Strona główna

Andrzej Potocki Projekt okładki i stron tytułowych


Pobieranie 472.05 Kb.
Strona1/7
Data20.06.2016
Rozmiar472.05 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7
Redakcja Andrzej Potocki

Projekt okładki i stron tytułowych Waldemar Kordyaczny

Zdjęcia

Irena Gałuszka

Zdjęcia archiwalne:



"Bieszczady, Słownik historyczno-krajoznawczy, cz. 1, Gmina Lutowiska", Budziak .]., "Zabytki sakralne Leska", Falkowski J., Pasznicki B., "Na pograniczu bojkowsko-łemkowskim", Potocki A., "Od źródeł Sanu do Otrytu", zbiory własne autora.

Korekta Katarzyna Fornal



ISBN 83-88065-39-4

© Copright by Andrzej Potocki - Rzeszów 2000

Wydawca:

Oficyna Wydawnicza "APLA"

38-400 Krosno, ul. Łukasiewicza 49

tel/fax (013) 4366049, tel. kom. (0603) 926958 . .

Wydanie I.

Druk:


CHEM1GRAF1A Michał Łuczaj 38-400 Krosno, ul. Białobrzeska 74 tel/fax (013)4325415, (013)4368974

Andrzej Potocki

Bieszczadzkie losy

Bójkowie i Żydzi

Rafałowi poświęcam - ojciec

Niegdyś byli bardzo liczni w polskich Bieszczadach. Przed półwieczem zostali zmuszeni do porzucenia swojej ojcowizny i odejścia na wschód. Tylko nieliczni odchodzili stąd z własnej woli. Większość z nich została po prostu wypędzona. Mogli zabrać niewiele dobytku. Pozostawili domy, sady, pola, cerkwie i cmentarze z grobami przodków. Ich ponad pięciowiekowa obecność w Bieszczadach w 1947 roku dobiegła

kresu.


Zaczęło się na początku XV wieku, gdy ze swoimi stadami ruszyły na północ grupy pasterzy w poszukiwaniu nowych miejsc, zdatnych do zasiedlenia i prowadzenia gospodarki pasterskiej. Bieszczady były wówczas w niewielkim stopniu zaludnione, w przeważającej mierze przez ludność ruską. Pozwalano przybyszom zakładać nowe wsie "na surowym korzeniu". Karczowali wytrwale lasy i zarośla, budowali chyże dla siebie i szałasy dla swoich stad. Dostawali 24 lata wolnizny, w czasie której mieli się zagospodarować. Pozwalano im także zachować prawa zwyczajowe przejęte od przodków. Polacy nazywali ich prawo mołdawskim lub wołoskim. Wedle niego zasadźca wsi zostawał dziedzicznym kniaziem, czyli sołtysem. Zespół kilku wsi wołoskich tworzył krainę, którą zarządzał krajnik, jeden z kniaziów. Kniaź dostawał największy nadział gruntu, dwa do czterech łanów, zapewne 48- morgo­wych. Kmiecie dostawali po jednym łanie. Jednocześnie kniaź miał oddzielne od gromadzkich pastwiska, tzw. obszar, na którym mógł wypasać do 300 owiec. Kmiecie korzystali ze wspólnych pas"twisk, także na bieszczadzkich połoninach.

Kiedy skończył się okres wolnizny, w dzień świętych Piotra i Pawła,

czyli 29 czerwca, składali na ręce kniazia wsi prawem przypisaną daninę

dla właściciela wsi. Z każdej zagrody po jednym wieprzu, a ci, którzy

wypasali swoje wieprze na bukwi (bukowych orzeszkach), dodatkowo

po jednym wieprzu z każdych dziesięciu. Od każdej setki owiec oddawali

po pięć sztuk, do tego po serze wołoskim. Przed Świętami Wielkanocnymi,

Zielonymi Świątkami i Bożym Narodzeniem dawali po dwa jarząbki lub

jednym kapłonie, albo płacili po groszu za każdego jarząbka. Z tych

szystkich danin kniaź otrzymywał trzecią część, resztę oddawał właści-

t owi wsi. Miał także kniaź prawo posiadania młyna i karczmy. Gdy

yło sądzić kmieci, czynił to razem z przedstawicielami wiejskiej



V °mady, zgodnie z prawem wołoskim.

W 1486 r. w składzie takiego sądu, który zebrał się w Chrewcie uczestniczyli kniaziowie i kmiecie z Olszanicy, Rajskiego, Serednicy Tworylnego i Żurawina. Zgodnie z prawem wołoskim kniaziowie mogli wydawać wyroki śmierci w sprawach kryminalnych. Taki przypadek został odnotowany w roku 1562. Oskarżycielem był kmaź z Rzepedzi, oskarżonym Iwanek z Prełuk. Tenże został uznany winnym napaści i po­ranienia kniazia rzepedzkiego i swojego brata ciotecznego Sienka oraz współpodpalenia lasu. Za to wszystko sołtysi i prawo gajne na zborze kazali go gardłem karać. Iwanka z wyrokiem śmierci odstawiono do grodu sanockiego, gdzie kat go ściął. W 1648 r. zebrał się w Dwerniku sąd złożony z sędziego i dwunastu przysięgłych. Sądzono miejscowego kmiecia zgodnie z "zasadzonym prawem".

Początkowo przez dwa dni w roku kmiecie byli obowiązani praco­wać darmo w pańskim folwarku: jeden dzień w czas sianokosów i jeden dzień w czas żniw. Niestety i tu obciążenia feudalne z czasem wzrosły. W bieszczadzkich wsiach rzadko gospodarzyli ich właściciele, na ogół wypuszczano je w dzierżawę. Dzierżawcy często nadmiernie eksploatowali majątki folwarczne i poddanych. Oto w jakim stanie odbiera w latach trzydziestych XVII wieku swoje wsie Berezkę i Wolę Matiaszową Anna z Sienieńskich Balowa od dzierżawcy Samuela Dunikowskiego: Dla ucisku kilku chłopów uciekło; pola pod zimą nie zasiane, grunta spustoszone, bo ich trzy lata nie uprawiano: słomą przez cały czas sprzedawano; kmiecie zamożyste znądzniono, iż sią ledwie na rolach zatrzymali; dwór spustoszony, pogniły i obleciały, że kiedy deszcz przypadnie, głowy nie masz kądy skłonić; pieca ani okna nigdzie całego nie masz; komory i spiżarnie poobdzierane, deski z nich pozabierane; szopy rozwalone; ostrogi i parkany wszystkie popalone; stoły, sprząty, naczynia powywożone, lasy haniebnie przerąbane, staw w Berezkach do szczętu wyłowiony i pusty; pod zimą ziarnka jednego nie zasiano; żadnego osiewka na jarz nie ma; chłopów dzierżawca bijał, tłukł i sadzał; pierwej obuchem uderzył niż słowo wymówił, ani się było sprawić, ani wyprosić. Skutkiem takiego obchodzenia się z chłopami, z Woli Matiaszowej uciekł Stefan Nawalany wraz z synem pozostawiając nawet bydło i zboże w snopach. Z Berezki z kolei zbiegł Luczka, syn kowala, i Gałowski. Grunty zbiegów włączył Dunikowski do folwar­cznych.

18

Równie srogo obchodził się pod koniec pierwszej połowy XVII



-ku ze swoimi poddanymi Wojciech Leszczyński, dzierżawca Kalnicy

^Strubowisk. Właściciel tych wsi w swojej skardze do grodu sanockiego

, Djszc- Stefan Lestiow poszedł precz, tego syna pobił, który na zarobek

'■Iwcl-il i żyto zarobne pobrał. Tymko Lawrowiąt precz poszedł, którego

±one niewinnie uwięził i winy nad powinność wziął złotych dwa. Iwan

Gulikow precz poszedł, z tego niewinnie wziął winy złotych dwa. Andrzej

Leszków precz poszedł, z tego przedtem winę wziął, że na zarobek chodził,

choć z roli robotę do dworu odprawowano i zarobek jego pobrał. Kość

' Biskupów poszedł precz, z tego przedtem wziął winy złoty jeden. Fedko

precz poszedł, którego, syna przedtem więził postronkami siekąc bez żadnej

przyczyny i winę wziął. Jaczko Babicząt precz poszedł, którego żonę

przedtem kazał katu niewinnąpomęczyć i winy wziął krów dwie i pieniędzy

złotych cztery: Ilkow Łukaczow precz poszedł, którego żonę przedtem

więził i pomęczyć kazał, winy wziął wołów parę, krów dwie, tenże

mistrzowi musiał złotych dwa i samego, aby insze woły sobie kupił więził.

Fedor Moszkowiąt precz poszedł, którego syn dla robót teleśnickich

poszedł precz, i przez niebytność jego w domu, że w Teleśnicy robił, woły

lego chłopa synowi ukradziono. Sawka Łukaczow precz poszedł, jego

żonę, jako i innych kmieci dręczył, winę wziął złotych cztery, a przedtem

one brał do dworu i z nią obcował, jako z własną żoną. Iwan Polimow

precz poszedł, tego przedtem wziął był w drogę i powróciwszy z drogi,

suknie jego własne z niego zdjął i szablę to wszystko pobrał, i onego

więził, aby mu się tego nie upominał. Iwan Gubicz precz poszedł, ten

wszystko stracił dla tełeśnickiej roboty.

Tak więc z obu tych wsi zbiegło wraz z rodzinami 12 kmieci. Żony trzech z nich były przez kata torturowane, a oni sami musieli katu za tę usługę zapłacić. Zbiegostwo chłopów w tamtym czasie było zjawiskiem dość powszechnym, jedynie bowiem w ten sposób mogli się bronić przed okrucieństwem panów. Uciekali nie tylko oni, ale i kniaziowie i karczmarze. Z Kalnicy zbiegł także kmaź Michałko, z Orelca - karczmarz. Najczęściej zbiegowie uciekali na Zakarpacie, na węgierską stronę tfieszczadu, gdzie nadal jeszcze obowiązywało prawdziwe prawo wołoskie. Zbiegostwo było też świadomie organizowane przez innych właścicieli wsi, którzy obiecywali im u siebie lepsze warunki bytu. Organizujący ucieczki zwani byli wykotcami.

19

I tak w 1643 r. z Dźwmiacza Górnego wykoczowany został do Wołosatego Fiodor Wielki. Wykotcą okazał się jego syn Maciej Sidorowicz. W dwa lata później w podobny sposób wykoczowano trzy rodziny z Łokcia, także do Wołosatego, które było wsią królewską. Inną formą walki ze znienawidzonymi dzierżawcami wsi lub ich właścicielami były zbójeckie napady na ich dwory. Z czasem też niezależnie od prawa wołoskiego na którym zasadzane były wsie, wprowadzano pańszczyznę. W 1643 r. w Jasieniu, wsi królewskiej wynosiła ona cztery dni w tygodniu. Czwartek i sobotę kmiecie mieli wolne. Obciążeni powinnościami ponad miarę buntowali się. Jasieńscy przez 6 lat, jak wynika z pozwu króla Władysława IV, nie odrabiali pańszczyzny i żadnych danin nie składali wójtom Aleksandrowi i Matiaszowi Ustrzyckim. Wspomniany już Wojciech Leszczyński pobrał od Małego Ligowiąt 3 złote, a od Iwana -16 złotych jako wykup pańszczyzny. Po pewnym jednak czasie ponownie ■ zmusił ich do odrabiania pańszczyzny na równi z innymi kmieciami. Także. chłopi byli obciążeni tzw. dziesięciną na rzecz poszczególnych kościołów lub cerkwi. W 1787 roku poddani w Chmielu, Hulskiem, Krywem, Łokciu, Stuposianach, Tworylnem i Zatwarnicy pracowali po pięć dni w tygodniu na pańskich folwarkach.



Wcześniej istniejące już wsie ruskie przenoszono z prawa ruskiego lub polskiego na wołoskie, które w tym górskim terenie było korzystniejsze dla obu stron, właściciela wsi i jego kmieci. Wgląd w ówczesne stosunki prawne daje nam przywilej Piotra Kmity wydany w Przemyślu w 1533 roku, dotyczący nadania wójtostw w Dwerniku i Polanie na rzecz Iwana Tarnowskiego oraz jego synów Łukasza i Piotra. Czytamy w nim m.in.: My Piotr Kmita hrabia na Wiśniczu, dziedzic Sobienia, kasztelan sandomierski, marszałek wielki koronny, a także starosta krakowski, przemyski, spiski i kolski oznajmiamy niniejszym wszystkim i każdemu, kogo treść niniejszego dokumentu może dotyczyć, że My, mając pełną świadomość stanu i kondycji Szlachetnego Iwana Tarnowskiego, jemu wraz z synami i krewnymi jego oddajemy najchętniej za ochoczo świadczone nam usługi, powiększające wartość dziedzicznych dóbr wsi Tarnowa, które Nam wraz ze Szlachetnym Michałem alias Melkiem, bratem swoim ustąpił: przeto temuż Szlachetnemu Iwanowi Tarnowskiemu i synom jego Piotrowi i Łukaszowi dajemy i darowujemy na zawsze dwa wójtostwa we wsiach Naszych Polanie

20

, -mku przypisując onym wraz z sukcesorami ich na wspomnianych ' ■ j tostwach sumę trzechset grzywien polskich zwyczajowych, licząc •-'terdzieści osiem groszy. Kmiecie wsi owych Polany i Dwernika mają nstawać na prawie wołoskim, pod zarządem onych i im posłuszni: d których trzecia część wszystkich świadczeń corocznie Nam oddawanych, jak też kar sądowych oraz robocizn i posług na wzór innych, urzyległych wsi Naszych odtąd ich wójtom należeć ma, to jest onym Tarnowskim. Do których to wsi dołączamy i przyłączamy niniejszym posiadłości Skorodne i Lubozew wraz z górami i lasami zwanymi Ostre i Otrit, między wspomnianymi wsiami Polaną i Dwernikiem leżące wraz z prawem wolnego użytkowania i pasani w okolicznych górach zwanych Połoninami. Dajemy i odstępujemy wspomnianym wójtom i spadko­biercom ich cztery łany wołoskie w Polanie i cztery w Dwerniku jako nadział wójtowski, a także przybytki albo obszaiy. Także pod świątynię w Polanie jeden łan wołoski i podobnie w Dwerniku pod świątynię jeden łan. Pozwalamy też rzeczonym wójtom i sukcesorom ich mieć wolny młyn we wspomnianej wsi Polany oraz drugi młyn w Dwerniku, a także folusz, karczmy, stawy rybne, ogrody i rzemiosła jakichkolwiek bądź specjalności, jak barcie w lasach Naszych przyległych, ile tylko ich w stanie mieć będą we wspomnianych wsiach, dla życzenia swego. Wójtostwa rzeczone Szlachetny Iwan Tarnowski z Piotrem i Łukaszem synami swymi mogą dzierżyć, mieć i posiadać, sprzedawać, darować, wymieniać, przekazywać i na swój pożytek obracać tak jak im i ich sukcesorom wyda się to najdogodniejsze, wszelako za zgodą naszą i sukcesorów Naszych.

Początkowo Bieszczady były podzielone pomiędzy dwa rody: Kmitów i Balów, zaś na części pogranicza polsko węgierskiego rozciągała się królewszczyzna należąca do starostwa krośnieńskiego. To przede wszystkim te dwa rody organizowały wołoskie osadnictwo w Biesz­czadach. Ale już po roku 1580 następuje rozdrobnienie latyfundium mitowskiego. Balowie utrzymywali się jeszczena swoich włościach, jednak i balowszczyzna była już podzielona. Szczegółowy podział włości bieszczadzkich z rejestru poborowego z roku 1640 przedstawia się na­stępująco: ADAM BAL posiadał miasteczko Baligród oraz wsie: Bystre, Cisowiec, Huczwice, Jabłonki, Kołonice, Polanki Rabę, Radziejową,

21

Stężnicę, i Żubracze, natomiast JAN BAL miał Berezkę, Bereźnic


Wyżną, Matiaszową Wolę, Radoszyce, Średnią Wieś. 'SAMUEL B'Ąr
posiadał Cisnę, Dołżycę, Dziurdziów, Habkowce, Hoczew, KryWe
Lisznę, Przysłup, Żerdenkę, Żernicę Niżną. STEFAN BAL władatól
Bukiem, Bukowcem, Górzanką, Kołonicami, Łopienką, Łuhem, Rybnenj|
Strzebowiskami, Wołkowyją, Terką, Tyskową, Zawojami, Zawożeni
i Żernicą Wyżną. a

Dawna włość Kmitów miała już kilku różnych właścicieli, | ANDRZEJ BOGUCKI miał: Chrewt, Krywe, Olchowiec, Paniszczów, I Tworylner Wetlinę i Wydrne. TADEUSZ GROCHOWSKI władał: Beniową, Bukowcem nad Sanem i Siankami. HERBURTOWIE byli w posiadaniu: Hulskiego, Równi, Ustianowej i Zatwa-rnicy; FRANCISZEK MNISZECH był właścicielem: Bóbrki, Czarnej, Olszanicy, Sokołowej Woli, Stefkowej i Żłobka. ROMEROWIE mieli: Jaworzec, Polanę, Rajskie, Rosolin, Sawkowczyk, Smerek, Studenne. Natomiast POLAŃSCY: Dydiową, Lutowiska, Rosochate, Serednie Małe i Skorodne. MIKOŁAJ SOGNIEW miał: Kiełczawę, Mchawę, Roztoki Dolne i Zachoczewie; JAN ADAM STADNICKI był właścicielem miasta Leska oraz posiadał m.in.: Berehy Górne, Choceń, Dwernik, Horodek, Kamionki, Ruskie, Sokole, Tarnawę Niżną, Ustrzyki Górne i Zagórz, ANDRZEJ STADNICKI był panem na: Myczkowie, Polańczyku, Solinie i Teleśnicy. Sannej. STANISŁAW STADNICKI posiadał: Dźwiniacz Górny, i Smolnik; HERMOLAUS TYRAWSKI władał: Glinnem, Orelcem, Rudenką, i Uhercami, natomiast USTRZYCCY posiadali: Chmiel i Żurawin, zaś ZIELIŃSCY mieli: Bereźnicę Niżną, Bóbrkę, Mycz-kowce i Zwierzyn. Byli też inni właściciele bieszczadzkich wsi, mający po części lub też po jednej czy dwie wioski.

Starostwo krośnieńskie w Bieszczadach obejmowało: Balnicę, Czystohorb, Dołżycę, Duszatyn, Jawornik, Komańczę, Łupków, Maniów, Mików, Prełuki, Roztoki Górne, Rzepedź, Smolnik, Solinkę, Szczawne, Szczerbanówkę, Turzańsk, Wolę Michową i Wołosate. W początkach XVI w. proces osadnictwa w Bieszczadach dobiegł końca. Ostatnie wsie lokowano w 1620 r.

Wróćmy jednak jeszcze do przywilejów lokacyjnych. Otóż zapisywano w nich rzecz świątyń przeważnie po jednym łanie gruntu, co miało zabezpieczyć stałe dochody duchownych. Większość świątyń



22

^ sWoje grunty aż do czasu wysiedlenia Bojków. a nawet znacz-/K -V (jw4ększyła. Parochia w Smereku pod koniec XIX w. miała '|41 morgów uposażenia, w Polanie - 110 morgów, w Łopience - 109 ,rirów zaś wUstrzykach Górnych - 168 morgów pól, pastwisk i lasów. Średniowieczni mieszkańcy Bieszczadów byli zróżnicowani pod vzeledem religijnym. Większość z nich była związana z obrządkiem prawosławnym, ale zdarzali się i poganie. W 1425 r. Jan z Ralskiego (Rajskiego), katolik, zobowiązał się nie mieszkać z Wołoszką Tatianą, kobietą niechrzczoną, a gdyby to nadal czynił, miał być ogniem spalony. Trudno dzisiaj dociec, w ilu ówczesnych wsiach były cerkwie, ale przecież być musiały, bo gdy Kazimierz Wielki odzyskiwał dla Polski Bieszczady w 1340 roku zdobywając Ruś Czerwoną, prawosławie było już tu dobrze zakorzenione. Po przyłączeniu Bieszczadów pozostali w nich dawni mieszkańcy, a wraz z nimi religia i świątynie. We wspomnianym już roku 1425' musiała być w Rajskiem świątynia chrześcijańska, skoro sprawa chrztu była dla sądu tak ważna. Przybysze wołoscy zapewne należeli do różnych obrządków chrześcijaństwa. Oddaleni od swoich korzeni i zbyt rozproszeni, nie mając wyboru trafili pod opiekuńcze skrzydła cerkwi prawosławnej, dzięki czemu, z czasem, z autochtonów i przybyszów powstał jeden lud zwany Bójkami.

Miejscowi przejęli od przybyszów ich prawo, przybysze od miej­scowych religię i język. Ale w ten ruski język wnieśli wiele własnych określeń, przydali mu także słów polskich, aż powstała rusińska mowa. Pod koniec XVII w., gdy część Cerkwi prawosławnej podporządkowała się Rzymowi, cerkwie bieszczadzkie stały się unickimi. Po roku 1772, kiedy Bieszczady zajęli Austriacy, Cerkiew unicką nazwano greckoka­tolicką. Rozłam w Cerkwi prawosławnej oznaczał także oddalenie się Bojków od kultury ruskiej, czemu dodatkowo sprzyjało ich peryferyjne położenie, na zachodniej rubieży Rusi.

Na Bojkowszczyźnie istnienie pierwszych szkół odnotowano dopie-

■o w 1821 r. Były to szkoły parafialne funkcjonujące przy cerkwiach.

Do takiej szkoły w Buku uczęszczało 41 dzieci. Prowadzona była przez

Parocha z Łopienki. Podobne szkoły były w Cisnej, Jaworzcu, Łopience,

mereku i Wetlinie. Ale już w 1790 r. troje dzieci z Jaworzca i dwoje

z alnicy uczęszczało do czteroklasowej szkoły ludowej w Ławrowie

tai ego Sambora, prowadzona przez oo. Bazylianów. Istnienie



23

kolejnych szkół odnotowano w roku 1836. Funkcjonowały przy cerkwiach w Lutowiskach (35 uczniów), Dydiowej (10 uczniów), Tarnawie Wyżnej (10 uczniów) i Ustrzykach Górnych (7 uczniów). Znacznie więcej by}0 ich w roku 1848, bo także w Beniowej, Berehach Górnych, Caryńskiein Dwerniku, Krywem i Sokolikach Górskich. Większość z nich przetrwała kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat. Na przełomie XIX i XX wieku rozpoczęto organizacje szkół państwowych jednoklasowych, z ruskim językiem nauczania. W Lutowiskach od 1895r. istniała szkoła dwukla-sowa, zaś od 1908 r. - czteroklasowa z polskim językiem nauczania. niektórych wsiach pierwsze szkoły powstały dopiero w okresie międzywoj£nnym. Tak było w Stuposianach i Zatwarnicy. Do szkól uczęszczał znikomy procent dzieci w wieku szkolnym. We wsiach biesz­czadzkich przed drugą wojną światową analfabetami było około 90 pro­cent dorosłych. W okresie międzywojennym nauczycielami byli w większości Ukraińcy, nauczający w swoim języku.

Trudne warunki życia codziennego nie stwarzały zbyt wielu możliwości wyboru, dlatego Bojkowie pozostawali w izolacji kulturowej, która przez wieki kształtowała ich świadomość i silne poczucie etnicznej odrębności. Oni też w znacznie mniejszym stopniu niż inne nacje, zamieszkujące ten region, byli świadomi swojej tożsamości narodowej. . Na pytanie o nią, odpowiadali - tutejsi. Pojęcie Polski nie było im znane. Rzeczpospolita szlachecka była matką wielu narodów. Po jej pierwszym rozbiorze Bieszczady znalazły się w granicach monarchii habsburskiej, która nazwała swój zabór Królestwem Galicji i Lodomerii. Królestwo Polskie powstałe po Kongresie Wiedeńskim, na południu sięgało tylko do Wisły. Tak więc Polska była odległa od Bieszczadów. Podobnie obco brzmiało dla nich pojęcie Ukrainy, jeszcze bardziej odległej niż Polska. Walkę o "dusze" Bojków prowadzili także Rosjanie, przygotowując grunt pod zjednoczenie Galicji z Rosją. Prorosyjskie nastawienie kształtowało m.in. Towarzystwo im. M. Kaczkow-skiego. Jego czytelnie działały przed pierwszą wojną światową w Lutowiskach i Ustrzykach Górnych. Dopiero, gdy ta światowa wojna przyniosła nadzieję narodowi ukraińskiemu na stworzenie suwerennego państwa, Ukraińcy zaczęli integrować wokół siebie etnicznych pobratymców, w tym także Bojków. Ci posiadali świadomość swojej ruskości, ale nie ukraińskości. Należało zatem przebu-| dować ich tożsamość. Działalność proukraińską prowadziły czytelnia



24 . I

■ ty" Funkcjonowały one w Beniowej, Bukowcu nad Sanem,

"' : rjźwiniaczu Górnym, Łopience, Siankach, Tarnawie Wyżnej

/■ iu Ukraińskie ośrodki nacjonalistyczne zaangażowały też do tego

duchowieństwo greckokatolickie, mające niekwestionowany wpływ

I H To co mówił świaszczennik było niepodważalne. Aświaszczennik

'wił że Bójko jest Ukraińcem, może trochę gorszym, ale Ukraińcem.

Ta pośpieszna edukacja nacjonalistyczna spowodowała, że większość

z trzydziestotysięcznej społeczności nadsańskich Bojków poczuło się

Ukraińcami. Większość, ale nie wszyscy. Znaczna ich część pozostała

wierna Polsce

WĘDROWNI PASTERZE WOŁÓW

Bojkowie jako rusińska grupa etniczna zaczęli kształtować się od połowy XV wieku, w wyniku nawarstwienia się osadnictwa wołoskiego na wcześniejsze osadnictwo ruskie. W Dołżycy koło Cisnej według lokalnej tradycji pierwszymi osadnikami byli uciekinierzy z Rusi Halickiej, którzy schronili się tu przed najazdami tatarskimi. Zbudowali tu gród, po którym pozostała nazwa wzgórza - Horodek. Owi osadnicy musieli tu przybyć po 1230 r. Osadnicy wołoscy, stanowiący konglomerat narodów bałkańskich i południowokarpackich mieli jedną wspólną cechę - ich podstawowym zajęciem produkcyjnym była gospodarka hodowlano-pasterska. Wędrówka ku północy była, z jednej strony ucieczką przed zagrożeniem tureckim i ewentualną przymusową islamizacją, z drugiej zaś poszukiwaniem nowych przestrzeni życiowych wobec narastaj ącego przeludnienia terenów wcześniej zamieszkiwanych. Profesor Jan Czekanowski, twórca lwowskiej szkoły antropologicznej, prowadzący w okresie międzywojennym badania terenowe w Bieszczadach, stwierdził wśród miejscowej ludności dużą różnorodność antropologiczną, co dowo- • dzi, że osadnicy należeli do różnych grup etnicznych. Oto opis antro­pologiczny części mieszkańców Smereka: "Z postawy są oni niscy, krępi, 0 tęgich, mocno rozczłonkowanych obu parach kończyn. Pierś szeroka, nieco kanciasta. Głowa nisko osadzona na grubej szyi. Czoło szerokie, niskie. Oczy skośne, brwi grube, nos płaski. Policzki wystające". Tak w'ęc autor identyfikował ich jako potomków Tatarów, zwłaszcza, że posia­dali oni nazwiska: Bahan, Bej, Truchan.

25

: , ,. Wołosi przynieśli ze sobą specyficzne rozwiązania prawne. opart na prawie zwyczajowym przekazywanym w tradycji ustne i właściwe dla ich dotychczasowego trybu życia.



Język bojkowski powstał na bazie języka ruskiego pod wpływeui Cerkwi prawosławnej, w której liturgia odbywała się w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, wywodzącym się z języka staromacedońskiego W dialekcie bojkowskim spotykamy wiele zapożyczeń z języków: poi. skiego, słowackiego, rumuńskiego i węgierskiego. Dialekt bojkowski nie posiadał formy literackiej.

Nazwa "Bójko" ma charakter przezwiskowy i oznacza, jak chcą jedni ludzi nieufnych, zacofanych, powolnych w ruchach lub, jak chcą inni, hodowców siwych wołów - bojków. Tak czy inaczej ma wydźwięk pejoratywny i jest związana z "wołowatością". Łemkowie - ich najbliżsi pobratymcy, określali ich mianem "luchy", czyli świnie. Natomiast Polacy nazywali Rusinami, Rusnakami bądź Górniakami. Osiemnastowieczny pamiętnikarz postrze-gał ich jako ludzi posępnych, powolnych i (długo) namyślających się. Oni sami nazywali siebie Hyrniakami lub Werchowyńcami, czyli ludźmi gór. Nazwa: "Bojkowie" pojawiła się w literaturze etnograficznej w połowie XIX w. i była przyjmowana z du­żymi oporami. Przez pewien czas używano też innych nazw, jak Rusini Haliccy czy Połonińcy, ale żadna z nich nie wytrzymała próby czasu. Określenie "bójko" po raz pierwszy odnotowano w 1607 roku w "Regestrze złoczyńców grodu sanockiego": Ołeksa Dawidów z Rabiech zeznaje na męce, że dwa woły kowalowe z Moczary sprzedał w Lesku bojkowi. Mianem bójka określono w tym przypadku wędrownego handlarza wołów. W dokumencie sądowym z 1608 r. w tym samym regestrze zapisano: Haśko z Kainie wydał 2 koni z Strubowiszcz wołowcom. I w tym przypadku chodzi zapewne o wcześniej wspomnianych bojków. W okresie międzywojennym mieszkańcy Smereka Bójkami nazywali ludność wsi leżących na zachód Smereka, aż po przełęcz Łupkowską. I tu określenie Bójko miało pejoratywny wydźwięk. Najczęściej używano je w powiedzeniu: "7v durnyj Bojku". Bójkami w XVIII w. nazywano także siwe woły podolskie.

Bojkowie bieszczadzcy hodowali przede wszystkim bydło. Już w XV w. woły kupowane od nich przez Żydów i szlachtę trafiały do Krakowa, w połowie XVI w. do Lwowa i w połowie następnego wieku

łj
26 ;

nia co zostało odnotowane na komorach celnych tych miast. ' ° S71 r woły z Bieszczadów prowadził pod Kraków Michał Kondrat wisk W XIX i początkach XX w. słynne były lutowiskie jarmarki '■ bvdło Warunki geograficzno-przyrodnicze, jakie zastali osadnicy wołoscy w Bieszczadach, sprzyjały hodowli. Na stokach gór łatwiej było nrowadzić wypas niż uprawiać rolę. Wreszcie rozległość połonin pokrytych bujną trawą wymuszała hodowlę. Aż do I wojny światowej sprzyjała temu koniunktura gospodarcza, można było bowiem kupić relatywnie tanio bydło na Podolu oraz na Nizinie Węgierskiej i po letnim wypasie sprzedać ze znacznym zyskiem na targach w Lesku i Lutowiskach.

Bydło w Bieszczadach nie tylko było przedmiotem handlu, ale i ra­bunku. W 1607 r. wspomniane już dwa woły zrabowano kowalowi z Moczar. Wczasie napadu w maju 1631 r. na Dźwiniacz Dolny beskidrricy uprowadzili na węgierską stronę około stu sztuk bydła zrabowanego z dworu Turskich i dźwiniackim kmieciom. Ludowe podania mówią o stajniach na szczycie Dwernik Kamień, w których beskidnicy trzymali zrabowane konie i bydło przed odprowadzeniem ich na targi na węgierską Słowację.

ZBÓJECKIE PASJE WOŁOCHÓW

Społeczność zasiedlająca Bieszczady, przy całej swojej różnorod­ności etniczno-kulturowej, posiadała jedną wspólną cechę, jaką było umiłowanie swobody, właściwe ludziom zamieszkującym góry. Z kolei -zajmowanie się hodowlą wymagało utrzymywania rozległej szych kontaktów towarzysko-handlowych niż u rolników trudniących się uprawą roli. Jednocześnie trzecim czynnikiem była u wielu chęć szybkiego wzbogacenia się. Łoziński odnosząc się do początków XVII wieku pisał,-ze ludność z Bieszczadu składa się prawie cała z zawodowych beskidników 1 śpisaków, a główną ich kwaterą były szałasy sturzyckie. Były też w owym czasie w "górach sanockich" jaskinie zbójeckie. W stwierdzeniu ozińskiego jest sporo przesady, ale i ziarno prawdy.

Juz w 1413 r. Zyndram z Maszkowic biorąc Przysietnicę, wziął na siebie obowiązek obrony ziemi sanockiej przed zbójnikami z Karpat.

48 r. panowie polscy na zjeździe u królowej Sońki w Sanoku,



27

wystosowali list do rady miasta Bardejowa, domagając się ukrócenia rozboju w pobliżu granicy polsko-węgierskiej. 25 lipca 1493 roku mieszczanie bardejowscy otrzymali list od zbójów, którzy grozili spale­niem miasta i żądali zapłacenia okupu. Podobny los miał spotkać Orawą, Murań, Dunajec, Sanok i Rymanów. Bandzie przewodził Fedor Hlawaty. Byli w niej m.in.: Staszek z Osławy (stracony w Bardejowie), Tomko Polak z Olszanicy i Jan Polak z tej samej wsi, poddani Kmity z Leska. W kolejnych latach problem zbójectwa narastał, by osiągnąć swoje apogeum w XVII wieku. Zbójowali kmiecie, popi, kniaziowie, Żydzi i szlachta. .Kniaź Iwaszko z Radoszyc (1563 r.) pomagał zbójom przekraczać granicę z Węgrami i przechowywać ich łupy. W 1565 r. w czasie lustracji wsi Wołosate stwierdzono, że jest tam tylko trzy rodziny: kniaź i dwóch furiatów, czyli złodziei. Pod koniec XVI w. szczególnie dała się we znaki banda Marka Hatali, która rabowała na gościńcach, napadała na domostwa, ale też działała na zlecenie skłóconych sąsiadów, dokonując rabunków i morderstw. Hatala, zanim zorganizował bandę, był najemnym żołnierzem. Ostatecznie pojmany w 1593 r., został stracony w Sanoku.

W wieku XVII zbójectwo przybrało zatrważające rozmiary i nikt nie mógł czuć się w Bieszczadach bezpiecznym. W maju 1604 roku banda rozbójników napadła i złupiła na Bieszczadzie mieszczanina leskiego Antona Żórawla, gdy ten wracał z Węgier. Starszym, czyli przywódcą bandy był Łukacz Czanajko z Radoszyc. W 1605 r. Lazur z Prełuk oraz Leszek i Iwan z Polanek - poddani Samuela Bala, obrabowali Żyda Zelmana w Woronkowie. Banda liczyła 14 osób. Należeli do niej także Roman z Rzepedzi, Jacko Gogolów z Krywego, Pameła sołtys z Krywego i Fienko z Łopienki. Kilku rozbójników było mieszkańcami Wyrawy zza Bieszczadu. Do napadu namówił ich Kołczuna, karczmarz z Woronkowa. Zelmanowi zrabowano 18 zł i trzy pierścienie. W 1607 r. beskidnicy napadli na dwór Rosińskich w Teleśnicy. Współpracowali z nimi pop Jurko z Jasienia i jego syn Iwan, Żyd Fejtko także z Jasienia, oraz Jacko Rączka, poddany napadniętych. W latach 1630-31 trzykrotnie napadano na dwór Turskich w Dźwimaczu Górnym. W czasie trzeciego napadu dwór po złupiemu spalono. Podobnie postąpiono z zabudowaniami folwarcznymi. Ogień strawił także 20 chałup chłopskich. Napastnicy, oprócz łupów uprowadzili około stu sztuk bydła. Bandzie przewodził pop Teleśko z Bystrego i Łapszun z Bukowca. Wspomagali ich poddani

28

i/ h Bydło skradzione w Bieszczadach chętnie kupowali sołtysi wsi /węgierskiej Słowacji.



^Koleiny, odnotowany w kronikach napad na dwór miał miejsce 1614 r, kiedy to kniaź Petro ze Smereka z bandą prawie stu tołhajów •lnadł na swoją wieś i dwór. Zniszczył ją prawie doszczętnie, kilku miejscowych kmieci zginęło, wielu było poranionych. W 1632 r. tołhaje zza Karpat, wspomagani przez 97. kmieci ze Stuposian i 17. z Bereżek, złupili dwór Andrzeja Choteckiego w Stuposianach. Napastnicy zabrali ,nu cały majątek ruchomy. W 1636 r. kmiecie ze Smolnika nad Osławą obrabowali miejscowy dwór Żytowieckich, zaś kmiecie z Hulskiego i Zatwarnicy - dwór Andrzeja Boguckiego, kasztelana sandomierskiego w Krywem. Szlachta, wybierająca się w podróż, brała ze sobą ochronę, tzw. smolaków. Nie pomogło to jednak pani Wisłockiej, którą w 1640 r. obrabowano w Wołosatem, gdy wracała z Rusi Zakarpackiej. W bandzie rozpoznano wielu chłopów z Wołosatego. Zbójeckim gniazdem był także Jaworzec, należący w XVII w. do Romerów.

Sejmik wisznieński w 1647 r. pozwolił szlachcie ziemi sanockiej tracić przyłapanych na rozboju opryszków bez sądu, nawet jeżeli byli poddanymi innych panów. Zapewne wówczas zaczęły pojawiać się szubienice na wzgórzach, przy gościńcach. W Lesku jest wzgórze zwane Szubienica, w Hoczwi wzgórze zwane Wisielnik i w Wetlinie -Szybenycia. Na każdym z tych wzgórz tracono opryszków, chociaż lokalna tradycja w Wetlinie wzgórze Szybenycia łączy nie ze zbójami, ale wieszaniem chłopów, którzy nie chcieli odrabiać pańszczyzny. Nie wykluczone, że i taki przypadek mógł mieć miejsce, ale bez wątpienia były to przypadki bardzo sporadyczne. Rozbójników najczęściej tracono w Sanoku, ale zdarzało się, że także i w innych miejscowościach. W 1577 r. stracono niejakiego Paszkę, złodzieja koni, u pana Bala, czyli w Hoczwi. W Lesku w 1563 r. stracono za kradzieże dwóch rozbójników z Węgier: Karlika Ichnata i Hrycia Konatczecia. W 1602 r. powieszono w Olszanicy Łukacza Sawina z Łobozwi, zaś w 1618 r. - Andry Habala z Węgier, obu za liczne rozboje.

Najczęściej kradziono konie. Roman pop z Karlikowa i Waśko pop z Kostarowiec wraz z towarzyszami, w połowie XVI wieku ukradli kilkadziesiąt koni. Hryć Kanatczeć zeznał w 1563 r. w grodzie sanockim, ze razem z Kononem z Radoszyc kradli konie w Polsce i sprzedawali na We-grzech, kradli też konie na Węgrzech i te sprzedawali w Polsce.

29

Podobnie czynili i inni rozbójnicy. Waśko z Roztok Górnych przyzna) się w tym samym roku do kradzieży 47 koni i 10 wołów. Fiodor Bezantyczan z węgierskiej strony Bieszczadu kradł w 1578 r. z towa­rzyszami swymi woły w Polsce i sprzedawał je na Węgrzech. W 1595 r Waśko, pop wisłocki gonił na jarmark w Przemyślu 20 kradzionych koni Za te konie i inne łotrostwa został stracony 5 września 1595 r. Rok póź­niej Antosz zza Bieszczadu ukradł kniaziowi zubeńskiemu 17 wieprzy.



W 1647 roku chłopi z Jasienia obrabowali dwór właściciela wsi Pawła Błońskiego. W rok później banda Fedora Fokasza napadła na dwór Wisłockich.w Dydiowej. Ci sami beskidnicy okradli dwerniczan i nasi-czan idących na targ do Użgorodu. Zabrali im pieniądze, płótno i wełnę. Współdziałali z nimi chłopi z bieszczadzkich wsi, m.in.: Ostasz Spiernicz z Beniowej, Fedunia Łakinow, Oleksa Kliszczowicz, Fedor, Matwiej i Dymitr Seniow z Wołosatego, Ilko Lipot z Roztok oraz spisacy, czyli zawodowi rozbójnicy, którzy kwaterowali przez pewien czas w Solince.

Wszyscy oni wzięli także udział w napadzie na dwór Marka Wysoczańskiego w Boryni. Inicjatorami tego napadu byli pop sturzycki Stefan oraz sołtysi ze Sturzycy i Polany (słowackiej). Gdyby ten napad się nie udał, banda miała w planie napady na dwory w Chmielu i Stuposianach. Jeden z pojmanych podczas napadu w Boryni zeznał, iż to "Wołosaccy wodzą", czyli wskazują obiekty napadów. Nieznany nam bliżej Mandziej z Wołosatego miał swoją bandę w latach trzy­dziestych XVII w.

Inicjatorami napadów byli także popi bieszczadzcy. Pop z Tworylnego zorganizował napad na domostwo Sawka Sienki. Pop z Wisłoka ze swoją bandą kradł konie i bydło, które sprzedawał potem na targu w Przemyślu lub Lesku. W bandzie Fedora na Węgrzech był syn popa ze Średniej Wsi. Często też chłopi rabowali chłopów. Jurko Zyńczek i Rycio Fedkowy z Rabego okradli kmieci z Łobozewa i Teleśnicy. Kmiecie z Wołosatego okradli dwóch Żydów kramarzy. Zdarzało się, że bandy obracały w perzynę całe wsie. Taki los spotkał m.in.: w 1615 roku Moczarne, w 1665 r.- Prełuki, Duszatyn, Roztoki Górne, Mików i Szczerbanówkę, zaś w 1686 r. - Smolnik, Komańczę, Dołżycę, Balnicę, Szczerbanówkę, Solinkę, Łupków, Wołosate, Roztoki Górne i Duszatyn. Trzy ostatnie wsie zostały zniszczone doszczętnie, podobnie jak i wspom­niane Moczarne, które już nigdy nie zostało odbudowane. Roztoki Górne aż do roku 1771 były po ostatnim napadzie niezamieszkałe i dopiero po

30

m rozbiorze Polski, ponownie wieś lokowali Austriacy. W^lTsó r. mieszkały tu 34 osoby.

W 1699 r. ziemi sanockiej broniło 200 zaciężnych Kozaków.

, |7o^ ,. patrolowano szlaki komunikacyjne, i miasta, Także szlachta

osiadała dla swojej obrony oddziały zbrojne, zaś wsie miały obowiązek

udzielania pomocy rotmistrzom ścigającym zbójów. W wieku XVIII nie

odnotowano już napadu na dwory. Beskidnicy jednak w górach byli,

0 czym świadczy przypadek Jaślisk. Mieszczanie jaśliscy poprosili
beskidników o pomoc w obronie przed Tatarami hetmana Hieronima
Lubomirskiego, którzy przybyli do miasteczka ściągnąć należną im
zapłatę. Jaśliszczanie nocą wpuścili beskidników, a ci wymordowali 50.
śpiących Tatarów. Z kolei wojska szwedzkie w czasie wojny północnej
w 1709 r. doszczętnie spaliły Beniową i Bukowiec nad Sanem. W tymże
XVIII wieku w Bieszczadach grasowały dwie znaczące bandy: Iwana
Dobosza, brata Aleksego i Żyda Jankiela Wolfa, zaś w XIX w. - banda
Ogarka.

Włączenie Małopolski do monarchii habsburskiej zdecydowanie korzystnie wpłynęło na stan bezpieczeństwa w Bieszczadach, które znalazły się w granicach jednego państwa. Walka z beskidnikami zyskała na skuteczności i doprowadziła do ostatecznego zlikwidowania zbójec-twa. Ostatnie przypadki napadów na dwory połączone z rabunkami miały miejsce w czasie rabacji galicyjskiej, w lutym 1846 roku. Jaworniczanie napadli na dwór Franciszka Żukotyńskiego w Tworylnem, zaś Wetlinianie na dwór Wizytów i Niemczewskich w Smolniku nad Sanem. Ograbiono

1 pobito także Gierowskich w Chmielu.

GRANICE POLSKIEJ BOJKOWSZCZYZNY

Dokładne wytyczenie granic terenów zamieszkałych przez Bojków, zwłaszcza na terenie Bieszczadów, napotyka na duże trudności, z uwagi na ich półwiekową już nieobecność w tym regionie. Badania w okresie międzywojennym nie dają precyzyjnego obrazu obszaru zasiedlenia, rożnie bowiem wyznaczali etnografowie granice Bojkowszczyzny zachodniej.

Najmniej sporną wydaje się być granica południowa pokrywająca

^ę z południową granicą Rzeczypospolitej. Ale począwszy od źródeł

anu, Bojkowie zamieszkiwali także tereny Rusi Zakarpackiej, a szcze-

31



gólnie okolice Połoniny Równej. Bojkowszczyzna ciągnęła się wh^j ■

północnego łuku Karpat, pasem 40 do 70 km na długości około 150 U,

od doliny Solinki na zachodzie do doliny Oporu na południowym

wschodzie. Tak więc w obecnych granicach Polski społeczność bojkowsb

zasiedlała stosunkowo nieduży obszar Bieszczadów i ich pogórza. Nale?v

pamiętać o tzw. obszarze przejściowym między Łemkowszczyzną j

Bojkowszczyzna, czyli wsiach leżących między Wielkim Działem a

masywem Łopiennika. W tej strefie wpływy obu grup etnicznych

przenikały się, pomimo wzajemnej niechęci, jaką. darzyli się Łemkowie

i Bojkowie. Obecnie nie sposób wiarygodnie wykazać dominację którejś

z grup w-poszćzególnych dawnych wsiach na obszarze tej strefy. Na ogół

przyjmuje się, że czysta etnicznie Bojkowszczyzna opierała się na

zachodzie o dolinę rzeki Solinki. Za graniczne wsie na za-chodzie można

przyjąć Lisznę, Cisnę, Buk, Łopienkę, Tyskową, Radziejową, Wolę

Górzańską, Bereźnicę Wyżną, Wolę Mariaszową, Berezkę i Bereźnicę

Niżną. Zdaniem Stefana Sułyka, metropolity Kościoła greckokatolickiego

w Filadelfii pochodzącego z Balnicy, Bojkowie żyli na wschód od rzeki

Osławicy. Na zachód od niej żyli Łemkowie.1

Północna granica jest najmniej czytelna, bowiem na znacznym

Zagroda bojkowska w Siankach, w okresie międzywojennym.

Sutyk S.. Z wywiadu udzielonego autorowi .



32

teouie strefa przejściowa bojkowsko-doliniańska i bojko-obs/ai/<- j^j^ a nawet bojkowsko-ukraińska. Niezwykle trudno wsko-p g wpływów bojkowskich od ukraińskich, bowiem ukraiń-7'-L tvm terenie wyrosła na podłożu bojkowskim. Przemiany kulturowe nie nadążały za przemianami świadomościowymi, co wpłynęło " nie-ostrość etnicznego pejzażu. Granica północna Bojkowszczyzny obec-nych granicach Polski przebiegała na południe od Leska i Ustrzyk n )lnych które były zdominowane przez społeczności: żydowską i ukra­ińską. Za północne wsie graniczne można przyjąć Uherce, Olszanicę, Siefkową, Ustianową, Równię, Hoszowszczyk, Rabę, Żołobek i Bystre. Podjęta przez Ukraińców próba unifikacji kulturowej Łemków, Bojków i Hucułów spowodowała zanik wielu odrębności etnicznych tych grup. Język bojkowski był traktowany zarówno przez Polaków, jak i Ukraińców jako lokalny dialekt małoruski i nie uznawano go oficjalnie. To pogłębiało izolację świadomościową Bojków, ale jednocześnie powodowało osłabienie ich wewnętrznych więzi. W pewnym momencie zaczęli się wstydzić swojej kultury i przyjmowali wzorce ukraińskie, bliższe im duchowo niż polskie. Jedynym determinantem ich odrębności pozostał język. Bojkowie do II wojny światowej nie wytworzyli warstwy własnej inteligencji i nie dorobili się własnej literatury. Każdy, kto wyrastał z nich ponad przeciętność, przestawał być Bojkiem i stawał się Ukraińcem. Ciekawy jest przypadek Teodora Besaraba, który od 1934 r. był wójtem zbiorowej gminy Lutowiska. Besarab pochodził z Żurawina i chociaż uważał się za Ukraińca, na codzień i od święta nosił tradycyjny strój bojkowski. Cieszył się zarówno szacunkiem miejscowych Polaków, jak i Żydów. Wiele wysiłku włożył w łagodzenie napięć społecznych i etnicz­nych w wielonarodowościowym tyglu bieszczadzkim. Jego zasługi zostały docenione przez władze Rzeczypospolitej. Zaproszony do Warszawy spotkał się z Józefem Piłsudskim i prezydentem RP Ignacym Mościckim. Nie da się wykluczyć, iż ten fakt spowodował jego uwięzienie i zamor­dowanie przez sowieckie NKWD jesienią 1939 r., po zajęciu przez nich Żurawina.

Lokalna społeczność polska, stanowiąca w Bieszczadach około

Pięciu procent ogółu mieszkańców, rozróżniała Bojków od Ukraińców.

jkow ldentyfikowano z Rusinami. W dokumentach starostwa leskiego

^ 45 r. jest wyraźne rozróżnienie Ukraińców i Rusinów, czyli Bojków.

oczucie odrębności Bojków było tak silne, iż małżeństwa mieszane w

33

1

tej grupie etnicznej należały do rzadkości. W górach stanowili elem-etnicznie czysty, chociaż dzielili się na mniejsze grupy terytorialn Bez wątpienia taką grupą byli Bojkowie nadsańscy, mający najczests kontakt z ludnością polską.



Znaczna była emigracja zarobkowa z Bojkowszczyzny, sięgajac w wielu wsiach nawet od 10 do 18 procent populacji. W 19iq w Beniowej 68 osób, tj. 10 %, w Caryńskiem i Nasicznem 109 osób, tj 13,5 %, w Berehach Górnych w 1926 r. 129 osób, tj. 16%, w Hulskiem Krywem i Tworylnem - 314 osób, tj. 18%. Dzięki temu napływała w Bieszczady "twarda waluta", zwiększało się zapotrzebowanie na ziemię następowały przemiany kulturowe. Bojkowie na emigracji mielimożność zetknięcia się z cywilizacją przemysłową, dosłownie z innym światem. Ci, którzy powrócili z emigracji zarobkowej, byli bardziej skłonni I odchodzić od tradycji ojców i przyjmować ukraińskie wzorce kulturowe. Ponadto istniały na Bojkowszczyźnie liczne skupiska szlachty zagrodowej, w zasadzie niczym nie różniącej się od reszty społeczności, poza poczuciem odrębności stanowej. Tę odrębność akcentowali także mieszkańcy dawnych wsi królewskich starostwa krośnieńskiego, tzw. koroliwcy. Mieszkańcy wsi Wołosate, należącej niegdyś do królew-szczyzn, odmówili w czasie ostatniej wojny przyjęcia ukraińskich kenkart. W czasie spisu ludności w 1921 r. 450. mieszkańców tej wsi na 819. podało narodowość polską. W Smolniku koło Lutowisk 516. miesz­kańców na 520. podało także narodowość polską, zaś w Bystrem koło Lipia - 402. na 469. Zdecydowana większość polskich Bojków, bo tak należy określić tę grupę, podobnie jak i szlachta zagrodowa była wyznania greckokatolickiego i na codzień używała gwary rusińskiej.

Proces etnicznego kształtowania się Bojkowszczyzny trwał nieprzerwanie aż do XX wieku. Wystarczy sięgnąć do relacji pamięt­nikarskich Pawłusiewicza, by się o tym przekonać: Znałem wielu chłopów w Sokołem, Tełeśnicy Sannej czy Horodku o nazwiskach takich jak Skwarczyńscy, Orłowski, lub Gadomski, którzy pamiętali, że ich dziadkowie byli Polakami, ale sami uważali się już za Rusinów, będąc wyznania greckokatolickiego. Dwór uczęszczając na nabożeństwa cerkiewne, wybitnie sprzyjał tej asymilacji. Wynarodowianiem Polaków nikt się nie martwił. Rządowi austriackiemu było to na rękę.



34

,blcm świadomości narodowej Bojków jest zatem o wiele bardziej ' 1'kowany niż odzwierciedlają to publikacje z zakresu etnografii. s^l"11l1 _ ja zostały wprowadzone celem uzasadnienia masowego U "'^iMia ich stad po 1944 r. Tam, dokąd zostali wysiedleni zostali HKkhiu unifikacji kulturowej zgodnie ze stalinowską doktryną budowania 'HK)leczcństvva sowieckiego. Dzisiaj trudno orzec, na ile tradycja h/kowska przetrwała na Bojkowszczyźnie ukraińskiej, rozciągającej się na wschód od Sanu.

ŻYCIE CODZIENNE

Tereny zamieszkałe przez Bojków były mało urodzajne i trudno dostępne. Stąd całe ich życie upływało w niedostatku i nieustannym /macaniu się z przyrodą, a to nie sprzyjało rozwojowi cywilizacyjnemu. Ich kultura społeczna i materialna wyróżniała się archaicznością na tle kultury polskiej. Dość powiedzieć, że większość chat (około 90 procent) w połowie XX w. nie posiadała kominów. Wynikało to m.in. z prześ­wiadczenia, iż w kominie mieszka diabeł.

Proces powstawania wsi możemy prześledzić na podstawie Smcreka. W pierwszych początkach powstania tutejszej osady główne skupiska siedzib gromadziły się w teraźniejszej "środkowej wsi", znaj­dując tam najdogodniejszy teren pod zawiązanie podwalin. Tutaj też mieszkają potomkowie najstarszych rodzin: Swydak, Tokarczyk, Koral, Dziuba, Sokyra, Bihun, Moskal. Świadczą o tym metryki, zachowane z przeszło stu lat. W dalszym swym rozwoju "środkowa wieś " posuwała się coraz dalej pod wysokowzgórze Beskidu, ku obecnemu pasowi granicznemu. Z czasem utworzyła się górna wieś - "horisznyj kineć ", oddzielona od środkowej wąskim pasem łąki, nie nadającej się pod prymityWne osady, potrzebującej odwodnienia. Dolny koniec środkowej "sady, dotarłszy do rzeki Wetlinki, przerzucił się na jej prawy brzeg, " ntdując wzdłuż brzegu część za rzeką - "za rikoju ", niemal prostopadle trunku samej osady. Każda z tych części, jakkolwiek wszystkie należą 1 "Jec''Tej i tej samej osady, wytworzyły na przestrzeni swojego rozwoju pewne właściwości psychologiczne, które jeszcze do dziś ujawniają się Nadymi kontrastami w sprawach kolektywu. Tak więc nie tylko Poszczególne grupy wsi czy też sąsiadujące ze sobą wsie, lecz nawet ich

35





części posiadały pewne odrębności obyczajowe tak w zakresie kul
materialnej, jak i duchowej. ^


36



Wygląd domów budowanych przez Bojków w XV i XVI przypomniał zapewne pasterskie szałasy, budowane z okrągłych h i' z drewna iglastego. Szczeliny między nimi były utkane mchem i Za] ' pionc gliną. Kryto je słomianą strzechą, co wymagało uprawy żyta. Dc$l na drzwi i powałę "darto" z kloców za pomocą klinów. Domy składak się z jednej izby i dopiero później nabrały wyglądu, jaki znamy z litc. ratury etnograficznej i pamiętnikarskiej, gdy pod tym samym dachen-pojawiła się także komora, sień i inne pomieszczenia gospodarcze. Jedna z takich chat, zbudowana w 1863 roku w Skorodnem, znajduje się obecnie w Muzeum Budownictwa Ludowego w skansenie w Sanoku Pomieszczenie mieszkalne stanowiła zazwyczaj jedna obszerna izba. wyposażona w małe okienka, piec kurny i niezbędny sprzęty! Na kurnym piecu palono ognisko zwane watrą. Dym rozchodził się po izbie i przez uchylone drzwi wychodził do sieni lub przez otwór w powale na strych.

,-iwiłv się piece półkurne, z których dym odprowadzany był lVl>'n'^bowiem nad watrą nadwieszano kapę. Podłogę w izbie zwaną lUImX robiono z gliny zmieszanej z plewami.

'używany sprzęt należał do niezwykle prymitywnych, domowej i w niewielkiej ilości. Odświętne odzienie, a także zapasy gotowego "hlin czy sukna trzymano w skrzyniach drewnianych, przeważnie po P-dnei na rodzinę. Drugim najważniejszym elementem wyposażenia był !uol "na ogół skrzyniowy z ruchomym grubym blatem. W skrzyni stołu u/vmano°zapasy żywności, chleb, słoninę, ser. Starzy ludzie w latach 70 opowiadali mi o stołach, których blaty zrobiono z grubych brusów. W takim blacie wyżłobione były wgłębienia na kształt misek, do których nakładano jedzenie. Po spożyciu posiłku gospodyni myła blat i nakrywała

00 kawałkiem płótna. W ten sposób ograniczano ilość naczyń kuchen­


nych do minimum.

Pod jedną ze ścian stawiano szeroką ławę, zamocowaną do niej na siałc. W dzień służyła do siedzenia, w nocy do spania. Były też mniejsze ławki i zydle. Kiedy z nich nie korzystano, wsuwano je pod dużą ławę. Łóżka należały do rzadkości; jeżeli było, to jedno zrobione z desek na kształt niewysokiej skrzyni, wypełnianej żytnią słomą. W łóżku spał gospodarz z żoną. Dzieci układano do snu na ławie lub na zapiecku. Zapiecek jest rodzajem ławy przylegającej do kurnego pieca. Część pieca kurnego stanowił piec do pieczenia chleba, zbudowany z kamieni i gliny. Na wierzchu pieca także spano. Takie legowisko widziałem jeszcze w 1977 r. w Żerdence. Było to miejsce najcieplejsze w izbie, a zatem uprzywilejowane. Przysługiwało na ogół dziadkom i najmłodszym dzieciom. Do spania nie używano pościeli ani nie przebierano się. Dopiero w międzywojniu zwyczaje Bojków w tym zakresie zaczęły ulegać zmianie. Oto opis chaty Capka, najbogatszego kmiecia w Sokolikach Górskich, pochodzący z początku naszego wieku: Nas posadzili w świetlicy pod oknem, przy stole pokrytym lnianym płótnem, naprzeciw Więtych obrazów. Było ich kilka starych, ciekawych, malowanych na szkle. Wisiały też oleodruki, których brzydotę kryła domowa, bogata 11 r°dzinne motywa oprawa i przystrojenie nieśmiertelnikami



1 Pomarańczowymi astrami. Imponowały ściany i belki, i deski pułapu,
a ( c<-yste i tak gładzone, że wyglądały jak politurowane.

37

Z używanych sprzętów domowych należy wymienić garnki żeli\yn i gliniane, drewniane miski i łyżki, faski, dzieżki, maśnice i niecki, taki skopce i cebry. Niecki dłubano w rozpołowionym pniu drzewa. Reszta sprzętów robiona była z klepek i spajana obręczami. W zasadzie p02a żeliwnymi garnkami nie używano naczyń metalowych. W wielu domach były prymitywne warsztaty tkackie oraz narzędzia potrzebne do obróbki lnu i konopi, z których to produkowano płótno na odzież. Nasiona lnu i konopi przerabiano na olej. Wyrabiano także tkaniny z wełny.

Część swojego życia spędzał Bójko na połoninach, gdzie wypasał woły rasy werhowskiej lub siwej, długorogiej; także owce, kozy, rzadziej konie rasy huculskiej. Mieszkał wtedy w kolibie, pasterskim szałasie zbudowanym z kamienia, okrągłych bali jodłowych lub świerkowych, czasem także w kolibie przenośnej, budzie zbitej z desek, na płozach. Życie na połoninach niczym nie różniło się w swoich obyczajach i su­rowości od życia pierwszych pasterzy wołoskich, którzy przybyli w Bieszczady w XV w. Było bydlęco trudne i wymagało wprost niewiarygodnej odporności fizycznej. Uprawa roli stanowiła zajęcie dodatkowe. Produkowano przede wszystkim na potrzeby własnej rodziny. Dopiero po uwłaszczeniu chłopów uprawa roli zaczęła nabierać większe­go znaczenia. Ostateczny upadek hodowli jako podstawowej dziedziny gospodarki Bojków nastąpił w czasie pierwszej wojny światowej. Armie toczące tu boje, rabowały chłopów przede wszystkim ze zwierząt hodo­wlanych. Późniejsze warunki nie sprzyjały odbudowie stad, a upadek Austro-Węgier załamał dotychczasowe, ustabilizowane rynki zbytu.

Ubiór Bojków był prosty i mało ozdobny. Na codzień chodzili w lnianych koszulach wypuszczonych na lniane spodnie i w skórzanych chodakach lub łapciach z łyka. Kobiety, ubrane równie siermiężnie, wypuszczały koszule na spódnice i przypasywały zapaską. Na głowach nosiły białe chustki. W lecie podczas prac w polu i zagrodzie obuwie w zasadzie nie było używane. Bojkowie chodzili boso od wiosny do pierwszych przymrozków. Trzewiki ubierali idąc do cerkwi lub do miasta. W lecie wzuwali je dopiero przed cerkwią (lub przed miastem) i p° wyjściu z niej zdejmowali. Wysokie buty z cholewami pojawiły si? na przełomie XIX i XX stulecia. Były oznaką zamożności gospodarza. Strój świąteczny był nieco ozdobniejszy niż powszedni. Koszule, spódnice i siaraki zdobiono haftem krzyżykowym. Wszelkie ubiory

38

materiałów domowej produkcji. Siarak zrobiony był z wełny,



' u iak kurtak noszony podczas chłodów. W zimie noszono baranie

^ hv Mężczyźni nosili na głowach słomiane, rzadziej sukienne

k^elusze, zaś zimą futrzane czapki zwężające się ku górze. W kolorystyce

wała szarość i biel. Dopiero pod koniec XIX w. zaczęto używać

riałów "miastowych", kolorowych i w zasadzie tańszych od płócien rodzimej produkcji. W okresie międzywojennym strój tradycyjny zaczął a Bojkowszczyźnie zanikać. Młodzież wstydziła się swojego pocho­dzenia etnicznego i przyjmowała wzory ukraińskie lub polskie.

Dziewczęta nosiły zwisające na plecy warkocze, a w nich wplecione wstążki. Chodziły z odkrytą głową. Kobiety zamężne zaplatały włosy wokół chomełki, tj. obręczy nałożonej na głowę. Zgodnie ze zwyczajem, mężatka nosiła na głowie chustkę. Jeszcze w XIX w. wydawano za mąż 14-15 - letnie dziewczęta, a ich mężowie mieli nie rzadko poniżej osiem--nastu lat. Zdarzały się także takie małżeństwa, w których panna młoda miała 15 lat, zaś pan młody powyżej 40. O małżeństwach decydowali rodzice, niejednokrotnie wbrew woli swoich dzieci. Zwłaszcza częste były przypadki poślubiania młodych dziewcząt przez wdowców. Dla dziewcząt wiązało się to na ogół ze zmianą statusu społecznego, na co chętnie przystawali ich rodzice.

Podstawę wyżywienia Bojków od połowy XIX w. stanowiły ziemniaki. Oprócz nich jedli najczęściej placki owsiane, kiszoną kapustę, ser owczy; pili zaś mleko i owczą serwatkę. Jako odświętne pożywienie traktowali pierogi z mąki pszennej. Pomimo, że byli hodowcami, mięso rzadko gościło w ich jadłospisie. Na przednówku, w dniach szczególnego niedostatku, kiedy skończyły się zapasy, a nie było jeszcze nowych zbiorów, przymierali głodem, żywili się zielskiem, grzybami rosnącymi na bukach i rybami łowionymi w rzekach. Bardzo niechętnie, nawet w dniach niedostatku, uszczuplali swoje stada. Pomimo, że były już w użyciu zapałki, ogień uzyskiwali za pomocą krzesiwa.

Bojkowie do końca swojego pobytu w Bieszczadach pozostali ludem

°gim, zacofanym i zabobonnym, w sposób szczególny przywiązanym

0 SW0JeJ tradycji. Jeszcze pod koniec XIX w. mieszkańcy Dydiowej

okcia żyli w wielopokoleniowych, patriarchalnych rodach, gdzie

wszystko było wspólne i nikt nie posiadał prywatnej własności. Pełnia

a zy należała do głowy rodu. On wyznaczał obowiązki dla pozostałych

39

i rozlicza} z nich. Reprezentował ród na zewnątrz i troszczył się 0 v pokójeme potrzeb wszystkich podległych mu rodzin. Na ogół ród skład się z 2. do 3. rodzin mieszkających pod jednym dachem, w jednej izb, Ojciec rodu przed śmiercią wyznaczał spośród synów następcę zwane? zawidcą. Jego władza nie była już tak absolutna i musiał się dzielić dochodami z rodzinami braci, którzy przeważnie wtedy usamodzielniał, się i tworzyli kolejne rody. Życie w rodach wynikało z tradycji, jak mówiono, z woli dziadów. Analogiczne rody były u Serbów i Chorwatów Z opisu zwyczajów w Smereku z roku 1936 również wynika, że pozycja ojca rodziny była bardzo wysoka: Rodzina tworzy tutaj dotychczas silny twór o niezachwianych podstawach. Pater familis jest prawie tym, kim był setki lat wstecz. Poczucie rodowe jest węzłem dotychczas nierozerwalnym. W zachowaniu poczucia spólności rodowej bardzo ważną rolą odgrywają przezwiska rodowe. One to strzegą starej tradycji rodowej, one są pychą i honorem dla ludzi bardzo często związanych z daną rodziną nikłymi więzami krwi.



Kiedy zaczęto ich wysiedlać, Bojkowie, jak wszyscy ludzie, niechętnie opuszczali swoją ojcowiznę. Nie rozumieli powodów wygnania, obawiali się nieznanego, w które musieli jechać. Oderwani od swoich korzeni, gdzieś na równinach Ukrainy szybko ulegali asymilacji. Jedynym dowodem ich obecności w polskiej części Bieszczadów jest kilka ocalałych cerkwi, parę chałup, trochę sprzętów w skansenie i literatura etnograficzna.

Oskar Kolberg, penetrujący okolice Lutowisk w latach osiem­dziesiątych XIX w., spisał kilka opowieści bojkowskich, pozwalających wejrzeć w ich gwarę. Jedną z tych opowieści przytaczam w całości. Nie ma potrzeby tłumaczenia jej na język polski. Po uważnym przeczytaniu bez trudu można zrozumieć jej treść. Jest to jednocześnie dowód na to, jak bardzo gwara bójkowska była bliska naszemu językowi.



Specyfik złodziejski

Pojichał gazda w pole oraty. Nadejszło na niego dwanajcit zbijnykiw i powidajut tak: "Daj Boże szczestie, bohacz, daj Boże szczestie, Iwan!" A win: "Daj Boże i wara!" A uny: "A żeby ty nam, gospodar, poraił taku duszu, jak nam treba". A win: "Ja ne znaju, jakoi wam treba". - "Nam takyji treba mołodycy, że maju perszu detynu". - "A ja ne poraju, boja



40

' i maju". A uni: "A sztoby ty za niu chotiv?" - "Nycz ne choczu,



S'!"lta ' o korec hroszi". - A jakże ty ji nam prodasz, to swoju żinku

111 "^'dytynou?" - "A ja wam prodam". - "A jakże my ju wozmemy?"-

' W oiu żinku wyprawliu do mołona, ponese pszenyciu mołoty, a wy

' dur una tam wojde i stanę se w jałynu, a wy tam berit swoju zbroju

i idut za neu".

Uny te zbijnyki, dały mu, tomu gazdi, korec hroszi. A win swoju żinku wyprąwyv mołoty pszenyciu do młyna, a ich namowyv, żeby wziely swoju zbroju, żeby iszly za neu. A jij małeńka detyna już toto czuła i dała ji znaty, że una już prodana, zapłaczena, że na wiki straczena. Tak ta gazdynia piszła do brata i powidat, że ji gazda prodaw: "Szczoż ty, brate, że ja już prodana, straczena na wiki?" A brat mowyt: "Idy ty do mlona, a ja pidu za toboju i wozmu swoju zbroju, żeby tie obronyty". Piszoł win di toho gazdy: "Szczoż ty, szwagre, zrobyw, szczos ty prodał swoju żenu, moju sestru?" A gazda: "Ha, już sam ne znaju, szczo zrobyv, pryszły do mene, postawyły korec hroszi i ja się złakomyv, i prodav; no, to teper, szczoż robyty! To woźte mene na straczenia, a una niej zostanę, ncj ne budę straczenie". A zbij szczo tam buł, powidat: "My nie kontentni z ni-cho, nam jeho ne treba, my zapłatyły już za duszu żinki i my ju budemo braty, nam jij treba". Brat widił, że już ne poradyt, że sestra prodana, że już perepadło.

Aż tu, kój una nesła pszenyciu do mołona, zbijnyki, pryjszly
i szystioch zdyjmało jij pszenyciu z pleczu, a szyjstioch ładowało, szczo
ji mały zarizaty, szczoby distaty toru detynu z neji, że una była w tiaży.
I pyatjut się ji: " Jakże ty choczesz, neiwiasto, cy choczesz, żeby my ty
dytynu distały tak, żebyś ty żyła, cy żebysmo ty smert wid razu zrobyly". -
A una: "Oj, ja ne choczu, żebyste mene muczyły, już wid razu smert
zrobyty." A tot brat zibrav się, wyliż z za krieka i jak uny wsi atojały
w glid nad neu, tak win stryliv z takoj strilby, szczo dwanajcit ma nabój iv
i wid razu wszystkich dwanajcyt zabyv, i do zemli pohrebav. A potemu
wzion totu sestru do sebe. A jiho, gazdu, chotily widaty do sudu, ale
zmka powidat: "Nieżyje, bo mnijiho żal, my i tak się rozprawym, a win
pidewświt, ajaubratazistanu". ,

41

OBRZĘDY BOJKOWSKIE

Bez wątpienia trzy wydarzenia w życiu każdego człowieka sa najważniejsze: dwa stanowiące o początku i końcu ludzkiego ziemskiego jestestwa oraz moment założenia własnej rodziny. Prześledźmy zatem obrzędowość związaną z tymi wydarzeniami, w oparciu o materiały pochodzące z końca XIX w.

Urodziny i chrzest

Kobieta, czując zbliżające się rozwiązanie, kładła się do łóżka, a gazda, jej mąż szedł po babkę, która w danej wsi odbierała porody. Kiedy już urodziło się dziecko, jego ojciec szedł do popa prosząc, by ten przyszedł pobłogosławić noworodka. Jako zapłatę za błogosławieństwo zanosił kurę, czasem także bochenek chleba i pół kwarty (pół litra) gorzałki.- Jeżeli dziecko urodziło się słabe, pop błogosławiąc, jedno­cześnie chrzcił je. Normalne chrzciny odbywały się w tydzień po uro­dzeniu. Ojciec dziecka prosił sąsiadów w kumy, czasem nawet 12 osób. Każdy kum i kuma przynosili ze sobą dwułokciowy płat samodziałowego płótna, wtykając w jego środek po kilka graj carów (krauzerów). Dziecko do chrztu kładło się na tychże płótnach krzyżmach, które później zabierała matka dziecka. Pop za chrzest brał jednego ryńskiego (tj. guldena, od 1812 r. zwanego florenem) i kurę. Bogatsi gospodarze dawali więcej. Diak i cerkownik, asystujący przy chrzcie, dostawali po 5 dutków (groszy).

Po chrzcie ojciec zapraszał kumów na gościnę. Podawano wtedy kapustę, barszcz, mięso i rosół. Gospodarz podawał też podgrzaną gorzałkę z miodem, którą przepijali kumowie do matki dziecka, ofiarowując jednocześnie dziecku po parę szóstek (szelągów). Rzucali je na talerz stojący na stole. Na gościnę zapraszano również babkę, która odbierała poród. Kumowie dawali jej po grajcarze i przepijali do niej. Za przyjęcie porodu płacił jej także ojciec dziecka. Gdy babka kąpała po raz pierwszy dziecko, wrzucał do niecek parę szóstek.

42

Ślub i wesele

Obrzędy weselne były bardziej zróżnicowane niż chrzty czy by. ojciec, chcący ożenić swojego syna, zapraszał do siebie sołtysa lub żonatego sąsiada, częstował wódką i oznajmiał swój zamiar, wymieniając przy tym imię i nazwisko dziewczyny, którą dla syna upatrzył. Po dokładnym obgadanm sprawy, szli obaj do rodziców dziewki. Ci na ogół spodziewali się tej wizyty, więc oczekiwali gości. Przybysze oznajmiali cel swojej wizyty, a rodzice pytali córkę czy chce wyjść za tego paribka (młodzieńca). Jeżeli dziewczyna potwierdziła swoją wolę wyjścia za mąż za proponowanego jej młodzieńca, rodzice zapraszali swatów do stołu nakrytego obrusem, częstowali wódką, chlebem, serem i masłem. Gdy dziewka miała pójść za synową, swaci pytali o wiano. 'Zazwyczaj dawano dziewczynie dwie krowy, kilka owiec, czasem też woły, .zawsze pieniądze i odzienie. Kiedy młodzieniec miał iść za zięcia, wtedy; rodzice dziewki pytali o to, co wniesie on do ich gospodarstwa. Targowanie się o wiano trwało czasami kilka godzin.

Przeważnie dwa dni później rodzice młodzieńca i dwoje zapro­szonych przez nich sąsiadów szli do domu dziewczyny na tzw. ogląd gospodarstwa. Po oglądzie rodzice dziewczyny prosili na obiad. Podawa­no wódkę, chleb ze serem, kapustę, krupy, mięso i barszcz. Gorzałkę pito podgrzaną z sadłem wieprzowym, masłem lub zaprawianą przypalonym cukrem. Po obiedzie rodzice młodzieńca zapraszali do siebie rodziców dziewczyny. W ich domu ustalano, kto będzie starostą weselnym, staroś­ciną i drużbami.

W piątek lub sobotę obaj ojcowie szli rankiem do popa ustalić zapowiedzi i opłatę za ślub. Za zapowiedzi dawali mu od pana młodego kurę, a od panny młodej białą chustę, kawałek płótna i kwartę wódki.

o pierwszej lub drugiej zapowiedzi odbywały się zaręczyny. Ojciec młodzieńca wraz z nim, dobrawszy sobie kilku sąsiadów, szli do domu Panny młodej. Jej rodzice zapraszali ich do stołu. Ojciec panny młodej P|wyprowadzał ją z komory, odświętnie ubraną. Przynosił też siedem s ek i flaszkę wódki. Dziewczynę sadzano obok przyszłego męża, ^gościom rozdawano, poczynając od pana młodego, po jednej chuście Icd° °d Panny młodeJ- Potem JeJ °Jciec przepijał wódkę do gości. <»orn°jweŚnie na StÓł Podawano j^o gotowane, chleb, ser i podgrzaną ^J . e. z sadłem lub miodem. Po obiedzie przyszły teść dawał

"ewczynie symbolicznie kilka szóstek.



43

Na tydzień przed ślubem rozpoczynały się przygotowania do sela. Zaczynano od pieczenia chleba, którego wypiekano około 3n k*' chenków. Na kilka dni przed ślubem młodzi szli do popa, by ten odnv ich pacierza i katechizmu. Prócz tego przez jeden dzień oboje pracow y w jego gospodarstwie. W sobotę przed trzecią zapowiedzią szli raze do cerkwi do spowiedzi i uczestniczyli w mszy świętej. Popu dawał' dwa bochenki chleba kupionego w mieście i dwie świece do cerkwi Tego samego dnia, ubrani jak do ślubu, chodzili po wsi prosić na wesele pani młoda z drużką, pan młody z drużbą. Potem szli do popa i do dwom po błogosławieństwo, za które dawali po kurze.- U popa i we dworze częstowano ich gorzałką i wręczano symboliczne podarunki. Kiedy oni obchodzili wieś, do ich domów schodziła się młodzież na tańce.

W dzień ślubu i wesela zaproszeni goście zbierali się w domu młodych w zależności od tego, kto ich zapraszał. Każdy z zaproszonych przynosił w prezencie kurę i 6-8 jaj. Zaraz po przyjściu był częstowany przez ojca młodych gorzałką. Gdy zebrali się wszyscy goście wówczas sadzano ich do stołów, W komorze swaszka ubierała pannę młodą do ślu-bu. Towarzyszyły temu pewne czynności o magicznym znaczeniu. Panna młoda stała na rozpostartym prześcieradle, na którego rogach leżało po bochenku chleba. Do butów wrzucała sobie kilka szóstek (szelągów). Młódka wkładała na siebie dwie koszule, dwie spódnice, zapaskę i czarne sznurowane trzewiki. Na głowę męski kapelusz z barwinkowym przebra­niem lub chustkę z czerwoną wstążką.

Ceremoniał weselny rozpoczynał się, kiedy dwa orszaki weselne,

pana młodego i panny młodej, wychodziły z domów. Spotykały się koło

cerkwi. Młodzi brali wówczas za końce uprzednio przygotowany

kilkułokciowy kawałek białego, samodziałowego płótna i wchodzili

z orszakami do cerkwi. Przed ikonostasem klękali na rozpostartym płótnie.

Pop zdejmował im z głów nakrycia, podawał drużbie i drużce, wkładając

jednocześnie młodym na głowy obręcze z witki. Druhna trzymała jedną

nogę na płótnie, na którym klęczeli młodzi, by i ona jak najprędzej wyszła

za mąż. Po ślubie obręcze z głów młodych zdejmował diak, a drużbowie

wkładali im na powrót kapelusze. Płótno, na którym klęczeli młodzi,

stawało się własnością popa. Po wyjściu z cerkwi orszak weselny

wstępował do karczmy, gdzie zabawiano się godzinę lub nieco dłużej.

Ojciec panny młodej brał od Żyda kilka kwart wódki, częstował gości

i zapraszał wszystkich na obiad.

44

-ściu pary młodych do domu towarzyszyły magiczne obrzędy

'-ciowe śpiewy. Uroczysty obiad młodzi jedli w komorze,

1 ol<( •. i jc po obiedzie tańczono na podwórzu. W tańcach nie brali

g°SC'k działu młodzi małżonkowie. Późnym wieczorem ojciec pana

'L'i "i\'t0 posyłał dwóch sąsiadów do domu panny młodej, by młodzi wraz

'"drużbami i drużkami przyszli na oczepmy. Wraz z nimi udawali się

]-' e panny młodej i jej najbliżsi krewni. Po oczepinach młodzi

nłżonkowie wracali do domu weselnego i brali udział w tańcach. Zabawa

uwala do późnej nocy, a bywało, że i do świtu. Muzykanci weseli

dostawali ryńskiego i po cztery bochenki chleba.

Na drugi dzień po ślubie pan młody zapraszał na drugą część weselnej gościny, która odbywała się w jego domu. Biesiada trwała do wieczora. Po uczcie, tj. uroczystej kolacji, goście rozchodzili się do domów, zaś młodzież szła do karczmy na tańce. Z kolei państwo młodzi udawali się do dworu, by zawiadomić o zawartym małżeństwie. Zazwyczaj przy tej okazji darowywali dworowi kurę. W trzy dni po ślubie młodzi wraz z rodzicami pana młodego i jego najbliższymi krewnymi odbierali od rodziców panny młodej przyrzeczone wiano. Matka młodej częstowała ich obiadem, po czym ojciec panny młodej wydawał obiecane wiano. Po kolejnych trzech dniach rodzice panny młodej odwiedzali młodą parę w ich nowym gospodarstwie. W tydzień po ślubie młódka szła do popa na tzw. wywód. Czekała przed cerkwią. Wychodził po nią pop i wprowadzał do cerkwi, kropił wodą święconą i błogosławił, za co dawała mu białą chustkę.

W razie zawierania małżeństwa mieszanego polsko-ruskiego, zapowiedzi były ogłaszane w kościele i cerkwi. Ślub odbywał się zgodnie z obrządkiem panny młodej. Po ślubie każde z małżonków na ogół po­zostawało przy swoim obrządku. Urodzone z tego małżeństwa córki były wychowywane w obrządku matki, synowie w obrządku ojca. Stwarzało to pewne utrudnienia w życiu rodzinnym, inny był bowiem kalendarz ■ postów i świąt w Cerkwi, inny w Kościele. We wsiach, gdzie był kościół, ub sąsiednich, na ogół jeżeli mąż był rzymokatolikiem, żona zmieniała obrządek. W pozostałych przypadkach bywało, że obrządek zmieniał mąż.

wyjątkiem były małżeństwa mieszane rusko-żydowskie, bo 1 takie się zdarzały. Wówczas przed ślubem Żyd albo Żydówka byli rzczeni i przechodzili na wiarę chrześcijańską. W takiej też wierze wychowywano dzieci zrodzone w tym małżeństwie.

45

Mieszkańcy wsi królewskich, zwłaszcza dziewczęta k niechętnie wychodziły za mąż za pozostałych Bojków czy ł_e i!'1'*' Z kolei mieszkańcy Wetliny często wchodzili w związki małże'0*' z mieszkańcami Novej Sedlicy i Zbója, wsi leżących po drugiej st 'C Karpat, na Słowacji. Dziewczęta z Jaworzca najczęściej poślub' f kawalerów z TworyInego, Krywego i Zatwarnicy. W czasach pańszc? ^ nianych za dziewkę, która wychodziła za mąż za poddanego inne właściciela wsi, trzeba było zapłacić wykup tzw. kunicę. Płacono i • tzw. rozpust, czyli "karę" od rozwodu.


  1   2   3   4   5   6   7


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość