Strona główna

Cross 4 2016 issn 1427-728x rok XIV


Pobieranie 226.9 Kb.
Strona1/3
Data18.06.2016
Rozmiar226.9 Kb.
  1   2   3
CROSS 4 2016

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 3 (132)

Marzec 2016 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040


e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna



Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej



Grażyna Wojtkiewicz

Korekta


Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart



Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych
aaa
Spis treści:

Bilans na stoku

Andrzej Szymański



Dziewczyna na medal

Grzegorz Modrzyński



Niewidomy z rakietą?

Robert Zarzecki



Puchar Polski w Górach Izerskich

Piotr Sęk



Wiadomości 20

Multikulturowa zima

B.N.


Komputer to nowe możliwości

Zbigniew Prokopiuk



Lizbona – miasto sztuki

Stanisław Niećko



Do utraty tchu

BWO


Narty biegowe dla niewidomych

Krzysztof Koc



Gramy w szachy

Ryszard Bernard



Gramy w warcaby

Jan Sekuła



Walka o każdy metr

Barbara Zarzecka


aaa
narciarstwo
Bilans na stoku

Dariusz Rutkowski, trener niewidomych i słabowidzących narciarzy alpejskich, w rozmowie z Andrzejem Szymańskim.

Panie Darku, po raz pierwszy spotkaliśmy się na stokach Skrzycznego ponad siedem lat temu. Od 2005 roku jest pan trenerem sportowców z dysfunkcją wzroku w narciarstwie alpejskim, zgadza się?

– W 1990 roku ukończyłem wrocławską AWF i od tamtego czasu związany jestem z Dolnośląskim Specjalnym Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym nr 13 dla Niewidomych i Słabowidzących we Wrocławiu. Pracuję tam jako nauczyciel wychowania fizycznego i prowadzę też zajęcia z rehabilitacji i orientacji przestrzennej. Jestem również nauczycielem akademickim w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu na Wydziale Nauk Pedagogicznych. Pełnię funkcję adiunkta – nauczam studentów pracy z osobami niepełnosprawnymi. Kieruję też Studium WF i Sportu, które organizuje zajęcia dla wszystkich studentów uczelni. I muszę z satysfakcją powiedzieć, że te dwie placówki wspierają naszych słabowidzących alpejczyków swoją życzliwością, bazą treningową i, w pewnym zakresie, także finansowo. Nasi narciarze są członkami AZS DSW i reprezentują uczelnię na zawodach sportowych.

Ilu niewidomych i słabowidzących jeździ sportowo na nartach?

– Odpowiedź jest trudna. Narciarzy możemy podzielić na dwie grupy – wyczynowców i jeżdżących na niższym poziomie. Tych pierwszych jest niewielu: jedna osoba ze „Startu”, reszta, czyli cztery, z „Crossu”. Jeszcze czworo z „Crossu” jeżdżących na niższym poziomie. W sumie to około 10-15 zawodników w Polsce. Rekreacyjnie uprawia ten sport 30-35 inwalidów wzroku, trudno dokładnie oszacować. Narciarstwo alpejskie nie jest dyscypliną łatwą i tanią.

Osiągamy jakieś sukcesy na arenie europejskiej?

– A co jest miarą sukcesu? Jeżeli chodzi o medale z mistrzostw świata i paraolimpiady, to sukcesów nie mieliśmy. Ale moi narciarze, dzięki wynikom w zawodach IPCAS, awansowali do cyklu Pucharu Europy. Nasza najlepsza zawodniczka Ania Kosińska weszła do pierwszej dziesiątki rankingu światowego (jest trzecia w klasyfikacji generalnej Pucharu Europy), a panowie do drugiej i trzeciej. To naprawdę sukces, zważywszy na nakłady, jakie inne państwa łożą na alpejczyków – na zaplecze, organizacje, stypendia. Swoją pozycję osiągnęliśmy amatorskimi środkami. Zagraniczne ekipy mają zupełnie inny system przygotowań. Tam są półzawodowcy lub nawet profesjonaliści. My bierzemy udział w przygotowaniach i startach, a przy tym normalnie pracujemy i studiujemy. Jest to bardzo trudne, jeśli chce się dotrzymać kroku czołówce europejskiej lub światowej.

Proszę wymienić nazwiska tych najlepszych słabowidzących w kraju.

– Ania Kosińska-Tadej jest w dalszym ciągu najwszechstronniejszą polską zawodniczką. Także jej brat Stanisław oraz Dawid Suchodolski i Tadeusz Sypień jeżdżą na bardzo dobrym poziomie. Każdy z nich zdobył kwalifikacje do reprezentowania Polski w cyklu zawodów Pucharu Europy. Najlepszym polskim zawodnikiem jest Maciej Krężel reprezentujący barwy „Startu”. Są też zawodnicy z tzw. zaplecza, jeżdżący przyzwoicie, ale tylko na miarę krajową.

Narciarstwo alpejskie uprawiane przez osoby z dysfunkcją wzroku to slalom i slalom gigant. Jak się przygotowujecie poza sezonem startowym?

– Małe sprostowanie. W narciarstwie alpejskim są cztery podstawowe konkurencje: slalom, slalom gigant, supergigant, zjazd, a poza nimi jeszcze superkombinacja i slalom równoległy. Do każdej z czterech konkurencji jest inny rodzaj nart (ich długość, promień skrętu), a także inne przygotowanie trasy. W Polsce rozgrywamy tylko slalom i slalom gigant. Nie mamy szans na supergigant i zjazd. Głównie chodzi o dodatkowe narty, odpowiednio przygotowane trasy, a przede wszystkim o bezpieczeństwo zawodników.

Poza zgrupowaniami na śniegu, często na lodowcach, prowadzimy także obozy letnie. Część z nich odbywa się w Olejnicy w ośrodku wrocławskiej AWF. W pobliżu jest jezioro, więc pływamy na kajakach, gramy w piłkę, odbywamy marszobiegi, trenujemy w siłowni, jeździmy na rowerach. Drugim miejscem jest ośrodek AZS-u


w Zieleńcu, w Kotlinie Kłodzkiej. Tam jest specyficzny klimat górski i warunki do marszobiegów, nordic walkingu, treningów rowerowych. Regularnie trenujemy we wrocławskim ośrodku szkolno-wychowawczym, oczywiście mowa o zawodnikach z Wrocławia lub okolic. Reszta pracuje indywidualnie, według swojego harmonogramu.

Ten sport, jak pan powiedział, sporo kosztuje. Macie sponsorów?

– Narty z homologacją plus wiązania, buty i reszta sprzętu są bardzo kosztowne. Przepisy startowe co jakiś czas się zmieniają i sprzęt musi być do nich przystosowany, a przecież sprzęt także się zużywa, czasem wjedzie się na kamień... Jeden zestaw samych nart i wiązań to około 3,5 tys. zł, tyle samo sprzęt dla przewodnika. Wyposażenie tylko czterech zawodników z przewodnikami to duże koszty. Jeden dzień na zawodach IPCAS to ryczałtowo 100 euro za zawodnika i oczywiście tyle samo za przewodnika. Dodajmy do tego ubiór, dojazdy na treningi i zawody. To droga dyscyplina. Przy budżecie poniżej 100 tys. zł nie jesteśmy w stanie przygotować zaplecza. Ministerstwo Sportu i Turystyki nie bierze pod uwagę naszych startów i wyników w Pucharze Europy. Przyznaje dotacje, uwzględniając sukcesy na mistrzostwach Europy, a u nas ich się nie rozgrywa, podobnie jak w skokach narciarskich osób pełnosprawnych. Gdyby nie dotujące nas zaprzyjaźnione firmy, to byłoby źle. W takiej niszowej dyscyplinie jak nasza nie istnieje hojny sponsoring.

Podstawą tej dyscypliny są przewodnicy. Skąd się biorą?

– Dobre pytanie. Słabowidzący nie ma prawa sam pokonać trasy. Takie są przepisy. Przewodnik musi mieć wykupioną licencję sportową IPCAS. Razem z zawodnikiem muszą stanowić dobrze rozumiejący się, wytrenowany i zgrany team. Dobry przewodnik to skarb. W Polsce brak jest zrozumienia dla roli przewodnika. Z jednej strony jest zawodnikiem i nie może dostać pieniędzy za wyjazd, choć musi brać urlop w pracy, z drugiej strony nie może dostać sprzętu i stypendium, bo jest pełnosprawny. Chociaż często stoi na podium i dostaje medal tak jak zawodnik. Ten nieciekawy system powoduje nieustanną rotację przewodników. W innych krajach europejskich w sposób partnerski finansuje się zawodnika i przewodnika. Trzeba przyznać, że bycie przewodnikiem to duża odpowiedzialność, ale daje niesamowitą satysfakcję. Jeżdżę jako przewodnik z różnymi zawodnikami od 2004 roku.

W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o jednym człowieku, który bardzo nam pomaga. Andrzej Krzyżaniak sam znalazł naszą grupę i zaofiarował się jako przewodnik. Jest dobrym szkoleniowcem i techniką jazdy wniósł sporo nowinek przydatnych zawodnikom. Dziękujemy ci, Andrzeju!

Jaka jest kondycja tej dyscypliny sportowej? Kto wam pomaga?

– Mam pesymistyczne spojrzenie na przyszłość narciarstwa alpejskiego w Polsce. Ale zacznijmy od tego, kto nam pomaga. Bardzo zaangażowani są sami zawodnicy i ich przewodnicy. Nie wyżyją z narciarstwa, a jedynie będą mieć satysfakcję z uprawiania tego sportu. W kraju jest za mało zawodów, a same mistrzostwa Polski (o zgrozo!) ogłaszane są dwa tygodnie wcześniej. I jak ta para zjazdowców może zaplanować swój czas? Następna sprawa to niepewność finansowania. Jest już końcówka lutego, a nie mamy obietnicy przyznania pieniędzy na 2016 rok. Czyli dwa miesiące przepadły. Zawodnicy, wyjeżdżając na mistrzostwa Polski, płacą z własnej kieszeni. A przecież to nie są krezusi!

Przed igrzyskami paraolimpijskimi w 2014 w Soczi mieliśmy kuriozalną sytuację. Ania Kosińska zdobyła kwalifikacje paraolimpijskie. Jej jazda oraz wyniki dawały podstawę do tego, by mieć nadzieję na lokatę w okolicach medalu. Ale nie zakwalifikowano jej do ekipy. Dano jej propozycję: zmieniasz klub z „Crossu” na „Start” i jedziesz. Nie zgodziła się. Pojechał inny zawodnik z inną niepełnosprawnością, ze zdecydowanie niższym rankingiem i małymi szansami na sukces w swojej grupie – ale „startowski”. Cała tamta sprawa była załatwiana nieoficjalnie, poza nami. Zabrakło nam także wsparcia ówczesnych władz „Crossu”. To było chyba najbardziej bolesne. A ja i moi zawodnicy dostaliśmy porządną nauczkę od decydentów ze „Startu” i Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. Przy tak słabej pozycji naszego narciarstwa, w imię interesów jednej monopolistycznej organizacji skreślono nas i szanse Polski na dobry występ. Może jednak warto, aby osoby niepełnosprawne wzrokowo nie były dyskryminowane przez inne niepełnosprawności i miały własny związek sportowy, co uniezależniłoby je od monopolu „Startu”?

Garną się młodzi z niepełnosprawnością wzroku do narciarstwa alpejskiego?

– I tak, i nie. Do rekreacji tak, ale tu również potrzeba wolontariuszy i instruktorów. Znaleźć stoki, zapewnić sprzęt, zorganizować szkolenie. To spore przedsięwzięcie. A skąd pieniądze? Najpierw trzeba tych młodych nauczyć jeździć, by niewielki procent z nich trafił do sportu. Więcej ludzi garnie się do narciarstwa biegowego czy uprawiania nordic walkingu.

Jak pan widzi przyszłość narciarstwa alpejskiego w Polsce?

– Narciarstwo zjazdowe nie jest zbyt popularne wśród osób z dysfunkcją wzroku. Jest drogie, niebezpieczne i wymaga wsparcia pełnosprawnych. Jak wspomniałem wcześniej, łatwiej jest tym ludziom biegać na nartach, niż stawać na stoku zjazdowym. Poza tym narciarstwo biegowe jest zdecydowanie tańsze. Ale w narciarstwie biegowym też nie mamy wielu zawodników. Są kraje w Europie, które w krótkim czasie zbudowały solidną kadrę niepełnosprawnych alpejczyków. Myślę tu o Rosji czy Wielkiej Brytanii. Tam stworzono system, który w ciągu kilku lat dał im wspaniałych zawodników i medale paraolimpijskie. Jeśli w Polsce nie pomyśli się, by planowo kierować pieniądze na trenerów, na szkolenie zawodników – to pozostanie nam jedynie rekreacja i zaledwie średni europejski poziom. A możemy znacznie więcej…
aaa
showdown
Dziewczyna na medal

Z Elżbietą Mielczarek – najlepszą polską zawodniczką showdown – o najważniejszych momentach w jej karierze oraz planach i marzeniach na przyszłość rozmawia Grzegorz Modrzyński.

Masz za sobą jak dotąd najlepszy rok w karierze: czwarte z kolei zwycięstwo na mistrzostwach Polski, kolejne w European Top Twelve i brązowy medal na mistrzostwach świata IBSA w showdown w Seulu. A jak wyglądał początek twojej przygody z tą dyscypliną?

– Moja przygoda z showdownem zaczęła się w 2011 roku. Uczyłam się wówczas w Dolnośląskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych i Słabowidzących we Wrocławiu. O dyscyplinie dowiedziałam się od trenera Lubomira Praska – prezesa UKS „Sprint” Wrocław. W szkole znajdował się stół do gry. Trener wyjaśnił mi zasady i poszliśmy spróbować coś zagrać. Na początku bardzo przeszkadzał mi hałas piłki uderzającej o bandy. Z biegiem czasu przestały mi już przeszkadzać dźwięki towarzyszące grze i zaczęłam coraz więcej trenować.

Co najbardziej podoba Ci się w tym sporcie?

Rozmaitość rywalizacji. Są mistrzostwa Polski, Europy i świata, European Top Twelve i wiele innych zawodów, na których kobiety i mężczyźni grają zawsze osobno. Inaczej jest w Czechach czy na Słowacji. Tam grają wszyscy razem. Uwielbiam grać z chłopakami. Bez względu na to, czy wygrywam czy przegrywam, to i tak jestem zadowolona z rywalizacji, bo tak naprawdę to jest bardzo dobry trening.

Czy któryś mecz zapadł Ci szczególnie w pamięć?

– Do niedawna był taki tylko jeden. Natomiast po siódmej edycji European Top Twelve 2015 w Szwecji jest i drugi. Pierwszy miał miejsce we Włoszech, na piątym European Top Twelve, w 2013 roku. Grałam z Mariah Sethsen ze Szwecji. Przeciwniczka prowadziła już w pierwszym secie 8:1. Trener Prask wziął czas i podpowiedział, jak mam zagrać. Po przerwie wróciłam do gry i – oddałam Mariah jeszcze jeden punkt, ponieważ popełniłam błąd. Było 9:1. Można by powiedzieć, że był to już set przegrany. Na szczęście nie dla mnie. Niespodziewanie sytuacja zaczęła się odwracać. Realizując założenia taktyczne trenera, zaczęłam zdobywać bramki. A przeciwniczka popełniała błędy. Koniec końców wygrałam tego seta 11:9. W drugim secie wiedziałam już, jak grać i łatwo pokonałam Mariah. Ten drugi pamiętny pojedynek był w zeszłym roku, również na European Top Twelve. Na koncie miałam rozegranych dziesięć meczów, z czego dziewięć wygranych i jedną porażkę. Został jeszcze ostatni, z Finką Hanną Vilmi – aktualną mistrzynią Europy i świata. Ona miała taką samą sytuację punktową jak ja. Rezultat naszego spotkania decydował o zwycięstwie w całym turnieju. Wszystkie zawodniczki miały trenerów, ja go niestety wtedy nie miałam, ponieważ nie mógł z nami pojechać. Zaczęło się ładnie, bo dwa pierwsze sety wygrałam. Następne dwa były przegrane. Grałyśmy piątego, rozstrzygającego seta. Hanna w tie-breaku prowadziła 6:5. Po zmianie stron przewaga Hanny jeszcze wzrosła, prowadziła już 9:7. Od zwycięstwa dzieliły ją tylko dwa punkty. Jednak popełniła dwa błędy i zrobiło się nagle 9:9. Byłam maksymalnie skoncentrowana i po długiej, zaciętej wymianie piłek to ja zdobyłam bramkę decydującą o zwycięstwie. Wtedy przypomniały mi się często powtarzane słowa trenera: „Musisz wierzyć, że dopóki piłka w grze, dopóty jest szansa, aby wyjść z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji”. Był to mój trzeci wygrany turniej z cyklu European Top Twelve. Tym samym jestem jedyną zawodniczką, której udała się ta sztuka.

Który z dotychczasowych sukcesów ucieszył Cię najbardziej?

– Cieszę się ze wszystkich osiągnięć, natomiast pamiętam dwa takie turnieje, które sprawiły, że byłam megaszczęśliwa. Pierwszy to czwarta edycja European Top Twelve 2012 w Szwecji. Dostaliśmy z trenerem tzw. dziką kartę. W środowisku showdown turniej ten uważany jest za najtrudniejszy i najbardziej wymagający. Startuje w nim dwunastka najlepszych zawodników i tyle samo zawodniczek z Europy. Wyznaczyliśmy bardzo ambitny cel: znaleźć się w pierwszej szóstce. Ku naszemu zaskoczeniu wygrywaliśmy mecz za meczem, a ja przecież byłam wtedy jeszcze bardzo mało doświadczoną zawodniczką. Był to mój dopiero trzeci międzynarodowy turniej. Przeciwniczki dopytywały się po moich meczach, kto zwyciężył. My natomiast koncentrowaliśmy się wyłącznie na grze, starając się nie ulegać emocjom. Po ostatnim meczu było wiadomo, że będziemy bardzo wysoko, jednak to, co pokazywała tablica wyników, kompletnie nas zaskoczyło. Okazało się, że wygraliśmy cały turniej! Podczas ceremonii wręczania nagród oboje z trenerem płakaliśmy ze szczęścia, słysząc Mazurka Dąbrowskiego.

Następny turniej to mistrzostwa świata w Seulu w 2015 roku. Tam zajęliśmy 3. miejsce. Mistrzostwa były bardzo udane, a Korea wywarła na mnie ogromne wrażenie. Z tych dwóch turniejów jestem najbardziej zadowolona.

Często w swoich wypowiedziach podkreślasz rolę, jaką trener Lubomir Prask odegrał w twoich sukcesach.

– Tak, gdyż wszystko, co osiągnęłam, zawdzięczam trenerowi. To on mnie wszystkiego nauczył. Razem spędzamy ogromną ilość czasu przy stole, na siłowni i basenie. On ustala cykle treningowe i cele do osiągnięcia. Wie, kiedy nie jestem w formie i musimy trochę odpuścić, a kiedy możemy naprawdę ciężko pracować. W czasie turniejów analizuje grę, zarówno moją, jak i przeciwniczek, udziela cennych wskazówek. W tej dyscyplinie rola trenera jest naprawdę bardzo ważna. Sukces zawodnika jest również jego sukcesem.

Z roku na rok osiągasz coraz więcej. Ale wiadomo, że bez pracy nie ma… medali. Jak wiele czasu poświęcasz na treningi?

– Trudno precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie. Jestem zawodniczką, która poświęca bardzo dużo czasu na treningi. Nie potrafię jednak konkretnie powiedzieć ile. Bywa, że czasami trenuję tylko trzy razy w tygodniu, ale często jest tak, że ćwiczę od poniedziałku do soboty. I masz rację – moją receptą na zdobywanie medali jest praca, praca i jeszcze raz ciężka praca.

Jakie są Twoje plany sportowe?

– Hm… Mój plan to pozostanie w tym sporcie jak najdłużej i godne reprezentowanie Polski i Stowarzyszenia „Cross”.

A marzenia?

– Chciałabym zdobyć medal na mistrzostwach Europy i mistrzostwach świata. Marzę również, aby showdown stał się dyscypliną paraolimpijską.

Zatem życzę Ci dalszych sukcesów sportowych i dziękuję za rozmowę.
aaa
tenis
Niewidomy z rakietą?

Co to jest set, gem czy tie-break? Jak powinien być wyprowadzony serwis? Czym są i czemu służą kara serwisowe? I wreszcie: jak trafić w piłkę, kiedy się jej nie widzi? Tajniki tenisa ziemnego nie są już obce osobom niewidomym i słabowidzącym, które na warszawskim Ursynowie trenują pod okiem Agaty Baryckiej – instruktorki i przedstawicielki fundacji Zawsze Blisko. Są to jedyne w Polsce zajęcia z blind tennisa.

Jeszcze do niedawna tenis ziemny był dyscypliną łączoną z elitarnym środowiskiem ludzi z wyższych sfer i przede wszystkim – bardzo majętnych. Powszechne było przekonanie, że przeciętny człowiek może jedynie podziwiać na ekranie telewizora poczynania Rogera Federera, Marii Sharapovej czy Agnieszki Radwańskiej. Obecnie jest jednym z najbardziej popularnych sportów indywidualnych na świecie. We wszystkich zakątkach globu przyciąga miliony widzów, a co za tym idzie – również bogatych sponsorów i milionowe kontrakty. Chociaż te ostatnie zarezerwowane są tylko dla najlepszych tenisistów świata, to i tak jest bardzo chętnie uprawiany. Obecnie korty tenisowe rozsiane są wszędzie, od wielkich metropolii, przez małe miasteczka, aż po wioski i prywatne posiadłości. Swoich sił w tenisie ziemnym może spróbować każdy, kto jest w stanie utrzymać w ręku rakietę tenisową, w tym osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich, zawodnicy głusi i – jak się okazuje – od kilku lat również osoby niewidome i słabowidzące.

Tak jak w każdej dziedzinie sportu, tak i w tym przypadku od dnia, w którym po raz pierwszy zagrano w grę przypominającą dzisiejszy tenis, jej reguły ciągle się zmieniały. Dokładano nowe zasady, wycofywano te, które wydawały się nietrafione. Według znawców tematu taki stan utrzymywał się do 1882 roku, a po tej dacie do przepisów gry w tenisa ziemnego wprowadzano jedynie niewielkie poprawki. Zanim więc przyjął oblicze, jakie znamy, i nim przestał być postrzegany jako sport jedynie dla elit, zarezerwowany dla ludzi z wyższych sfer, odbył długą drogę, podczas której przechodził kilkakrotne metamorfozy.

Istnieją teorie, że tenis ziemny miał swój początek już w starożytnym Egipcie. Rysunki na ścianach ówczesnych świątyń, datowane na około 1500 rok przed naszą erą, pozwalają przypuszczać, że powszechnie znana była gra, w której dłonią lub czymś do tego służącym odbijało się coś na wzór współczesnej piłki. Po setkach, a nawet tysiącach lat wędrówki pramatka współczesnego tenisa ziemnego dotarła w średniowieczu do środkowej Europy. Gra wzbudziła ogromne zainteresowanie wśród mnichów i szybko zagościła na dziedzińcach klasztorów zachodniej Europy. Stała się tak popularna, że papieżowi wydała się niebezpieczna i chciał, by jej zakazano. Żywo zainteresowała się nią bogata arystokracja. Żeby spróbować swoich sił, możni panowie uczyli się zasłyszanych od braciszków zasad nowej rozrywki. I tak oto zamkowe dziedzińce, pałacowe komnaty i dworskie podwórza zamieniały się powoli w niewielkie boiska. Piłkę odbijało się dłonią albo drewnianą pałką lub kijem. Do dzisiaj zachował się kort z 1625 roku, mieszczący się w pałacu Hampton Court. Z uwagi na fakt, że była to gra, na którą mogli sobie pozwolić jedynie zamożni, nazywano ją royal tennis. Przez wieki zmieniał się sprzęt do gry: od drewnianych pałek, przez deski i packi, by wreszcie osiągnąć kształt i wygląd współczesnej rakiety tenisowej.

W 1869 roku na przedmieściach Londynu powstał The All England Croquet Club. Dyscyplina ta nie była jednak na tyle popularna, by pociągnąć za sobą rzeszę kibiców. Dlatego też członkowie klubu podjęli, jak się później okazało, słuszną decyzję o dodaniu tenisa ziemnego do swojej oferty. Nowy sport tak się spopularyzował i przyciągnął tylu miłośników, że klub zmienił nazwę; od 1877 roku istnieje All England Croquet and Lawn Tennis Club, czyli „angielski klub krokieta i tenisa na trawie” (obecnie dyscypliny są zamienione w nazwie miejscami), który jest głównym organizatorem wielkoszlemowego turnieju wimbledońskiego.

Rozwój tenisa ziemnego i jego obecny kształt zawdzięczamy H.C. Marshallowi,


C. Heathcote’owi oraz J.H. Walshowi, wnieśli oni bowiem największy wkład w tworzenie zasad. To oni zmodyfikowali kształt kortu na prostokątny (na wzór boiska do krykieta), ustalili również jego wymiary, które zachowały się do dziś. Ostatnie poważniejsze zmiany dotyczące gry w tenisa ziemnego miały miejsce w 1882 roku, kiedy komitet turnieju na Wimbledonie zdecydował o obniżeniu siatki, zezwolił na serwowanie znad głowy oraz zmniejszył wymiary pola serwisowego. Od tego czasu retuszu zasad dokonano jeszcze tylko w 1888 roku oraz w 1968 roku wprowadzono tie-break. Przez blisko 50 lat do dzisiaj nic się nie zmieniło. Popularność tenisa ziemnego zadecydowała, że już w 1896 roku został zaliczony do dyscyplin olimpijskich.

Do Polski zawitał na dobre w drugiej połowie XIX wieku i był uważany za grę towarzyską zarezerwowaną dla osób dobrze urodzonych. Pierwsze zawody tenisowe w Polsce rozegrano w roku 1898 w Warszawie. Przed II wojną światową gwiazdą tenisa była Jadwiga Jędrzejowska – finalistka turniejów w Wimbledonie, US Open i paryskim Roland Garros. Po wojnie najlepszym polskim tenisistą był Wojciech Fibak – finalista Masters 1976 i zwycięzca deblowego Australian Open 1978. Obecnie najlepszą polską tenisistką jest Agnieszka Radwańska – czwarta rakieta świata.

Do najważniejszych zawodów, w których choć raz chciałby zagrać niemal każdy mniej lub bardziej doświadczony tenisista, zalicza się cztery turnieje tworzące tzw. Wielki Szlem: Australian Open, francuski Roland Garros, angielski Wimbledon oraz US Open. Wśród zawodów reprezentacji międzynarodowych wyróżnia się: Puchar Davisa, Puchar Hopmana, rozgrywki Fed Cup oraz Drużynowy Puchar Świata.

Jak wiele dyscyplin sportowych, również tenis dostosowuje się do potrzeb i możliwości osób niepełnosprawnych. Od wielu lat sport ten jest dyscypliną paraolimpijską osób na wózkach, a od kilku lat prowadzone są starania, by został uznany jako dyscyplina paraolimpijska sportowców niewidomych i słabowidzących.

By osoby z dysfunkcją wzroku mogły grać w tenisa ziemnego, konieczne było wprowadzenie kilku zmian w zakresie zasad, jak i przystosowanie samego sprzętu do gry. Osoby z dysfunkcją wzroku grają w czterech kategoriach, które odpowiadają ich możliwościom wzrokowym i określają adekwatne do nich zasady gry. Zawodnicy zaliczani są do grup: B1, B2, B3, B4 (w grupie B4 są ci z najmniejszą dopuszczalną wadą wzroku).

Zawodnicy z kategorii B2, B3 i B4 grają na pełnowymiarowym korcie o powierzchni 18,28 x 8,23 m, zawodnicy z kategorii B1 na polu o wymiarach 12,80 x 6,10 m. W przypadku graczy pełnosprawnych linie, według przepisów, powinny mieć szerokość co najmniej 2,5 cm i nie większą jak 5 cm (z wyjątkiem linii głównych, które mogą mieć szerokość do 10 cm). Dla osób z dysfunkcją wzroku linie ograniczające pole gry muszą być wykonane z takiego materiału, który jest dobrze wyczuwalny stopą, co ułatwia szybkie zanalizowanie swojej pozycji.

W połowie kortu zawieszona jest siatka. W meczu osób pełnosprawnych jej wysokość na środku wynosi 91,5 cm, a przy słupkach 1,06 m. W meczu osób niewidomych lub słabowidzących siatka powinna być tak rozwieszona, by na środku osiągnęła wysokość 80 cm, przy słupkach zaś 85 cm.

Rakiety do gry w tenisa ziemnego dla osób z dysfunkcją wzroku są mniejsze od tych, którymi standardowo posługują się osoby dobrze widzące. Międzynarodowa Federacja Tenisa (ITF) przyjęła następujące wymiary rakiet w zależności od grupy startowej: dla B1 rakieta maksymalnie może mieć 23 cale, dla pozostałych grup 25 cali. (Zdaniem ITF takie wymiary rakiet pozwalają na łatwiejsze manewrowanie nimi). Piłka do gry w blind tenisa jest oczywiście udźwiękowiona, większa od standardowej, a przede wszystkim wykonana z gąbkopodobnego materiału, co z jednej strony nieco spowalnia jej lot, z drugiej nie niesie ryzyka kontuzji w przypadku trafienia w zawodnika silnie odbitą piłką.

O ile w przypadku meczów osób pełnosprawnych piłka może odbić się tylko raz w polu gry, o tyle w przypadku osób z dysfunkcją wzroku limit możliwych odbić jest różny w zależności od stopnia utraty widzenia. I tak w przypadku graczy z kategorii B3 i B4 piłka może odbić się dwa razy, a u graczy z kategorii B1 i B2 może odbić się do trzech razy, nim zostanie uderzona. Trzeba pamiętać, że o ile pełnosprawni zawodnicy mogą odbijać piłkę tzw. wolejem, czyli w powietrzu, zanim ta zetknie się z ziemią, o tyle w przypadku zawodników z dysfunkcją wzroku ITF zakazał odbijania piłki w taki sposób. Dodatkowo piłki na mecze osób słabowidzących i niewidomych dobierane są również kolorystycznie, tak by jak najbardziej kontrastowały z kortem.

Mecz tenisowy składa się z setów, sety – z gemów, a gemy – z punktów, które są przyznawane za wygranie pojedynczej wymiany piłek. Zdobycie pierwszego punktu w gemie liczone jest jako 15, drugiego – 30, trzeciego – 40. Czwarty zdobyty punkt daje wygranego gema. Warunkiem jest jednak zdobycie przez rywala jedynie dwóch punktów. Jeżeli chodzi o zawody z udziałem pełnosprawnych zawodników, to generalnie wszystkie spotkania, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, rozgrywane są do dwóch wygranych setów. Wyjątkiem u panów są turnieje wielkoszlemowe oraz spotkania w ramach Pucharu Davisa, gdzie zawodnicy grają do trzech wygranych setów. W przypadku osób niewidomych i słabowidzących cały mecz odbywa się w jednym secie.

Blind tennis jest już bardzo popularny w Japonii – kolebce tej odmiany dyscypliny. Dzięki Japończykowi Miyoshi Takei osoby z dysfunkcją wzroku mogły rozpocząć swoją przygodę z piłką i rakietą. Po Japonii tenis bardzo szybko zyskał aprobatę osób niewidomych i słabowidzących z takich krajów, jak Stany Zjednoczone, Chiny, Korea, Tajwan, Argentyna, Anglia i nasza sąsiadka Rosja.

We wrześniu 2015 roku Polska dołączyła do grupy państw, w których w tenisa ziemnego grają osoby z dysfunkcją wzroku. Wówczas to doświadczona wieloletnia trenerka Agata Barycka rozpoczęła treningi z dziećmi ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Słabowidzących przy ulicy Koźmińskiej w Warszawie. W lutym tego roku przedstawicielka fundacji Zawsze Blisko poszerzyła grupę swoich uczniów o dziesięcioro dorosłych. – To jest niesamowite – mówi Kamila, jedna z trenujących zawodniczek – ja przecież widzę na jakieś 80-100 centymetrów, a tu proszę, udaje mi się trafiać w piłkę. Owszem, zdarzają się nieudane próby, ale jednak zaczynam grać. Aż trudno w to uwierzyć!

Sama trenerka przyznaje, że o tenisie dla niewidomych i słabowidzących dowiedziała się przypadkowo, podczas poszukiwań dobrego tematu na pracę magisterską. A że tenis jest jej pasją, postanowiła, że spróbuje się nią podzielić z osobami niewidomymi i słabowidzącymi. „Kto wie, może uda mi się sprzedać im bakcyla…” – myślała. Agata uczciwie mówi, że jej dotychczasowe doświadczenie w kontaktach z osobami z dysfunkcją wzroku jest niewielkie, jednak nie stanowi to dla niej bariery. – Przecież nauka może płynąć w obie strony – mówi. Gdy więc fundacja Zawsze Blisko rozpoczęła realizację projektu nauki tenisa ziemnego dla osób niewidomych i słabowidzących, postanowiła podjąć się prowadzenia treningów. Obecnie Agata Barycka jest głównym przedstawicielem Polski w światowej organizacji IBTA (International Blind Tennis Association).

Choć w porównaniu z innymi krajami Polacy są na początku drogi, to entuzjazm i pozytywne myślenie nie opuszczają pani instruktor. Wręcz przeciwnie – zdają się przybierać na sile. – Jestem pod ogromnym wrażeniem ogólnej sprawności osób, z którymi pracuję. Bardzo szybko opanowują każdy nowy element. Jestem pełna entuzjazmu i myślę, że możemy dojść bardzo daleko – mówi trenerka. – Zdaję sobie sprawę, że przed nami rok ciężkiej pracy. Moim marzeniem jest udział naszych zawodników w pierwszym międzynarodowym turnieju organizowanym przez IBTA na wiosnę przyszłego roku w Wielkiej Brytanii. Mamy już oficjalne zaproszenie.



Robert Zarzecki

Treningi odbywają się w klubie tenisowym Smecz w Warszawie w ramach projektu „Rehabilitacja osób niewidomych i niedowidzących poprzez zajęcia z tenisa ziemnego”.


aaa
biathlon
  1   2   3


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość