Strona główna

„cztery dni


Pobieranie 47.46 Kb.
Data17.06.2016
Rozmiar47.46 Kb.
„CZTERY DNI”

Przez sen czuję, jak coś wwierca mi się w mózg. Uporczywie i bardzo nieprzyjemnie, wręcz boleśnie. Z początku nie kojarzę, co to takiego. Z czasem dociera do mojej świadomości, że jest to.... jakaś muzyka ?...hymn? O tak – jakiś idiota w niedzielę rano na cały regulator słucha hymnu. Wkurzony maksymalnie wstaję z hotelowego łóżka... ktoś coś mówi, jakby to było jakieś przemówienie. Wychodzę na hotelowy korytarz z ręcznikiem na ramieniu, widzę kilku znajomych studentów zaocznych, którzy także niewiele rozumieją z całej sytuacji. „No co jest” ?- pytam kogoś. „Wojna” – odpowiada z przerażoną miną. „Mam Cię gdzieś” - myślę i idę do łazienki. Za godzinę kolejne wykłady z historii ruchu robotniczego na Uniwerku. W łazience jakaś grobowa cisza, myjemy zęby, twarze...nikt nic nie mówi. Dociera do mnie, że coś jednak stało się poważnego. Wracając do pokoju po rzeczy, już wiem, że komuniści ogłosili stan wojenny. Wojenny? A nie wyjątkowy? Tramwaj, grupka jadąca na zajęcie także jakaś cicha, nawet nie rozmawiamy ze sobą, mijamy żołnierzy, milicjantów. Wojskowe samochody. Na uczelni nie ma zajęć, właściwie to nie są odwołane, ale gdzie to możliwe, włączone są telewizory. Przemawia generał, odtwarzany jest hymn. I te słowa, że „nasz kraj stanął nad przepaścią”, że „w imię racji stanu”.... itd. Część zaocznych studentów z roku szybko się żegna i opuszcza Uniwerek. Już wiem, że to albo studiujący „milicjanci”, albo aktywiści partyjni, albo działacze PRON. Tych nazywaliśmy „pronciami”. Koleżanka ma łzy w oczach. Miała plany na zimowy wyjazd w góry. „Ja ich zamorduję” - mówi przez łzy. „Cóż Ty wiesz, dziewczyno ?” – pytam siebie w myślach. „Cóż Ty wiesz??” Bliżsi koledzy pytają: „No i co będzie?”. Wiedzą, że jestem zaangażowany w Solidarności. „Będziecie strajkować?” - pytają. „Pewnie” – odpowiadam butnie. „W gorzowskim Stilonie jest nas prawie 9 tysięcy związkowców. W kraju jest nas prawie 10 milionów! Kto zgniecie taką siłę? KTO? No, chyba że Ruscy, ale o interwencji ZSRR nic w przemówieniu Jaruzelskiego nie słyszałem”. Zajęcia kończą się szybko, po 2-3 godzinnej dyskusji o przyczynach wprowadzenia stanu wojennego. Do Gorzowa wracam pociągiem. W dwóch przedziałach siedzi podpite towarzystwo wracające z wesela. Wódka leje się strumieniami, wypijam ze dwa - trzy kieliszki. „Siekiera, motyka , dwa wagony, Jaruzelski pier....ny”. Teksty jak za niemieckiej okupacji. „Jesteśmy coraz silniejsi, coraz bardziej pewni siebie. Dzień, dwa, a pokażemy komunistom ich miejsce w szeregu”. Do Gorzowa dojeżdżam po południu. Dreszcz mnie przechodzi dopiero wtedy, gdy w witrynie sklepowej „Biedronki”, mieszczącej się na rogu Dworcowej i Sikorskiego, zobaczyłem Obwieszczenie o Wprowadzeniu Stanu Wojennego. Czarne litery bijące w oczy, biel papieru i ….treść.


-2-
Przyjeżdżam do mieszkania przy ul. Krańcowej. Matka gospodyni, od której wynajmujemy jeden 17 metrowy pokój pyta, czy słyszałem o stanie wojennym. „Tak, coś słyszałem...ale gdzie jest moja żona?” – pytam. „Teresa, jak tylko usłyszała przemówienie, poleciała do Stilonu” – odpowiada pani Maria. „No tak” – myślę sobie – „jest przecież członkiem Prezydium Komisji Zakładowej - być teraz w Zakładzie to wręcz obowiązek”. Idę do Stilonu , na bramie wartownik ani myśli mnie wpuścić. Nie pomagają tłumaczenia, że pracuję w radiowęźle zakładowym, że muszę sprawdzić, co ze sprzętem itd. „Jak będzie pan potrzebny, dostanie pan wezwanie”. „Cholera, trzeba będzie skakać przez płot, jak Wałęsa” – myślę sobie. Drugi strażnik odciąga mnie na bok. „Panie Zbyszku, całe Prezydium zostało zamknięte, wszystkich zgarnęli i chyba już siedzą na „dołkach” – mówi. Co robić? Iść na milicję, na dołki i się dopytywać? Iść do Muzeum Zakładowego, które znajdowało się w naszej strukturze organizacyjnej? Wybieram właśnie to. Próbuję telefonicznie ( wewnątrz stilonowska sieć telefoniczna działała) znaleźć Teresę. Już wiem, że nie wszyscy członkowie Prezydium zostali zatrzymani, dwoje jest na wolności. Przedstawiam się kolejnym rozmówcom i zostawiam numer, pod którym czekam na wiadomość od Teresy. Wreszcie dzwoni. Rozmowa krótka – „Muszę zorientować się w sytuacji, kto jest na wolności, kogo zamknęli. Chyba coś zorganizujemy. Wyjdę przez bramę główną razem z II zmianą. Czekaj na mnie”. Już wiem, że będą potrzebne śpiwory, cieplejsze ubranie, coś do jedzenia

i picia.

Jadę do mamy na drugi koniec miasta. Łzy z jednej i z drugiej strony. Mama widzi, co zabieram ze sobą. Wiozę tramwajem śpiwory, jedzenie, ciepłe wełniane swetry do Muzeum Zakładowego. Po drodze nie widzę żadnych demonstracji, żadnych protestów. W tramwaju cicho i ..ponuro. Czuję się chyba tak, jak czuli się młodzi chłopcy wyruszający na wojnę w 1939 roku. Na zewnątrz dumny i butny, w środku przestraszony. O godzinie 22,00 czekam na Teresę pod bramą. Wreszcie jest, widzę ją - ciepłe przywitanie. „Mam śpiwory, coś do jedzenia” – mówię. „Idziemy do Muzeum, pogadamy, opowiesz o nastrojach, zobaczymy, co dalej”– dodaję. Do późnej nocy dyskutujemy, leżąc na podłodze w jednym z pomieszczeń. Przecież na kilka dni przed stanem wojennym, z ankiety rozprowadzanej przez zakładową Solidarność wśród pracowników wynikało, że w przypadku wprowadzenia STANU WYJĄTKOWEGO ( bo o tym się mówiło), ponad 90% pracowników opowiada się za strajkiem generalnym w kraju. „Co jest? Dlaczego nikt nie protestuje?”- pytamy siebie, nie znajdując odpowiedzi. Przecież nie można 10 milionów członków zastraszyć stanem wojennym – tłumaczymy sobie, nie bardzo wierząc w to, co mówimy. W międzyczasie dowiaduję się telefonicznie od swojego kierownika, że zostaję tymczasowo odsunięty od pracy w radiowęźle i od poniedziałku mam podjąć pracę w Muzeum Zakładowym.

-3-
Rano o godz. 5.00 pobudka. Teresa idzie na I zmianę rozpoczynającą się o godz. 6.00. „Przyjdę później” – mówię. „Daj znać, jaka jest atmosfera, czy będzie strajk, czy nie”.

O godzinie 7.30 przez okno z Muzeum, (dzisiejsze Miejskie Centrum Sztuki) graniczącego z terenem Stilonu, wchodzę na Zakład. Idę ma Wydział Mechaniczny uchodzący za kolebkę Solidarności i najradykalniejszy Wydział. Jest już tam kilkuset pracowników. Dyskusja, dlaczego wprowadzono stan wojenny, kto komu wypowiedział wojnę, kogo zamknęli, co robić. Dowiadujemy się, że postanowienie o internowaniu objęło 3 osoby z Prezydium Komisji Zakładowej: Stefanię Hejmanowską, Wojciecha Wróblewskiego i Zbigniewa Romanowskiego oraz Wacława Bukiana ,członka Komisji Zakładowej. Zbigniew Romanowski przebywał wówczas na urlopie i uniknął na pewien czas internowania. Wacław Bukian na skutek przeżyć związanych z internowaniem doznał zawału serca i został skierowany na oddział intensywnej terapii w szpitalu miejskim. Bezpośrednio po obradach Krajowej Komisji Koordynacyjnej w Gdańsku zatrzymany został przewodniczący Solidarności stilonowskiej Anatol Konsik. Internowano także Franciszka Konaszewicza, członka Prezydium Zarządu Regionalnego pełniącego tę funkcję z ramienia stilonowskiej Solidarności.

Na Wydziale Mechanicznym gromadzą się już ludzie z innych wydziałów : Energetycznego, Wykonawstwa Inwestycji (SOWI), a także indywidualni pracownicy innych komórek. W momencie gdy w hali wydziałowej pojawia się dyrektor Stilonu Edward Szyc w towarzystwie I sekretarza Marka Polskiego, komisarza wojewódzkiego - pełnomocnika Komitetu Obrony Kraju płk Edmunda Kubiaka oraz oficerów Wojska Polskiego, liczba zgromadzonych wynosi ponad 1,5 tys pracowników. Płk Kubiak uzasadnia przyczynę wprowadzenia stanu wojennego, odpowiada na pytania zgromadzonych o zgodność tej decyzji z konwencjami Międzynarodowej Organizacji Pracy oraz porozumieniami sierpniowymi. Odpowiedzi są wymijające, delegacja wojskowa zostaje wygwizdana. Zgromadzeni, po wyjściu wojskowych, rozpoczynają formułować postulaty oraz wybierać Komitet Strajkowy. Ostatecznie formułują 3 postulaty, od spełnienia których uzależniają zakończenie strajku:



  • zniesienie stanu wojennego na terenie kraju, przywracając tym samym działalność związkom zawodowym,

  • uwolnienie internowanych pracowników przedsiębiorstwa

  • nierepresjonowanie osób uczestniczących, organizujących i wspomagających strajk.

Termin spełnienia postulatów określono na 16 grudnia 1981 roku do godziny 9.00. W przeciwnym razie zgromadzeni grożą wstrzymaniem procesu technologicznego aż do całkowitego zatrzymania produkcji.

-4-

Jednocześnie podejmują próbę ujęcia protestu w ramy organizacyjne. Znajduje się wzmacniacz, mikrofon, kolumny głośnikowe, na hali tworzymy punkt informacyjny, powołana zostaje tzw. straż robotniczą mającą zabezpieczyć bramy wjazdowe i nie dopuścić do wnoszenia alkoholu na teren przedsiębiorstwa. Wyznaczono dowódców straży. Mnie przypada obsługa punktu informacyjnego, bowiem do wczoraj, do 13 grudnia, pracowałem w radiowęźle.

Na wszystkich bramach wjazdowych wywieszamy flagi Solidarności i transparenty informujące mieszkańców o sytuacji w Stilonie. Na teren przedsiębiorstwa zaczynają napływać grupy pracowników z innych gorzowskich zakładów: Elektrociepłowni, Zakładów Mechanicznych „Ursus” – Gorzów, Gorzowskiego Kombinatu Budownictwa Przemysłowego, WSS Społem, Gorzowskiego Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych. Grupie z Elektrociepłowni przewodzi mój kolega z podwórka, Jurek Trembacz. Podziwiam ich determinację, bowiem nie dość, że ich zakład został zmilitaryzowany - co oznaczało, że polecenie przełożonego traktowane jest jako rozkaz ze wszelkimi konsekwencjami odmowy - to pracownicy zagrozili, że w przypadku wprowadzenia oddziałów milicji czy ZOMO na teren Stilonu, wyłączą całkowicie dopływ prądu dla znacznej części miasta – w tym oczywiście i naszej firmy. Pod koniec I zmiany liczba zgromadzonych w hali Wydziału Mechanicznego wynosi – w mojej ocenie- nawet do 2,5 tysiąca ludzi.

Około południa do strajkujących w Stilonie przybywa owacyjnie witany Anatol Konsik, przewodniczący Solidarności. Do hali wnoszony jest na ramionach. Śpiewamy mu „Sto lat”, hymn państwowy. Wszyscy oczekujemy wiadomości z pierwszej ręki. Konsik mówi w jakich okolicznościach został zatrzymany w Gdańsku, ocenia sytuację w kraju, ale.... apeluje o rozsądek

i zaprzestanie strajku, bo nie ma odwrotu od wprowadzenie stanu wojennego. Konsternacja ...

i gwizdy. Nie możemy uwierzyć, że nasz przywódca, nasz lider, którego darzymy ogromnym zaufaniem, apeluje o zakończenie strajku. „ Jak to?”- pytamy- „To my stanęliśmy w Waszej obronie, między innymi i Twojej, a Ty tu mówisz o zakończeniu strajku? Ty - nasz lider?!” Nie możemy uwierzyć...a jednak. Co robić dalej? - trwają dyskusje o szansach strajku. Najbardziej pożądaną informacją jest ta, ile gorzowskich zakładów podjęło akcje protestacyjne? Co zrobić, jeśli ZOMO wejdzie na teren Stilonu?

Ale Komitet Strajkowy zaczął już działać. Dowódcy straży robotniczej dostają polecenie, by przyjaźnie zachowywać się w stosunku do żołnierzy stojących po drugiej stronie bram wjazdowych, częstować ich gorącą herbatą bądź kawą, wyjaśniać przyczyny strajku. O godz. 17.00 próba negocjacji pomiędzy dowódcami wojskowymi a strajkującymi. Do bloku administracyjnego udaje się delegacja strajkujących z Konsikiem na czele.

-5-
Idą też Bronisław Zych, Andrzej Procek, Ryszard Kotarski – członek Komisji Rewizyjnej władz krajowych Solidarności, który w tym czasie znajdował się na terenie Stilonu. Nie ma żadnych rozmów , komisarze nakazują zakończenie strajku do godziny 18.00 i zdjęcie z bram i płotów wszystkich transparentów. W przeciwnym razie wkroczą siły porządkowe.

W międzyczasie przez radiowęzeł nadane zostaje wystąpienie jednego z gorzowskich (?) prokuratorów, który informuje, jakie sankcje grożą za udział i współkierowanie strajkiem: za udział 3 lata więzienia, za kierowanie 6 lat.

Wystąpienie prokuratora robi na nas ogromne wrażenie. To już nie są przelewki, to już poważna sprawa. Do tego dochodzi postawa naszego przewodniczącego. Liczba strajkujących gwałtownie maleje, z hali wychodzą przewodniczący niektórych Komisji Wydziałowych, mniej radykalni działacze. Za nimi szeregowi członkowie. Z Teresą zastanawiamy się, co robić? Wychodzić, czy zostać? Decydujemy, że póki co nie wychodzimy. Zostaje 100-150 osób. Pusta hala, jeszcze 2-3 godziny temu pełna, robi przygnębiające wrażenie. „Zgniotą nas jak mrówki”– myśl ta błąka się po głowie.- „ Halę łatwo otoczyć, wyłączyć prąd, wstrzelić gaz do środka. Wypędzą nas bez żadnej próby oporu, pójdziemy jak bydło na rzeź”.

Szybko jednak rodzi się myśl, że w tej sytuacji trzeba przejść na wydział produkcji ciągłej, gdzie nie będzie można odciąć prądu, ani wyłączyć maszyn. Około godz. 19.00 zapada decyzja o przeniesieniu się na halę opakowań PJ II. Smutny i dramatyczny jest przemarsz tej garstki ludzi. Bez słów, zmęczeni, choć zdeterminowani, idziemy pustymi korytarzami, a pracownicy biurowi, mistrzowie, laborantki zamykają przed nami drzwi, byśmy tylko nie zaszli do nich. Jest nam bardzo... przykro.

W hali opakowań znajdujemy sobie miejsce do spania, rozkładamy kartony na podłodze... i czekamy, co będzie dalej. Około północy z poniedziałku na wtorek ponownie przychodzi do nas płk Kubiak z grupą wojskowych. Mówi, że jest mu przykro, że nie opuściliśmy terenu Stilonu, że kontynuujemy strajk. Powtarza kilka razy, że strajk skazany jest na niepowodzenie, nie ma odwrotu od stanu wojennego, że wszystkie gorzowskie zakłady pracy pracują normalnie.

Na wątpliwości zebranych, czy wyjście w nocy, w czasie obowiązywania godziny milicyjnej, nie pociągnie za sobą zatrzymań i aresztowań, płk Kubiak zgadza się pozostać z nami do rana. Z jednej strony czujemy ...mały, bo mały tryumf, z drugiej jednak- rozumiemy, że są to chyba nasze ostatnie strajkowe godziny. Zaczynają docierać do nas informacje, jakoby pracownicy Wodorowni zagrozili, że w przypadku wejścia oddziałów ZOMO wysadzą ją w powietrze. Ponoć na tę wieść rodziny mieszkające w wieżowcach przy ulicy Pomorskiej, w nocy uciekały z domów

i przenosiły się do swoich znajomych mieszkających nieco dalej od Stilonu.

-6-
To musiało robić piorunujące wrażenie, ucieczka w mroźną noc, z małymi dziećmi. Trudno to dziś jednoznacznie zweryfikować, ale kilka miesięcy po tym, dowiedzieliśmy się, że rozważany był ponoć nawet desant komandosów, którzy mieli zabezpieczyć Wodorownię.

Ale już od rana we wtorek, do hali opakowań zaczynają przybywać pracownicy, którzy przyszli na pierwszą zmianę oraz ci, którzy kończyli nockę. Pojawiają się pracownicy administracyjni, służb pomocniczych. Zaczyna odżywać nadzieja, tym większa, że dołączają do nas - pozostający na wolności - członkowie Zarządu Regionu Solidarności, tworząc Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Sprawy nabierają tempa, bowiem formułują oni „Apel do społeczeństwa Miasta Gorzowa” ( pisownia oryginalna) wzywający do „natychmiastowego podjęcia strajku generalnego i prowadzenia go do zwycięstwa”. Dołączają do nas pracownicy z innych gorzowskich zakładów pracy, gdyż dowiedzieli się, że Stilon strajkuje, że nie daje się złamać, że Solidarność ...jeszcze walczy. Napływają pierwsze informacje, nie tylko z miasta ale i z innych regionów.

Z Regionu łódzkiego nadchodzi ulotka kierowana do tamtejszego społeczeństwa, podpisana przez liderów związkowych Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego. Z Regionu Pomorza Zachodniego jeden ze stilonowskich kierowców przywiózł - schowaną w chlebie – ulotkę

o powstaniu w tym Regionie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz Ogólnopolskiego Komitetu Strajkowego NSZZ Solidarność, na czele którego stanął wiceprzewodniczący Krajowej Komisji Koordynacyjnej Mirosław Krupiński. Siedzibą tego Komitetu jest Stocznia Gdańska.

Nasz strajkowy punkt informacyjny odczytuje kolejną uchwałę. Tym razem Nadzwyczajnego Zebrania Tymczasowej Rady Pracowniczej Stoczni Szczecińskiej im. A. Warskiego, w której poparto żądania uwolnienia internowanych działaczy związkowych oraz odwołania stanu wojennego. Nadchodzące wiadomości z kraju, a także informacja, że pracownicy Zakładów Mechanicznych „Ursus” w Gorzowie rozpoczęli od rana strajk okupacyjny powoduje niemal euforię wśród stilonowców. „Mówiliśmy przecież, że 10 milionowej Solidarności tak łatwo nie da się zdusić .. i coś się zaczyna dziać. Nie jesteśmy sami, dołączają do nas inni, będzie więcej strajków”.

Około południa do Stilonu dociera mój teść Wiktor, ojciec Teresy, ze swoim sąsiadem Józefem Tyrakowskim. Ktoś przyniósł wiadomość, że jest pod bramą....i czeka na nas. Oczywiście idę. Kochany, wielki chłop, liczący ponad 180 centymetrów wzrostu, ma jakieś... wilgotne oczy.

„Przywiozłem Wam wałówkę, trochę kiełbasy, trochę chleba”- przekazuje mi to wszystko w reklamówce. „Przyda się” - mówi. „No pewnie, że się przyda” – odpowiadam, choć na razie jedzenia nam nie brakuje. Rodziny tych co strajkują, przynoszą, a to słoiki z bigosem, a to dżem, a to jakieś klopsiki. Wszystko idzie do wspólnego kartonu z jedzeniem, którym dzielimy się

-7-
solidarnie ze wszystkimi. Nasze produkty także wędrują do tego samego kartonu. Ale liczy się pamięć i ta pomoc. Jakoś nigdy nie zapytałem, skąd dowiedział się, że jesteśmy w Stilonie, a przecież z wałówką, bez jakichkolwiek przepustek, zezwoleń, przyjechali do nas ze Skwierzyny.

Na hali opakowań zaczyna przybywać ludzi, jest nas 2 -3 tysiące. Nadzieja wraca!

We wczesnych godzinach popołudniowych w hali ponownie zjawiają się wojskowi z

płk Kubiakiem i inż. Janem Koperskim. Płk Kubiak – ku zaskoczeniu wszystkich – informuje, że decyzją sekretariatu Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dotychczasowy I sekretarz Komitetu Zakładowego PZPR Marek Polski został odwołany z funkcji „za złe wyniki pracy partyjnej w stilonowskiej organizacji”. Jeszcze większym zaskoczeniem jest decyzja wojewody gorzowskiego o odwołaniu – bez żadnej argumentacji – dotychczasowego naczelnego dyrektora Stilonu inż. Edwarda Szyca, a mianowanie na to stanowisko inż. Jana

Koperskiego. Edward Szyc uchodzi w opinii większości załogi za kompetentnego, rzeczowego i skłonnego do kompromisu z Solidarnością. Nowo powołanego dyrektora witamy gwizdami. Nastroje znowu opadają. Zdajemy sobie sprawę, że ONI idą na ostro.

Po południu 15 grudnia odbywają się półtajne wybory do Komitetu Strajkowego. Na padające propozycje personalne zebrani głosują poprzez podniesienie ręki. Powstały w ten sposób Komitet działa niejawnie, choć dla większości jego skład nie stanowi większej tajemnicy. Decyzję Komitetu Strajkowego przekazuje – poprzez strajkowy punkt informacyjny – Anatol Konsik, dotychczasowy przewodniczący stilonowskiej Solidarności. Jednym z głównych zadań Komitetu jest przygotowanie do stopniowego wyłączania procesu technologicznego, aż do całkowitego zatrzymania produkcji włącznie w przypadku niezrealizowania trzech głównych postulatów sformułowanych jeszcze w hali Wydziału Mechanicznego. Wygaszanie produkcji miało zacząć się w środę 16 grudnia od godziny 9.00.

W nocy budzi mnie Teresa: „ Wstawaj, zakładaj buty, bo już ZOMO – wcy wchodzą do Stilonu ”. „Skąd wiesz?” - pytam. „Przekazali mi chłopacy ze straży robotniczej” – dodała. „To już koniec z nami? Będą strzelać, czy tylko bić?”. Chwyciliśmy się za ręce – jak dostać to razem. Obok śpią nasi znajomi, koledzy. Budzić ich? Czy czekać, bo to może tylko plotka. Nie jedyna w ostatnich godzinach. Czekamy. Wiemy, że dziewczyny jeżdżące ciężkimi wózkami transportowymi obiecały, że zamkną metalowe drzwi od hali i zastawią je właśnie tymi wózkami. „Będzie kilka minut na decyzję, co robić – zanim je wyważą -” – pomyślałem. Czekamy... i nic. Cholera - znowu serce wali jak oszalałe ze strachu. Ale z czasem się uspakajamy. Kolejny fałszywy alarm.

-8-
Ostatecznie pozostała część nocy przebiega bez większych napięć, choć daje się zauważyć pewien trend wśród strajkujących. Gdy pracownicy przychodzą do pracy na swoją zmianę, chętnie przyłączają się do grupy strajkujących. Ale z chwilą zakończenia zmiany wychodzą z terenu przedsiębiorstwa i idą do domu. Nawet nie bardzo się krępując.

16 grudnia – w środę z samego rana – gruchnęła wieść, że milicja i wojsko brutalnie spacyfikowały Ursus. Plotki zaczynają się szerzyć nieprawdopodobnie. Pojawiają się głosy, że bito pałkami do nieprzytomności, że są ofiary śmiertelne. Wywołuje to szok i przerażenie wśród nas. Szok i przerażenie – to właściwe określenie. Liczba strajkujących maleje gwałtownie. Ktoś odciąga mnie na bok, mówiąc, że w biurze obok, jest telefon do mnie. Okazało się, że to moja mama przyszła do Muzeum Zakładowego i stamtąd udało jej się połączyć wewnętrzną linią telefoniczną.

Rozmowa jest bardzo dramatyczna. Błaga wręcz, byśmy wyszli z przedsiębiorstwa. „Oni was zabiją, błagam wyjdźcie” - mówi przez łzy. „ Mamo, nie możemy wyjść, daliśmy sobie słowo, że strajkujemy, musimy tego słowa dotrzymać. Tu są nasi koledzy, przyjaciele, to nasz moralny

obowiązek być właśnie tu i teraz w Stilonie” - także ze łzami odpowiadam. Przekonuje mnie, bym spotkał się z nią przy bramie głównej od ulicy Pomorskiej. Zgłaszam się na wartę właśnie pod bramą. Idę wraz z dwoma bardzo młodymi chłopakami. Mają może po 19-20 lat. Rozmowa

z mamą po raz kolejny jest dramatyczna, ale chcąc pokazać przed chłopakami swoje zdecydowanie, odmawiam wyjścia. Mama przekazuje, że wprawdzie nie ma ofiar śmiertelnych podczas pacyfikacji Ursusa, ale jest mnóstwo pobitych ludzi, karetki na sygnale jeżdżą tam i z powrotem. Podchodzi do nas jakaś kobieta, która histerycznie krzyczy o ofiarach śmiertelnych. „Uciekajcie, bo was zabiją, jak zabijali w Ursusie, rozjadą was czołgami”. To są straszne chwile.

Kto mówi prawdę? Jak tam było? Uciekać, czy czekać na śmierć? Próbuję przekrzyczeć, że w Ursusie ofiar nie było, ale mój krzyk chyba do nikogo nie trafia. Coraz więcej ludzi wychodzi bramą. Wspólnie z chłopakami, ze spuszczonymi głowami i łzami w oczach wracamy do strajkujących. Odnajduję Teresę, mówię co usłyszałem. Milczymy oboje.

Po południ do hali Opakowań ponownie przychodzi płk Kubiak i apeluje, po raz kolejny, o przerwanie strajku. Przekonuje, że po rozbiciu Ursusa żaden zakład w Gorzowie nie strajkuje, wszystkie pracują normalnie. Nie bardzo mu wierzymy. „Wybierzcie spośród siebie kilku przedstawicieli, pojadą ze mną, przekonają się, jak jest naprawdę” - proponuje. „Wy tych ludzi zaraz za bramą aresztujecie” – krzyczymy. Płk Kubiak zrywa krawat i też krzyczy: „zostanę w takim razie tu na hali jako zakładnik, a gdyby Wasi przedstawiciele nie wrócili, to mnie uduście !”. To trochę nas uspokaja, ale długo trwają poszukiwania osoby – odważnej – która chciałaby sprawdzić, jak wygląda sytuacja. Ostatecznie decyduje się na to Andrzej Chmielewski.

-9-
Czekamy na niego – może ze dwie godziny - jak na wyrocznię. „Pułkownik miał rację, wszystkie zakłady pracują, po pacyfikacji Ursusa w Gorzowie cisza i spokój - powiedział po powrocie. Znowu gorycz, strach i zwątpienie. Ale decyzji o przerwaniu strajku nie ma. Być może był to efekt pojawienia się wśród nas Zbigniewa Bełza, członka władz regionalnych Solidarności. Zamyka się w jakimś pomieszczeniu z Komitetem Strajkowym, by ocenić szanse, przeanalizować sytuację w Gorzowie. W tym czasie Anatol Konsik – nasz niedawny lider i przywódca - po raz kolejny apeluje o zakończenie strajku... bo jest bezsensowny.

Krytykowany przez zebranych, że stchórzył, że nie dorósł do roli przywódcy, krzyczy przez mikrofon coś o tym, że „patrząc i słuchając nas, doszedł do przekonania, że decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego była słuszna”. Rzuca mikrofon na stół i zaczyna wychodzić z hali. Strajkujący rozstępują się, robią szpaler... a jedna z kobiet – znana z radykalnych wypowiedzi- pluje w jego kierunku. On idzie, a część ludzi pluje. Do dziś mam to przed oczami. Nigdy nie widziałem, by ludzie pluli na innego człowieka.

Około godziny 19.00 Komitet Strajkowy usuwa Anatola Konsika, przewodniczącego Solidarności, ze swojego składu „za postawę, jaką ten przejawiał podczas trwania strajku”.

Godzinę później ks. Andrzej Szkudlarek odprawia na hali Mszę Świętą w intencji strajkujących. Jest nas może 500 osób. W homilii mówi o Polsce, o konieczności zachowania życia, ale i dochowania wierności ideałom. „ Jeszcze się Polsce przydacie” - mówi do nas. Takiego skupienia i takiej ciszy … nigdy nie zapomnę.

Bezpośrednio po mszy odbywają się wybory do kolejnego Komitetu Strajkowego. Przewodniczącym zostaje Kazimierz Modzelan. Trudno mi określić dokładny skład i liczbę jego członków, ale z relacji Teresy wiem, że liczy 9-11 osób. Ponoć wszyscy członkowie Komitetu Strajkowego głosują za zakończeniem strajku. Decyzję ogłasza Kazimierz Modzelan, dziękując jednocześnie wszystkim za ich postawę w ciągu tych dni.

Pojawiają się głosy – nieliczne na szczęście – żeby wejść do systemu podziemnych kanałów, które pod Stilonem ciągną się kilometrami. „Znamy te kanały, nie znajdą nas. Możemy bawić się z nimi z ciuciubabkę” - słyszę. Wiem jednak, że jest to już chyba tylko zwykłe gadanie, by podnieść samopoczucie. W głębi serca boję się takich radykalnych głosów, takich postaw, takich ludzi. Decyzję o zakończeniu strajku przyjmuję z ogromną ulgą. Teresa także.

Strajk pracowników Stilonu kończy się 16 grudnia 1981 roku około godziny 22.00

po zapewnieniu płk Kubiaka, że w stosunku do wszystkich pracowników Stilonu biorących udział w strajku zastosowany będzie „ akt abolicji”, czyli puszczenie w niepamięć czynów niezgodnych z Dekretem o Stanie Wojennym, popełnionych do 17 grudnia 1981 roku.

-10-
Zbieramy swoje rzeczy i z ciężkim sercem, ale i ...z poczuciem spełnionego obowiązku ( jakie to wyświechtane pojęcie !) wychodzimy z przedsiębiorstwa. Grupą 10-15 osób idziemy w kierunku ulicy Podmiejskiej. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi rząd milicyjnych suk. „Czekają na nas” – krzyczymy w panice. Wracamy, jak najszybciej do Stilonu. Milicjanci krzyczą coś do nas, ale my wiemy swoje – milicja nie wie o „akcie abolicji”, a jeśli wie, to i tak go nie uszanuje. „Wyłapać im się nie damy”. Całą grupą wracamy do Stilonu. Każdy się rozchodzi w poszukiwaniu jakiegoś noclegu. W czwórkę - z innym małżeństwem - dostajemy się do jednego z pomieszczeń biurowych na Wydziale PJ II. Jesteśmy potwornie zmęczeni, ale nie możemy zasnąć. Pytania same cisną się na usta. Chciałoby się jeszcze pogadać, przeanalizować. Z trudem zasypiamy. Budzi nas -w czwartek - przed godziną 6.00 kierowniczka, w biurze której urządziliśmy sobie nocleg. Wyraźnie zaskoczona i przestraszona. Ale szybko się zbieramy, by tuż po godzinie 6.00 wyjść z nocną zmianą. Idziemy wśród wychodzących ludzi, ale jesteśmy zauważani. Niesiemy przecież śpiwory, koce . „Już się strajk skończył?” - pyta mnie jeden z idących z naprzeciwka. „Spierdalaj, tchórzu” - mamroczę pod nosem. „Teraz się pytasz? A gdzie byłeś te 3 dni”- dodaję już w myśli. Kilkanaście metrów dalej podchodzi do nas jakaś kobieta z tabliczką czekolady w dłoni. „Dziękuję Wam za strajk, tylko to miałam w domu” - wciska mi w rękę czekoladę. Nie mogę opanować łez. Nic nie jestem w stanie powiedzieć, głos więźnie mi w gardle. Przez bramę od ul. Pomorskiej wychodzimy nie zaczepiani przez strażników przemysłowych. Chyba też czują, że w innym przypadku byliby nie fair.
W czasie strajku dowiedzieliśmy się, że wśród pobitych podczas pacyfikacji Ursusa jest nasza koleżanka z kwatery, Zofia Storoszczuk. Leży w szpitalu przy ul. Warszawskiej. Decyzja jest jedna – idziemy ją odwiedzić – prosto z marszu. W szpitalu pielęgniarki mówią nam, że nie wolno, że ktoś ją pilnuje. Mówimy, że wracamy właśnie ze strajku w Stilonie i musimy ją zobaczyć. Ubierają nas w szpitalne białe fartuchy. Wprowadzają na salę, w której leży Zośka. Widać, że sporo przeszła, oczy czerwone od gazu, posiniaczona, nie bardzo wie, co się z nią dzieje. Mam wrażenie , że jest na jakiś prochach uspakajających bądź otumaniających. Pielęgniarki ponaglają. Wychodzimy, zostawiając na szpitalnej szafce tabliczkę czekolady, którą dostaliśmy od pracownicy Stilonu. Mijamy na korytarzu jakiegoś „smutnego” pana, pielęgniarki rzucają jakieś fachowe uwagi medyczne. Udaję, że rozumiem wszystko. Wychodzimy ze szpitala i nagle na chodniku krzyczę: SKUR....NY.... Ludzie przestraszeni - odwracają wzrok, przechodzą na drugą stronę. Znowu jesteśmy sami!
-11-
Powoli noga za nogą idziemy do mamy, która mieszka przy ul. Słonecznej. Prawie na drugi kraniec miasta. Wreszcie jesteśmy na miejscu. Łzy z jednej i z drugiej strony. Jesteśmy cali

i zdrowi, zmęczeni, rozgoryczeni, ale i szczęśliwi, że tak to się skończyło.

Kąpiel i ...spać...spać...spokojnie spać.
8 miesięcy później urodziła się nam córka Alicja.

Zbigniew Bodnar



grudzień 2010


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość