Strona główna

Co by tu jeszcze spieprzyć? Wy szkoleni jak w ciągu dwóch lat przepuścić 45 mln euro? Wystarczy być politykiem I wyznaczyć sobie określony cel


Pobieranie 144.11 Kb.
Strona1/2
Data18.06.2016
Rozmiar144.11 Kb.
  1   2
„FAKTY I MITY” nr 38, 29.09.2005 r. CO BY TU JESZCZE SPIEPRZYĆ? WY... SZKOLENI

Jak w ciągu dwóch lat przepuścić 45 mln euro? Wystarczy być politykiem i wyznaczyć sobie określony cel. Udowodnili nam to polscy parlamentarzyści, którzy w latach 2002–2004 realizowali program „Rozwój zasobów ludzkich PHARE 2000–2001”.

Unia Europejska w ramach pomocy Polsce jeszcze przed integracją uruchomiła programy pod ogólną nazwą PHARE. Jeden z nich nosił nazwę „Rozwój zasobów ludzkich”, co oznaczało szkolenia dla absolwentów i bezrobotnych. Pierwszy etap realizacji programów miał być pewnym poligonem doświadczalnym dla samorządów, jak właściwie wydawać środki europejskie. Zakładano, że 30 proc. bezrobotnych i absolwentów znajdzie pracę, a 10 proc. szkolonych rozpocznie działalność gospodarczą. UE dała na to 45 mln euro, a 80 mln zł wyłożono z budżetu państwa. Przeszkolono ok. 78 tysięcy osób. Dokładnej liczby nie można podać z dwóch powodów. Po pierwsze – do lipca 2005 r. organizatorzy szkoleń nie raczyli złożyć wszystkich sprawozdań finansowych oraz informacji, ile osób szkolono, kto to robił i gdzie. Po drugie – te sprawozdania, które zostały złożone, zawierają poważne luki, np. w sprawozdaniu z woj. lubuskiego nie zgadzają się ani listy obecności, ani wykazy uczestników. Inne są też nazwiska osób, które szkoliły, miejsca szkoleń i ich czas (o ile w ogóle szkolenia się odbyły).

Całej sprawie pikanterii dodaje fakt, że na 35 umów dotyczących szkoleń w 31 przypadkach wykonawcami były firmy z państw UE. To one – rzekomo jako jedyne – były w stanie w sposób właściwy szkolić bezrobotnych i przyszłych przedsiębiorców, mających działać na polskim gruncie. Problem w tym, że firmy te nie miały żadnej infrastruktury w Polsce i nie zatrudniały pracowników. W jaki więc sposób firma, która nie posiadała nawet telefonu, nie mówiąc o wykładowcach, mogła szkolić bezrobotnych? Odpowiedź jest banalnie prosta. Otóż firma zachodnia, która wygrywała przetarg na szkolenia, natychmiast podpisywała umowę z polskimi uczelniami i firmami doradczymi, czyli brała podwykonawców. Za przykład takiego postępowania niech posłuży województwo lubelskie. Firma IMC

Consulting wynajęła pracowników z Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji. Za jedną przeszkoloną osobę budżet państwa płacił IMC 1214 euro, a wykładowcy i materiały do szkoleń kosztowały... 200 euro. Resztę „wrzucano” do nieznanej w Unii kategorii „koszty administracyjne i techniczne”.

Kolejną rzeczą, która budzi niemałe zdziwienie, jest efektywność owych szkoleń. Skoro wykładowcami byli najlepsi z najlepszych, to ludzie bez pracy powinni natychmiast ją znaleźć. Tymczasem okazało się, że z 78 tys. bezrobotnych zatrudnienie znalazło „aż” 6508 osób.

A ile naprawdę państwo wydało na zatrudnienie bezrobotnego? Gdy takiego człowieka szkoliły polskie firmy, koszt dostosowania go do wymagań pracodawców wynosił około 2,5 tys. zł. Kiedy zaś pobierał nauki u firm zachodnich, wydatki wzrastały do ponad 18 tys. zł – tak jak w woj. lubelskim. Jakim więc cudem tak mało osób znalazło pracę, a koszt ponownego zatrudnienia był tak wysoki?

Pytanie to NIK zadała samorządowcom z 16 województw. Okazało się, że organizatorzy szkoleń nie pytali Wojewódzkich Urzędów Pracy o potrzeby lokalnego rynku. Nie pytano ih także o to, jakie potrzeby mają lokalni pracodawcy, jakie branże działają na danym terenie, wreszcie – jaki jest poziom wiedzy tych bezrobotnych. W niektórych przypadkach organizowano szkolenia w zawodach, na które nie było żadnego popytu, np. w woj. lubelskim szkolono szwaczki.

Tak więc UE sama sobie wypłaciła wynagrodzenie za szkolenia i jeszcze wzięła od nas 80 mln zł rządowego wkładu w programy. Sami sobie zgotowaliśmy ten los, a konkretnie – zgotowali go nam ministrowie: Jerzy Hausner i Jacek Piechota. To oni wybierali zachodnie firmy i podpisywali umowy w języku angielskim, z którego, co widać po skutkach finansowych, niewiele rozumieją. Anna Karwowska


PRAWO KATZA: LUDZIE I NARODY BĘDĄ DZIAŁAĆ RACJONALNIE WTEDY I TYLKO WTEDY, GDY WYCZERPIĄ JUŻ WSZYSTKIE INNE MOŻLIWOŚCI...
www.wolnyswiat.pl WBREW ZŁU!!!

PISMO NIEZALEŻNE – WOLNE OD WPŁYWÓW JAKICHKOLWIEK ORG. RELIGIJNYCH, PARTII, UGRUPOWAŃ I STOWARZYSZEŃ ORAZ WYPŁOCIN REKLAMOWYCH. WSKAZUJE PROBLEMY GOSPODARCZE, POLITYCZNE, PRAWNE, SPOŁECZNE I PROPOZYCJE SPOSOBÓW ICH ROZWIĄZANIA
OSOBY ZAINTERESOWANE WSPARCIEM MOJEGO PISMA, MOICH DZIAŁAŃ PROSZĘ O WPŁATY NA KONTO: Piotr Kołodyński skr. 904, 00-950 W-wa 1. BANK PEKAO SA II O. WARSZAWA

Nr rachunku: 74 1240 1024 1111 0010 0521 0478

Przy wpłatach do 800 PLN należy podać: imię i nazwisko, adres, nr PESEL oraz tytuł wpłaty (darowizna na pismo „Wolny Świat”). Wpłat powyżej 800 PLN można dokonać tylko z konta bankowego lub kartą płatniczą.

ILE ZOSTAŁO WPŁACONE BĘDĘ PRZEDSTAWIAŁ CO 3 MIESIĄCE NA PODSTAWIE WYDRUKU BANKOWEGO (na życzenie, przy wpłacie od 100 zł, będę przedstawiał jej wielkość oraz wskazane dane wpłacających).

Stan wpłat do dnia 10.08.2008 r.: 0 zł.

16
TE PISMA WYSŁAŁEM M.IN. REDAKCJOM 05.02.1999 r.

KIEDY SIĘ MÓWI O BIEDNYCH RODZINACH JEDNYCH GRUP SPOŁ. – TO JA MÓWIĘ O BIEDNYCH RODZINACH POZOSTAŁYCH GRUP, KTÓRE TE PIERWSZE MUSZĄ UTRZYMYWAĆ.

GÓRNICY, JAKIM PRAWEM DOMAGACIE SIĘ PIENIĘDZY NA NISZCZENIE (W TYM I WASZEGO) ZDROWIA I PRZYRODY!!

Wieloletni i od początku nieuzasadniony ekonomicznie, a więc wrogi gospodarce - czyli nam wszystkim - problem górnictwa należy natychmiast rozwiązać, gdyż wywiązuje się błędne koło między ceną jaką za to płacimy, a brakiem funduszy na jego rozwiązanie. Jest nim uświadomienie sobie rzeczywistych kosztów (ceny) jakie ponosimy za górnictwo, a więc m.in.: degradacja środowiska związana z zatruwaniem powietrza, wody i gleby przez elektrownie węglowe i dziesiątki tysięcy domowych pieców, przez miliony ton popiołów zalegających na ogromnych obszarach, obniżanie się wód gruntowych, związane z pracami wydobywczymi, skutki tąpnięć, sam transport węgla wraz z jego obsługą. Proszę sobie wreszcie uzmysłowić, że ten stan rzeczy to nie tylko ogromne straty w przyrodzie, ale i zdrowotne społeczeństwa!! Jakie są koszty leczenia ludzi, utrzymywania szpitali (które trzeba wybudować), personelu (który trzeba wykształcić), wypłacania rent (w tym górnikom) itd.?!! Jakie są rzeczywiste koszty budowy i utrzymywania firm i całej rzeszy ludzi współpracujących z górnictwem, np. taboru kolejowego: tysięcy wagonów, setek lokomotyw, ludzi je obsługujących (wszystko trzeba zbudować, a ludzi wcześniej wykształcić) itd.?! Czy ktoś to kiedyś obliczył i czy to da się w ogóle zrobić?! Kto i jak doszedł do wniosku, że źródła odnawialne (które nie obejmują tych wszystkich wydatków) są nieopłacalne, albo że nie ma na nie pieniędzy.

To na setki tysięcy ludzi, na cały potwornej wielkości sprzęt są pieniądze?! Co z ogromnymi stratami ekologicznymi, zdrowotnymi?! Niech te osoby wyjaśnią , że elektrownie np. wiatrowe czy wodne są nieuzasadnione ekonomicznie, ekologicznie i zdrowotnie!

– Czekamy, a właściwie czekamy, aż ktoś normalnie to wszystko oceni i przedsięweźmie odp. kroki, bo na dyskusję nie ma czasu.

PS W razie manifestacji rząd powinien wysłać do protestujących górników delegację z transparentami popierającymi ich... np.: „Spaliny na wsi i w mieście to jak rodzynki w cieście; I tak kiedyś trzeba umrzeć; Precz z lasami – to my będziemy decydować kiedy drzewom mają opadać liście, igły, oraz wody gruntowe; Bądź patriotą i wdychaj dym z polskiego węgla; Polak patriota nie boi się polskiego dymu, a jak umrze, to przecież ksiądz się za niego (za odp. opłatą oczywiście) pomodli”; itp. Górnictwo, rolnictwo, hutnictwo itp. grupy – trzeba bezwzględnie obciążać kosztami blokad, zamieszek, zniszczeń. – To kolejne wydatki!

Te grupy społ., które życzą sobie dopłat niech założą ogólnie znane na nie konto.



  • Tylko w latach 1990-2005 dopłaty do górnictwa wyniosły 65 mld. zł!

  • Według wyliczeń rządu w ciągu następnych 15 lat z podatków będziemy musieli dołożyć górnikom jeszcze 97 mld. zł! – Ile z tych pieniędzy zostanie przeznaczonych na bryki, meble, telewizory, alkohol itp. – czyli nie na usamodzielnienie się, by muc znów za jakiś czas zacząć narzekać na krzywdę i domagać się jej rekompensaty...

  • Sposobem na tą pogrążającą resztę społeczeństwa , a w perspektywie i same kasty, sytuację jest maksymalne

ułatwienie podjęcia własnej działalności gospodarczej tym zdegenerowanym ludziom: bez podatków, rejestracji (tylko zaświadczenie z wykazem możliwej działalności, w tym na jak długo i gdzie) na dowód osobisty – tam gdzie nie są wymagane uprawnienia itp.. Jak nie wyjdzie jeden interes można podjąć 2-gi, 3-ci itd. nabierając doświadczenie. Takie rozwiązanie powinno dotyczyć i innych grup i sytuacji gdy np. bezrobocie przekracza określony próg, a nie ma pieniędzy na zasiłki; ustawowe zabronienie stosowania łapówek przedwyborczych – dopłat (a ci którzy je do tej pory stosowali muszą sami ponieść tego konsekwencje przepadkiem mienia na dotychczasowe dopłaty).

* Dziękuję za pomoc przy zdobyciu wykorzystanych inf. GUS, ZUS, Ministerstwu Finansów, Ministerstwu Zdrowia.


„WPROST” nr 45, 02.03.2003 r. POCZTA: ZABLOKOWAĆ BLOKADY

Blokady dróg prze rolników są aktem przemocy, nierzadko z użyciem niebezpiecznych narzędzi, prowadzącym do częściowego lub całkowitego ubezwłasnowolnienia osób trzecich i wymuszenia na nich określonych zachowań. I dlatego tego typu przestępstwa powinny być ścigane z mocy prawa jako zamach na niezawisłość i suwerenność jednostki. Nie ma napadu w dobrej czy złej wierze, więc nie można blokady usprawiedliwiać zbożnym celem. Nie można też zezwalać rolnikom na to, na co nie zezwala się innym grupom społecznym, argumentując, że nie mają innych możliwości protestu. Po pierwsze - mają, po drugie - nie może być wybiórczego podejścia do łamania prawa: rolnikowi napadać wolno, poloniście czy księgowemu – nie.

Istnieje jeszcze aspekt moralny sprawy. Głównym hasłem blokady jest: „bo za mało dają”. Jest to obrzydliwe moralnie, bowiem kto miałby dawać i dlaczego akurat rolnikom? Kto daje? - agencje rządowe z naszych podatków. Czyli należy zabrać lekarzom i nauczycielom i dać rolnikom! I 3,40 zł za kilogram to mało, jedni chcą 3,60, inni 4. Dlaczego nie 6 czy 11? To jest jaskrawe nawoływanie do usankcjonowania złodziejstwa.

Z powyższych powodów blokady powinny być ścigane z całą surowością prawa jako jego łamanie i naruszanie podstawowych zasad współżycia społecznego. Mariusz Gajowniczek [Jest to po prostu - w normalnych warunkach surowo karane - wymuszenie rozbójnicze. – red.] 1

„WPROST” nr 1046, 15.12.2002 r. DYWIDENDA ŻEBRAKA

500 MILIARDÓW ZŁOTYCH WYŁUDZILI OD NAS GÓRNICY, KOLEJARZE, ROLNICY I POLITYCY

Ilu w Polsce jest żebraków? Oficjalnie jeden, który w 2001 r. zgłosił się do urzędu skarbowego w województwie śląskim, składając zeznanie roczne, w którym wykazał 6 tys. zł przychodów z żebractwa jako jedynego źródła utrzymania. Jeżeli wierzyć sondzie przeprowadzonej wśród polskich "dziadów proszalnych", był to "żebrak statystyczny", gdyż takie właśnie dochody (dziennie 15-20 zł netto) najczęściej deklarowali ankietowani. Mistrzowie zawodu potrafią wyciągnąć 10 razy więcej. I oni jednak są amatorami w porównaniu z górnikami, kolejarzami, rolnikami i politykami. Te cztery grupy "żebraków instytucjonalnych" wyłudziły od nas w ciągu 12 lat około 500 mld zł. Zastosowały klasyczne metody "na nieszczęście", "na zmęczenie" oraz - last but not least - sposób określany jako "dawaj, chamie, bo opluję".

Osobowość i społeczeństwo żebracze

Socjologowie znają pojęcie "osobowości żebraczej". Żebrakami są osoby charakteryzujące się brakiem godności osobistej, ekshibicjonizmem, brakiem zdolności podejmowania decyzji i ponoszenia ryzyka, co przeradza się w chorobliwą niechęć do pracy. Do wykonywania zawodu żebraka potrzebne są zatem określone predyspozycje psychiczne - wrodzone albo nabyte. Zjawisko żebractwa występuje w każdym społeczeństwie bez względu na poziom dochodów, ale w państwach o podobnym dobrobycie istotnie różni się rozmiarami. I tu niespodzianka dla socjalistów - większe jest w krajach, które mają bardziej "prospołeczne" systemy podatkowe i rozbudowaną pomoc społeczną. Dobrym przykładem może być Wielka Brytania, w której "beggary" przybrało tak zastraszające rozmiary, że w roku 2000 rząd postanowił wydać ćwierć miliona funtów na kampanię ogłoszeniową, zniechęcającą obywateli do dawania pieniędzy żebrakom. Profesor Józef Kozielecki określił kiedyś społeczeństwo polskie jako zbiorowość, w której przeważają postawy żebraczo-roszczeniowe. To niezwykle trafne określenie pokazuje, że żebrakami z wyboru mogą się stawać nie tylko pojedyncze osoby, ale także całe grupy społeczne, a nawet narody. Na przykład Polacy. I to nie tylko ze względu na skalę "eksportu żebraków", w którym niewiele ustępujemy krajom bałkańskim.



Kopalniana mafia żebracza

Klasyczna technika żebrania opiera się na trzech filarach. Na początku chodzi o wzbudzenie w potencjalnym darczyńcy poczucia winy. W tym celu żebrak przedstawia swoje nieszczęście jako niezawinione, co ciężar odpowiedzialności za jego niedolę przenosi na osaczonego. Jeżeli jednak wywołanie moralnego kaca nie skutkuje, żebrak staje się natarczywy, licząc, że damy datek dla świętego spokoju. Gdy i to nie przynosi spodziewanego efektu, natarczywość przechodzi w groźbę agresji. Szczęśliwie, w życiu prywatnym faza trzecia jest nam najczęściej oszczędzona i żebrak idzie szukać innego frajera. Inaczej jest w życiu publicznym.

Wzorcową strategię żebractwa publicznego opracowali mistrzowie tego fachu, czyli górnicy. Jedna grupa przedstawicieli górniczego trudu zamurowuje się w miejscu łatwo dostępnym dla telewizji i oświadcza, że będzie głodować do skutku. W tym samym czasie druga grupa udaje się służbowymi autobusami do Warszawy. Uzbrojona jest w trumnę ("na litość"), urządzenia nagłaśniające ("na zmęczenie") oraz pobrane z górniczej cechowni petardy i kilofy ("dawaj, chamie, bo opluję"). Jaka jest skuteczność takiego żebractwa? Jak wyliczyła NIK, od 1990 r. górnictwo wyłudziło 40 mld zł, a i ten szacunek jest zaniżony, bo nie obejmuje sztucznej podwyżki cen węgla, sprzedawanego w kraju o kilkadziesiąt procent drożej, niż wynoszą ceny światowe. Prawdziwa jest w tym wypadku także inna cecha opisywanego zawodu - tworzenie zhierarchizowanych, autorytarnych klanów żebraczych. Są to oczywiście tzw. związki zawodowe, ale nie tylko. Kopalniana mafia żebracza składa się z dwóch członów. Pierwszy to "baronowie węglowi", niezmiennie (choć rotacyjnie) kierujący kopalniami lub holdingami (co roku innym) oraz tkwiący w ich kieszeni działacze związkowi (wszyscy na etatach zakładów). Człon drugi to żebracy szeregowi (dołowi). Nie trzeba dodawać, że gros łupów zgarniają ci pierwsi, ale żebracy szeregowi też nie mają źle (dlatego interes się kręci). Mimo że przeciętny górnik ma wykształcenie podstawowe lub zawodowe, jego zarobki (półtorej średniej krajowej pensji) znacznie przekraczają płace ordynatora szpitala czy wykładowcy akademickiego. Gdyby zaś nie chciał już fedrować, może odebrać odprawę w wysokości 50 tys. zł. Za co? "Za ciężką pracę" - odpowiadają górnicy. Na cholerę nam jednak ich ciężka praca, skoro musieliśmy do niej dołożyć ponad 40 mld zł?

Dziady polityczne

Jeszcze więcej pieniędzy potrafili wyłudzić rolnicy. Roczne dotacje bezpośrednie do rolnictwa to 5 mld zł, do czego dochodzi 15 mld zł dotacji do funduszu emerytalnego rolników. Jak łatwo zsumować, przez dwanaście lat rolnicy wyżebrali ćwierć biliona złotych, czyli ponad 30 proc. rocznego PKB. Także oni stosują wspomniane trzy metody. I oni stworzyli zhierarchizowany klan żebraczy składający się z polityków, działaczy związkowych i "chłopów, co nie rzucą" (podział zysku jak u górników). Tyle że wśród chłopów powstały dwie polityczne mafie, które rozpoczęły zażartą walkę o żebraczą dywidendę. Aby cokolwiek wyżebrać, politycy nie muszą się jednak podpinać pod inne grupy proszalne. Mogą sami wystąpić w roli dziadów, a ponieważ to oni tworzą prawo i miejsca pracy w administracji, przychodzi im to bardzo łatwo. W 1993 r. administracja publiczna zatrudniała 290 tys. osób, dzisiaj - w dobie komputerów, światłowodów i sukcesów Prokomu - przytulisko w administracji znalazło 550 tys. działaczy partyjnych różnego szczebla. Nasi dzielni politycy wyłudzają na swoje utrzymanie

jałmużnę w wysokości ponad 15 mld zł rocznie. Niewielu czytelników zapewne wie, że spełniając obywatelski obowiązek i oddając głos w wyborach parlamentarnych, wykonujemy jednocześnie dwie czynności: do urny wrzucamy kartkę wyborczą, a do podstawionej obok czapki 10 zł. Tyle bowiem za każdy oddany głos otrzyma rocznie każda partia, którą poparło 2

Pomorzu, by m.in. posadzić las i pobierać unijne dotacje na zalesianie (teraz prowadzi szkolenia z pozyskiwania pieniędzy z Brukseli). Takich osób jest zapewne mnóstwo, w tym wielu polityków. Józef Pilarz, poseł Klubu Parlamentarnego Ruch Ludowo-Narodowy, ma 540-hektarowe gospodarstwo; największe gospodarstwo posła PO Mirosława Koźlakiewicza liczy 111,97 ha; duże gospodarstwa mają m.in. Wojciech Mojzesowicz z PiS, sekretarz stanu w kancelarii premiera (225 ha), były minister rolnictwa Artur Balazs (107 ha na Wolinie). Nawet gdyby nic nie uprawiali (za uprawy należą się wyższe dopłaty), w tym roku za hektar otrzymaliby 276,28 zł. Wielkie fundusze trafiają do osób, które doskonale prosperowałyby bez tej pomocy.

Ujawnianie takich informacji spowodowało, że w czerwcu 2006 r. komisarz Fischer Boel zaproponowała ustanowienie limitu dopłat dla gospodarstwa na 300 tys. euro rocznie. Choć straciłoby na tym tylko 2 tys. rolników w całej unii (sic!), wiejskie lobby w Brukseli utrąciło nawet ten projekt.

ZASTRZYK Z BRUKSELI I WARSZAWY

W Polsce funkcjonuje uproszczony system dopłat bezpośrednich. Na płatności składają się tzw. jednolita płatność obszarowa (uzależniona od liczby posiadanych hektarów) oraz tzw. uzupełniająca płatność obszarowa (uzależniona od powierzchni upraw). Podczas negocjacji z unią ustalono, że w tej formie będą one wypłacane w Polsce w latach 2004-2006 z możliwością przedłużenia tego okresu. W tych latach dopłaty dla polskich rolników miały być finansowane odpowiednio w 25 proc., 30 proc. i 35 proc. z budżetu unijnej wspólnej polityki rolnej (CAP). Unia zgodziła się, by zwiększyć te kwoty przez przesunięcie na dopłaty części pieniędzy z funduszy na rozwój obszarów wiejskich w ramach CAP. W ten sposób podwyższono wysokość dopłat z unijnej kasy do odpowiednio 36 proc., 39 proc. i 42 proc. poziomu docelowego (czyli tego, co dostają rolnicy w "starej" unii). Polski rząd zobowiązał się dołożyć do tego pieniądze z naszego budżetu, by podwyższyć dopłaty do odpowiednio 55 proc., 60 proc. oraz 65 proc. W tym roku rolnicy będą mogli dostać 276,28 zł za każdy hektar gruntów rolnych, dodatkowo 313,45 zł za każdy hektar upraw, a jeśli tą uprawą jest chmiel - 962,75 zł za hektar. Od czasu przystąpienia do unii ARiMR wypłaciła rolnikom 13 mld zł (dopłaty za 2004 r. i 2005 r.). W tym roku będzie to ponad 7,8 mld zł.



Wiejski raj podatkowy

W Polsce absurdalność systemu unijnych subsydiów uderza tym bardziej, że nasi politycy już dawno zafundowali rolnikom raj podatkowy. Jak szacuje Komisja Europejska, od chwili przystąpienia Polski do unii dochody naszych rolników wzrosły o 70 proc. W tym czasie dotacje z budżetu na przykład do KRUS nie tylko nie zmalały, ale nawet wzrosły - z 14,5 mld zł w 2005 r. do 15,2 mld zł planowanych na 2007 r. To połowa wpływów budżetowych z podatku od dochodów osobistych (PIT).

Nasi rolnicy (i wszyscy korzystający z tego statusu dzięki kupionej ziemi) jako jedyni w całej unii nie płacą podatku dochodowego. Obowiązuje ich niewielki zryczałtowany podatek gruntowy, zależny od ilości i jakości posiadanej ziemi. A skoro nie płacą PIT, nikt nie wie, ile naprawdę zarabiają. - Politycy szacują zamożność rolników "na oko", po liczbie ziaren na kłosie - ironizuje prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz, były doradca prezydenta RP ds. rolnictwa. Rolnicy płacą też niewielkie (obecnie 179 zł kwartalnie), niezależne od wysokości dochodu, składki na emeryturę w KRUS, oraz kilkukrotnie niższe niż inni obywatele składki na NFZ. Jak szacuje były minister finansów Stanisław Kluza, całkowite koszty wspomagania polskiego rolnictwa (dotacje, ulgi, zwolnienia, niezapłacone podatki) to 60 mld zł rocznie.

- Objęcie rolników podatkiem dochodowym i uzależnienie składki na KRUS od dochodu zwiększyłoby wpływy do budżetu o 5 mld zł rocznie - ocenia Duczkowska--Małysz. Gdyby politycy odważyli się na ten krok, wcale nie uderzyliby w najbiedniejszych. Ponad połowa z 1,8 mln gospodarstw rolnych w Polsce wytwarza żywność głównie na własny użytek, a skoro ich właściciele nie zarabiają, nie zapłaciliby PIT. W gronie podatników znalazłoby się około 300 tys. gospodarstw towarowych, produkujących na rynek, które mają się dobrze i stać je na płacenie podatków. Jak zauważa Rafał Antczak, główny ekonomista CASE, objęcie rolników PIT miałoby dodatkową zaletę. W ich interesie byłby podatek jak najniższy, więc populiści z Samoobrony czy PSL, popierający dziś zwiększanie wydatków z budżetu (czyli podnoszenie podatków nierolnikom), musieliby zmienić front. Być może ujawnienie najpóźniej w 2009 r. list beneficjentów unijnych subsydiów doprowadzi do takiego wrzenia wśród podatników oburzonych tym, na czyje utrzymanie łożą, że runie nie tylko kosztowna wspólna polityka rolna, ale zostanie zlikwidowana również legalna szara strefa podatkowa na polskiej wsi.


WPROST EXTRA ROLNA ŻYŁA ZŁOTA

Najwyższe dopłaty unijne w 2005 r. do gospodarstwa (w mln zł)

6,07 – pomorskie, 5,79 – zachodniopomorskie, 5,16 – opolskie, 5,01 – wielkopolskie, 3,80 - opolskie

3,08 – warmińsko-mazurskie, 2,78 – pomorskie, 2,56 - kujawsko-pomorskie, 1,84 - opolskie

1,78 – dolnośląskie, 1,70 - lubuskie

Źródło: ARiMR Aleksander Piński, Krzysztof Trębski Współpraca: Dominika 15

Westminsteru i najzamożniejszy Brytyjczyk (otrzymuje 2 mln zł dopłat rocznie)!

Rządy państw unii stają na głowie, by nie ujawniać imiennej listy osób i przedsiębiorstw otrzymujących subsydia, bo wówczas obywatele zrozumieliby, że 48,5 mld euro wydawanych rocznie na CAP z ich podatków (w ubiegłym roku nakłady na ten cel wzrosły o 11,2 proc.) trafia głównie do wielkich koncernów rolno-spożywczych i współczesnych latyfundystów, w tym do wielu polityków. Zaledwie w jedenastu państwach wspólnoty presja organizacji społecznych zmusiła władze do upublicznienia choćby częściowych informacji w tym zakresie; pozostałe, w tym Polska, traktują je jako ściśle tajne. - Obecne regulacje sprawiają, że z dotacji rolnych faktycznie korzystają często wielkie koncerny, a nie drobni farmerzy. Chcemy to zmienić, pierwszym krokiem będzie wprowadzenie transparentności ich przyznawania - mówi "Wprost" Mariann Fischer Boel, unijna komisarz ds. rolnictwa. Niestety, rządy państw unii, które 18 października przystały w końcu na ujawnienie list beneficjentów dopłat, odłożyły wprowadzenie tej decyzji w życie do roku 2009. Czyżby bały się, że prawda skompromituje i podważy całą ideę wspierania rolnictwa w unii?



Loża rolników i leśników

Wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper jest właścicielem gospodarstwa o powierzchni 42,5 ha. W ubiegłym roku z tego tytułu otrzymał prawie 25,4 tys. zł (dopłaty za 2004 r.), w tym roku - nieco ponad 26 tys. zł (dopłaty za 2005 r.). Wiemy o tym jednak wyłącznie dlatego, że jako poseł i członek rządu musiał złożyć oświadczenia majątkowe (należy do nielicznych polityków, którzy uwzględnili w nich otrzymane dopłaty).

Nie wiadomo, jakiej wysokości dopłaty otrzymują w Polsce inne osoby posiadające gospodarstwa lub działki rolne. Gdy dwa lata temu Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (zarządza systemem IACS, w którego ramach są dokonywane wypłaty dla rolników) przypadkowo ujawniła wykaz stu najwyższych wypłaconych dopłat (bez nazwisk odbiorców), okazało się, że największa jednorazowa płatność wyniosła 6,6 mln zł (otrzymał ją właśnie Henryk Stokłosa); kolejne trzy osoby otrzymały po 5 mln zł. W pierwszej setce nie było nikogo, kto dostałby mniej niż milion złotych. "Wprost" udało się uzyskać od ARiMR anonimowy wykaz trzech największych wypłat za 2005 r. w poszczególnych województwach (tych 48 płatności wyniosło od 237 tys. zł w świętokrzyskim do 6 mln zł w pomorskim).

W Polsce przekazywanie danych o odbiorcach dopłat bezpośrednich reguluje ustawa z 18 grudnia 2003 r. o krajowym systemie ewidencji producentów, gospodarstw rolnych oraz wniosków o przyznanie płatności. - Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi uważa, że zgodnie z przepisami tej ustawy [art. 5 ust. 3] dane indywidualne, takie jak nazwiska i wysokość otrzymanych dopłat, mogą być udostępniane wyłącznie organom statystyki publicznej - informuje Iwona Musiał, rzecznik ARiMR. Przypomnijmy, że w 2006 r. dopłaty dla polskich rolników pochodzące z puli CAP oraz przesunięte na ten cel z pieniędzy na rozwój obszarów wiejskich wyniosą w sumie 42 proc. tego, co dostają rolnicy ze "starej" unii. Do tego jeszcze pieniądze dołoży polski budżet, podnosząc te wypłaty do 65 proc. (takie rozwiązanie wynegocjowali w grudniu 2002 r. w Kopenhadze premier Leszek Miller i minister rolnictwa Jarosław Kalinowski). Dotychczas suma wypłaconych polskim rolnikom dopłat sięga 13 mld zł, z czego 5,4 mld zł to dofinansowanie z naszego budżetu. Na przykład Andrzeja Leppera polscy podatnicy wspierają kwotą około 8 tys. zł, a Stokłosie dołożyli około 2,2 mln zł. Przyjęta za rządów SLD ustawa stworzyła swoistą tajną lożę (w tym roku dopłaty ma otrzymać 1, 47 mln rolników), której członkowie korzystają w tajemnicy przed podatnikami z pieniędzy publicznych. Jest to niezgodne z konstytucją i ustawą o dostępie do informacji publicznej!

W czerwcu 2005 r. wniosek do ARiMR o ujawnienie listy beneficjentów złożył były szef Centrum Monitoringu i Wolności Prasy Andrzej Krajewski (w walce o ujawnienie beneficjentów unijnej pomocy wspomaga go Helsińska Fundacja Praw Człowieka). Gdy odmówiono mu, zaskarżył decyzję do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Sąd uznał, że agencja popełniła błędy formalne i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. - Urzędnicy ARiMR powinni znów rozpatrzyć mój wniosek z własnej inicjatywy. Tymczasem nic nie robią, licząc, że w końcu zrezygnuję i nie będą musieli niczego ujawniać - mówi Krajewski. Dlaczego wiedza o tym, kto pobiera dopłaty bezpośrednie i w jakiej wysokości, jest tak tajemna?

I ty możesz zostać rolnikiem

Kiedy we wrześniu tygodnik "European Voice" zamieścił wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, w którym ten stwierdził, że unia powinna "odejść od dotacji dla rolników", w Polsce rozpętała się burza: liderzy Samoobrony i PSL ciskali gromy na głowę premiera, stając w obronie "biednych rolników".

Tego rodzaju histeria wybucha w państwach unii, gdy tylko ktoś odważy się zaproponować najskromniejszą choćby reformę wspólnej polityki rolnej, która pochłania niemal 50 proc. unijnego budżetu. Dzieje się tak dlatego, że subsydia są instrumentem, za którego pomocą wpływowe lobby koncernów rolniczych i największych farmerów transferuje do własnych kieszeni miliardy euro. Gdyby został obalony mit, że trafiają one do niezamożnych rolników, podatnicy mogliby zażądać zakręcenia kurka z pieniędzmi.

Według raportu Komisji Europejskiej, opartego na danych z lat 2003-2004, koncentracja unijnych dotacji i subsydiów zwiększa się z roku na rok. Obecnie aż 80 proc. tych pieniędzy trafia do 20 proc. wnioskujących o dopłaty. W Holandii wyszło na jaw, że 190 tys. euro dopłat rocznie otrzymuje minister rolnictwa Cees Veerman, Brytyjczycy dowiedzieli się, że 500 tys. funtów rocznie dostaje królowa Elżbieta II. Jeszcze większy strumień pieniędzy płynie do odbiorców niefarmerów: rok temu w Wielkiej Brytanii szwajcarski koncern spożywczy Nestlé zainkasował 5,1 mln funtów dopłat, koncern cukrowniczy Tate & Lyle Europe wziął 88,7 mln funtów.

Nie ma podstaw sądzić, by w Polsce było inaczej. Dopłaty może dostać każdy, kto ma przynajmniej hektar ziemi nieodrolnionej (wystarczy raz w roku zaorać pole albo skosić łąkę). Dzięki dociekliwości dziennikarzy dowiedzieliśmy się, że eurodeputowany Paweł Piskorski za 1,25 mln zł kupił wiosną tego roku wspólnie z żoną 320 hektarów ziemi na 14
3 proc. wyborców. Trzeba dodać, że w tej sprawie jesteśmy bezradni. Nawet jeśli nie pójdziemy na wybory, zapłacić musimy. Partie potrącają sobie ile trzeba z naszych podatków.

Żebractwo państwowe

Zastanawiam się czasem, po co tak na prawdę wchodzimy do unii? Dochodzę do smutnego wniosku, że wchodzimy po to, by z żebractwa uczynić naszą narodową specjalność. Nieważne jest otwarcie rynku i możliwości wzrostu eksportu. Nieważny swobodny przepływ ludzi i możliwość podejmowania legalnej pracy na zachodzie Europy. Nieważny wzmożony napływ kapitału i inwestycji zagranicznych ani parę innych spraw. To wszystko jest nam właściwie zbędne. Wchodzimy do unii po to, żeby uzyskać jałmużnę dla polskiego rolnictwa. I zawsze będziemy się krzywić, że te podłe burżuje dają nam tak mało. W "Naszym Dzienniku" przeczytałem niedawno: "Obawiamy się, że unia to jeszcze większe rzesze nędzarzy i żebraków polskich". Rzadko, bo rzadko, ale w tym wypadku zgadzam się z "Naszym Dziennikiem". Już jesteśmy społeczeństwem roszczeniowo-żebraczym, wkrótce zamierzamy się stać takim samym państwem. Uzasadnienie tego jest proste - Polak pracować nie może, bo rodzi się zmęczony i żyje po to, aby odpocząć. A Zachód, który obroniliśmy pod Wiedniem, sprzedał nas w Jałcie. Dlatego musi nam dawać. A jak nie da? To oplujemy! Michał Zieliński Współpraca: Krzysztof Grzegrzółka



UPAŃSTWOWIONE SZLACHECTWO

Profesor Mirosława Marody, socjolog, przyjmując kryterium logiki uzyskiwania przychodów, wyróżnia trzy grupy Polaków: dla pierwszych liczy się efektywność i wydajność, drudzy to etatyści, dla nich najważniejszy jest taryfikator płac, trzeci zaś to zasiłkowcy. Pierwsi są nastawieni na maksymalizację zysków i pomnażanie dóbr, drudzy żyją z państwa, ulokowali się w państwowych sektorach przemysłu i walczą o utrzymanie raz uzyskanych przywilejów, a dla ostatniej grupy najważniejsze jest przetrwanie. Dwie ostatnie grupy są nadal w Polsce najliczniejsze. Jest to spadek po poprzednim systemie, który wmawiał nam ideały równości społecznej. Ideologia komunistyczna umiejętnie wykorzystała nasze przywiązanie do szlacheckiej idei równości (szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie), wmawiając ludziom, że mają takie same prawa w dostępie do wszelkich dóbr. Upłynie jeszcze trochę czasu, zanim Polacy zmienią mentalność z roszczeniowej na kapitałową - masz tyle, na ile potrafiłeś zapracować. Bogdan Wojciszke, psycholog społeczny


"NEWSWEEK" nr 3, 23.01.2005 r. DIALOG APARATÓW

AFERA Z WYPŁATAMI DLA PRACOWNIKÓW ENERGI POKAZAŁA, ŻE ZWIĄZKI ZAWODOWE ZAINTERESOWANE SĄ GŁÓWNIE UTRZYMANIEM I MNOŻENIEM SWOICH (I TAK JUŻ NIEMAŁYCH) PRZYWILEJÓW.

Skandal z umowami społecznymi w energetyce stanowi w krótkich dziejach III RP cezurę znacznie ważniejszą niż afera Rywina i powołanie sejmowej komisji śledczej. Ta druga sprawa dostarczyła dowodów na to, co wszyscy podskórnie od dawna już wiedzieli - że państwo poprzerastane jest korupcyjnymi układami i że istotnymi jego obszarami rządzą bez żadnych ustrojowych uprawnień na poły mafijne grupy trzymające władzę. To, co odkryła prasa, kompromituje natomiast doszczętnie wiarę do wczoraj jeszcze bardzo żywą i na lewicy, i w obozie posolidarnościowym, i przede wszystkim w potocznym myśleniu. Wiarę, że najwłaściwszą metodą rozwiązywania problemów państwa jest dialog społeczny.

Jak większość współczesnych polskich mitów i ten wywodzi się z PRL. Dialog pomiędzy władzą a jedyną organizacją od niej niezależną, a więc siłą rzeczy reprezentującą społeczeństwo, miał sens - był wręcz koniecznością - skoro władza była narodowi obca, przyniesiona na bagnetach okupacyjnej armii i niemożliwa do zmiany pod groźbą powrotu tejże armii. W chwili, gdy władza pochodzi z wolnych i demokratycznych wyborów, upatrywanie w związkach zawodowych "strony społecznej dialogu" straciło sens. Panowie Kogut, Grajcarek czy którykolwiek inny ze związkowych watażków nie mają żadnego mandatu, by reprezentować kogokolwiek więcej niż członków swoich organizacji. A już społeczeństwo najmniej. W demokracji reprezentują je właśnie rząd, premier i prezydent, za którymi stoją ich wyborcy - a nie ludzie, którzy swe znaczenie czerpią z faktu rozkazywania kilku-, kilkunastu- czy, niechby nawet, kilkudziesięciu tysiącom związkowców, gotowych na rozkaz swych przywódców sparaliżować jakąś istotną część gospodarki.

Slogany o "dialogu społecznym", wspólnym rozwiązywaniu problemów przez "partnerów społecznych" i temu podobne skutecznie jednak kamuflowały prawdziwy sens działań związków zawodowych, które w swej istocie nie różnią się od gangu wymuszającego haracze od sklepikarzy czy restauratorów. Aparat związkowy jak każdy aparat zainteresowany jest przede wszystkim utrzymaniem i mnożeniem swych przywilejów, które w naszym państwie są niemałe. Aby to osiągnąć, musi zadowolić tych, którym zawdzięcza intratne funkcje - to znaczy, spełnić ich oczekiwania, dotyczące wyższej płacy za mniej uciążliwą pracę, gwarancji zatrudnienia, obrony branżowych przywilejów i uzyskiwania nowych. Metodą realizacji tego celu jest nacisk na władzę, która jednak - i w tym właśnie punkcie idealistyczna wizja dialogu społecznego rozmija się z rzeczywistością - za ustępstwa płaci nie ze swojej kiesy, ale z budżetu, na który składają się podatnicy. A że politycy kierują się starą zasadą, iż bliższa koszula ciału, nie mają większych obiekcji przed obciążaniem niezorganizowanej większości kosztami zaspokajania żądań sprawnie działających grup interesu.

W ten sposób frazesy o solidaryzmie społeczeństwa stały się przykrywką dla swoistego darwinizmu - silne branże dostaną więcej, słabe mniej, a najsłabsi i najbiedniejsi nie tylko nic nie dostaną, ale jeszcze zostaną obłupieni na rzecz silnych. Przywódcy związkowi, którzy się poczuwali do odpowiedzialności za państwo i gotowi byli w imię dobra wspólnego "rozpinąć parasol" nad reformami, szybko zostali przegnani najpierw z silnych branż i ze związkowych central. Zastąpili ich ludzie w typie byłego przewodniczącego górniczej Solidarności, który publicznie mówił, że dba o interesy swoich ludzi, a nie ogółu. Słowa te porażały cynizmem, ale oburzyli się na nie tylko nieliczni wyznawcy konserwatywnego liberalizmu. 3

Ogół wolał puścić je mimo uszu, bo wierzyć w bajki o dialogu społecznym było mu wygodnie.

Dopiero skala rozboju w energetyce przekroczyła, jak się zdaje, tę granicę, do której można było nie zauważać, iż pod całym ideologicznym bełkotem o dialogu społecznym kryje się po prostu sojusz biurokratycznych nomenklatur, aparatu władzy i aparatu związków zawodowych, zainteresowanych wspólnym okradaniem obywatela. Grupka cynicznych cwaniaków rodem z komunistycznych związków młodzieży (które w schyłkowym PRL-u były istną wylęgarnią pozbawionych skrupułów spryciarzy) wspólnie ze związkowcami dokonała całkowicie zgodnego z prawem rozboju na milionach odbiorców prądu. A żeby numer się udał, dopuściła do udziału w nim kilkadziesiąt tysięcy pracowników.

Pojawiły się opinie, że związkowcom nie powinno się mieć za złe, bo przecież każdy by z takiej okazji skorzystał. To tak, jakbyśmy powiedzieli, że przecież każdy, kto by znalazł na ulicy portfel z pieniędzmi, schowałby go do kieszeni, choć w portfelu są dokumenty z nazwiskiem i adresem właściciela. Pan Grajcarek, którego niedawno oglądałem, jak w telewizji Trwam przez dwie godziny wycierał sobie usta Ojczyzną, ma jeszcze czelność bronić łajdactwa, mówiąc, że okradziono nie Polaków, tylko obce koncerny, które wykupią energetykę (jakby nie było oczywiste, że monopoliści koszty przekupienia związkowców odbiją sobie na pozbawionych możliwości wyboru klientach). Oto jest Solidarność w roku 25. rocznicy Sierpnia! I oto umowa społeczna na miarę polactwa, któremu tradycję Sierpnia trafiło się odziedziczyć! Rafał A. Ziemkiewicz jest publicystą "Newsweeka Polska"


„NEWSWEEK” nr 31, 07.08.2005 r. KTO WYRWIE WIĘCEJ

Dziś pałami lepsze emerytury zapewnili sobie górnicy. Jutro pod Sejm ruszą inni. Żeby im dać, komuś trzeba będzie zabrać. Rozpoczęła się batalia o to, czy Polska będzie należeć do nas wszystkich, czy do grup krzykaczy i pałkarzy.

(...) 26 lipca 2005 r. o 7 rano pod Sejmem zjawiło się 5 tys. górników, domagając się utrzymania przywilejów emerytalnych. W stronę policji poleciały petardy i rozpoczęły się burdy. Górnicy byli coraz bardziej pijani i agresywni. Jeszcze w piątek 22 lipca marszałek Cimoszewicz zapowiedział, że Sejm nie zajmie się ich

postulatami, których spełnienie kosztowałoby budżet 26 mld zł. Od dawna twierdził, że Sejm powinien jak najszybciej zakończyć działalność, by w atmosferze przedwyborczej gorączki nie uchwalać złych ustaw.

Manifestacja górników zrobiła jednak na marszałku wrażenie. Zaniepokojeni byli też doradcy z jego sztabu wyborczego. W pośpiechu obliczali, ile głosów może stracić w wyborach prezydenckich, jeżeli odmówi otwarcia debaty nad górniczymi postulatami. O 10. spotkał się z przedstawicielami manifestantów. Nie opierał się długo. Na jednej szali koszty budżetu - mniejsze wprawdzie od pierwotnie wyliczanych, ale i tak idące w mld zł - na drugiej szanse na Pałac Prezydencki. „Jeśli komisja polityki społecznej przygotuje sprawozdanie, Sejm zajmie się ustawą jutro, Senat w czwartek i do końca tygodnia ustawa będzie przyjęta” – uznał w końcu Cimoszewicz.

Posłowie pracowali w pośpiechu. Z wyjątkiem Platformy Obywatelskiej wszyscy chcieli pokazać, że są hojni. Bo w końcu co jest ważniejsze – abstrakcyjne finanse publiczne czy konkretni górnicy, choćby mocno pijani? Posłowie mają nadzieję, że wyborcy wynagrodzą ich hojność i odnowią legitymacje do parlamentu.

Na jednej szali poselskie diety – kilkanaście tysięcy miesięcznie, na drugiej miliardy złotych z kieszeni podatników.

Raz na kilka lat idziemy do wyborów, opowiadając się za takim czy innym rządem i jego polityką. Werdykt wcale nie przesądza o polityce rządu, choć na nią wpływa. Za kulisami prowadzona jest gra rozmaitych lobby, dążących do tego, by ich interesy były eksponowane w polityce rządu. Nie trzeba wcale mieć większości w wyborach, by rozgrywać swą grę skutecznie. Co więcej, im grupa bardziej zwarta i świadoma swych interesów, tym może być skuteczniejsza.

To nie górnicy są winni psucia państwa, lecz oportuniści, sprawujący funkcje posłów i ministrów, którzy tchórzliwie ulegają naciskom grup interesu. To oni zachęcają kolejne grupy do walki „o swoje”. W tej walce są zwycięzcy i zwyciężeni. Pierwsi – przedstawiciele silnych grup, które potrafią wyrwać z publicznej kasy dotacje i przywileje – nigdy nie są nasyceni. Drudzy, a jest ich większość, tyle że rozproszona, źle zorganizowana – płacą za przywileje nielicznych. Grupy interesu są we wszystkich państwach stałym elementem gry demokratycznej. Ich siłą jest organizacyjna sprawność, z jaką prowadzą nacisk na polityków, koncentracja na jednym celu - własnych korzyściach - i umiejętność docierania do mediów, a poprzez nie do większości wyborców, którzy popierają często postulaty grup, wbrew własnemu interesowi.(...)

PRZEDSTAWICIELE SILNYCH GRUP ZAWODOWYCH DBAJĄ O SWOJE INTERESY KOSZTEM INNYCH.

Własnych interesów zaciekle bronią też rolnicy. W zachodniej Europie, choć stanowią mniej niż 5 proc. wyborców, mają nieproporcjonalnie większy wpływ na politykę gospodarczą UE i jej krajów. Polscy rolnicy też to potrafią. Podobnie jak ich koledzy z Europy Zachodniej domagają się, by nie dotyczyły ich reguły rynku. Chcą mieć zagwarantowany zbyt po opłacalnych cenach. Już wywalczyli dopłaty za sam fakt bycia rolnikiem i specjalne zasady świadczeń społecznych. Tak naprawdę nie musieli nawet walczyć. W grudniu 1990 r. przyjęta została ustawa o ubezpieczeniu społecznym rolników, która przewidywała, że emerytury i renty wypłacane rolnikom będą niemal w całości finansowane przez podatników. Inaczej niż w innych zawodach dochody rolników obciążone są jedynie symbolicznymi składkami emerytalnymi (nieco ponad 50 zł miesięcznie, gdy minimalna składka na ZUS przedsiębiorców nierolników to ponad 700 zł). Ustawa miała złagodzić

rolnikom ból transformacji.

Dziś świadczenia z Kasy Rolniczych Ubezpieczeń otrzymuje ponad 1,7 mln osób. I często nie są oni rolnikami. Wystarczy mieć 1 ha gruntu, by zarejestrować się w KRUS i czerpać stamtąd pieniądze. Ten przepis stanowi pole do nadużyć. Ale próby uszczelnienia sytemu emerytalnego dla rolników (podejmowane choćby przez Hausnera) kończyły się w Sejmie 4

"niezharmonizowanie" wysokości VAT na pieluchy dziecięce, który powinien zostać podwyższony z 7 proc. do 22 proc. Należy pominąć milczeniem fakt, że jeśli władze na szczeblu międzynarodowym zajmują się pieluchami, świadczy to o całkowitej cywilizacyjnej degrengoladzie. Z biegiem czasu tych niedorzecznych kar z pewnością będzie jeszcze więcej.



Polska, czyli anty-Irlandia

Nie jest prawdą, że unijne dotacje powodują szybszy wzrost gospodarczy, co ilustruje się często przykładem Irlandii. Z wyliczeń analityków Instytutu Katona w Waszyngtonie wynika coś przeciwnego: unijne dotacje mogą wręcz opóźnić wzrost przez kierowanie zasobów do projektów publicznych, które mogłyby być lepiej wykorzystane przez sektor prywatny. Sektor publiczny nie jest w stanie efektywnie zarządzać pieniędzmi, ponieważ nie dotyczy go ekonomiczna kalkulacja zysków i strat. Urzędnicy nie wiedzą więc, które projekty inwestycyjne wygenerują największy wzrost, a nawet jeśli by to wiedzieli, to i tak nie mają motywacji, aby właśnie te projekty promować. Co gorsza, niektórzy irlandzcy przedsiębiorcy porzucili działalność nakierowaną na zwiększenie efektywności i innowacyjności firm i swoje siły kierowali na pozyskiwanie dotacji. W latach 1973-1986 Irlandia otrzymywała dotacje unijne w wysokości 4 proc. PKB i wtedy wzrost gospodarczy był na bardzo niskim poziomie, natomiast w latach 1995-2000, kiedy wzrost gospodarczy dochodził do 10 proc., dotacje wynosiły 3 proc. PKB Irlandii.

W 2000 r., kiedy unijne dotacje spadły do 1,84 proc. PKB, wzrost wyniósł 11 proc.

W Polsce w dużej mierze beneficjentami unijnej pomocy są podmioty publiczne, takie jak jednostki samorządu terytorialnego, ich stowarzyszenia i związki, urzędy państwowe, na przykład ministerstwa czy urzędy pracy, szkoły wyższe, agencje rozwoju regionalnego, w których swoje udziały mają jednostki samorządu terytorialnego, państwowe agencje czy spółki skarbu państwa. Odpowiedź na pytanie, co z tego wyniknie, daje prawo sformułowane przez amerykańskiego profesora Emmanuela Savasa: sektor prywatny jest zawsze dwa razy tańszy niż sektor publiczny przy wykonywaniu tych samych prac w służbie publicznej. Tomasz Cukiernik



BILANS DOTACJI UNIJNYCH W LATACH 2007-2013

mld euro proc. dotacji



dotacje z UE 91 100

fundusze strukturalne i spójnościowe 59,5 65,5

dotacje do rolnictwa 27 29,5

pozostałe 4,5 5



wydatki Polski 106,8 117,5

składka unijna 22,5 25

koszty biurokracji 6,5 7

koszty przygotowania

wniosków przyjętych 13,5 15

koszty przygotowania

wniosków odrzuconych 16 17,5

prefinansowanie projektów 12 13

współfinansowanie projektów

z pieniędzy publicznych 16,3 18

współfinansowanie projektów

z pieniędzy prywatnych 19,9 22



bilans -15,8 -17,5
"WPROST" nr 43, 29.10.2006 r. JAŁMUŻNA DLA OBSZARNIKA

Ściśle tajne są w Polsce informacje o tym, kto i w jakiej wysokości otrzymuje unijne dopłaty bezpośrednie

Co łączy księcia Alberta z Monako, niemieckie linie lotnicze Lufthansa, duńską służbę więzienną, koncern Nestlé i księcia Westminsteru? Wszyscy należą do grona największych odbiorców pieniędzy z pomocy Unii Europejskiej dla rolnictwa - wskazują Duńczyk Nils Mulvad i Brytyjczyk Jack Thurston, założyciele internetowego serwisu Farmsubsidy.org, tropiącego absurdy unijnej wspólnej polityki rolnej (CAP). Do tego zestawienia dodać można m.in. nasz Kościół katolicki (odzyskał do dziś około 60 tys. hektarów ziemi; po skarbie państwa jest drugim co do wielkości właścicielem gruntów w Polsce) czy byłego senatora Henryka Stokłosę, właściciela agrarnego imperium Farmutil i jednego z najbogatszych Polaków. Zresztą ten ostatni to potentat, jeśli chodzi o czerpanie z kasy Brukseli: według szacunków, jako właściciel 16 tys. ha ziemi otrzymał w 2004 r. około 6,6 mln zł unijnych dopłat, czyli ponad trzykrotnie więcej niż największy prywatny beneficjent w Wielkiej Brytanii - Gerald Cavendish Grosvenor, szósty książę 13

poszczególni ministrowie i wojewodowie są instytucjami pośredniczącymi, a zarządy województw zarządzają funduszami.

Urzędnicy na różnych szczeblach sprawdzają te same wnioski. Dla beneficjentów są tworzone informatory o dotacjach, na przykład Ministerstwo Rozwoju Regionalnego publikuje broszury, płyty CD, tworzy strony internetowe. Ministerstwo Gospodarki "w celu zapewnienia jak najlepszego przygotowania polskich beneficjentów do korzystania z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i Funduszu Spójności" uruchomiło internetowy system ewidencji kart projektów. Urzędy marszałkowskie wydają dokumenty typu "Podręcznik wdrażania Regionalnego Programu Operacyjnego" i bazy projektów Partner. W województwie śląskim w ciągu trzech miesięcy odbyło się 41 spotkań dotyczących konsultacji "Regionalnego programu operacyjnego województwa śląskiego", na każdym spotkaniu 100-300 osób traci pół dnia.

Aby istniała możliwość absorpcji dotacji, na szczeblu krajowym trzeba było tworzyć programy typu "Narodowa strategia spójności na lata 2007-2013", "Strategia rozwoju kraju 2007-2015", "Narodowa strategia rozwoju regionalnego 2007-2013" i programy operacyjne 2007-2013. Na podstawie tych dokumentów samorządy wojewódzkie tworzą kolejną makulaturę w postaci wieloletnich planów. Tak więc 3,5 proc. wartości dotacji, które konsumują tylko trzy urzędy (MRR, ARiMR i ARR), można swobodnie podwoić, co da nam współczynnik 7 proc. (6,5 mld euro) wydatków na cele urzędnicze, związane z obsługą unijnych dotacji, a i tak będzie to kwota nie doszacowana.



Para w przygotowanie

Jak ujawnił prezydent dużego miasta aglomeracji górnośląskiej, koszt przygotowania wniosku o dotację wynosi 100 tys. zł, więc przeciętnie pochłania 15 proc. wartości projektu, czyli w latach 2007-2013 aż 13,5 mld euro zostanie wydanych na przygotowanie projektów. Liczba projektów jest ogromna i musi w to być zaangażowanych tysiące osób. Grażyna Gęsicka, minister rozwoju regionalnego, poinformowała, że w ramach unijnych dotacji na lata 2004-2006 zakwalifikowano do tej pory 60 tys. projektów, które przygotowano, by otrzymać 80 proc. przyznanych nam pieniędzy w tym okresie.

Okazuje się, że odrzucanych jest 54 proc. wniosków o dotacje. Jeśli podobny odsetek wniosków o dotacje będzie odrzucany w latach 2007-2013, to koszt przygotowania odrzuconych projektów wyniesie 16 mld euro, czyli 17,5 proc. wartości wszystkich unijnych dotacji. Oznacza to, że w latach 2007-2013 powstanie 1,15 mln wniosków, z czego tylko 530 tys. zostanie zrealizowanych. Anegdotyczne jest to, że wniosek może zostać odrzucony nawet z powodu nieodpowiedniego koloru długopisu użytego do podpisu.

UJEMNY PLUS

Deszcz unijnych długów

Ogromne są koszty prefinansowania unijnych projektów realizowanych przez jednostki sektora finansów publicznych. W 2006 r. zostanie wydanych na ten cel 13,4 mld zł, z czego 30 proc. nie zostanie zwrócone. Daje to wskaźnik 16 proc. wartości całości funduszy strukturalnych i Funduszu Spójności. Dla wspólnej polityki rolnej strata w prefinansowaniu wyniesie ponad 6 proc. wartości unijnych funduszy dla rolnictwa. Biorąc pod uwagę te wskaźniki, na lata 2007-2013 na prefinansowanie z polskiego budżetu zostanie bezzwrotnie wydanych 13 proc. wszystkich pieniędzy przekazanych z UE w tym okresie, czyli około 12 mld euro.

Zgodnie z projektem "Strategii rozwoju kraju", przygotowanym przez resort rozwoju regionalnego, w latach 2007-2013 Polska z pieniędzy publicznych (z budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego, Funduszu Pracy, PFRON i Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości) wyda na współfinansowanie dotacji unijnych 16,3 mld euro, czyli 18 proc. całkowitej wartości tych dotacji, a 19,9 mld euro (22 proc. wartości unijnych dotacji) ma pochodzić z sektora prywatnego.

Nie można zapominać o tym, że zarówno już zadłużone gminy, jak i państwo nie mają pieniędzy na współfinansowanie niepotrzebnych projektów, na które zaciągają kolejne kredyty, jeszcze bardziej się zadłużając - tylko po to, by otrzymać dotację. Po dodaniu wydatków strony polskiej, związanych z pozyskiwaniem dotacji w latach 2007-2013, otrzymujemy kwotę 106,8 mld euro, czyli 117,5 proc. wartości wszystkich dotacji, które mają zostać przekazane Polsce z UE! Koszty poniesione przez polską gospodarkę i sektor publiczny o 17,5 proc. przewyższają zatem "ogromny deszcz unijnych pieniędzy".

To nie koniec złych wiadomości. Według niektórych kalkulacji, koszty dostosowania polskich przedsiębiorstw i administracji do prawa i standardów UE pochłonęły 15 mld euro w ciągu 15 lat. Tylko Ministerstwo Środowiska szacowało, że w latach 2000-2010 Polska z pieniędzy krajowych wyda na ochronę środowiska - w związku z przystosowywaniem się do wymogów unii - 120 mld zł, czyli więcej niż połowę naszego rocznego budżetu.

Trzeba brać również pod uwagę możliwości nakładania kar finansowych na Polskę w wypadku niestosowania się do unijnych, często bzdurnych przepisów. Już w 2006 r. nasi rolnicy zapłacą unii 89 mln zł za pracowitość i efektywność, a konkretnie za przekroczenie absurdalnego limitu produkcji mleka. To chichot historii - znaleźć się w towarzystwie, które karze za wydajność, a nie za lenistwo i nieróbstwo. Zresztą Polsce grozi również kara za 12

fiaskiem.

Politycy, którzy mają swą bazę na wsi, jak ognia boją się zmian. A nuż okaże się, że udział wyłudzonych rent jest wyjątkowo duży. Wszystko to kosztuje nas w tym roku 14,3 mld zł – 370 zł rocznie na głowę każdego obywatela, łącznie z niemowlętami. Rolnicy są przyzwyczajeni do „rynku regulowanego”, czyli w gruncie

rzeczy systemu będącego zaprzeczeniem rynku. Chcą, by tak jak w schyłkowym komunizmie państwo gwarantowało nie tylko ceny zbytu, ale wysokie dochody. Gdy państwo się na to nie zgadza, organizują m.in. blokady dróg. Pierwszą zorganizowali już w czerwcu 1990 r. pod Mławą. Potem nie było roku bez kolejnych

burd. Od 16 lat są grupą najgłębiej sięgającą do kieszeni podatników i wciąż najbardziej niezadowoloną. W tym roku państwo wyda na rolnictwo 2,5 mld zł, a dodatkowo 4,7 mld na współfinansowanie dopłat bezpośrednich. A rolnicy i tak będą protestować przekonani, że są najbardziej dyskryminowaną przez rynek grupą.



Silną grupę nacisku od lat stanowią w Polsce nauczyciele. W ciągu ostatnich 10 lat liczba młodzieży w wieku szkolnym zmniejszyła się o ponad 2 mln, liczba nauczycieli pozostaje niemal niezmieniona. Są chronieni Kartą nauczyciela, która gwarantuje po kilku latach pracy nieusuwalność. Mają krótki czas pracy, długie urlopy i wcześniejszy wiek przechodzenia na emerytury. Nie muszą organizować strajków. Są zorganizowani w silne związki zawodowe, blisko powiązane z partiami. ZNP przez lata był naturalnym zapleczem SLD, nauczycielska Solidarność żyje w symbiozie z partiami prawicy. Szczególnie lewicowy związek jest przeciwny reformom oświaty, które zmuszałyby do bardziej wydajnej pracy.

Nie inaczej jest zresztą w służbie zdrowia. Szczególnie niższy personel medyczny – od lat przekonuje pacjentów, że w ich interesie leży ładowanie coraz większych pieniędzy w publiczną służbę zdrowia. Jednak w rzeczywistości duża ich część jest marnotrawiona, a znaczna większość idzie na płace dla pracowników, których jest za dużo. W 2001 r. pielęgniarki wywalczyły podwyżkę o 203 zł (słynna „ustawa 203”), która w krótkim czasie zrujnowała finanse szpitali i ZOZ-ów. Ich długi sięgają dziś 10 mld zł. Spłacać to będą jeszcze nasze dzieci.



Polska, mówiąc słowami Bogusława Radziwiłła, stała się „postawem sukna”, który wyrywają ci, którzy mają siłę. Bezsilna większość przygląda się temu biernie, zwykle nie zdając sobie sprawy z tego, że wspólne dobro jest zawłaszczane przez grupy interesu. Ale winni nie są ci, którzy wyrywają, ale słabe państwo i tchórzliwi politycy. I tak będzie dopóty, dopóki milcząca większość pozostanie bierna.

KTO ILE BIERZE I ILE NAS TO KOSZTUJE?



Ogromna liczba przywilejów jest coraz większym obciążeniem dla budżetu państwa, a więc dla każdego z nas. Na górnicze emerytury trzeba będzie wydać z budżetu 1,9 mld. zł w 2010 r.,ponad 6,4 mld. zł w 2015 r.,

i ponad 9,4 mld. zł w 2020 r.

Szacunki mówią, że będzie to kosztowało każdego pracującego ponad 400 zł rocznie, czyli ok. 33 zł miesiąc w miesiąc. Prócz tego górnicy mają dwie dodatkowe pensje w roku, deputat węglowy w naturze, różne dodatki do pensji, np. prawo do posiłków regeneracyjnych. Ich wartość można oszacować na ok. 500 zł miesięcznie. (...) Stanisław Zunderlich



  • Tylko w latach 1990-2005 dopłaty do górnictwa wyniosły 65 mld. zł (ile można było wybudować za te pieniądze elektrowni wykorzystujących ekologiczne źródła energii?)! Wyjściem z sytuacji jest racjonalne przeznaczenie środków na usamodzielnienie się tych ludzi, podjęcie konstruktywnej inicjatywy, własnej działalności, wyjechania gdzieś gdzie są potrzebni niewykwalifikowani czy z takim doświadczeniem pracownicy, lepsze warunki. – red.

„NEWSWEEK” nr 34, 28.08.2005 r. SZCZĘŚLIWI EMERYCI SPOD ZIEMI

Górnicy się cieszą. Prezydent podpisał ustawę, która gwarantuje im prawo do emerytury już po 25 latach pracy pod ziemią. Bez względu na wiek. Przeciw ustawie był nawet Witold Orłowski, ekonomiczny doradca Aleksandra Kwaśniewskiego.

Według niego o złożeniu podpisu pod ustawą musiały zadecydować względy pozaekonomiczne. Czytaj: kampania wyborcza Cimoszewicza. Suchej nitki na tej ustawie nie zostawia też Leszek Balcerowicz, prezes NBP. Według niego przez te przepisy nie będzie możliwe obniżenie składek na ubezpieczenia społeczne. Polska Konferencja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” zapowiedziała, że zaskarży to prawo do Trybunału Konstytucyjnego. Według wyliczeń rządu w ciągu 15 lat z podatków będziemy musieli dołożyć górnikom 97 mld. zł.


ZA 97 MLD. ZŁ DLA GÓRNIKÓW MOŻNA BYŁOBY:

(...) sfinansować ponad 40 mld. posiłków dla dzieci (Polska Akcja Humanitarna w zeszłym roku w akcji Pajacyk opłaciła ich 644 tys. za 1,4 mln. zł), spłacić jedną czwartą polskiego zadłużenia zagranicznego (stan zadłużenia na koniec I kwartału 2005 r. – 391,6 mld. zł), sfinansować ponad 20 lotów promu kosmicznego (jeden lot promu kosztuje ok. 4 mld. zł) PER 5

„PRZEGLĄD” nr 31, 07.08.2005 r. EMERYTURY WYRĄBANE POD SEJMEM

(...) Przeciętna emerytura ogółem w 2004 r. wynosiła 1237 zł. Przeciętna emerytura górnicza – 2495 zł. Można ją uzyskać praktycznie od 43. roku życia. (...)

NAJSZYBSZA USTAWA ŚWIATA

Dziś górnicy mogą przechodzić na emeryturę po 25 latach pracy pod ziemią bez względu na wiek. A także w wieku 50 lat, jeśli pod ziemią przepracowali 15 lat i 10 lat na innych stanowiskach uznanych za równorzędne, oraz w wieku 55 lat, jeśli pracowali pod ziemią 10 lat i mają 15 lat pracy równorzędnej.

Za pracę równorzędną przepisy uważają zaś np. dozór górniczy, zatrudnienie w związkach zawodowych, pracę nauczyciela w szkole górniczej, wykonywanie mandatu posła i senatora.

W praktyce okresy pracy pod ziemią mogą być krótsze, gdyż każdy taki rok zalicza się do stażu jako dłuższy, według przeliczników wynoszących od 1,2 do 1,8. Przykładowo najwyższy przelicznik mają członkowie górniczych drużyn ratowniczych, którym do uzyskania „podziemnej dziesięciolatki” wystarczy w praktyce niespełna sześć lat. (...) Andrzej Dryszel


„ANGORA” nr 37, 11.09.2005 r. POCZTA NIEWOLNICY GÓRNIKÓW

Kilka słów polemiki do listu Pana Mariusza Marca pt. „Dlaczego górnicy protestowali” zamieszczonego w ne 33. Waszego pisma.

W swoim liście Pan M. Marzec dosyć dokładnie i obrazowo opisał ciężką pracę górników pracujących pod ziemią. W pełni zgadzam się z opisem trudności, jakie musi ponosić górnik pracujący pod ziemią. Chciałam jednak zauważyć, że w naszym kraju – o ile mi wiadomo – górnicy nie są jedynymi, którzy ciężko pracują.

Jest cała gama zawodów, których wykonywanie wymaga od pracujących odwagi, samozaparcia, wyrzeczenia itp.

Niech nikt nie próbuje mi tłumaczyć, że pracownicy zatrudnieni w budownictwie, transporcie, hutnictwie, służbie zdrowia itp. wykonują mniej odpowiedzialna pracę i trudną pracę. Bez poświęcenia tych ludzi praca górników byłaby niemożliwa. A przecież tymi i innymi grupami zawodowymi w naszym kraju nikt zbytnio się nie interesuje.

Pracownicy przykładowo wymienionych przeze mnie grup zawodowych pracują za dużo niższe uposażenie niż górnicy, marne ubezpieczenia, niejednokrotnie w dużo gorszych warunkach, bez osłony cudownego płaszcza, nie zawsze działających zgodnie z prawem związków zawodowych.

Nie sądzę, by praca ludzi w innych zawodach niż górnictwo była mniej warta dla ogółu społeczeństwa.

Skończmy wreszcie z bezpodstawną gloryfikacją tej grupy zawodowej.

(...) Nie rozumiem, dlaczego całe nasze społeczeństwo ma w nieskończoność rozczulać się nad ciężką pracą górników? W końcu sami, dobrowolnie, bez żadnego przymusu, podjęli pracę w branży górniczej.

I jeszcze jedna bardzo ciekawa sytuacja. Duża grupa górników (nie generalizuję), tak zmęczonych życiem i ciężką pracą, po przepracowaniu 25 lat pod ziemią, przechodząc na zasłużoną przecież emeryturę, wcale nie korzysta z upragnionego odpoczynku, a wręcz odwrotnie – nagle nabiera nowych sił witalnych i masowo korzysta z ofert pracy różnego rodzaju firm ogólnobudowlanych, ochroniarskich itp., pracując od rana do wieczora.

Z powyższego wynika, że zmęczeni górnicy nie nadają się do dalszej pracy jedynie w obrębie własnych zakładów pracy. Poza nimi nawet ciężka praca nie stanowi dla nich żadnego problemu.

Jest dobrze, jeżeli – pobierającym wcale niemałe emerytury – nowy pracodawca opłaca im chociaż podstawowe składki. Szczytem nieuczciwości wobec pozostałej części społeczeństwa jest świadczenie usług przez byłych pracowników kopalń, bez odprowadzania jakichkolwiek podatków i bezwzględne preferowanie usług na czarno.

Uważam, że JEST TO SKANDAL!

(...) Czy naprawdę w tym kraju nikt nie widzi tego, co się dzieje? Może odpowiednie służby państwowe powinny wreszcie zainteresować się tym, gdzie pracują ci, którzy podpisali, że przechodząc na świadczenia przedemerytalne, nie będą podejmować pracy?

(...) Myślę, że w swych poglądach nie jestem osamotniona. Każdy z nas powoli ma dosyć ciągłego użalania się nad bracią górniczą i dokładania z naszych pensji do ich wynagrodzeń. W końcu też chcielibyśmy zacząć normalnie zarabiać, a nie przez lata spełniać zachcianki i wygórowane wymagania górniczych związków zawodowych, całkiem nieprzystające do naszej rzeczywistości.

(...) Jak długo jeszcze nasze społeczeństwo, wbrew swojej woli, będzie niewolnikami braci górniczej?! M.B. woj. śląskie

[W niczyim interesie leży praca ciężka, szkodliwa a przedewszystkim niepotrzebna – praca ma być ekonomicznie uzasadniona, potrzebna i możliwie z jak najmniejszymi skutkami ubocznymi. Proszę się domagać odpowiedniej płacy za korzyści, a nie za straty, zbędny wysiłek. Warto też sprawdzić jaki wpływ na stan zdrowia ma nikotynizm i alkoholizm u tej poszkodowanej... grupy i ile przeznaczają na to pieniędzy. – red.] 6


niż potrzeba. Istnieje ścisła współzależność między poziomem życia konsumentów a producentów. Jeśli rolnicy chcą żyć na wysokim poziomie, to muszą dać możliwość jego zaistnienia, a więc operować w

gospodarce rynkowej. Nie da się ukryć, iż jednym z warunków powodzenia takiej produkcji jest wprowadzenie zakazu wytwarzania, skupu i sprzedaży niezdrowych produktów. Dopłacanie do rolnictwa zachęca do nadprodukcji i nieefektywności, ze szkodą dla wszystkich, w tym dla środowiska. Jest to też skuteczna bariera dla zbytu towarów z krajów uboższych - zwiększając przepaść jaka je oddziela od pozostałych - z wszystkimi tego skutkami, dla wszystkich (min. eksportują narkotyki, rozprzestrzeniają choroby, odwdzięczają się przestępczością , terroryzmem i rozplenianiem religii (co się nierzadko łączy))!

* Przeciętny polski rolnik nie pracuje więcej niż 3 godziny dziennie. – red.]
„WPROST” nr 39/2006 r. PLAN ANTY-MARSHALLA

DZIĘKI BIUROKRACJI NIEMAL 16 MLD EURO DOŁOŻYMY DO UNIJNYCH DOTACJI

Dwa lata po wejściu do UE Polacy z eurosceptyków w większości stali się euroentuzjastami. Są nimi ci, którzy za granicą znaleźli pracę lepiej płatną niż w Polsce, są nimi też przedsiębiorcy, którzy poszerzyli swoje rynki zbytu. Czasami, gdy z Brukseli sypie się kasa, euroentuzjastami są też rolnicy. Nic więc dziwnego, że - jak wynika z ostatniego badania CBOS - aż 83 proc. Polaków pozytywnie ocenia nasze członkostwo w UE. Powszechna ocena jest jednoznaczna: na wstąpieniu do unii wiele skorzystaliśmy.

Entuzjazmu nie osłabiają opinie części ekonomistów, że po przeliczeniu unijnych dotacji dla Polski i procedur związanych z ich przyznawaniem najwięcej zyskują ci, którzy mieli nas wspomagać, czyli "stara" unia. Zarobią na bezpośrednim dostępie do naszego rynku, na co już wcześniej wskazywali polscy eurosceptycy. To nie wszystko. Po przeliczeniu wszystkich naszych kosztów związanych z integracją okazuje się, że każdy Polak w latach 2007-2013 wyda przeciętnie 1606 zł rocznie po to, aby otrzymać 1368 zł. Czyli dołoży do interesu 238 zł rocznie! Te liczby szokują, bo nie wszyscy Polacy zyskali, pracując za granicą, eksportując tam swoje towary czy też pobierając z kasy unijną pomoc. Mamy świadomość, że to tylko fragment rachunku zysków i strat. Ale oczywistymi zyskami nie będziemy się tu zajmować.

Pomoc unii dla nowych członków miała być nowym planem Marshalla, mającym objąć tych, których pominięto przed sześćdziesięcioma laty. Przypomnijmy, że dzięki tamtemu planowi w latach 40. i 50. zachodnia Europa stanęła na nogi po zniszczeniach wojennych. Dla Polski eurointegracja jest zaledwie ich miniplanem Marshalla - głównie za sprawą sławetnej unijnej biurokracji, w którą wnieśliśmy swój znaczący wkład.



Nasza droga biurokracja

Z unijnych dokumentów wynika, że w latach 2007-2013 Polska ma otrzymać 91 mld euro dotacji. Nie jest tak, jak wyliczono w polskim budżecie na 2006 r., że koszty Polski związane z pozyskaniem dotacji od UE to jedynie składka członkowska. Składka unijna Polski w latach 2007-2013, zakładając roczny wzrost PKB w wysokości niecałych 5 proc., wyniesie 22 mld euro. Dodatkowo wpłaty do Europejskiego Banku Inwestycyjnego sięgną 0,6 mld euro, co daje razem 22,6 mld euro, czyli 25 proc. wszystkich dotacji z UE.

Budżet Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, zajmującego się zarządzaniem unijnymi dotacjami (pracuje tam 550 urzędników), to w 2006 r. 380 mln zł. Budżety Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ma 16 oddziałów regionalnych i 314 biur powiatowych) i Agencji Rynku Rolnego w 2006 r. wynoszą łącznie 1,5 mld zł. Gdyby nawet budżety te się nie zmieniały, a będą rosły, to w latach 2007-2013 sięgną 3,3 mld euro, czyli 3,5 proc. funduszy unijnych.

Dotacjami z UE zajmują się też ministerstwa: finansów, gospodarki, pracy i polityki społecznej, rolnictwa, środowiska, infrastruktury oraz Agencja Rozwoju Przemysłu, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, a także urzędy wojewódzkie i samorządowe na każdym szczeblu (w których zatrudnionych jest od kilku do kilkudziesięciu osób wyłącznie do tego celu). Tylko Departament Funduszy Strukturalnych w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Małopolskiego zatrudnia 47 osób. Powołano też Urząd Komitetu Integracji Europejskiej, który w 2005 r. miał budżet w wysokości 65 mln zł. Utworzono 169 punktów informacyjnych o UE. Co gorsza, osoby tam pracujące mogłyby wykonywać pracę w sektorze prywatnym, dzięki której rósłby PKB, a nie jego konsumpcja. Nie można zapominać o wydatkach na pensje eurodeputowanych i urzędników delegowanych do UE.

W jaki sposób i na co wydają pieniądze podatników urzędy zaangażowane w obsługę UE? Na przykład do zadań Ministerstwa Finansów należy m.in. zarządzanie przepływami finansowymi pieniędzy Funduszu Spójności z KE, weryfikacja deklaracji wydatków i administrowanie systemem informatycznym kontroli finansowej Funduszy Strukturalnych i Funduszu Spójności (SIMIK), który do tej pory kosztował już ponad 12 mln zł, a nadal się myli w obliczeniach. MF ma swój SIMIK, a ARiMR - program rozwoju obszarów wiejskich, przez który mają przechodzić dotacje dla rolnictwa. Minister rozwoju regionalnego odpowiada za zarządzanie programami, 11

jest dziurawa jak ser szwajcarski, to idealne żerowisko dla mafii. Na przykład już w 1996 r. włoscy przestępcy kupili w Polsce kilka tysięcy krów, które potem w Niemczech zakolczykowano jako niemieckie, po czym fikcyjnie sprzedano do Tunezji, biorąc od unii subwencję eksportową w wysokości 40 mld euro.

Mafia stała się największym włoskim przedsiębiorstwem. Rocznie dochody tworzących ją „rodzin” są szacowane na astronomiczną kwotę 120 mld USD, czyli 15 proc. PKB Italii. (...)

Z GANGSTERA BIZNESMEN

Gdy w połowie lat 90. unijni urzędnicy dokonali wyrywkowej kontroli regionu Caserta koło Neapolu, by sprawdzić, którzy rolnicy otrzymują dopłaty i jak duże one są, tam, gdzie - według wniosków o dopłaty - miały rosnąć oliwne gaje, zastali parkingi. Już wtedy miejscowe grupy przestępcze zwietrzyły interes i zastraszały farmerów, by ci zawyżali areały posiadanej ziemi, a nadwyżki dopłat z Brukseli szły do kasy mafii. (...)

Mafiosi zrozumieli, że zamiast walczyć z włoskim państwem, lepiej się przyłączyć do polityków i robić to, co oni, czyli pozostawać na wikcie podatników lub Brukseli. Przestępcy zaczęli przejmować firmy branży spożywczej i produkować m.in. masło i mleko z najniższej jakości surowca, uprzednio przekupując urzędników odpowiedzialnych za kontrolę jakości żywności. Niskie koszty produkcji znacznie zwiększyły atrakcyjność otrzymywanych przez nich dopłat z unii. Na przykład w 1999 r. Europejskie Biuro ds. Zwalczania Przestępczości Gospodarczej (OLAF) wykryło, że włoscy gangsterzy założyli na południu Włoch holding spółek, który przez kilka lat wytwarzał i sprzedawał za granice unii masło składające się w 40 proc. z bydlęcego tłuszczu, a w pozostałej części - z oleju kosmetycznego. Dzięki temu mafia wyłudziła z Brukseli około 300 mln euro subwencji eksportowych.

Przed trzema laty Komisja Europejska oskarżyła koncerny tytoniowe R.J. Reynolds, Philip Morris i Japan Tobacco Inc. o celowe dostarczanie zbyt wielkiej liczby papierosów na rynki Europy Środkowej i Wschodniej, gdzie akcyza na tytoń jest dużo niższa niż w unii, by później mogły być one przemycane na rynki państw członkowskich. Okazało się, że na tym procederze także zarabiały firmy powiązane z włoskimi grupami przestępczymi. Włoska mafia nadal z powodzeniem trudni się przemytem, wykorzystując różnice stawek podatkowych w 25 państwach unii.

MAFIJNE PRZEDSIĘBIORSTWO OCZYSZCZANIA

Najnowszym hitem biznesowym na południu Włoch jest utylizacja śmieci. Dla władz miast lub przedsiębiorców pozbycie się odpadów zgodnie z wszelkimi normami ustalonymi przez Brukselę jest tak kosztowne, że mafijne spółki przetargi na utylizację śmieci wygrywają z cuglach, oferując usługi nawet o 90 proc. tańsze niż legalnie działający konkurenci. Swoje i tak zarobią, bo odpady najzwyczajniej wyrzucają w okolicznych lasach. Tę paranoję finansują unijni podatnicy z funduszy ochrony środowiska. Włoska organizacja ekologiczna Legambiente alarmuje, że mafia i związane z nią firmy opanowały trzecią część rynku śmieci we Włoszech i zarabiają w tym biznesie 30 mld euro rocznie! Aleksander Piński
„WPROST” nr 34, 28.08.2005 r. POLITYKA ROLNA UE SPRZYJA ZAWAŁOM I NOWOTWOROM!

  1   2


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość