Strona główna

Cross issn 1427-728x rok XIV


Pobieranie 285.08 Kb.
Strona1/4
Data19.06.2016
Rozmiar285.08 Kb.
  1   2   3   4
CROSS

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 2 (131)

Luty 2016 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040


e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna



Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej



Grażyna Wojtkiewicz

Korekta


Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart



Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych
Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych
aaa
Spis treści:

Wydaje mi się, że coś dobrego robię

Andrzej Szymański



Skaczący we mgle

Kazimierz Gąska



Jak to z kręglami było

Wojciech Puchacz



Wiadomości

Rafał Gunajew nie żyje

Teresa Dębowska



Portugalia – powiew magii...

Stanisław Niećko



Przy kominku i winie

(BWO)


Snowboard – technika jazdy

Krzysztof Koc



Gramy w szachy

Ryszard Bernard



Gramy w warcaby

Jan Sekuła



Kruche jak lód

Barbara Zarzeckaaaa


aaa
wspinaczka
Wydaje mi się, że coś dobrego robię

Jurek Płonka ma 26 lat i pochodzi z Krakowa. Ojciec jest poligrafem, mama pielęgniarką, 32-letni brat jest masażystą, 30-letnia siostra wizażystką. Brat ma taką samą wadę genetyczną wzroku jak Jurek. Kiedy był dzieciaczkiem dwuipółletnim, okuliści zdiagnozowali u niego degenerację siatkówki. Jednak Jureczek nie miał problemów w podstawówce i gimnazjum. Grał w piłkę, w koszykówkę, jeździł na rowerze, na rolkach. Ale wzrok coraz bardziej siadał

Ostatecznie Jurek Płonka ukończył technikum akustyczne na Tynieckiej w Krakowie. Odebrał papiery, ale ani godziny nie przepracował w wyuczonym zawodzie. Natomiast swą przyszłość zawodową wiąże, podobnie jak brat, z masażem. Zapisał się do słynnej szkoły masażu na ulicy Królewskiej i teraz ma rok urlopu dziekańskiego. A urlop wziął, by dokończyć projekt „Korona Europy”.



A co to takiego „Korona Europy”?

Jerzy Marek Jan Płonka ma pasję i nie może usiedzieć na miejscu. Mimo swojej niepełnosprawności (stopień znaczny) zabierał się za uprawianie różnych dyscyplin sportowych, z mniejszym lub większym powodzeniem. W krakowskim klubie kajakarskim „Nadwiślan” był dwa miesiące, po czym zaczął trenować wioślarstwo w klubie „Salwator”. Trzy lata harował, a jego osada zdobyła nawet srebro w międzynarodowych mistrzostwach Polski. Mając 18 lat, rzucił się na głęboką wodę, no może nie dosłownie, ale postanowił przebiec maraton. Aby tego dokonać, trzeba sporo potrenować. W 2009 roku przebiegł po raz pierwszy 42 km 195 metrów w czasie 3 godzin 55 minut. W ciągu kilku lat dokonał tego 13 razy (podobnie jak autor tego tekstu). Wystartował nawet w nowojorskim gigancie (63 tysiące zawodników) i nie wspomina go szczególnie przyjemnie.

– Pojechaliśmy niezłą ekipą: Piotr Pogon, Jacek Pawlikowski, Rafał Pliszka. Liczyłem na wynik w granicach 3,5 godziny. Jednak na 32 kilometrze dopadł mnie rozstrój żołądka i straciłem kilka minut. W tym czasie przebiegło obok mnie z pół tysiąca ludzi. Minąłem metę po 3 godzinach 56 minutach. Nie wspominam biegu zbyt dobrze: tłumy startujących, wąskie ulice, co chwila ktoś ci depcze po piętach… Za to pozostałe imprezy były przyjemne – w Krakowie, Poznaniu, Dębnie, w Atenach, we Wiedniu. Mój rekord życiowy – 3 godziny 43 minuty nie jest superwynikiem, zawsze zostaje niedosyt.

W rozmowie Jurek wspominał o swojej kolejnej pasji – żeglarstwie. Do spółki z kolegami i z pomocą sponsora (PZU) nabyli jacht. Remontowany jest w mazurskiej marinie i latem prawdopodobnie wyruszy w rejs. A na dodatek Płonka chciałby jeszcze skończyć kurs i zdobyć patent płetwonurka.

W 2011 roku grupa młodych krakowian z dysfunkcją wzroku założyła stowarzyszenie „Nie widzę przeszkód”. Prezesem został kolega Jurek. – Promujemy sport i turystykę. Wśród 30 założycieli są osoby grające w piłkę nożną, żeglujące, wiosłujące po rzekach, jeziorach i oczywiście wędrujące po górach. – W Krakowie jesteśmy organizatorem corocznego biegu integracyjnego dla dzieci i młodzieży. Nie żyjemy tylko sportem – chodzimy z niepełnosprawnymi do kin, teatrów, filharmonii. Rocznie w naszych imprezach uczestniczy blisko 300 osób – podkreśla prezes.

Pierwszy zagraniczny wyjazd kilku osób ze Stowarzyszenia to zimowe przejście trzech karpackich połonin na Ukrainie. Dokonali tego wyczynu na nartach „turowych”. Tego rodzaju narty skituringowe to połączenie desek zjazdowych z biegowymi. Narodziły się w Skandynawii i nazywano je dawniej fokami.

Pierwsze wejście wysokogórskie poszło z marszu i od razu na Mont Blanc, najwyższy szczyt Europy – 4810 m n.p.m. – Pomysł zrodził się nagle, po śmierci mojego kumpla, księdza, który umarł na raka w wieku 44 lat – mówi nasz bohater. – Po raz pierwszy wspinałem się na taką górę, po raz pierwszy miałem raki na butach, a ekipę poznałem w samochodzie. Mimo to udało się wejść bez problemu.

Zadał sobie wtedy pytanie: a może spróbować zdobyć najwyższe góry i wzniesienia w każdym kraju europejskim? Zaplecze kondycyjne miał wypracowane przez lata uprawiania sportów, zawsze był aktywny fizycznie. Oczywiście pomysł był wspólny z chłopakami z beskidzkiej i podhalańskiej grupy GOPR. Dotychczasowe wejścia robił z 44-letnim Bogdanem Bednarzem i 40-letnim Pawłem Ząbkiem. Ostatnie 10 szczytów ma zamiar pokonać z 35-letnim Michałem Myszą. Michał nie jest goprowcem, ale ma doświadczenie zdobyte w wysokich górach.

„Koronę Europy” rozpoczęli w listopadzie 2013 roku. Plan był taki, by zakończyć projekt w ciągu roku. Nie dali rady. Wszystko z powodu logistyki wyjazdów i zaplecza finansowego. W niektóre miejsca byli zmuszeni wracać ponownie. Poza tym koledzy wspinacze nie zawsze mieli czas. Pracują, mają rodziny. – Na wstępie poszedłem do banku i otworzyłem linię kredytową na 35 tysięcy złotych. Poza tym, a może przede wszystkim, dopomogli sponsorzy: PZU, Salewa, Dynamit.

Technika i sprzęt

Ktoś zapyta, jak chłopak z bardzo ograniczoną możliwością widzenia pakuje się w trudny, górzysty teren? Najpierw musiał przejść sporo kursów specjalistycznych, bo idąc z ratownikami w górę, czy schodząc z niej, musi im dorównać wiedzą i umiejętnościami. Potrafić założyć stanowisko, opatrzyć kolegę, obsłużyć detektor lawinowy, rozbić namiot, robić węzełki itp.

– Poruszamy się bez szaleństwa, bezpiecznie. Zdarzało się nieraz, że znajdując się 300 metrów od celu, zawracaliśmy, bo groziło zejście lawiny lub kończył się czas. Z moimi przewodnikami i kolegami przygotowujemy się w szczególny sposób. Oni nakładają gogle, by wczuć się w moją sytuację, by im się wyostrzyły zmysły. Aby mogli na przykład zawiązać w ciemno ósemkę podwójną. W tym projekcie obie strony się czegoś uczą. Ja, prawie niewidomy (widzę jak przez firankę, a kątami oczu odbieram fragmenty rzeczywistości), i oni o wyostrzonym wzroku. Ja nie proszę moich kompanów bez powodów o pomoc. Oni mówią: masz rączki, to się obsłuż – opowiada Jurek.

Technikę marszu mają opracowaną. Najpierw idzie przewodnik, za nim niepełnosprawny z kijkiem. Jeżeli teren jest trudny, to drugi goprowiec asekuruje go związanego liną. – Często trzymam się plecaka osoby prowadzącej. Ale nieraz, gdy nie mogą mi poradzić na jakimś zjeździe, to mówią „peszek”, to znaczy: masz pecha, radź sobie sam. Po trudniejszych eskapadach jestem poobijany, ale chwała Bogu jeszcze się nie połamałem – śmieje się Jurek.

Najbardziej w kość Płonka dostał w Szwecji w 2014 roku przy podejściu na najwyższy szczyt tego kraju – Kebnekause – 2111 m n.p.m. Zima, noc polarna, schronisko gospodarcze na wysokości 800 m n.p.m. Grupa wycofała się z lodowca, bo zaczął sypać śnieg, ostro powiało, temperatura spadła do minus 15 stopni. Szli po potężnych głazach, między nimi śnieg. Wpadali w te dziury po pas. Szybkość poruszania się spadła niemal do zera. – Kolega nie mógł mi pomóc, zamroziło mi twarz, byłem cały mokry. Zatrzymaliśmy się w drewnianej chałupce pod szczytem. W środku było 5 stopni mrozu. Oczywiście mieliśmy ze sobą jedzenie, wodę, gaz. Spędziliśmy dwie noce w tej norze i niestety musieliśmy wezwać helikopter. Ta góra wznosi się za kołem polarnym, niedaleko, jak na warunki szwedzkie, od miasta Kiruna (czyta się Sziruna, dziennikarz wie, bo odwiedził onegdaj tę odległą krainę w Laponii). Wtedy poczułem respekt dla gór – mówi Płonka.

Bardzo trudne było zdobycie najwyższego szczytu Słowenii – Triglav 2863 m n.p.m. Trudne dla osób z uszkodzonym wzrokiem: dużo głazów narzutowych, szczeliny skalne, piargi. Sporo lin, metalowych bolców do chwytania, miejscami trzeba robić własną asekurację. Wchodzi się po bardzo wąskich półkach i uwaga wspinających się musi być ciągle na najwyższym poziomie. Na plecach każdy ma 20-kilogramowy plecak z napojami, żywnością, palnikami, czekanami, kaskami, karabinkami, karimatą pneumatyczną, śpiworem, ubraniem… Oczywiście pomaga sprzęt, ale on się szybko zużywa przy takim tempie zdobywania różnych szczytów. Przecierają się liny, niszczą kurtki, spodnie i buty.

Nie będziemy opisywać wszystkich 36 zdobytych „koronowanych głów Europy”. Jedne wyprawy wymagały dłuższego przygotowania (na przykład na najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny podchodzono aż cztery razy), na inne, jak choćby na Górę Dzierżyńską koło Mińska na Białorusi – 345 m n.p.m. – wjeżdżało się autem.

Finałowa dycha

W tym roku nastąpi zakończenie trzyletnich zmagań i być może na jesieni Jerzy Płonka będzie pretendował do otrzymania najbardziej prestiżowej wśród podróżników nagrody – Kolosy. Program jest napięty: Szwecja, Hiszpania (Teneryfa), Rosja (Elbrus na Kaukazie 5642 m n.p.m. i Narodnaja na Uralu), Kazachstan (500-metrowy pagórek), Islandia, Turcja europejska (góra wysokości 1031 m n.p.m. znajduje się na granicy bazy radarowej i trudno będzie o zezwolenie), Mount Blanc (ale ten po włoskiej stronie, niższy od głównego szczytu Alp o 200 metrów), szwajcarski Dufourspitze.



Uff, ale tempo!!!

Rodzicom Jurka imponują wyczyny syna. Cieszą się, że nie siedzi w domu, nie gnuśnieje, a podróżuje. Choć nieraz mówią: zostań trochę dłużej w Krakowie. O pasji niewidomego podróżnika wspominały media, ale sodówka nie uderzyła mu do głowy. Mówi mi na zakończenie rozmowy: – Wydaje mi się, że coś dobrego robię. I mimochodem wymienia plany na rok przyszły – zdobycie góry na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu – Pik Lenina, 7134 m n.p.m. Życzymy powodzenia!



Andrzej Szymański
aaa
skoki narciarskie
Skaczący we mgle

Po zeskoku z belki startowej trzeba rozpędzić się nawet do 100 km na godzinę, precyzyjnie i mocno odbić z progu skoczni, a potem ułożyć ciało i narty tak, by lecieć i lecieć po optymalnej paraboli.
A co, je
śli nie widzi się ani progu, ani miejsca do lądowania? Klimek Murańka, będąc w takiej sytuacji, nie tylko sobie radził, lecz nawet odnosił sukcesy.

Cudowne dziecko

Cała Polska usłyszała o nim po raz pierwszy 31 sierpnia 2004 roku. Dokładnie w swoje 10. urodziny ten szkrab z Zakopanego, mający może 130 cm wzrostu, skoczył z tamtejszej Wielkiej Krokwi na odległość ponad 135 metrów, zaledwie o 4,5 metra mniej od oficjalnego rekordu na tym obiekcie. Potem przyszły kolejne sukcesy i niezwykłe wyniki, nie tylko w kategorii wiekowej. W październiku 2007 roku, konkurując z seniorami podczas letnich mistrzostw Polski na Średniej Krokwi, zajął trzecie miejsce, a w grudniu tegoż roku podczas mistrzostw zimowych – drugie! Chociaż nie startował w nich Adam Małysz, wynik mówił sam za siebie. Nic zatem dziwnego, że od sezonu 2007/2008 Klimek znalazł się w reprezentacji juniorów. 24 stycznia 2008 zadebiutował na Wielkiej Krokwi w konkursie Pucharu Świata. Nie zdobył punktów, ale przeszedł do historii jako najmłodszy skoczek w dziejach, dopuszczony do startu w zawodach najwyższej rangi – w dniu startu miał dokładnie 13 lat, 4 miesiące i 24 dni. A potem zapadła cisza i przez prawie cztery lata niewiele o nim mówiono. Nie wiemy, czy nie potrafił udźwignąć ciężaru sławy, czy może pogubił się trochę, wchodząc w wiek dojrzewania. Efektowny powrót zafundował kibicom dopiero w 2011 roku. Podczas konkursu Zimowego Olimpijskiego Festiwalu Młodzieży Europy w czeskim Libercu wraz z drużyną wywalczył złoty medal.

Nastał rok 2012 i wydawało się, że kariera niespełna 18-letniego Klemensa wreszcie nabiera rozpędu. W lutym podczas mistrzostw świata juniorów zdobył srebrny medal drużynowo, a w rywalizacji indywidualnej był szósty. W marcu na zawodach seniorów w Lahti wraz z drużyną zajął trzecie miejsce oraz zdobył swoje pierwsze punkty w Pucharze Świata. W sezonie tym punkty zdobywał jeszcze dwukrotnie. A potem przyszło lato i cały sportowy świat doznał szoku.

Salto mortale

Był początek lipca 2012 roku. Podczas treningu na austriackiej skoczni Stams Klemens Murańka miał poważny wypadek. Po wyjściu z progu obróciło go w powietrzu tak, że niemal zrobił salto, a potem z wysoka upadł na plecy. Wszyscy zamarli z przerażenia, ale na szczęście niczego sobie nie połamał ani nie doznał poważniejszego urazu kręgosłupa, co zakrawało po prostu na cud. „Kiedy zacząłem go wypytywać – opowiadał potem reporterowi »Dziennika Polskiego« jego ojciec – przyznał, że ma kłopoty ze wzrokiem, że nie widzi nawet trenera Roberta Matei machającego chorągiewką na progu”. Dopiero teraz wyszło na jaw, że zawodnik od dawna bardzo źle widzi, ale podejrzewano, że ma po prostu dużą wadę wzroku. Badania lekarskie w renomowanej klinice w Krakowie pokazały, że jest znacznie gorzej. Na tablicy czytał tylko górny szereg liter, a jego ostrość widzenia oceniono na jakieś 10-20 procent. Okazało się, że przyczyną jest stożek rogówki, bardzo poważna choroba, polegająca na zmianach w strukturze tej części oka, prowadzących do jej nienaturalnego uwypuklenia. W wyniku choroby krzywizna rogówki przybiera stożkowaty kształt, co prowadzi do różnych zaburzeń widzenia. Najgorsze jest jednak to, że jeżeli w porę nie zatrzyma się procesu wysklepiania, w końcu może dojść do perforacji, czyli pęknięcia rogówki. A wtedy jedynym sposobem na przywrócenie wzroku jest przeszczep.

Okazało się, że młody zawodnik trafił do lekarzy niemal w ostatniej chwili. Gdyby zwlekał jeszcze pół roku, poza przeszczepem nie byłoby już ratunku dla jego wzroku i o karierze sportowej pewnie musiałby zapomnieć. Na szczęście ani na jedno, ani na drugie nie było jeszcze za późno. Chodziło jednak o to, by Murańce pomóc w jak najmniej inwazyjny sposób, by potem nie było przeciwwskazań do poważnego wysiłku na treningach. Taką szansę stwarzał tylko zabieg laserowy, który, mówiąc obrazowo, polega na „zeszlifowaniu” nienaturalnych krzywizn rogówki i nadaniu jej prawidłowego kształtu. Przeprowadzili go specjaliści z Centrum Nowoczesnej Okulistyki Voigt w Krakowie, ale na początek można było zoperować tylko jedno oko. Zabieg przywrócił w nim normalne widzenie i zabezpieczył przed postępowaniem choroby. Pozostała jedynie wada na poziomie minus dwóch dioptrii. Jednak nim do tego doszło, zawodnik musiał korzystać ze specjalnych soczewek usztywniających. Taka soczewka nie ma regularnej powierzchni. Robiona jest według mapy rogówki konkretnego pacjenta i jest całkowicie do niej dopasowana.

Powrót do gry

Możemy się domyślać, że dopiero gdy przywrócono mu ostrość widzenia, uzmysłowił sobie, jak bardzo ryzykował. Na pytanie dziennikarza „Gazety Krakowskiej”, co poczuł, gdy założono mu soczewki i ponownie zaczął widzieć wyraźnie, odpowiedział: „Prawie się popłakałem. Jak zobaczyłem lekarza i porównałem z osobą, którą widziałem bez soczewek, to stwierdziłem, że to zupełnie dwie inne twarze. Wszystko jest wyraźne. Kiedy wyszedłem na miasto, normalnie nie mogłem dojść do siebie, tak dziwnie się czułem. Jakbym był w jakiejś bajce.(...) Różnica jest gigantyczna. Albo jeszcze inaczej – bardzo gigantyczna.(...) Nawet nie wiem, jak mogłem funkcjonować z takim wzrokiem, jaki miałem wcześniej”. Zaprzeczył, że ukrywał swoją chorobę: „Wydawało mi się, że widzę normalnie” – powiedział. „Czegoś tam nie byłem w stanie doczytać, ale myślałem, że to z czasem przejdzie. Wzrok mi się jednak pogarszał.(...) Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej”.

Opowiadał też, że wzrok popsuł mu się pomiędzy 16. a 18. rokiem życia, wcześniej przechodził badania okulistyczne i widział bardzo dobrze. Przyznał, że skacząc przez 11 lat, nie miał żadnych poważniejszych upadków, więc możliwe, że ten w Austrii był skutkiem dużych problemów ze wzrokiem. Jednak paradoksalnie teraz, gdy widzi ostro, przeżywa przed skokiem większy stres niż wcześniej, bo wszystko widzi wyraźnie i wie, co go czeka.

Jak to możliwe, że człowiek, który poznaje twarze jedynie z bardzo bliskiej odległości, który czytać może tylko, dotykając nosem książki, a szczyty wielkich gór postrzega jako jedną niewyraźną plamę, bo wszystko spowija gęsta mgła, nie tylko skacze, lecz jeszcze osiąga wyniki? Bo przecież nawet w tym roku 2012, nim wszystko tąpnęło, były takie sukcesy jak srebro w drużynie na mistrzostwach świata juniorów. To naprawdę wprawia w zdumienie. Nie tylko Polaków. Niemiecki magazyn „Der Spiegel” poświęcił naszemu skoczkowi artykuł pod znamiennym tytułem „Lot we mgle”, w którym napisano, że historia Murańki to zapewne najbardziej niezwykły przypadek w dziejach skoków narciarskich.

Każdy groźny wypadek może pozostawić ślad w psychice zawodnika, paraliżować go i w efekcie uniemożliwić wykorzystanie pełni możliwości. W przypadku Klimka Murańki te obawy się nie potwierdziły. Już w 2013 roku, zaopatrzony w twarde i bardzo niewygodne soczewki, zaczął skakać, jakby chciał nadrobić czas. W Libercu, na mistrzostwach świata juniorów w narciarstwie klasycznym, zdobył dwa srebrne medale – jeden z drużyną, drugi indywidualnie. W 2014 na kolejnych mistrzostwach, tym razem w Val di Fiemme, wraz z drużyną wywalczył złoto. W 2015 roku na mistrzostwach świata w Falun, startując już jako zawodnik reprezentacji narodowej, oddał w drugiej serii fenomenalny skok, który zadecydował o zdobyciu przez drużynę brązowego medalu. W tymże roku w Planicy ustanowił też swój nowy rekord życiowy – skoczył na odległość 221,5 metra.

Optymistycznie

Po tym, jak wyszło na jaw, że przez parę lat Klemens Murańka trenował i startował, ryzykując zdrowie, tu i ówdzie pojawiały się pytania o to, jak to było możliwe. Przecież jako zawodnik reprezentacji juniorów dwa razy w roku przechodził badania w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej. Pytania takie zadawał m.in. Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego i były trener narodowej kadry. Pojawiały się różne odpowiedzi, przeważnie mało wiarygodne, ale nie będziemy ich tutaj roztrząsać. Myślę, że w historii Klemensa Murańki trzeba widzieć przede wszystkim opowieść o wielkiej miłości do sportu, o determinacji w realizowaniu celów i o potędze marzeń, które są silniejsze niż mgła zasnuwająca oczy. Pocieszający wniosek, jaki z tej historii wynika, jest taki, że mimo swoich obiektywnych ograniczeń potrafimy zdziałać cuda, jeśli tylko o ograniczeniach zapomnimy. Nie tylko w sporcie. A kolejny optymistyczny akcent to fakt, że wiosną tego roku, zaraz po zakończeniu zimowego sezonu w skokach, Klimka czeka laserowy zabieg na drugim oku. Potem wystarczą mu zwykłe szkła kontaktowe, jak przy drobnej wadzie wzroku. I nie będzie już przeszkód, by skakać jeszcze dalej. Tym bardziej że jest już szczęśliwym małżonkiem i tatą, a każdy tata marzy o tym, by kiedyś zobaczyć podziw w oczach syna.

Tymczasem Klimek Murańka został ambasadorem kampanii edukacyjnej „Lepszy wzrok. Lepsze życie”, organizowanej przez firmę Alcon. Akcja ma uświadomić Polakom, jak ważna jest profilaktyka, że nie wolno bagatelizować problemów ze wzrokiem i że w wielu przypadkach medycyna może pomóc.

Operacyjne leczenie stożka rogówki kosztuje około 4 tys. zł. Zabieg ten nie jest refundowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia (leczenie Murańki sfinansował Polski Związek Narciarski). Na schorzenie to cierpi 2 proc. populacji. Jego przyczyny nie są znane, podejrzewa się, że związane są z predyspozycjami genetycznymi.

Kazimierz Gąska
aaa
kręgle
Jak to z kręglami było

Wszyscy znamy mniej więcej historię kręglarstwa w Stowarzyszeniu Cross”, pamiętamy wydarzenia z ostatnich szesnastu lat. Jednak okazuje się, że tak do końca nie jest…

Przygotowując się do rozmowy z Włodzimierzem Sajdychem o kręglach całościowo, o tym, jak było na początku, jak rozwijała się dyscyplina i jaka może być jej przyszłość, przeszukiwałem własną pamięć, a na kręgielni gram od 2000 roku. Szybko okazało się, że pamięć jest zawodna. Na rozmowę podsumowującą dotychczasowe dzieje kręglarstwa w środowisku niewidomych wybrałem się do Łodzi, kolebki tej dyscypliny.

Włodzimierz Sajdych był inicjatorem i przewodniczącym komitetu założycielskiego Stowarzyszenia Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewodomych i Słabowidzących „Cross”, następnie wieloletnim prezesem łódzkiego klubu. Znany wszystkim kręglarzom, jak i wielu szachistom, wśród których uchodzi za ciężkiego rywala. W tym roku świętuje 70. urodziny.

Skąd wziął się pomysł na zorganizowanie zawodów kręglarskich w naszym Stowarzyszeniu?

– Na początku, jak mówiłem „kręgle”, to machali na to ręką. Pomysł zrodził się – jak to zwykle bywa – przypadkowo. Mieliśmy w Łodzi spółdzielnię niewidomych na ulicy Tamka, przy której działało koło sportowe. Jeździliśmy w okolice Pilicy, na przykład do Smardzewic czy do Spały. W momencie kiedy powstała w Tomaszowie Mazowieckim kręgielnia klasyczna i lodowisko w ramach struktury Ośrodka Sportu i Rekreacji, wynajmowaliśmy sobie tory do gry na godzinę lub dwie i spędzaliśmy w ten sposób prawie każdą niedzielę. Tą drogą wszedłem w kontakt z osobami zarządzającymi obiektem, m.in. Pawłem Ciesielskim i Januszem Śnioszkiem, którzy wspomogli mnie organizacyjnie.

Pierwsze zawody odbyły się w 1998 roku i był to turniej klubowy. Dopiero rok później zorganizowaliśmy I Ogólnopolski Turniej o Puchar Ziemi Łódzkiej. Nie pamiętam szczegółów, bo wtedy jeszcze nie było do dyspozycji komputerów i nie mam zachowanych żadnych danych ani wyników. Dopiero trzeci turniej o puchar, zorganizowany w 2001 roku, został zarchiwizowany elektronicznie. Jako ciekawostkę można wyczytać, iż system rozgrywek wyglądał inaczej niż obecnie. Oto fragment sprawozdania z tych zawodów: „System rozgrywek – 100 rzutów wykonywano w dwóch etapach po 50 rzutów, w systemie łańcuchowym w eliminacjach, a w finale w systemie blokowym. W każdym etapie rozgrywano serię 10 rzutów na każdym z pięciu torów, szósty tor przeznaczony był do rzutów próbnych i rozgrzewki przed konkurencją. Każdy zawodnik wykonywał 100 rzutów punktowanych, a ich suma stanowiła o zdobytym miejscu w danej grupie. W turnieju startowało łącznie 54 zawodników z 11 klubów, w tym Bydgoszcz, Częstochowa, Grudziądz, „Tęcza” Poznań, „Ikar” Lublin, Łódź, Iława, Nysa, Olsztyn, Opole, Radom. Zawodników podzielono na następujące grupy: kobiety B1 – 5, B2 – 19, mężczyźni B1 – 8, B2 – 22”.

Po tych pionierskich imprezach już w 2001 roku zorganizowaliśmy w Tomaszowie Mazowieckim pierwsze mistrzostwa Polski. Chcieliśmy przez to podnieść rangę naszych zawodów. Odbywały się na podobnych zasadach jak wcześniejsze turnieje, ale zmienił się nieco system rozgrywek, ponieważ graliśmy na czterech torach po 25 rzutów. Dopiero bodajże w 2005 roku zwiększono liczbę rzutów do 120.

Po pierwszych mistrzostwach Polski pojawiła się możliwość sprawdzenia się na arenie międzynarodowej. Jak w tym przypadku udało się nawiązać kontakty z zagranicą?

– Do Trysteny zostaliśmy zaproszeni jako polska reprezentacja z ramienia Stowarzyszenia „Cross”. We wcześniejszych latach podobne zaproszenia na imprezy międzynarodowe otrzymywało Zrzeszenie Sportowo-Rehabilitacyjne „Start”, które jest członkiem IBSA, jednak wtedy nie było jeszcze zainteresowania tą dyscypliną, między innymi z powodu kosztów. Za którymś razem zaproszenie zostało przekazane do ośrodka szkolno-wychowawczego w Chorzowie, w którym działał klub „Karolinka”. Uczniowie z tego klubu jeździli na turnieje zagraniczne. Jednak w momencie, kiedy pojawiła się reprezentacja Polski w kręglach klasycznych, odebraliśmy telefon od pani Czesławy Koniecznej z zapytaniem, czy pojedziemy. Kiedy wyjeżdżałem do Trysteny, miałem pełnomocnictwo, by zaproponować organizację mistrzostw Europy w Polsce. Co ciekawe, za chwilę okazało się, że Chorwacja zrezygnowała z organizacji, a my jako beniaminek będziemy w Tomaszowie Mazowieckim gościć całą Europę już w 2003 roku.

Proszę spróbować wyjaśnić, kto był prekursorem kręgli klasycznych w naszym kraju. Pojawiały się głosy, że to klub z Chorzowa upowszechnił dyscyplinę wśród niewidomych.

– W szkole być może tak było. Jednak na arenie ogólnopolskiej to klub z Łodzi w 1999 roku jako pierwszy zorganizował zawody o zasięgu krajowym. Zawodnicy z chorzowskiego klubu na naszych zawodach pojawili się w 2002 roku z bardzo widowiskową i niebezpieczną techniką gry na tzw. pady, które podpatrzyli chyba od Chorwatów. W tym okresie pani Czesława Konieczna zdecydowanie nam pomogła, bo złapaliśmy kontakty międzynarodowe. Dzięki niej mieliśmy wiedzę, że takie mistrzostwa są organizowane. Jednak budowanie wspólnej drużyny nie szło łatwo. Były takie sytuacje na wyjazdach zagranicznych, gdzie trzeba było wykazać się dużą dyplomacją, by uniknąć nieporozumień.

Jak Pan ocenia początki rywalizacji międzynarodowej, a jak jest obecnie?

– Zaczynaliśmy w większości na ostatnich miejscach. Jak było osiem miejsc, to zajmowaliśmy ósme. W 2002 roku zaprosiłem na nasz turniej przed wyjazdem do Trysteny przedstawicieli IBSA, m.in. Jozefa Kolbaskiego. Razem z nim przyjechał jeden z niewidomych zawodników ze Słowacji, który rzucił ponad 600 p. na 100 rzutów. Zastanawiałem się, kiedy my będziemy robić takie wyniki, bo 300, 400 p. w kategorii B1 to były rzadkie przypadki. Teraz takie rezultaty nie są dla nas problemem.

Analizując to, jak na przestrzeni piętnastu lat zmieniły się metodyka treningu, sposób gry w kręgle i wyposażenie techniczne, nie sposób nie zauważyć, że właśnie zawodnicy i zawodniczki z kategorii B1 – osoby niewidome grające z zasłoniętymi oczami – zrobili największe postępy. Warto przypomnieć, że początki gry w bowling w naszym kraju nie przypominały tego, co widzimy obecnie. Jako anegdotę możemy wspominać, jak wyglądała gra zawodników z tej kategorii, kiedy stali w rozkroku i trzymali w obu rękach kulę bowlingową. Taki rzut ani nie miał siły, ani ustalonego kierunku. Sama gra nie przypominała tej typowo bowlingowej. Rzut był bardzo przypadkowy i nie dawał żadnej satysfakcji. Pamiętam, jak w 2004 roku na turnieju bowlingowym w Katowicach Słowak Pavel Kowac grający w kategorii B1 oddawał rzuty z jednej ręki, a linię wyrzutu wyznaczał mu jego kolega, który stawiał obok swój but jako punkt odniesienia do toru. Dopiero w 2008 roku, dzięki kontaktom ze środowiskiem niewidomych w Irlandii, pojawiły się pierwsze zdjęcia ramp do gry. Posłużyły one za materiał poglądowy, jak może wyglądać gra. Dzięki tym informacjom, kilku danym technicznym, zaangażowaniu ówczesnej przewodniczącej sekcji bowlingowej w Stowarzyszeniu „Cross” Ireny Curyło i kilku osób, którym zależało na rozwoju bowlingu w naszym kraju, takie poręcze zaczęły być stosowane również u nas. Od około pięciu lat zawodnicy i zawodniczki z kategorii B1 mogą powiedzieć i pokazać, że potrafią samodzielnie zagrać całą grę. Samodzielnie, ponieważ rola asystenta sprowadza się teraz do informowania, jak wyglądał oddany rzut i ostrzegania przed niepożądanym zdarzeniem.

Co Pana zdaniem można było poprawić na arenie międzynarodowej w trakcie tych 15 lat? Czy kierunek, który został obrany, był właściwy?

– Myślę, że dobrze nam szło. Może można było więcej osiągnąć przez lepszą organizację. Ja byłem trochę w cieniu tego wszystkiego. Gdy powołano Pawła Ciesielskiego na trenera kadry narodowej, wszedł on do sztabu szkoleniowego. Gdyby został z nami trochę dłużej i zaczął aktywnie uczestniczyć w podkomisji IBSA, moglibyśmy więcej osiągnąć. Na to trzeba mieć czas i osoby do pomocy w nawiązywaniu kontaktów. Były błędy logistyczne na wielu wyjazdach, których można było uniknąć.

A na arenie krajowej jakie popełniliśmy błędy?

– Myślę, że za wcześnie wprowadziliśmy podział na trzy kategorie startowe. Żeby dyscyplina szybciej się rozwijała, mogliśmy zostać przy kategoriach B1 i B2, a dopiero reprezentacja dzielona byłaby na B1, B2 i B3. Niczemu by nie przeszkadzał taki podział wewnętrzny, a tak była szarpanina przy regulaminach. Można było zrobić prosty podział: nie widzisz – jesteś w B1, pozostali w B2. Byłaby większa konkurencja w B2, wyniki by przez to rosły.

Czy Pana zdaniem była szansa, by nie wchodzić w struktury PZKręgl, czy jednak było to nieuniknione?

– Według ówczesnych dokumentów było to nieuniknione. Aby dalej otrzymywać dofinansowanie z Ministerstwa Sportu i Turystyki, trzeba było należeć do związku sportowego, a „Cross” związkiem nie był. Gdyby w 1999 roku była uchwała o powołaniu związku sportowego na bazie „Crossu”, podobnie jak ZSR „Start”... Było dużo przeszkód, statut był niejednoznaczny. Musieliśmy się określić, czym chcemy być – stowarzyszeniem czy związkiem. Powstał ZKF „Olimp”. Jednak pojawił się kolejny problem, ponieważ jeśli „Olimp” przejmie wyczyn, to na upowszechnianie może nie być już pieniędzy, bo trzeba będzie starać się o nie lokalnie. W PZKręgl pieniądze są niewystarczające, a jeśli nie ma ich na działalność, treningi, to po co się pchać w kosztochłonne mistrzostwa. Część imprez międzynarodowych była zbyt droga i należało wysyłać tylko najsilniejszych zawodników, tak jak to robiły inne kraje.

Kiedy patrzy Pan na kręgle z perspektywy czasu, to czy nie ma Pan wrażenia, że dyscyplina powoli się zwija”?

– Oczywiście, że dyscyplina „zwija się”, bo brakuje działaczy i dopingu. Na początku wszyscy patrzyli na kręgle z podziwem. Było zainteresowanie władz, sam prezes Piotr Dukaczewski na jednych z pierwszych mistrzostw Polski wręczał nagrody i puchary. To była siła w tym czasie. Drugiej takiej sekcji nie było. W jednym z Pucharów Ziemi Łódzkiej uczestniczyło ponad 180 zawodników. Nowi zawodnicy nie mieli możliwości poznania zasad gry, więc dawało im się taką szansę do gry na szóstym torze jako treningowym. Widać wypalenie zawodników. Nie ma zbyt wielu nowych osób. Kadra się nie zmienia, a potrzeba świeżej krwi. Pamiętam, jak kiedyś zawodniczka, która po raz pierwszy zdobyła szóste miejsce, po otrzymaniu dyplomu bardzo się cieszyła, bo to był dla niej sukces. A po pewnym czasie, kiedy wraz ze wzrostem umiejętności zdobyła kolejne puchary, zastanawiała się już, gdzie je postawić. Jednym celem jest gra i rywalizacja, a drugim – chyba nawet ważniejszym – jest integracja środowiska. Dlatego były organizowane wieczorki, uroczyste kolacje z wręczaniem pucharów.

Przez te 16 lat na pewno było wiele zabawnych i niesamowitych zdarzeń. Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci?

– Było tego sporo. Na początek trzeba wspomnieć pierwsze rzuty i turnieje w Tucholi. Jak się rzuciło za lekko, to kula stawała w miejscu, ale jak już doleciała, to jak by nie rzucić i tak minimum było strąconych sześć kręgli. Ta kręgielnia była miejscem zgrupowania kadry Polski przed wyjazdem do Czech w 2006 roku. Po przygotowaniach na tym obiekcie jedna z reprezentantek w kategorii B1 rzucała na mistrzostwach Europy wypracowaną właśnie techniką i z podobną siłą, jednak kule nie dolatywały do kręgli. Taki był efekt tucholskiej kręgielni. Byli tacy zawodnicy, którzy grali w rękawiczkach – po to, by kula lepiej trzymała się dłoni. Inni z kolei smarowali ręce kremem przed grą. Kiedyś na półfinale bowlingowym w Łodzi dzięki sponsorom była do wygrania nagroda rzeczowa – pralka. Ale okazało się, że są dwa półfinały. Odkręcaliśmy sprawę, bo jak podzielić jedną pralkę na dwa półfinały? Na szczęście udało się ją wymienić na dwie kuchnie gazowe. W Tarnowie, na pierwszym szkoleniu z używania barierek do gry w bowling w kategorii B1, Salomea Walkowiak przerzuciła kulę na tor obok do Mieci Stępniewskiej. Z kolei, było to w Tomaszowie Mazowieckim, Leszek Pacut spośród licznych rad kolegów udzielanych nowym zawodnikom wziął sobie do serca taką, że lekkie rzuty dają pewność, że kula wejdzie w środek kręgli. Rzut był tak lekki, że kula dotknęła kręgli, odbiła się i cofnęła.

Po pewnym czasie pojawiły się inne osoby, które, idąc Pana śladem, zaczęły organizować turnieje. Zaczęły się też turnieje bowlingowe. Kto był tym największym motorem?

– Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Osoby te, widząc, jak to się rozwija – że ludzie chcą grać – zaczęły organizować swoje imprezy. To trzeba docenić. W zasadzie wszyscy organizowali turnieje profesjonalnie. Ja, kiedy organizowałem pierwsze turnieje, robiłem je trochę na wyczucie. Noclegi były w jednym miejscu, posiłki w innym. Były tarcia, kto z kim i gdzie będzie zakwaterowany. Inni organizatorzy mieli już nieco łatwiejsze zadanie. Pytali mnie o wiele praktycznych aspektów organizacyjnych. Niewątpliwie swój duży udział w rozwijaniu dyscypliny mieli koordynatorzy, tacy jak: Kazimierz i Irena Curyłowie, Joanna Staliś, Janusz Wróbel (w momencie publikacji obecny z nami duchem) czy Michał Czarski.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Wojciech Puchacz
aaa
wiadomości
Biathlon

  1   2   3   4


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość