Strona główna

Brave festival cykl filmowy


Pobieranie 102.56 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar102.56 Kb.




BRAVE FESTIVAL

CYKL FILMOWY
W ramach festiwalu Brave, jak co roku odbędzie się osobny nurt filmowy, który trwać będzie 5 dni. W trakcie projekcji prezentowane będą unikatowe filmy dokumentalne, spośród których, jedynie 4 były dotychczas pokazywane polskiej publiczności.

Założeniem, które przyświecało powstawaniu cyklu filmowego, było osadzenie tegorocznego hasła przewodniego festiwalu „Wszystkie modlitwy świata” w kontekście wykraczającym poza jego bezpośrednie skojarzenia ze sferą religijną. Nurt filmowy nawiązuje do głównego tematu festiwalu- przewrotnie, prezentując współczesne obiekty kultu w często zsekularyzowanym świecie. Obok filmów ilustrujących współczesne rodzaje kultów i formy praktyk religijnych zaprezentowane zostaną obrazy postrzegające przez ten pryzmat różne działania i mechanizmy zachodzące w sferze polityki. Część dokumentów dotyczyć będzie igrzysk sportowych – w głównej mierze piłce nożnej – której bohaterom niedaleko do statusu obiektów kultu. Osobny blok filmowy przeniesie nas także w świat sztuki i jej powiązań ze sferą duchową.

Wyłaniający się z dokumentów obraz to różnorodna mozaika współczesnych fascynacji i wierzeń, umożliwiająca poznanie różnorodnych form ich manifestacji, znaczenia i oddziaływania zarówno na życie jednostek jak i kształt społeczeństwa. 
Konkurs

reż. Maciej Adamek, Polska 2002, 26 min

            Konkurs - dokumentalny obraz nakręcony przez Macieja Adamka  to bodaj najlepsza (najbardziej przerażająca) ilustracja marzeń, którymi karmią się dzieci w Polsce początku XXI wieku. Tematem filmu są wybory Mini Miss Polski, a bohaterkami konkurujące o miano najpiękniejszej dziewczynki w wieku od sześciu do jedenastu lat. Sytuacja kompletnie absurdalna, dziwacznie parodiująca samą siebie, a równocześnie żałosna i smutna. Dlaczego? Jeśli dzieci, rezygnując z chęci bycia „pielęgniarką, kosmonautą, nauczycielką, policjantką”, wybierają za cel raczkującego jeszcze życia karierę modelki, piosenkarki, gwiazdy w ogóle, to jest to znak skrzywionych czasów, dowód na przewartościowanie się dziecięcego świata  za sprawą telewizji, ogłupiających czasopism i społecznego pędu do sukcesu osiąganego jak najmniejszym wysiłkiem. Jedna z dziewczynek mówi w filmie, że, jeśli nie zostanie modelką, to pójdzie na emeryturę, bo wtedy nie trzeba nic robić, a dostaje się pieniądze. Inna, sześcioletnia, wciąż się nudzi. Czego potrzebuje? Do szczęścia potrzeba jej pieniędzy…

Gubi się tu gdzieś fantastyczna, dziecięca zdolność czarowania, uniezwyklania rzeczywistości. Znika w materialnym, konsumpcyjnym zorientowaniu, w „chcę, potrzebuję, mam”. Chcę, bo to fajne – mogłaby odpowiedzieć jedna z bohaterek filmu. Fajne piosenki, fajne ciuchy i fajny Robbie Williams…

Co na to rodzice dzieci? Z uśmiechem na ustach biorą udział w groteskowym karnawale, zmuszając – być może nie wszystkiego świadome – dziewczynki do walki na mentalnej mieliźnie, do konkurowania między sobą w pomalowanych rzęsach i pstrych sukienkach. Silnie uderza przedmiotowe traktowanie dzieci, które, pozbawione imion, identyfikuje się w konkursie za pomocą numerków. Towarzyszy temu wszystkiemu ogromny stres - przecież nie sposób w takiej sytuacji ustrzec się przed wartościowaniem „lepsza-gorsza”, co u dziewczynek zrodzić może tylko kompleksy. Nikt nie zastanawia się nad tym, że wyrządza się dzieciom ogromną krzywdę.

Scena kończąca film - twarze dziewczynek oczekujących na werdykt jury - jest doskonałym dopełnieniem całości, która rozgrywała się bardziej w kuluarach, niż na głównej arenie konkursu. Niepewność mieszająca się z lękiem, nadzieją i niecierpliwym oczekiwaniem, pozostawia widza w stanie dezorientacji, z myślą: czy to się dzieje naprawdę?



The Giant Buddhas
reż. Christian Frei, Szwajcaria 2005, 95 min

Marzec 2001. Rządzący Afganistanem talibowie niszczą dwa największe (55 i 37 metrów) 1500- letnie posągi Buddy wykute w klifie Doliny Bamian. Buddyjskie klasztory pojawiły się w tym miejscu już w starożytności. Były świadkami wielu cywilizacyjnych zmian. Wystarczyła niestety chwila, by unicestwić wielokulturowy skarb, uznany przez talibów za sprzeczny z zasadami islamu. Zniszczenie zabytkowych posągów wywołało falę oburzenia na całym świecie. Wynikająca zaś z bezradności i biernej obserwacji całego wydarzenia hipokryzja Zachodu, stała się jednym z głównych motywów realizacji filmu.  

  Wybitny szwajcarski reżyser Christian Frei stawia wiele pytań związanych z historią gigantycznych posągów Buddy, przykuwających uwagę pielgrzymów i kupców podróżujących niegdyś Jedwabnym Szlakiem. W poetyckiej narracji zastanawia się, jak wyglądało i pachniało w tym miejscu życie 1500 lat temu? Wiążąc przeszłość z teraźniejszością rozmawia ze świadkami brutalnego aktu terroru - Hazarami, żyjącymi od lat wraz z rodzinami w jaskiniach w prowincji Bamian. Zadaje pytania naukowcom, humanistom, dziennikarzom: jak reagować wobec tak bestialskiego ataku kulturowego?       

  Co oznaczał ów akt wandalizmu i dlaczego do niego doszło? Czy posągi powinny zostać zrekonstruowane? Wybitny irański reżyser, Mohsen Makhmalbaf, wydaje w tej sprawie śmiałą deklarację: „Nikt nie zniszczył posągów Buddy. One runęły ze wstydu! Ze wstydu spowodowanego ignorancją świata wobec Afganistanu”.   

W ślad tej jakże odważnej deklaracji reżyser przywołuje zapiski Xuanzanga, chińskiego buddyjskiego mnicha, podróżnika i naukowca, który przywrócił przyjazne relacje pomiędzy Chinami i Indiami w okresie Dynastii Tang (618-907). Uzupełnieniem owej historycznej narracji stały się rozmowy z francuskim archeologiem oraz afgańską pisarką i dziennikarką, dla których Afganistan nigdy nie pozostał obojętny. Wywiad przeprowadzony z gwiazdą popularnej stacji telewizyjnej Al Jazeera, Taysir Alonym, wyjaśnia, jak udało mu się przeniknąć do środowiska terrorystów, aby móc zarejestrować owo barbarzyńskie „historyczne wydarzenie”,  nie zdając sobie jednak sprawy z powagi sytuacji.

Frei przywołuje słowa Buddy: „Wszystko się zmienia. Nic nie pozostaje wieczne”. Rysuje doskonały esej o fanatyzmie i wierze, terrorze i tolerancji, ignorancji i tożsamości.



Celebration

reż. Helena Muskens, Quirine Racke, Holandia 2005, 55 min

Holenderski dokument Quirine Racké i Heleny Muskens to niewiarygodna, choć opowiadająca o najzwyczajniejszych w świecie ludziach, historia. Żeby ją przedstawić, autorki zabierają nas na Florydę, gdzie życie najbardziej zbliża się do utopii, czasami na niezdrowy dystans.

Walt Disney jest synonimem amerykańskiego bajkowego snu, kiedy więc w 1995 roku nosząca jego nazwisko korporacja zakłada na Florydzie miasteczko Celebration, wielu ludzi uważa, że będzie to raj na ziemi, ucieleśnienie magii domowej osady, gdzie życie toczy się spokojnie i kolorowo, jak w kreskówce. Są jednocześnie świadomi, że nie znajdą tam krasnali, księżniczek i zamków rodem z Disneylandu, ale prawdziwe miasto z prawdziwymi ludźmi. Oczekiwania pozostają jednak duże…

Na pierwszy rzut oka Celebration to ideał. W zwolnionym tempie, w tle z uspokajającą muzyką przypominającą melodie, jakich wysłuchujemy, czekając na połączenie telefoniczne, oglądamy kolejne ulice miasta. Architektura to efekt wytycznych specjalnych wzorników. Dowiadujemy się mianowicie, że domy budowane są w tu 6 stylach: klasycznym, kolonialnym, wiktoriańskim, nadmorskim, śródziemnomorskim i francuskim. Otaczające je płotki są zazwyczaj białe, a trawniki równiutko przystrzyżone, psy posłuszne a ludzie przyjacielscy. Jest bezpiecznie i cicho. Każdy zna swojego sąsiada a drzwi nie są zamykane na klucz.

O życiu w mieście opowiada nam kilka rodzin. Każda przyjechała do Celebration spełnić jakieś marzenie, każda wymienia dobre strony bytowania w „mieście Disneya”.

Judy Eustice, posiadaczce dwóch psów, najbardziej podoba się coś, co niektórzy nazywają „policją ogrodową”. Grupka sąsiadów robi co jakiś czas obchód po okolicy i notuje jakiego rodzaju porządki musisz zrobić wokół domu, które rośliny usunąć, albo którą ścianę odmalować. Następnie dostajesz ten spis pocztą z prośbą o zajęcie się naprawami. Jeśli tego nie zrobisz, chętni sąsiedzi, za opłatą, zajmą się twoim ogródkiem. Podoba jej się również, że jest „częścią świata Disneya”. Z kolei żona tytularnego mera, Backy Buoncervello, przejeżdżając się limuzyną po okolicy, mówi, że to idealne miejsce na wychowanie dzieci, wszyscy są pomocni i zorientowani na swoją lokalną społeczność.

Jednak The Walt Disney Company decyduje się w końcu wycofać z Celebration i przestać markować je nazwą korporacji. Jakie mogą być tego przyczyny? Nasi bohaterowie nie ukrywają żalu, ale próbują znaleźć odpowiedź na to pytanie. Lance Boyer, ojciec pięcioosobowej rodziny, wraz z żoną spekuluje, iż ludzie Disneya nie chcieli brać odpowiedzialności za prawdziwe miasto, a co za tym idzie, prawdziwe kłopoty i kontrowersje, chociażby problemy ze szkolnictwem, których nie są w stanie kontrolować. Rodzina Boyer’ów zdaje się być zawiedziona, że Celebration dla ich twórców było jedynie produktem, towarem, który, dopóki lśnił kolorowym opakowaniem, był dochodowy i zapewniał pozytywny wizerunek. Z kolei miejscowa malarka Lynn Sandes uważa, że ludzie oczekiwali od miasta zbyt dużo, sądzili, że życie w idealnie zaprojektowanym, bajkowym miasteczku rozwiąże ich kłopoty. Sandes i jej rodzina to jedni z bohaterów filmu, którzy decydują się zostać w Celebration. Inni wyprowadzają się. Gdzie? Do kolejnych utopii. Tam, gdzie sąsiedzi są jeszcze milsi, albo tam, gdzie życie jest jeszcze bardziej luksusowe.

Film holenderskich autorek, które dla uzyskania intrygującego efektu używają z jednej strony prostych zabiegów dokumentalnych, a z drugiej kreują rzeczywistość, zachęcając bohaterów do zareklamowania swojej działalności w telewizji, hipnotyzuje widza. Szeroki kąt kamery, która obraca się na statywie, rysując przestrzeń mieszkańców, pozwala nam prześliznąć się po ich domach i życiu, zostawiając nas nie tyle z pytaniem, czy budowa utopijnej społeczności jest możliwa, ale jak przeświadczenie o życiu w utopii zmienia nas samych?

Fooling Dutchman

reż. Mark Soosaar, Estonia, 21 min

Holenderski ekspresjonista Peter Diem maluje jak opętany. Gwałtownie nakłada farbę dłonią lub prosto z tuby, by za chwilę rozmazać ją na płótnie. Grube linie, śmiałe zawijasy, wzorki wyrysowane paznokciem, żywe kolory to znaki rozpoznawcze malarza, które wraz z szalonym tempem pracy odzwierciedlają jego wyjątkowość, indywidualizm i chęć życia.

Obserwujemy go zarówno w pracowni jak i w czasie wolnym, kiedy spiesznie porusza się ulicami, odwiedza pub, czy konsultuje swoją stronę internetową. Widzimy człowieka z błyskiem w oku, postrzelonego Amsterdamczyka, pozytywnego „wariata”, który w poplamionej grubą warstwą farb koszuli zaprasza nas w końcu do swojej galerii. Z offu dowiadujemy się, że Peter ma dość niezwykły pomysł – chce założyć Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Nie posiada oczywiście funduszy na zakup dzieł, dlatego postanawia je wszystkie sam namalować. Całymi dniami stoi więc nad płótnami, a spod jego rąk i pędzli wychodzą kolejne obrazy. Dominują latające krowy, kosmici, wszechświat… i Ernest Hemingway.

Diem, na którego aż prosi się spojrzeć z przymrużeniem oka, to jednak znany na świecie artysta. Zainteresował się malarstwem podczas swojego pobytu w USA, gdzie pracował jako litograf, do dziś fascynuje się twórczością eksperymentalnej grupy Cobra (szkoły artystycznej wyrosłej w Kopenhadze, Brukseli i Amsterdamie). Patrząc na jego determinację i entuzjazm nie mamy wątpliwości, że swoje plany traktuje poważnie. Pytany dlaczego chce zbudować sobie muzeum za życia, odpowiada: „Dlaczego muszę czekać aż umrę? Liczy się tylko to, co jest teraz”.

 

Georgi and the Butterflies

reż. Andrey Paounov, Bułgaria 2004, 52 min

Bułgaria, 20 km od Sofii. W budynku dawnego klasztoru mieszka kilkunastu pacjentów szpitala dla upośledzonych psychicznie mężczyzn. Ich lekarz i opiekun – dr Georgi Lulchev, od lat zmaga się z kłopotami finansowymi, stukając do wszystkich możliwych drzwi w poszukiwaniu środków do życia dla swoich podopiecznych. Doktor Georgi pragnie znaleźć jednak coś więcej – nie tylko sposób, ale i sens istnienia tego miejsca. Jak jednocześnie zapewnić szpitalowi środki na utrzymanie, nakarmić pacjentów i dać im zajęcie, zapewniając przy tym godność i poczucie bycia ważną częścią społeczności? Na to pytanie Georgi zna całe mnóstwo odpowiedzi, a każda kolejna wydaje się być bardziej szalona od poprzedniej. Daleko jednak temu filmowi od prześmiewczości, bo w każdej nowej idei doktora, od pomysłu na strusią fermę, po hodowlę nutrii, kryją się ogromne pokłady ciepła i poświęcenia pacjentom. Doktor Lulchev sam momentami wydaje się odrywać stopami od ziemi, ale to właśnie niezwykłe samozaparcie i niegasnący optymizm pozwalają mu szybko otrzepywać się z kolejnych porażek i  próbować dalej. 

Patrząc na pacjentów szpitala, widzimy w nich dzieci z twarzami dorosłych, a Georgi ma w sobie tej czystej, dziecięcej naiwności najwięcej. Jest to jednak naiwność podszyta niezmąconą wiarą w terapię poprzez działanie, w konieczność pokazania pacjentom, że są potrzebni. Światło, które nosi w sobie niezwykły doktor, zdaje się przysłaniać odrapane ściany klasztornych pokoi. Tytułowe motyle to aluzja do jednego z nieudanych projektów produkcji jedwabiu, a z drugiej strony – metafora oddająca rzeczywistość otaczającą doktora. Kolejne pomysły objawiają się w całej wspaniałości, migocąc intensywnie przed jego oczyma po to, by równie szybko zgasnąć „właściwie nie wiadomo dlaczego”. Na ich miejsce jednak pojawiają się następne, a on sam oddaje im się w pełni.

Ilu takim „mądrym szaleńcom” udaje się w rzeczywistości osiągnąć wymarzone cele? A właściwie – czy cele same w sobie liczą się tu najbardziej? Być może liczy się przede wszystkim ten wewnętrzny ogień, o którym w pewnym momencie wspomina bohater filmu. Ogień, który nie pozwala na bierność i siedzenie z założonymi rękoma, pcha do działania. Nie spala, ale ogrzewa tych, którzy są w pobliżu.



Dream Girls

reż. Kim Longinotto i Jano Williams, Wielka Brytania 1994, 50 min

Piosenki, choreografia i kostiumy rodem z Brodway’u a do tego codzienna musztra i dyscyplina. Tak wygląda japońska szkoła muzyczna dla dziewcząt Takarazuka, która odnalazła receptę na prawdziwy sukces.

Popularność placówki i produkowanych przez nią show nie gaśnie ani na chwilę od 1914 roku, kiedy to szkoła została założona. Ogromną sławą cieszą się również gwiazdy Takarazuki. Miliony nastolatek oraz pań w średnim wieku wielbią bohaterki muzycznych przedstawień, przypominających rewie z Las Vegas, popisy Freda Astaire’a, a w warstwie fabularnej, opery mydlane. Podobnie jak wśród fanek, tak i wśród uczennic szkoły i jej gwiazd są same… dziewczęta. To one odtwarzają również męskie role na scenie, będąc tym samym niedoścignionym ideałem mężczyzny.

Żeby stać się, czy to żeńską, czy to męską idolką, młode Japonki gotowe są do wielu wyrzeczeń. Do szkoły co roku dostaje się tylko 40 spośród zgłoszonych tysięcy. Uradowane, choć, jak zobaczymy w filmie, zapłakane z wrażenia dziewczynki będą szkolone pod okiem najlepszych nauczycieli, a czasem także… policji, przez dwa lata. Zostaną poddane osobliwym instrukcjom dotyczącym dbania o czystość szkoły, nauczą się wytrzymałości i idealnych pokłonów. Do tego, czy zagrają na scenie mężczyznę, czy kobietę, predysponować je będą cechy fizyczne.

Idealne cechy męskie mają dwie główne bohaterki dokumentu: schodząca już powoli ze sceny wielka gwiazda o uwodzącym głosie i spojrzeniu Anju Mira i jej następczyni Miki Maya. Na co dzień: szczupłe, wysokie, strzyżone na męsko, nonszalanckie, pewne siebie.  Na scenie: przystojni, romantyczni, rozśpiewani, męscy. Autorki filmu zapytały wiele kobiet, dlaczego akurat Mira i Maya są ich męskimi idolkami. Japonki odpowiadają zgodnie, że to idealni mężczyźni, tacy, jakich wokół nie ma. Japończycy są szorstcy, zapracowani i apodyktyczni, nie zauważają swoich kobiet, nie mają dla nich czasu, nie przynoszą kwiatów. Ci w przedstawieniach chwytają za serce i szeroko się uśmiechają.

Ta arcyciekawa obserwacja ról społecznych dokonana przez pryzmat Takarazuki będącej fabryką marzeń i stereotypów, uwydatnia całą kostiumowość i powściągliwość japońskich charakterów. Silne w szkole i na scenie kobiety w rzeczywistości marzą o zamążpójściu, a rozhisteryzowane fanki zostawiają w domach swoich surowych mężów, aby na chwilę pokochać się w kobiecie przebranej za mężczyznę. To, co wydawałoby się, uosabia jakąś postać skrajnego feminizmu, jest jednak zaledwie przebraniem…  

 

Dreaming by Numbers

reż. Anna Bucchetti, Holandia 2007, 75 min

Neapol, znany w ostatnich miesiącach za sprawą słynnej Gomorry, w filmie Anny Buchetti pokazany został z o wiele cieplejszej, choć wcale nie łatwiejszej strony.

Neapolitańczycy, często żyjący na granicy biedy, mają wspólną pasję – loterię. Jest to jednak odmiana wyjątkowo pobudzająca wyobraźnię i marzenia. Społeczną perspektywę tego zjawiska tłumaczy profesor historii, opowiadając wzruszającą historię biednej kobiety, dla której loteria była sposobem na spokojny sen – spokojny, bo z nadzieją na lepsze jutro. Numery, na które stawia się pieniądze zawsze coś symbolizują. Dzięki temu pieniądze można postawić nie bezpośrednio na wybraną cyfrę, ale na własne marzenia, sny, czy symbole udanego życia.

W małym lokalnym punkcie przyjmującym zakłady przewijają się ludzie z okolicy, chętnie dzieląc się własnymi refleksjami, wspomnieniami, codziennymi wydarzeniami, a wszystko w powiązaniu z numerami, na które postawią dziś drobne sumy. Kilka euro dziennie wydawane na loterię, tworzy część codziennych rytuałów, wplatając się w codzienność podobnie do innych zwykłych czynności. Czasem loteria staje się sposobem na życie, metodą interpretacji rzeczywistości, czy sposobem zarabiania pieniędzy. Neapolitańskie zamiłowanie do numerów, to między innymi również gra w bingo, odbywająca się w prywatnych mieszkaniach, w kameralnej atmosferze, na przykład pod okiem przemiłego transwestyty.

Neapol przedstawiony w dokumencie to jednak ciągle to samo miasto z Gomorry, miasto pełne ludzkich tragedii, miasto, w którym wciąż giną ludzie. Bliższe poznanie jednej ze starszych kobiet dodaje filmowi odrobinę twardego realizmu. Kobieta opowiada o nielegalnym zarobkowaniu na utrzymanie kilkorga dzieci, więzieniu, narkotykach, które pojawiły się w rodzinie, a wreszcie o swojej córce i jej tragicznej śmierci wynikłej z zaniedbania lekarzy.

W ten sposób reżyserka filmu buduje niezwykle uroczy i kolorowy (choć sam film jest czarno- biały) obraz miejscowej ludności i klimatu miasta. Całość dopełniona jest przez magiczne zdjęcia uliczek tętniących codziennym życiem. Tak mija dzień za dniem, mieszając marzenia z rzeczywistością. A wszystko osnute jest oczekiwaniem na wielką wygraną, która zmieni całe życie.

 

Operation Lizystrata

reż. Michael Patrick Kelly, USA 2006, 76 min

Kiedy niebo ma się za chwilę zawalić, malutki ptaszek zlatuje na ziemię, pada  na grzbiet i wyciąga nogi w stronę nieba. Czy w ten sposób może podtrzymać cały firmament? Trudno powiedzieć, ale przynajmniej robi, co może.

Ta przypowieść otwiera film o tym, jak dwie kobiety ze Stanów Zjednoczonych chciały zaprotestować przeciwko wojnie w Iraku. Postanowiły zrobić to na swój sposób. Napisały maile do wszystkich znajomych i stworzyły stronę internetową. Projekt miał polegać na czytaniu Lizystraty -  greckiej sztuki Arystofanesa. Lizystrata jest komedią erotyczną, opowiadającą o tym, jak kobiety zmęczone ciągłymi wojnami domowymi, gromadzą się razem i postanawiają wymusić na mężczyznach zmianę postawy, poprzez odebranie im największej rozkoszy, którą mogą swoim mężom zaoferować. Ta starożytna sztuka w kontekście sytuacji w Stanach Zjednoczonych w roku 2003 (decyzja o rozpoczęciu ataku  na Irak) nabiera wymiaru antywojennego, pokazuje również siłę kobiet, jednoczących się, aby zrobić coś w sprawie, którą uważały za ważną,

Podobnie było w przypadku tego projektu. Nabrał on bardzo szybko rozpędu i niesamowitego rozgłosu. Codziennie napływały setki maili od ludzi zainteresowanych tematem, a także od osób chętnych do zorganizowania czytania. Z dnia na dzień ilość chętnych powiększała się, W rezultacie czytanie Lizystraty odbyło się w  60 krajach! Były to regularne próby w teatrach, czytania w księgarniach, domach kultury, bibliotekach. Wiele nich odbyło się po prostu na ulicy. Jedno z czytań zostało zorganizowane w obozie dla uchodźców z Iraku w Grecji, inne na ogarniętej wojną wyspie na Filipinach.

Okazało się, że nie tylko w USA, ale i na całym świecie są ludzie, których wojna w Iraku obchodzi, pomimo tego, że nie wpływa na ich osobiste życie. Odezwały się osoby chętne do pomocy, do walki o swoje przekonania, gotowe, aby coś zrobić w imię wyższych wartości.

Siła zaangażowania tych wszystkich ludzi, którzy wzięli udział w czytaniu i ich ogromny entuzjazm są zaraźliwe. Projekt ten udowadnia, że nawet będąc kilka tysięcy kilometrów dalej, można coś zrobić w słusznej sprawie. Przy okazji może wyjść na jaw, że takich małych walecznych ptaszków, jak ten z przypowieści, jest więcej.

 

War Photographer

reż. Christian Frei, Szwajcaria 2001, 96 min

„Jeśli twoje zdjęcia nie są wystarczająco dobre, to znaczy, że nie jesteś wystarczająco blisko”. To zdanie Roberta Capa, jednego z najważniejszych fotoreporterów wojennych XX wieku, otwiera film, którego bohaterem jest współczesny fotograf od 20 lat zajmujący się robieniem zdjęć w miejscach ogarniętych wojną.

W pierwszych ujęciach filmu widzimy James’a  Nachtwey’a  podczas pracy i nie mamy wątpliwości, że on od dawna jest już maksymalnie blisko.

Dzięki operatorowi kamery, który przez 2 lata towarzyszył Nachtwey’owi w jego podróżach, a przede wszystkim dzięki mikrokamerze umieszczonej na aparacie fotograficznym, także mamy możliwość poczuć się tak blisko, jak blisko może czuć się sam bohater. Nachtwey raz znajduje się na linii frontu, pomiędzy strzelającymi do siebie stronami, innym razem jest świadkiem tragedii rodzinnych,  ulicznych linczów, dokumentuje miejsca masowych zbrodni lub skrajnie biedne rejony Trzeciego Świata.

Przejmujące są co najmniej dwa aspekty tego filmu. Po pierwsze możliwość uczestniczenia w momentach robienia zdjęć. Dzięki temu przestają być one jedynie  obrazem. Zaczyna ożywać historia, która jest na nich uwieczniona. Z większą świadomością zaczynamy myśleć o tym, że te rzeczy dzieją się naprawdę i, podobnie do Nachtwey’a, moglibyśmy być w danym miejscu i doświadczać tego, co przeżywają jego bohaterowie. Drugim przejawem wyjątkowości filmu jest postać samego bohatera, jego niesamowita skromność i introwertyzm w traktowaniu własnej osoby. Wydawać by się mogło, że tak bliskie doświadczanie tragedii wojennych mogłoby albo doprowadzić do chronicznej depresji i szybkiego wypalenia emocjonalnego, albo do cynizmu charakterystycznego dla tak zwanych  hien, osób żądnych sensacji, które będzie można przełożyć na wymierny zarobek. Natomiast w postawie Natchtwey’a wciąż jest obecna pokora w stosunku do rzeczywistości. Dwadzieścia lat obserwowania wszelkiego rodzaju wojen nie pozbawiło tego człowieka empatii, pozostawiło w nim wrażliwość niezbędną do robienia nie tylko dobrych zdjęć, co do obcowania z ofiarami w sposób, który, jak widać na filmie, nie jest dla nich uwłaczający.

Najbardziej poruszające jest jednak jeszcze coś innego – ciągłe poczucie misji bohatera, którego zdaniem fotografia ma służyć przekazywaniu ludziom tego, czego nie mogą zobaczyć na własne oczy. Po to, aby świat stał się dla wszystkich lepszym miejscem do życia.

 

Orwell rolls in his grave

reż. Robert Kane Pappas, Wielka Brytania 2003, 84 min

Robert Pappas, reżyser Orwell rolls in his grave bardzo trafnie zatytułował swój film. Najprawdopodobniej sam Orwell nie przewidział, że jego książka Rok 1984 stanie się tak prawdziwa i zapewne, patrząc teraz na Amerykę, nie może się nadziwić.

Pappas stworzył film polityczny, który przypomina nieco filmy M. Moore’a. przeciwieństwie do niego skonstruował obrazy spokojniejsze, bardziej stonowane, większej mierze oparte się na faktach, logice, mniej widowiskowe i propagandowe.

Tematem Orwell rolls in his grave są przede wszystkim amerykańskie media. Wydawać by się mogło, że jest ich w Stanach tak wiele, że znajdzie się miejsce na każdego rodzaju opinię i światopogląd. Ludzie jednak nie zdają sobie sprawy, że poszczególne kanały telewizyjne, stacje radiowe, czy tytuły prasowe tak naprawdę należą do zaledwie kilku globalnych korporacji i, jeśli by się przyjrzeć jeszcze dokładniej, bynajmniej nie są to korporacje zajmujące się wyłącznie mediami. Ponad środkami przekazu informacji stoją wyższe cele ekonomiczno – polityczne, a posiadanie mediów, oprócz zarabiania pieniędzy, to przede wszystkim władza. De facto to właściciele decydują, co zostanie pokazane w wieczornych wiadomościach, co zostanie uznane za sensację, niejednokrotnie tylko po to, aby odsunąć uwagę publiczną od ważniejszych tematów. Producent Fox News całą sprawę kwituje stwierdzeniem: nawet jeżeli coś się wydarzyło, ale tego nie słychać, to czy naprawdę się wydarzyło?

Pappas pokazuje przykłady zafałszowań informacyjnych lub po prostu przemilczeń pewnych ważnych wydarzeń. I nie ma tu wcale na myśli czegoś nieistotnego. Przypomina między innymi poważne poszlaki wskazując na zafałszowanie wyborów pomiędzy G. Bushem i A. Gore’em z 2000 roku. W bardzo złym świetle stawia to demokrację amerykańską.

Z tego punktu widzenia wiarygodność informacji przestaje być taka oczywista, a wizja Orwella nabiera realności. Należy sobie zadać pytanie, jak to się ma do kraju szczycącego się wolnością na każdej płaszczyźnie życia? Czy swoistego rodzaju filtr informacyjny, znany przecież z państw totalitarnych, nie jest kontrolowaniem społeczeństwa? Jak można temu zapobiec? Dla osób wypowiadających się w filmie nadzieją jest Internet, który nie daje się tak łatwo kontrolować, przynajmniej na razie...

 

Durakovo – village of fools

reż. Nino Kirtadze, Francja 2007, 90 min

Reżyser Nino Kirtadze uważnie obserwuje Durakovo, miejscowość malowniczo położoną w centrum Rosji. Michaił Fiodorowicz Morozow, dawny żołnierz jednostek specnazu Armii Radzieckiej, buduje tam swój monaster. Założył w nim centrum odnowy duchowej, gdzie, zgodnie z zaleceniami Tołstoja, poprzez ciężką pracę kształtuje się dusze podopiecznych. Trafiają do niego ludzie, którzy wierzą, że zgodnie z naukami prawosławia pomoże zmienić ich życie, a także odnaleźć się w złożonej sytuacji politycznej.

Morozow to rosyjski nacjonalista, w jego siedzibie dostrzec można portrety cara Mikołaja II, a także marszałka Żukowa. Ponadto jego bezpośrednim patronem jest wiceprzewodniczący rosyjskiej Dumy – Baburin, należący do prokremlowskiej partii „Narodmaja Wolja”. Środowisko w którym obraca się Morozow pragnie odbudowy dawnego imperium, czemu służyć ma właśnie odnowa życia duchowego. Nie jest to w Rosji, w kraju jurodiwych, kwestia całkiem nowa, bowiem styk religii i nacjonalizmu był tam zawsze bardzo akcentowany. Car był przecież namiestnikiem Boga, a niezwykle silna potrzeba prostej ludowej duchowości umożliwiła wielką karierę Rasputina. Z kolei w okresie rządów bolszewików wyraźne cechy religii miał komunizm.

Dziś jednak Rosja musi się mierzyć z innymi problemami. Rezydenci durakowskiego ośrodka często prowadzą ze swoim opiekunem rozmowy na temat demokracji w Rosji, rozważają, czy taka demokracja w stylu zachodnim jest im niezbędna. Według Morozowa Rosja potrzebuje silnego przywódcy, który przywróci nadzieję na dawne, silne imperium. Kimś takim oczywiście jest tu Putin.

W tym filmowanym monasterze najbardziej uderza przepych. Morozow w jednej ze scen stwierdza, że życie jest piękne. Prawdopodobnie dlatego jeździ sportowym mercedesem, żyje w luksusowych wnętrzach otoczonych białym murem, dużo czasu spędza w saunie. Rosja jest przecież spadkobierczynią Bizancjum, dlatego, wznosząc swoją arkadię, nie mógł odciąć się od bizantyjskich wzorców.

Mieszkańcy Durakova to przedstawiciele osieroconego społeczeństwa, ludzie zagubieni we współczesnej Rosji. Wystarczy spojrzeć na ich smutne twarze. Nie mamy podstaw, aby wątpić, że odczuwają oni autentyczną potrzebę duchowych poszukiwań. Sęk  w tym, że została ona tutaj zaprzęgnięta do budowania putinowskiej, imperialnej Rosji. To bardzo ciekawy aspekt filmu, pokazujący jak bliskie są w słabych demokracjach związki religii z polityką.

W monasterze Morozowa obowiązują twarde reguły. Zgodnie z zasadą, że Rosja ma tylko dwóch przyjaciół: armię i flotę, ludzie są tam wobec siebie bardzo nieufni. Obserwują się wzajemnie, składają donosy. Nikt, prócz Morozowa, nie ma tam prawa do prywatności, a prawa człowieka zostały zawieszone. Choć nie wszyscy są w stanie zaakceptować takie reguły gry, to nie ma tam miejsca na dyskusję. Dla opornych Morozow ma tylko jedną radę – wsiąść do pociągu i odjechać, opuścić na zawsze to malowniczo położone miejsce. Podobnie sprawa ma się z demokracją w wydaniu Putina. Jeśli ktoś jej nie akceptuje, może po prostu odejść.

Durakovo to miniatura współczesnej Rosji, intrygujący socjologiczny wycinek społeczeństwa, o obliczu którego decydują ludzie pokroju Morozowa. Obdarzeni charyzmą liderzy umiejętnie wykorzystują tęsknoty innych, skupiają wokół siebie ludzi, za którymi w pewnym momencie zatrzaśnięta zostanie masywna brama Durakova.



Warhol’s Absolute

reż. Stanisław Mucha, Niemcy 2001, 80 min



Absolut Warhola jest zaproszeniem do odwiedzenia małego miasteczka położonego na peryferiach. Początkowe sceny filmu to ujęcia drogi o różnej porze dnia, monotonia jazdy samochodem. Celem podróży jest Medzilaborec – ledwie kilkutysięczne miasto we wschodniej Słowacji. Znajduje się w nim pierwsze w świecie Muzeum Andy’ego Warhola. To właśnie z leżącej opodal Mikovej pochodzili rodzice króla pop-artu.

Jednak dotrzeć do Medzilaborec nie jest wcale łatwo, o czym przekonują się filmowcy. Napotkani po drodze ludzie często przekazują sprzeczne informacje co do kierunku jazdy. Już pierwsze sceny wprowadzają w nastrój i rytm tej filmowej opowieści, której siłą jest przede wszystkim prostota.

Reżyser odkrywa swoim obrazem świat rodziców Warhola. Autor wypytuje żyjących członków tej rodziny o sławnego krewniaka. Rozmowy te są przede wszystkim celnym portretem właśnie prostych ludzi żyjących w zagubionym miasteczku. O Warholu wiedzą oni niewiele, powtarzają ogólnie znane informacje. Robią to na swój, specyficzny sposób. Ciotka Warhola, patrząc na obraz Red Lenin, myśli, że to autoportret Andy’ego. Z kolei inna staruszka, widząc jego zdjęcie, stwierdza, że artysta podobny był do małpy. Niezwykle ciekawie robi się, kiedy informacje o artyście rozmówcy poddają własnej interpretacji. Znakomitym tego przykładem jest kwestia homoseksualizmu twórcy. Nikt w Mikovej nie był homoseksualistą, zatem Andy po prostu nie mógł nim być. Zaś prawie każda taka rozmowa zakrapiana jest toastem ze śliwowicy, jakżeby inaczej – wznoszonego na cześć króla.

Alkohol, tęsknota za czasami, kiedy każdy miał pracę, jeden program w telewizji, traktor własnej konstrukcji, dawne pola roponośne – to najlepsze wyznaczniki życia miasteczka. Ludzie w Mikovej dodatkowo mają żal, że ci z Medzilaborec byli sprytniejsi i to tam powstało muzeum, powód do lokalnej dumy.

Budynek muzeum powstał w latach 80-tych, pierwotnie jako dom kultury. Po śmierci Warhola w 1987 roku wiedza o tym, że jego rodzice pochodzili z Mikovej dotarła do historyka sztuki Michala Bycko. Warhol został w Czechosłowacji odkryty na fali późniejszych demokratycznych przemian. Jak mówi jeden z bohaterów filmu – każdy w demokracji ma swoje prawa. Po chwili podkreśla jednak, że nie rozumie tej polityki.

Miejscowi Romowie przeklinają jednak muzeum. Ten fragment filmu doskonale pokazuje wciąż trwający konflikt słowacko – romski. Cyganka żali się do kamery, że Romowie nie mają wstępu do Muzeum Warhola i przeklina to miejsce. Tę informację natychmiast dementuje kustosz. Twierdzi, że Cyganie byliby wpuszczani, gdyby ubierali się w sposób cywilizowany.

Muzeum w Medzilaborec boryka się z poważnymi problemami finansowymi. Być może na skutek cygańskiej klątwy przecieka w nim dach i woda kapie na obrazy. Dlatego, w komicznej, niemal surrealistycznej scence, miejscowe władze apelują do widzów filmu o wpłacanie datków na podane konto.

Reżyser wykorzystuje sceny z muzeum jako swoisty refren filmu. Przeplata nimi swą główną opowieść o małej, lokalnej społeczności, w której przypadkiem tkwią korzenie sławnego artysty. I to właśnie przede wszystkim o tych ludziach i ich świecie jest ta dokumentalna historia.

A sztuka? Gdzieniegdzie przewinie się krzyż na rozstaju dróg, lokalny artysta maluje Chrystusa, dziewczyna wyszywa obrazy Warhola. Ktoś zanuci piosenkę, zagra na akordeonie. Warhol, aby wspomóc ich finansowo, przesyła swoje prace rodzinie. Nikt jednak ich nie rozumie, ani nie zna wartości, przez co, zaniedbane, niszczeją. Dziś warte byłyby fortunę.

Film Stanisława Muchy przepełniają zabawne anegdotki, na przekór wszystkiemu, jest to historia lekka, wesoła, bezpretensjonalna. Spryt ludzi, którzy podjęli próbę wpisania w swoją społeczność postaci sławnego twórcy, budzi uśmiech. Andy żył jednak w zupełnie innym świecie, w którym mógł odnieść sukces w dużej mierze dzięki demokracji. Film  traktuje między innymi właśnie o zderzeniu tych rzeczywistości.

Andy Warhol obecny jest w tym dziele na zdjęciach i w opowieściach dalekich krewnych. Nigdy nie był w Mikovej. Podobno bardzo chciał tam pojechać. Gdyby tego dokonał, czekałaby go naprawdę długa droga. Czy Warholowi spodobałby się świat jego rodziców? Czy potrafiłby go zaakceptować? Warto odbyć tą filmową podróż.

Headwind Hall

reż. Pritt Valkna, Estonia 2007, 57 min

Czy śmiała koncepcja wybudowania teatru muzycznego w miejscu odległym od cywilizowanego świata wzbudza dziś zainteresowanie? Czy jest dobrym tematem na zrealizowanie filmu? Znany doskonale widzom Fitzcarraldo w reżyserii Wernera Herzoga zapewne wielokrotnie zostanie przywołany w myślach, oglądających Headwind Hall. Czasami najbardziej ekstremalne okoliczności stają się najbardziej zniewalającymi historiami.

Ten wyśmienity dokument o estońskim, charyzmatycznym dyrygencie, dyrektorze muzycznym renomowanej Estońskiej Filharmonii Chóru Kościelnego (Estonian Philharmonic Chamber Choir) - Tõnu Kaljuste przedstawia historię człowieka o niewyobrażalnie silnym charakterze, usiłującego za wszelką cenę zrealizować marzenie swojego życia – powołać Teatr Muzyczny na wyspie Naissaar, położonej niecałe 20 km na północ od Tallinna, estońskiej stolicy. Miejsce to ma dla Tõnu szczególne znaczenie – tutaj bowiem żył światowej sławy estoński wynalazca teleskopu, Bernhard Schmidt (1879-1935), którego prace nad konstrukcją statku powietrznego stały się inspiracją i metaforą do stworzenia olbrzymiej opery na środku wyspy.

Celem tej budowy ma być hołd, złożony wybitnemu rodakowi. Ta karkołomna wręcz koncepcja stanie się niezmordowaną walką Tõnu Kaljuste z absurdalną rzeczywistością - pieniędzmi, biurokracją, urzędami, przedsiębiorcami i samymi mieszkańcami Naissaar. Wyspa ta ma zaledwie kilku mieszkańców, nie posiada elektryczności i właściwie funkcjonuje jako mała przystań, nie ma więc warunków do realizacji tak olbrzymiego projektu i, co gorsza, nikt nie wierzy w jego powodzenie.

Wspaniałym atutem tego obrazu jest z pewnością doskonała oprawa muzyczna, którą zajął się między innymi znakomity kompozytor estoński Arvo Pärt. Dzięki muzyce historia nabiera magicznej aury, czasami akcentu modlitwy, obrazuje przeciwności z jakimi boryka się główny bohater i trafnie oddaje stan jego ducha. Czy jego marzenie zostanie uwieńczone sukcesem?

 

Jesus Camp

reż. Heidi Ewing, Rachel Grady USA 2006, 87 min

Amerykańska społeczność ewangelicka wierzy w ponowne odrodzenie się przez przyjęcie do serca Jezusa. Bycie prawym chrześcijaninem oznacza podążanie ścieżkami Pana, głoszenie jego Słowa oraz, w tym wypadku, ścisłe powiązanie sfer religijnej i politycznej. Silnie zakorzeniona w USA duma narodowa dodatkowo oznacza tu wizję Amerykanów jako Narodu Wybranego. „Musimy powstać i wziąć Ziemię w posiadanie” – mówi pastor Becky Fisher. Przez „my” rozumie amerykańską społeczność ewangelicką, budującą swoistą „Armię Pana”, wymierzoną przeciwko zakusom szatana i innym, bardziej materialnym wrogom.

„Świat dzieli się na chrześcijan i nie-chrześcijan” oznajmia kobieta należąca do Kościoła Ewangelickiego. Jej syn-Levi, jest jednym z dziecięcych bohaterów filmu. Wraz z kilkuset innymi dziećmi bierze udział w letnim obozie chrześcijańskim „Dzieci w Ogniu”. To właśnie ów tytułowy „Obóz Jezusa”, podczas którego wspomniana pani pastor naucza dzieci, przestrzega przed wrogami, rozbudza ducha patriotyzmu i chęci walki w obronie „chrześcijańskiej Ameryki”.  Przede wszystkim podsyca w nich ogień wiary – Jezus jest tu najważniejszym idolem, zaraz po nim znajduje się ówczesny prezydent USA George W. Bush.

Bóg zdaje się być obecny w każdej sferze życia dzieci – podczas zabawy, oglądania telewizji, nauki (rodzice, w obawie przed zgubnym wpływem szkół publicznych uczą je w domu), a przede wszystkim – w czasie spotkań w kaplicy i edukacyjnych kazań.

Film wzbudził wiele kontrowersji. Idea „jednego narodu wobec jednego Boga” przedstawiona tu jest przez pryzmat indoktrynacji i balansowania na granicy fundamentalizmu. Ukazanej w ten sposób wizji chrześcijaństwa daleko do idei dialogu. Becky Fisher nie ukrywa swojej fascynacji wpływem, jaki wywiera na najmłodszych wiernych.  „My posiedliśmy prawdę!” – mówi i trudno nie zapytać w tym momencie o to, do czego w imię tej prawdy można się posunąć i gdzie kończy się żarliwa wiara, a zaczyna fanatyzm.

 

Maria Lionza, Breath of Orchids

reż. John Petrizzelli, Wenezuela 2007, 81 min

Stara legenda głosi, iż Maria Lionza, urodzona w 1502 roku w rodzinie indiańskiego wodza z regionu Yaracuy, została porwana przez anakondę. Wierzono, że była królową dzikich zwierząt a na jej tronie przesiadywały żółwie i węże. Mówi się, że do dzisiaj jej duch pomieszkuje pośród Gór Sorte, dokąd przybywają wierni, składając hołd swej patronce, „Królowej”. W latach 80-tych XX wieku miejsce to zyskało status Parku Narodowego.

Postać Maríi Lionzy jest obecnie najpopularniejszym obiektem kultu i czci pośród licznych rodzimych religii Wenezueli.  Rytuały towarzyszące kultowi Lionzy są mieszanką afrykańskich i katolickich wierzeń, zbliżonych do Santerii - synkretycznego afroamerykańskiego kultu pochodzenia karaibskiego, obecnego do dziś na Kubie. Wenezuelska bogini czczona jest głównie jako patronka natury, miłości, pokoju i harmonii. Jej liczni wielbiciele i wyznawcy pochodzą z różnych grup społecznych, zaliczają się do nich mieszkańcy dżungli, indiańskich wiosek oraz mieszkańcy metropolii, jak Caracas, gdzie nawet wzniesiono pomnik ku jej czci. Odprawiane przez wiernych rytuały zakorzenione są bardzo mocno w tradycyjnych wierzeniach wenezuelskich.

Zrealizowany w stylu cinéma vérité znakomity dokument Johna Petrizzelli’ego, śledzi grupę pielgrzymów, udających się w podróż w egzotyczne Góry Sorte, aby przywołać wcielenia swojej patronki, Marii Lionzy. Na terenie Parku Narodowego, szlakiem ołtarzy i świętych figur, pielgrzymi wspólnie przywołują boginię poprzez modlitwy, hermetycznie strzeżone przed całym światem. W rytualnym transie wierni wzywają wcielenia swojej patronki, aby doznać oczyszczenia, błogosławieństwa i duchowej protekcji przed demonami i nieczystymi siłami.

Obecność i wzajemne przenikanie się licznych religii pozwala głównym bohaterom kultywować  swoją wiarę, dając świadectwo niezwykłej harmonii z matką naturą i drugim człowiekiem. Stają się jednocześnie żyjącymi sługami wielu wcieleń patronki Marii Lionzy, pomagając potrzebującym i zagubionym. Doskonała muzyka, niezwykłe piękno miejsc oraz doskonałe ujęcia tworzą niepowtarzalny klimat tego filmu.

 

The New Ten Commandments

reż. Nick Higgins, Wielka Brytania 2008, 105 min

            Z okazji przypadającej na rok 2008 sześćdziesiątej rocznicy uchwalenia przez ONZ Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka w Szkocji zainicjowany został projekt filmowy mający przybliżyć idee tego dokumentu. Pomysłodawcą był Nick Higgins, który do współpracy zaprosił współczesnych szkockich artystów związanych z kinem. W efekcie powstał dokumentalny film nowelowy – The New Ten Commandments.

            Składa się on z dziesięciu w większości autentycznych historii, które na konkretnych przykładach pokazują jak w Szkocji funkcjonują prawa człowieka. Poznajemy zatem szkockiego republikanina, który manifestuje swoją dezaprobatę wobec brytyjskiej monarchii, korzystając tym samym z prawa do wolności zgromadzeń. Sprzeciw wobec niewolenia innych zobrazowany zostaje na podstawie historii prostytutek, skrytych za szczelnie zasuniętymi w oknach żaluzjami. Dwie kolejne części tej filmowej opowieści dotyczą spraw terroryzmu. Jedna portretuje rodziców, których córka w 1988 roku zginęła na skutek zamachu w Lockerbie, gdzie terroryści powiązani z reżimem Kadafiego wysadzili samolot z 257 osobami na pokładzie. Rodzice uważają, że skazano niewłaściwą osobę, tym samym podważone zostało prawo do sprawiedliwego procesu. Z kolei przykładem łamania prawa do wolności przekonań jest muzułmanin mieszkający w Szkocji, oskarżony o związek z zamachem w Glasgow tylko na podstawie tego, że przeglądał internetowe strony fundamentalistów.

            Jedna z najciekawszych części filmu przedstawia w sposób teledyskowy, dynamicznie montowany pod muzykę Clinta Mansella ostatnie 20 lat z historii Szkocji. Z napisów dowiadujemy się, że ten właśnie czas w celi śmierci w USA spędził niesłusznie skazany Kenny Richey – na ten okres zabrano mu prawo do wolności.

W obrazie o prawach człowieka nie mogło zabraknąć też kwestii emigrantów, ludzi nad którymi ciąży widmo deportacji. Choć prawo do azylu jest w Szkocji respektowane, to emigrantów bez prawa stałego pobytu oraz ich rodziny aresztuje się i to najczęściej tuż nad ranem, pogrążonych jeszcze w głębokim śnie. Jak mówi jedna z osób w filmie - dokładnie tak samo postępowało gestapo.

            Film kończy najciekawsza historia, wspólna opowieść muzy Dereka Jarmana – Tildy Swinton oraz Marka Cousinsa o sztuce kina. O czym śnili ludzie, zanim wymyślono kino? Jakie jest jego znaczenie dla człowieka? Przywołany tutaj zostaje fragment wybitnego filmu Stalker w reżyserii Andrieja Tarkowskiego. Ten błyskotliwy, wizualny cytat puentuje nadrzędną ideę przywołanej historii – prawo człowieka do wolności myśli. Tarkowski jest bowiem znakomitym przykładem artysty, który wybierając wolność twórczą, musiał zdecydować się na emigrację i wynikającą z niej nostalgię.

            The New Ten Commandments pokazuje, że prawa człowieka wciąż są dla kina bardzo atrakcyjnym tematem, z poszczególnych historii można stworzyć bardzo ciekawą mozaikę, a zarazem ciągle niekończącą się opowieść. Jak się okazuje w każdym kraju, także w tak silnie ukształtowanej demokracji, jaka jest w Szkocji, pojawiają się ludzie, którzy doświadczają, co znaczy być pozbawionym fundamentalnych praw, o których warto przypominać nie tylko z okazji okrągłych rocznic. Zgodnie z tytułem filmu prawa człowieka powinny stać się w naszym współczesnym świecie nowym dekalogiem, moralnym wyznacznikiem człowieczeństwa.

 

Please Vote for Me

reż. Weijun Chen, RPA 2006, 55min

Podstawą istnienia demokracji jest możliwość, czy wręcz konieczność nieustannej jej weryfikacji. Projekt „Why Democracy” narodził się właśnie z takiego krytycznego spojrzenia na sposoby urzeczywistniania demokratycznych wartości. Pod pozornie niewinnym pytaniem o to, „Dlaczego Demokracja” stanowi najlepszy ze znanych systemów politycznych, kryje się zamiar uwrażliwienia społeczeństw różnych kultur i narodów na podstawowe założenia leżące u jej podstaw.

W globalnej wiosce istnieją obok siebie zarówno grupy realizujące wzorcowe modele demokracji jak i takie, gdzie system ten istnieje jedynie z nazwy lub nie ma o nim mowy w żadnej sferze życia publicznego czy prywatnego. Jak ona funkcjonuje, czym w istocie jest i gdzie przebiegają jej granice? Czy we współczesnym świecie coś z nich jeszcze pozostało? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwało kilkunastu reżyserów z całego świata, zaproszonych do udziału we wspomnianym projekcie.

Weijun Chien postanawia wnikliwie przyjrzeć się własnemu podwórku. A jest to „podwórko” specyficzne – w Chińskiej Republice Ludowej wszystkie decyzje i cała sfera życia politycznego podporządkowane są Komunistycznej Partii Chin. Reżyser zagląd z kamerą do szkoły podstawowej w centralnych Chinach, gdzie spośród ośmioletnich uczniów jednej z klas ma zostać wyłoniony przewodniczący, a właściwie – klasowy „nadzorca”. Tym razem nauczycielka wprowadza zasadę demokratycznego wyboru. Wyłoniona trójka kandydatów zaczyna kampanię wyborczą. Cel: zjednać sojuszników, przekonać do siebie małych wyborców, wygrać.

Zachowania dzieci w niezwykły sposób uwypuklają pułapki, w jakie najczęściej wpadają ci, którzy pod sztandarem wolności słowa i wyboru prowadzą prywatną grę o władzę.

Dorośli w tym filmie nie stanowią jedynie tła wydarzeń – sami je prowokują, przekazując dzieciom wzorce zachowań, których główną osią jest rywalizacja i chęć zwycięstwa za wszelką cenę.

W kraju rządzonym autorytarną ręką partii dziecięca demokracja jawi się jako parodia samej siebie. Czy tylko to? Wszak w zachowaniach dzieci, jak w soczewce, potrafią skupiać się odruchy i motywacje, które później dorośli uczą się jedynie zręczniej maskować. Komunistyczna rzeczywistość, z apelami, śpiewem na ustach, czerwonymi szarfami, splata się tu z ideą wolności wyboru, jaką lubi szczycić się Zachód. Jednak czy wybór między zręcznym kłamstwem a udaną manipulacją jest jakimkolwiek wyborem?

 The Order of Myths  

reż. Margaret Brown, USA 2008 97 min

            Przekonanie, że segregacja rasowa - ciemna karta historii USA - w tolerancyjnych Stanach Zjednoczonych XXI wieku nie istnieje, to błąd. Film Margaret Brown The Order of Myths skutecznie z tego błędu wyprowadza.

            Miasteczko Mobile w stanie Alabama. Trwają przygotowania do Mardi Gras (Tłusty Wtorek przed Środą Popielcową), tradycyjnej amerykańskiej uroczystości, której korzenie sięgają początków XVIII wieku. Mieszkańcy Mobile szczycą się tym, że obchody święta zorganizowali jako pierwsze miasto w USA. Margaret Brown w swoim dokumencie skupia się na historii imprezy, śledząc kulisy przygotowań uroczystości w 2007 roku, które – podobnie jak 300 lat wcześniej – podzielone są na dwa obozy – czarny i biały.

            W filmie zrezygnowano z prowadzenia klasycznie rozumianej narracji na rzecz wywiadów i swobodnych wypowiedzi ludzi zaangażowanych w organizację Mardi Gras po obu stronach „segregacyjnej linii”, począwszy od królewskich par, poprzez planistów, projektantów i szeregowych pracowników technicznych. Obraz wyłaniający się z ich słów wprawia w lekką konsternację. Wynika z niego, że żadne podziały nie istnieją, a karnawał przebiega w całkowitej symbiozie społecznej. Zastanawiające, czy to wyparcie bierze się ze wstydliwości faktu wciąż żywych uprzedzeń rasistowskich, czy ze zwykłej nieświadomości. I nie wiadomo, co jest gorsze. A może wynika to z pobudek, które na upartego nazwać by można szlachetnymi, to jest lojalności względem tradycji i oddania sprawie nadrzędnej – uroczystym obchodom święta. Choć faktem jest, że odwracanie głowy od społecznego pęknięcia to nic więcej, jak tylko głupota i bierne trwanie w wygodnej, sprawdzonej przez lata formie. Jednak Brown nie ocenia jednoznacznie. Stara się, z kronikarskim zacięciem, uczciwie zbadać korzenie i dziedzictwo społeczności, nie pomijając brzydkich stron, jak handel niewolnikami, lincze (ostatni miał miejsce w 1981 roku) dokonywane na ludności murzyńskiej, czy wpływy konserwatywnego Południa.

The Order of Myths pokazuje, że mimo iż Mobile ma afro-amerykańskiego burmistrza, a w ostatnich latach obserwuje się niewielki ruch w kierunku integracji uroczystości, to jeszcze sporo wody musi upłynąć, zanim mieszkańcy wyleczą się z wzajemnych uprzedzeń i niechęci, zwłaszcza że – co uparcie pokazywała reżyserka – na oficjalnych imprezach białych kelnerami i pomocą kuchenną są sami czarni.

Constantine’s Sword

reż. Oren Jacobi, USA 2007, 93 min

Film Orena Jacoby’ego z powodzeniem może zastąpić grubą książkę z zakresu historii religii. Bohater dokumentu, James Carroll, to były ksiądz katolicki. Głęboko wierzący, który chciał, aby za pomocą religii świat stawał się lepszym miejscem do życia. Co sprawiło, że porzucił kościół, nie wyrzekając się jednak wiary?

Carroll w filmie odbywa długą podróż przez dzieje chrześcijaństwa, od początków chrześcijańskiej symboliki krzyża z czasów Konstantyna Wielkiego. Ten pogański władca był wielkim propagatorem nowej religii, choć jednocześnie kilka z jego czynów (zgładzenie żony i syna) zdecydowanie temu przeczyło. Można powiedzieć, że ta dwoistość zachowania – pomiędzy wyznawanymi wartościami, a czynami, symbolicznie, według Carrolla, towarzyszy całej późniejszej historii chrześcijaństwa.

Carroll skupia się jednak na relacji pomiędzy chrześcijanami, a Żydami, nieustannym od śmierci Jezusa konflikcie i prześladowaniu Żydów. Przytacza szereg dowodów z historii świata, z różnych regionów i czasów. Dochodząc do współczesności, dowodzi związków Watykanu z Hitlerem, co, z punktu widzenia współcześnie żyjących ludzi, daje najwięcej do myślenia i rzuca poważny cień na katolicyzm. Carroll cytuje słynny, choć przez lata nieujawniony, list Edith Stein (Żydówka z pochodzenia, która przeszła na wiarę katolicką, została zakonnicą, zmarła w Oświęcimiu, a później została kanonizowana). List, wysłany do Papieża, zawierał prośbę o reakcję na dyskryminację Żydów za ówczesnych rządów Hitlera, nigdy jednak nie doczekał się odpowiedzi.

W obrazie tym jest też polski akcent. Pojawia się katolicki ksiądz z Krakowa, który za swoje poglądy na temat współudziału chrześcijaństwa w zbrodniach przeciwko Żydom (nawet jeżeli współudział polegał tylko na braku reakcji), został odsunięty od publicznego prowadzenia mszy.

Carroll przytacza wiele faktów, o których na co dzień przeciętny katolik nie myśli, a które jednak wymagają zajęcia stanowiska. Każda wierząca osoba może stanąć przed dylematem, czy być lojalnym w stosunku do doktryny kościoła, czy pozostać wiernym swoim wewnętrznym wartościom, wypływającym z wiary w Boga.

 

Hallowed Be Thy Game

reż. Mark Dowd, Wielka Brytania 2004, 59 min

Film Marka Dowd’a to przewrotny i kontrowersyjny dokument stawiający przede wszystkim pytania dotyczące piłki nożnej i religii, ale także odnoszące się do współczesnego społeczeństwa i jego potrzeb duchowych, które w dzisiejszych czasach mogą być zaspokajane między innymi poprzez kibicowanie drużynie piłki nożnej.

Postawione na wstępie pytanie, porównujące football do religii, wydaje się nieco absurdalne. Ale czy faktycznie tak jest?

Co tak naprawdę jest fundamentem religii? Jaki jest jej trzon, istota? Bo, jeżeli wiara, to wśród fanów piłki nożnej na pewno jej nie brakuje. Jeżeli potrzeba koncentracji wokół szeroko rozumianej sfery sacrum, to znów -  fani footballu dostarczają jednoznacznych dowodów na to, że piłka jest dla nich sacrum. Jeżeli traktować wiarę (religię) jako sposób na życie – przypatrzmy się historii jednego z najbardziej zdeklarowanych kibiców, który całe życie podporządkował swojemu ukochanemu zespołowi, dla piłki poświęcił nawet rodzinę.

Tym tropem możemy iść dalej. Tak właśnie zrobił reżyser tego niezwykle zabawnego i zmuszającego do refleksji filmu. Mark Dowd zgłębia szereg zagadnień związanych z religią, pokazując jednocześnie identyczne problemy występujące w piłce nożnej.

Sam będąc wieloletnim fanem footballu, przeprowadza logiczny wywód, posiłkując się wywiadami z piłkarzami, managerami, fanami, księdzem, a także w zabawny sposób zestawiając dokumentalne fragmenty filmów dotyczących wiary i kościoła z urywkami meczów, reakcji piłkarzy, trenerów i kibiców. Efekt humorystyczny tworzy właśnie owo zestawienie, które w formie wizualnej bardzo jasno udowadnia podobieństwa pomiędzy religią a footballem.

Połączenie religii z piłką nożną może prowadzić do absurdów, takich, jak zbiorowa modlitwa w intencji ozdrowienia Davida Beckhama przed ważnym meczem. Innym absurdem, poniekąd udowadniającym tezę autora, jest argentyński kościół Diego Maradony.

Reżyser udowadnia również, że piłka nożna może być substytutem pewnego rodzaju duchowości, jeżeli tylko umiemy z niej wyciągnąć to, co ważne i piękne, a nie zostaniemy pseudokibicami, których Dawd w filmie porównuje do fundamentalistów religijnych.

 

The Storm Bird

reż. Tarig Marzbaan, Niemcy 2007, 37 min

Ten krótki dokument pokazuje życie afgańskiej rodziny na emigracji w Niemczech.

Jest to typowa rodzina wielopokoleniowa, żyjąca zwykłym, codziennym życiem. Kobiety krzątają się w kuchni, opiekują dziećmi. Młodzi odbierają telefony, umawiają się ze znajomymi. Dorośli mężczyźni pracują. Na ich tle obecny jest senior rodu, który nieruchomo siedzi w fotelu, czyta książkę i ćmi papierosa. Gdy coś mówi, jest poważny, stonowany.  Wypowiadając się do kamery, szybko pozwala zorientować  się widzowi, że jest człowiekiem wykształconym.

Na jednej z imprez rodzinnych mężczyźni zaczynają grać na tradycyjnych instrumentach arabskich, senior śpiewa. W innej scenie główny bohater udaje się do studia nagraniowego, gdzie od dłuższego czasu próbuje nagrać płytę. Nie może jednak ustalić terminu ze swoim synem - muzykiem, który z kolei ma ciągły problem z wzięciem urlopu.

Mężczyzna narzeka na całą sytuację, na swój problem z ciągnącym się projektem. Trudno jednak znaleźć wyjście z tej sytuacji...

Końcowe napisy filmu informują, że Zaher Howeida to gwiazda afgańskiej sceny muzycznej, śpiewak, kompozytor, ikona kulturalna swojego kraju. Miał swój własny program w radio, często występował w telewizji. Od lat siedemdziesiątych doświadczał prześladowań politycznych i problemów z cenzurą. W latach dziewięćdziesiątych został zmuszony do opuszczenia ojczyzny. Teraz jest jedną z nielicznych żyjących osób, która  tworzyła kulturę swojego kraju, a w zasadzie nie ma jej nawet jak zaprezentować. Czasy i państwo, w którym przyszło mu mieszkać, nawet jego własna rodzina, wszyscy mają już inne sprawy na głowie – bardziej adekwatne do otaczającej ich rzeczywistości.

Z tej perspektywy wszystkie powolne i zwyczajne sceny nabierają nowego kontekstu. Film zyskuje drugą płaszczyznę interpretacji, dotyczącą losu uchodźców z krajów arabskich (i nie tylko). Pokazuje niesamowitą zmianę warunków życia, a także, w tym przypadku, zmianę statusu społecznego.

 

Shadow of the Holy Book

reż. Arto Halonen, Finlandia 2007, 90 min



Shadow of the holy book przypomina nieco dokumentalne filmy Michaela Moore’a. Temat jest równie drażliwy i to na skalę międzynarodową. Odnosi się do czasów, kiedy  w Turkmenistanie panował dyktator, którego rządy nie zyskały zbytniego rozgłosu w świecie, pomimo notorycznego łamania praw człowieka, złej polityki wewnątrz kraju, 60% bezrobocia, pomimo wielu bogactw naturalnych i ich ogromnego potencjału. Prezydent Niyazov miał jednak inny cel swoich rządów. Ogarnięty manią wielkości interesował się tylko tymi działaniami, które mogą uświetnić jego panowanie i powiększyć znaczenie i rozgłos jego osoby.

Głównym dziełem jego życia, zmieniającym oblicze kraju w aspekcie mentalnym, kulturowym, a także, ze względu na liczne pomniki, krajobrazowym była tak zwana Święta Księga – Ruhnama, opowiadająca historię kraju, tłumacząca zasady duchowości – swoisty przewodnik po życiu. Ruhnama to książka, której dzieci uczą się praktycznie na każdym przedmiocie w szkole. Jak się jednak okazuje, pełni ona ważną funkcję nie tylko wewnątrz kraju. Ruhnama stała się swoistego rodzaju przepustką dla wielkich korporacji z całego świata, które pragną zainwestować swoje pieniądze w Turkmenistanie. Mechanizm jest prosty – przetłumaczenie i wydanie książki w macierzystym kraju otwiera drzwi  do wielomilionowych kontraktów z Turkmenistanem.



Drugim ciekawym poziomem analizy filmu jest praca dokumentalistów. U autorów, widać tę samą determinację, co w filmach M. Moore’a, wścibskość w dążeniu do zdobycia informacji. Ogromna ilość telefonów do wielu korporacji. Niezliczona ilość podróży do wielu miejsc i krajów w poszukiwaniu odpowiednich osób. Żmudne zbieranie informacji i kolejne próby nawiązania kontaktu z osobami, które mogłyby pomóc w sprawie ujawnienia powiązań pomiędzy łamiącym podstawowe prawa dyktatorem, a dochodami potentatów. 

Niestety w przypadku sprawy poruszonej w filmie, nie doczekujemy się spektakularnych efektów. Ale nie świadczy to źle o filmie – wręcz przeciwnie, pokazuje w realnym świetle wagę problemu i uświadamia skalę (kilkadziesiąt tłumaczeń Ruhnamy) polityczno – ekonomicznych powiązań, z których szczycące się swymi wartościami korporacje wcale nie są dumne.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość