, za którym można było domyślać się centrum miasta. «Sztygarka» – tak nazywał się hotel, w którym był zarezerwowany na moje nazwisko pokój.



Po lewej stronie drogi do hotelu stały odgrodzone betonowym parkanem odstojniki z wodą, porośniętą wodorostami. Za nimi były tory kolejki podmiejskiej, która prowadziła nie wiadomo dokąd. Zdawało się, że w jakieś nieprzebyte chaszcze. Właśnie tory oddzielały świat ludzi od wielkiego kombinatu, w którym znajdowała się huta imienia narodowego bohatera Polski, Tadeusza Kościuszki i „Huta Królewska”. To właśnie jej nazwa dała pierwszą nazwę temu miastu – Königshütte. Dawno już nie było króla, a sama huta, jak było napisane w przewodniku, przeżywała nielekkie czasy, zawisnąwszy między wątłym istnieniem a pełną likwidacją. Po prawej była typowa poniemiecka architektura: rejon smutnych wielopiętrowych domów z czerwonej cegły, w których wraz z obecnymi mieszkańcami spała też dawna wielkość przemysłowej sypialni. Trochę wyżej, po lewej od drogi, stał supermarket Kaufland, jakby sygnalizując, że znowu wróciły tu Niemcy, ale weszły już nie frontowym, a tylnym wejściem. Teraz nie próbowały już wydobywać z tej ziemi węgla, rudy i soli, jak kiedyś, a tylko sprzedawać Polakom ich produkty pod swoim szyldem.

Szedłem na oślep, równolegle do torów. Brunatne niemieckie kamienice zmieniła kremowa zabudowa późnego PRL–u, a po obu stronach drogi zaczęły pojawiać się zielone klony. Cały kompleks „Sztygarki” został odbity starej kopalni. Restauracja, centrum kosmetyczne, galeria, teatr zawładnęły jej dawnymi pomieszczeniami. Wszystko składało się na diablo optymistyczny obraz: coś, co przeminęło, dało drogę nowemu, zostawiając po sobie tylko szkielet. W języku polskim w takich przypadkach używa się słowa rewitalizacja, czyli coś podobnego do ożywienia. Człowieka w taki sposób ożywić nie można. Nieboszczyk tylko roześmieje się w kułak na usiłowania żywych, by tchnąć w niego życie. A zmienić krajobraz przemysłowy na wypoczynkowy, okazuje się, można. Tak samo zresztą jak z parku można zrobić fabrykę albo wysypisko śmieci. W moim kraju najczęściej zdarzało się to ostatnie.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość