Strona główna

Czeski Cieszyn nie zmieni nazwy


Pobieranie 120.06 Kb.
Strona1/5
Data18.06.2016
Rozmiar120.06 Kb.
  1   2   3   4   5

Czeski Cieszyn nie zmieni nazwy

mac
2007-09-24, ostatnia aktualizacja 2007-09-24 19:50

Radni Czeskiego Cieszyna odrzucili w poniedziałek wniosek o zmianę nazwy miasta na Cieszyn


Z wnioskiem o zmianę nazwy miasta na T'š~n wystąpił niedawno Karol Cieślar, architekt z Czeskiego Cieszyna. Argumentował, że obecna nazwa - Eeský T'š~n - jest sztuczna i została nadana części miasta po jego podziale w 1920 roku. Jego zdaniem, to relikt przeszłości przypominający czasy, gdy odcinano się od sąsiadów. Twierdził też, że Cieszyn nie leży w geograficznych Czechach, tylko na Śląsku, a nazwa miasta bez dodatku "czeski" już od dawna jest używana w codziennym życiu za Olzą.

Władze Czeskiego Cieszyna od początku uważały inicjatywę za chybioną. Tłumaczyły, że nowe miasto powstało w 1920 roku właśnie jako Czeski Cieszyn i nie miało wcześniej innej nazwy.

Jednak w poniedziałek, zgodnie z procedurą, wnioskiem zajęli się radni Czeskiego Cieszyna. Przeważającą większością odrzucili pomysł zmiany nazwy miasta. - Radni przekonywali, że byłoby to kłopotliwe dla mieszkańców i spowodowałoby duże koszty związane ze zmianą dokumentów. Ale pojawiły się też głosy, że zmiana nazwy mogłaby wywołać niepotrzebne konflikty. Odrzucono również argument geograficzny, bo są inne miejscowości, które na przykład mają w nazwie "Morawski", a leżą w geograficznych Czechach - mówi Dorota Havl~ková, rzeczniczka Urzędu Miasta w Czeskim Cieszynie.

http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,4517271.html

Sojusz z Hitlerem był lepszy !


 

Rozmowa dziennikarza gazety Czas z historykiem, profesorem Pawłem Wieczorkiewiczem.

Czas: Powiedział pan w jednym z wywiadów, że moglibyśmy w 1939 r. zawrzeć sojusz z Niemcami i razem walczyć z Rosją. Czy byłoby to dla nas o wiele korzystniejsze?

Dziś, tyle już lat po wojnie, trzeba po prostu zbadać, czy Polska miała jakąkolwiek sensowną alternatywę polityczną w 1939 roku. Kampania wrześniowa zakończyła się dla nas porażająca, największą w historii narodu polskiego klęską. Co prawda klęskę poprzedził bohaterski opór, ale nigdy w historii państwo polskie nie zostało zlikwidowane w ciągu 4-6 tygodni.



Czy można było tej tragedii uniknąć?

Alternatywą nie było porozumienia ze Związkiem Sowieckim, bo Sowieci żądali wszystkiego, czyli całych Kresów Wschodnich. Drugim partnerem byli Niemcy. Myślę, że szukając wyjścia z matni, w jakiej znalazła się nie ze swojej winy Polska w 1939 r. należało głębiej sięgnąć do testamentu marszałka Piłsudskiego. Minister spraw zagranicznych Józef Beck, który był politykiem wybitnym, ale nie mężem stanu, nie potrafił do końca pojąć przesłania Piłsudskiego, z którego wynikało, że Polska do wojny powinna wejść ostatnia, a w każdym razie nie wolno jej wejść jako pierwszej. Nie wolno także dopuścić do tego, aby wojna toczyła się na terytorium Polski. Jedynym rozwiązaniem, które te zalecenia pozwoliłyby wypełnić, to przyjęcie warunków niemieckich.



Czego Niemcy chciały w 1939 roku od Polski?

Hitler chciał od Polski uczciwego sojuszu. Nie było mowy o żadnych cesjach terytorialnych. Gdańsk nie był polski. Był wolnym miastem, ale miastem niemieckim i włączenie go do Rzeszy było dosyć naturalne. Pozostałe żądania zmierzały do tego, żeby Polska dawała gwarancję swojej lojalności sojuszniczej. Chodziło o neutralność podczas wojny Niemiec z Francją, bo od tego miała się zacząć II wojna światowa, i o wspólną wyprawę na Związek Radziecki.



Jakie byłyby tego dalsze konsekwencje?

Myślę, że gorzej niż było, już być nie mogło. Myśmy tak wiele przegrali w 1945 roku, że trudno wyobrazić sobie gorszy scenariusz. Możemy tylko fantazjować, co by się zdarzyło przy innym scenariuszu. Skłonny jestem sądzić, że w sojuszu z Polską Niemcy wygrałyby wojnę. Brzmi to może szokująco, ale zastanówmy się, czy lepiej byłoby Polakom i narodom europejskim pod władzą Józefa Stalina czy Hitlera.



A jak pan sądzi?

Komunizm sowiecki był najbardziej niszczący pod każdym względem. Narodowy socjalizm nie prześladował własnych obywateli. Przy błyskawicznym zwycięstwie w wojnie, być może Niemcy sprawę żydowską rozwiązaliby inaczej, na przykład poprzez masowe emigracje. To oczywiście hipoteza.



Często mówi pan lub pisze o niebezpieczeństwie istnienia pewnych mitów związanych np. z Powstaniem Warszawskim. A jakie mity powstały na bazie wydarzeń z 1939 roku?

Pierwszy mit mówi o tym, że Hitler chciał zniszczenia Polski od samego początku. Oczywiście, chciał tego zniszczenia, ale od momentu, kiedy Polska związała się z Wielką Brytanią i wystąpiła przeciwko niemu. Do tej chwili nie ma żadnego śladu po wypowiedzi Hitlera nieprzychylnej wobec państwa polskiego. Miał rację Piłsudski kiedy mówił, że Hitler był pozbawiony antypolskich fobii, a nawet oferował ścisły sojusz. Ta prawda jest całkowicie skrywana.

Po drugie - Hitlerowi najmniej zależało na wybuchu wojny w 1939 roku. Zabiegał o to Stalin i dyplomacja brytyjska. Premier Neville Chamberlain chciał położyć kres pokojowym podbojom Hitlera. Obawiał się przejścia Polski do obozu niemieckiego. Polska została wystawiona przez Brytyjczyków zawarciem sojuszu brytyjsko-polskiego i gwarancjami brytyjskimi.

Z tego, co pan mówi, wynika, że polskim politykom zabrakło wyobraźni, wprawy, umiejętności. A może staliśmy się ofiarami sowieckiej agentury?

Nie tylko. Zabrakło indywidualności politycznej w polskim kierownictwie politycznym. Myślę, że dwie osoby z żyjących wówczas polityków potrafiłoby unieść ten ciężar. Chodzi o Kazimierza Sosnowskiego, odsuniętego od władzy, i Walerego Sławka, zmuszonego do samobójstwa. Prezydent Mościcki, generał Sławoj-Składowski i Rydz-Śmigły nie byli ludźmi takiego formatu, aby unieść tego typu strategiczną decyzję.

Pojawia się jeszcze jeden argument przeciw sojuszowi z Niemcami. Pytamy, czy społeczeństwo pozwoliłoby na takie rozwiązanie. Śmiem mieć inny pogląd.

Społeczeństwo Węgier czy Rumunii wcale nie było proniemieckie, a jednak musiało przyjąć decyzję swoich rządów. W Polsce też wystarczyło kilka miesięcy obróbki medialnej i przypomnienie, kto był historycznym wrogiem Polski. Byliby oczywiście przeciwnicy sojuszu z Niemcami, np. W Poznaniu czy w szeregach Narodowej Demokracji, ale to jeszcze nie cała Polska.



http://www.silesia-schlesien.com/artikel/artikel/article/16/humor//sojusz-z-hitlerem-byl-lepszy.html

Gdańsk, dnia 24 września 2007 r.

K O M U N I K A T

Biura ZG ZKP

z zebrania Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko Pomorskiego w dniu 19-09-2007

w sprawie rekomendacji dla ubiegających się o mandaty poselskie i senatorskie

w wyborach parlamentarnych 2007 r.

Biuro Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko Pomorskiego informuje , że Zarząd na swoim zebraniu w dniu 19 września 2007 r. wykonując uchwałę nr 13 Rady Naczelnej Zrzeszenia Kaszubsko Pomorskiego z dnia 25-08-2007 r. postanowił, że zasięgnie opinii właściwych dla Kandydatów do Parlamentu Oddziałów w dniu 24-09-2007 r. i tego samego dnia, po zapoznaniu się z treścią powyższych opinii, przeprowadzi głosowanie w sprawie ewentualnego udzielenia rekomendacji Kandydatom w imieniu Zrzeszenia Kaszubsko Pomorskiego. W dniu dzisiejszym, tj. 24-09-2007 r. Zarząd Główny udzielił rekomendacji następującym kandydatom, członkom naszego Stowarzyszenia:


  1. Fijas Jerzy – Platforma Obywatelska, okręg gdyński, kandydat do Sejmu.

  2. Jabłoński Artur – Polskie Stronnictwo Ludowe, okręg gdyński, kandydat do Sejmu.

  3. Jank Stanisław - Polskie Stronnictwo Ludowe, okręg gdyński, kandydat do Senatu.

  4. Kleina Kazimierz – Platforma Obywatelska, okręg gdyński, kandydat do Senatu.

  5. Kulas Jan – Platforma Obywatelska, okręg gdański, kandydat do Sejmu.

  6. Smoliński Kazimierz – Prawo i Sprawiedliwość, okręg gdański, kandydat do Sejmu.

Jednocześnie ze względu na brak opinii macierzystych Oddziałów w Wierzchucinie i Krokowej oraz z uwagi na postawę w pracach w Sejmie nad ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym Zarząd odmówił rekomendacji Kazimierzowi Plocke.



Z poważaniem

Jerzy M. Bujak

dyrektor Biura ZG ZKP

Maria Ramirez/08:00

Belgia w rozkładzie

Obok osoby króla, reprezentacji piłkarskiej i kilku gatunków piwa Belgowie mają jeden wspólny skarb: Brukselę

Teraz, gdy federacja pogrążyła się w kryzysie prowadzącym być może do rozpadu, Europę intryguje zwłaszcza jedno pytanie: co dalej z unijną stolicą?

W wielu krajach europejskich istnieje zwyczaj celebrowania ukończenia pierwszych stu dni urzędowania gabinetu nowego premiera. Ale nie w Belgii. Tam obchodzi się, i to nie po raz pierwszy, setny dzień bez rządu. A debata o podziale kraju i o tym, co zrobić z Brukselą, staje się coraz bardziej burzliwa.

Yves Leterme, flamandzki nacjonalista, zdobył najwięcej głosów w wyborach 10 czerwca, ale dotąd nie udało mu się utworzyć rządu. Twierdzi, że "jedyne, co Belgowie mogą mieć wspólnego, to król, drużyna piłkarska i niektóre rodzaje piwa". Jednak jeśli wziąć pod uwagę skandale w rodzinie królewskiej, słabe wyniki piłkarzy i kiepski marketing produktów z jęczmienia, okaże się, że to, co tak naprawdę łączy ze sobą francuskojęzyczną Walonię i bogatszą, posługującą się językiem niderlandzkim Flandrię, to Bruksela. Siedziba Unii Europejskiej i NATO, jedyny oficjalnie dwujęzyczny obszar w kraju, chociaż zdominowany obecnie przez języki francuski i angielski, jest tematem niekończącej się debaty. Nie ma zgody co do kwestii, do którego regionu należałoby włączyć miasto.

Do tej pory autonomia Brukseli wydawała się równie nierealna jak podział kraju. Kiedy w grudniu francuskojęzyczna telewizja publiczna RTBF podała fikcyjną wiadomość, że Flamandowie proklamowali niepodległość, Belgii już nie ma, a król Albert II uciekł do Kongo, wydawało się, że jest to jedynie kolejny przykład belgijskiego humoru.

Dziś jednak perspektywa podziału kraju to już nie żart – w procesie formowania rządu zapanował impas. Zgodnie z prawem musi w nim znaleźć się taka sama liczba ministrów z partii walońskich i flamandzkich, ponieważ w kraju żyją obok siebie dwie grupy narodowe. Yves Leterme nie zdołał przekonać francuskojęzycznych obywateli do federalnej reformy prowadzącej do dalszej separacji obu grup. Nawet Béatrice Delvaux, redaktor naczelna francuskojęzycznego konserwatywnego dziennika "Le Soir" uważa, że podział kraju jest "plausible" ( fr. prawdopodobny). "Brutalna rzeczywistość jest taka, że mamy poważne powody do rozwodu, a napięcia i konflikty są tu głęboko zakorzenione" – pisze pani Delvaux, chociaż wciąż wierzy, że Bruksela będzie łączyć kraj co najmniej przez najbliższe pięć lat.

Po 100 dniach tymczasowego rządu "Le Soir" poświęcił okładkę różnym możliwym scenariuszom dla Brukseli, opatrując je hasłami w stylu "Belgia nie żyje". Walonowie i Flamandowie doszliby do porozumienia tylko wtedy, gdyby Bruksela przekształciła się w niezależny stan na wzór Waszyngtonu lub w dystrykt europejski zarządzany częściowo przez Unię Europejską i finansowany z unijnego budżetu. Trudno wyobrazić sobie, aby Komisja Europejska organizowała wywózkę śmieci z miasta, ale jej administracja w porozumieniu z władzami lokalnymi mogłaby przejąć odpowiedzialność za nowe miasto.

Leterme brał już pod uwagę takie rozwiązanie (a przynajmniej go nie odrzucił) podczas sierpniowych negocjacji kilku członków flamandzkiej partii socjalistycznej opowiedziało się za przyznaniem stolicy wyjątkowego statusu. – Oznaczałoby to ogromne zmiany. Potrzeba by było więcej pracowników. Należałoby też zwołać konferencję międzyrządową, by wprowadzić odpowiednie poprawki w Traktacie Europejskim – wyjaśnia ekspert Komisji do spraw administracyjnych.

Bruksela generuje około 20 procent belgijskich dochodów, a mogłaby przynosić jeszcze więcej, gdyby wszyscy urzędnicy i dyplomaci (a jest ich w sumie ponad 30 tys.) płacili miastu większe podatki (większość jest z nich zwolniona na okres co najmniej trzech lat). Jednak kiedy już rozpocznie się debata na ten temat, może się okazać, że każdy z 27 krajów zechce przejąć unijne instytucje stolicy. Przy okazji może odżyć dyskusja o nadmiernych kosztach związanych z podróżowaniem eurodeputowanych między Strasburgiem, Brukselą a Luksemburgiem, a tej kwestii państwa członkowskie Unii w jej pierwotnym składzie nie chcą poruszać.

Może właśnie dlatego koledzy Karela de Gutcha, tymczasowego belgijskiego ministra spraw zagranicznych, nie chcieli dolewać oliwy do ognia podczas ostatniego spotkania koło Porto. Belgijscy dyplomaci odmówili kontaktu z brytyjskim tygodnikiem z "The Economist", który opublikował ostatnio obszerny artykuł o tym, "dlaczego nadszedł moment, by zlikwidować" Belgię. Autorzy tekstu dowodzili, że kraj ten spełnił już swoje najważniejsze zadania: stworzył Tintina, Magritte’a i świetną czekoladę, a teraz może przeprowadzić rozwód, kiedy tylko zechce.

Szefowie instytucji mających siedzibę w Brukseli również wolą zachować dyskrecję. José Manuel Durao Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, pytany przez nas o opóźnienie w formowaniu belgijskiego rządu chwalił jedynie "demokrację" i podkreślał "trudności w podejmowaniu decyzji w ramach federacji", nawet w przypadku tak małego kraju. Na tle tych trudności jeszcze bardziej imponujące jest tempo, w jakim działa Unia Europejska składająca się z 27 krajów.

Sami mieszkańcy Brukseli nie poświęcają zbyt wiele uwagi źródłom, z jakich finansowane jest ich miasto. Kilka miesięcy temu Barroso, najbardziej znana twarz Komisji, przyszedł z synem do szpitala w dzielnicy europejskiej. Tam – jak opowiada naoczny świadek – rejestratorka wypytywała go z niewzruszonym spokojem, nie mając najwyraźniej pojęcia, z kim rozmawia: "Nazwisko?" – "Durao Barroso". "Zawód?" – "Urzędnik Unii Europejskiej". "Czy jest pan ubezpieczony?".

http://wiadomosci.onet.pl/1439725,2678,kioskart.html

Spór o o finansowanie uroczystości związanych z beatyfikacją

Kontrowersje w sprawie udzielenia pomocy finansowej dla gminy Nysa na obchody uroczystości beatyfikacji Marii Merkert. Władze samorządowe przyznały na ten cel 100 tysięcy złotych. Andrzej Mazur, radny województwa podczas sesji zaproponował, aby połowę tej sumy przeznaczono na akcję "Podziel się posiłkiem". Jak dodał, równolegle do

uroczystości beatyfikacyjnej w Nysie, w Kędzierzynie-Koźlu rozpoczyna się akcja zbierania pieniądzy na dożywianie dzieci. A na nią samorząd nie przeznaczył ani grosza.

Radny Norbert Krajczy odbija piłeczkę, twierdząc że propozycja Andrzeja Mazura to gra polityczna.


Uroczystości beatyfikacyjne Marii Merkert będą kosztować blisko milion złotych. Jak powiedział przewodniczący Sejmiku Wojewódzkiego, Bogusław Wierdak z Platformy Obywatelskiej, około 800 tysięcy będzie pochodzić ogólnie z budżetu starostwa nyskiego. W tej kwocie będą mieścić się fundusze samego starostwa, miasta, zakonu elżbietanek, wojewody, i innych podmiotów. Władze miasta spodziewają się blisko 30 tysięcy gości.



http://www.radio.opole.pl/wiadomosci,20209.html
  1   2   3   4   5


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość