Strona główna

Dokument Nr 7999


Pobieranie 42.87 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar42.87 Kb.

Dokument Nr 7999

List otwarty dr hab. prof. SWPS Mariusza Czubaja do Minister Barbary Kudryckiej

Warszawa  10-11-2011   







Do:
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego RP, Pani Barbara Kudrycka

ul. Wspólna 1/3
ul. Hoża 20
00-529 Warszawa
(22) 628 19 44
sekretariat.minister@nauka.gov.pl

Dr hab. prof. SWPS Mariusz Czubaj, antropolog kultury, badacz kultury popularnej i literaturoznawca pracujący w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, szerokiej publiczności znany jako autor powieści kryminalnych napisał list otwarty do Barbary Kudryckiej. Reforma szkolnictwa wyższego, która ma uzdrowić je pod kątem merytorycznym i finansowym jest w istocie działaniem opartym na logice komercjalizacji, za którą nie idzie głębsza refleksja na temat wartości nauki jako takiej. Humanistyka jest przez ten pakiet „nowoczesnych rozwiązań” dyskryminowana, a regulacje, których krytyki podejmuje się Mariusz Czubaj, jej przyszłość jako sfery działalności akademickiej w Polsce stawiają pod znakiem zapytania. List podpisało najpierw troje wybitnych naukowców naukowców z SWPS, profesorowie: Wiesław Godzic, Wojciech Bursza i Joanna Mizielińska. Zachęcamy wszystkie osoby związane ze światem nauki do wyrażenia poparcia dla tej inicjatywy i złożenia swojego podpisu pod listem! List jest bezkompromisowy – sytuacja jest przecież niezwykle poważna.

Postępująca gettyzacja nauk humanistycznych i społecznych staje się w Polsce faktem

List otwarty do Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Profesor Barbary Kudryckiej

Szanowna Pani Minister,

wybory parlamentarne oraz rekonstrukcja gabinetu sprawiają, że – licząc na tzw. „nowe otwarcie” – postanowiliśmy zabrać głos w dyskusji na temat oceny dorobku (a ściślej: punktów przyznawanych za publikacje) w obszarze nauk społecznych i humanistycznych. Zwykle w takich razach pisze się, że list podyktowany jest „głębokim niepokojem”, itd. W tym przypadku inspiracja jest inna: stanowią ją demonstracje Ruchu Oburzonych, które przemaszerowały na świecie ulicami miast 15 października. Niewielka grupka demonstrantów w Warszawie niosła transparent: „Jesteśmy wkur...ni”. Proszę tę opowiastkę potraktować jako metaforę odnoszącą się do naszego stanu ducha.

Nie będziemy poruszali w tym liście kwestii szczegółowych – po wielokroć zgłaszanych przez środowisko akademickie zajmujące się naukami humanistycznymi oraz społecznymi (i po mistrzowsku ignorowane przez Ministerstwo). Skupimy się natomiast na kwestiach zasadniczych, które (w zgodzie z lubianą przez urzędników poetyką parametryzacji) przedstawię w trzech punktach.

Po pierwsze – sposób oceniania dorobku w wyżej wymienionych naukach jest świadectwem osobliwego melanżu kompleksów i koniunkturalizmu panującego w gronie decydentów do spraw nauki. Świadectwem takiej postawy jest fetyszyzacja tzw. listy filadelfijskiej, o której – w przypadku dyscyplin humanistycznych i społecznych – nawet w Filadelfii nie słyszeli.


Równie dobrze moglibyśmy aspirować do listy inuickiej (swoją drogą myślę, że byłaby ona znacznie ciekawsza). Uznani badacze społeczni we Francji, pytani o listę filadelfijską, otwierają ze zdumienia oczy, a ochłonąwszy pytają: „Czy wy naprawdę nie umiecie sami ocenić swojego dorobku?”. Widocznie nie umiemy i nie chcemy. Na takim tle, gdy naukowego Absolutu poszukuje się nieodmiennie za Atlantykiem, słowa klasyka socjologii Stanisława Ossowskiego, by „nie być w myśleniu posłusznym” brzmią zaiste jak prehistoryczna donkiszoteria.

Po wtóre – sposób oceniania dorobku budzi niepokój także z innego powodu. Niezależnie od tego, czy zajmujemy się naukowo partycypacją wyborczą w Polsce, analizą systemów wartości rodzimej młodzieży, interpretacją wierszy Herberta bądź badaniem polskiej popkultury (wymieniamy tematy pierwsze z brzegu) przykaz jest prosty: publikujcie te teksty po angielsku, bo to się bardziej (wam) opłaca. Nie trzeba nikogo przekonywać, że adresatem takich prac powinni być czytelnicy polscy oraz interesujący się Polską. Być może nie jest już oczywiste dla wszystkich, że język, w którym wyraża się idee i formułuje kategorie opisu rzeczywistości, poszerzają pole kultury i wzbogacają to, co nazywamy „wiedzą lokalną”. Uleganie czemuś, co określilibyśmy mianem neokolonializmu akademickiego – w czasach, gdy o przemocy symbolicznej i hegemonii kulturowej dyskutuje się już nie na seminariach, ale w debacie publicznej – ową wiedzę lokalną


w oczywisty sposób zubaża i petryfikuje.

Po trzecie wreszcie – przyjęte kryteria oceny odbierają – i, naprawdę, Pani Minister, piszemy to bez wielkich słów – godność pracy naukowej. Najlepiej świadczy o tym stosunek Ministerstwa do monografii zbiorowych (mylonych skądinąd z „materiałami pokonferencyjnymi”). Monografie te mają, często, charakter interdyscyplinarny, a problemy badawcze formułowane są w krzyżowym ogniu pytań stawianych przez różne nauki. By the way: skoro już tak trzymamy się modelu amerykańskiego, warto zwrócić uwagę, jak ważną rolę monografie zbiorowe – ukazujące różne punkty widzenia i nieodzowną w nauce wielogłosowość – odgrywają na tamtym rynku wydawniczym i w tamtym systemie edukacji. Tymczasem tę formę opracowań Ministerstwo chce uznać za publikacje „śmieciowe”. Co gorsza: kwestionuje tym samym styl uprawiania nauk humanistycznych i społecznych i ich tożsamość kształtowaną na wielu pograniczach.

Podobne głosy kierowane do Ministerstwa ze strony różnych środowisk akademickich - dostrzegających gettyzację nauk humanistycznych i społecznych w Polsce – świadczą, że w naszych odczuciach i opiniach nie pozostajemy odosobnieni.

Z wyrazami szacunku –

Dr hab. Prof. SWPS Mariusz Czubaj

List podpisali:

Prof. dr hab. Wojciech Burszta
Prof. dr hab. Wiesław Godzic
Dr hab. Prof. SWPS Joanna Mizielińska

Dziękujemy z góry wszystkim, którzy zechcą podpisać się pod listem Mariusza Czubaja. Przyszłość polskich uniwersytetów, szkół wyższych i badań naukowych jest naszą wspólną sprawą.

W imieniu i na prośbę Mariusza Czubaja petycję sporządził Jacek Drozda.

Niżej podpisany/a:
Mariusz Czubaj
01-673 Warszawa
autor7999@petycje.pl



Mądra i głupia obrona humanistyki

dr Michał Bilewicz*, dr hab. Maria Lewicka** 2011-12-08, ostatnia aktualizacja 2011-12-07 19:49:07.0



Każdy historyk czy socjolog, który powstrzymuje się od pisania po angielsku, po części odpowiada za stereotypy o Polsce, włącznie z osławionymi "polskimi obozami koncentracyjnymi"

W sieci pojawiły się ostatnio dwie petycje w obronie humanistyki. Pierwsza to list domagający się systemowych zmian w europejskim finansowaniu nauk humanistycznych i społecznych. Sygnatariusze listu (wśród nich ponad pięciuset Polaków) postulują utworzenie funduszu wspierania tych nauk z budżetem 5 miliardów euro, czyli około 5 proc. środków przewidzianych w nowym programie ramowym Unii "Horyzont 2020". Wobec wyzwań, przed jakimi staje dziś Europa, będą to zapewne całkiem dobrze wydane pieniądze.

Druga petycja, pod którą podpisało się również ponad pięciuset polskich humanistów, to list otwarty prof. Mariusza Czubaja [antropologa kultury, badacza kultury popularnej i literaturoznawcy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie] przeciw wprowadzonemu przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego systemowi ocen dorobku naukowego, w którym premiuje się publikacje anglojęzyczne o zasięgu międzynarodowym.

Obecny system wydawnictw akademickich w Polsce sugeruje, że w naszej humanistyce publikuje się po to, żeby "mieć w dorobku publikację", a nie po to, by ktoś ją przeczytał. Czasopisma z reguły nie odrzucają tekstów, recenzje dłuższe niż kilka zdań należą do rzadkości, a wydawnictwa nieraz wydają książki negatywnie ocenione przez recenzentów. Dlatego nie dziwmy się, że Ministerstwo skłania humanistów do publikowania w pismach o światowej renomie. Tam przynajmniej anonimowy recenzent stoi na straży jakości, a wydawnictwo - dzięki elektronicznym bazom - dba o dostępność tekstów dla innych uczonych.

Pisząc do minister nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Czubaj chciał z pewnością wywołać burzliwą dyskusję. Pewnie dlatego jego list zawiera wulgaryzmy i anglicyzmy. Diabeł tkwi jednak nie w formie, ale w treści listu. Po raz pierwszy chyba wyrażono w nim tak jednoznacznie postulat zamknięcia polskich nauk społecznych w ciasne ramy języka narodowego i naszych rodzimych wydawnictw.

Dlaczego adresatem prac polskich humanistów "powinni być czytelnicy polscy oraz interesujący się Polską"?

Oczywiście to samo mógłby postulować radiochemik badający izotopy plutonu na polskim wybrzeżu Bałtyku albo paleontolog odkrywający skamienieliny tetrapoda w Górach Świętokrzyskich. Tylko czy wtedy odkrycia te pozwoliłyby naukowcom z innych krajów określić następstwa katastrofy w Czarnobylu albo lepiej zrozumieć przebieg ewolucji?

Podobnie rzecz się ma z humanistyką. Mimo relatywnej izolacji powojennej Polski trudno sobie wyobrazić jakikolwiek proces kulturowy czy społeczny w historii naszego kraju, który nie byłby częścią analogicznych procesów globalnych czy przynajmniej regionalnych.

Tak samo jest z problemami współczesnymi - badając strukturę postaw antysemickich w Polsce, przyczyniamy się do zrozumienia tego zjawiska w innych krajach regionu, interpretując poezję Herberta, zapewne przyczyniamy się do zrozumienia wielu innych poetów europejskich. Historyk zastanawiający się nad stanem wojennym musi mieć przecież wgląd w przyczyny stłumienia Praskiej Wiosny czy węgierskiego powstania 1956 roku. Bez naukowego lingua franca nie będzie to możliwe.

Mariusz Czubaj twierdzi, że jego petycja to sprzeciw wobec "neokolonializmu akademickiego".

Jeśli już szukać analogii politycznych, to raczej sama petycja jest przejawem głębokiego nacjonalizmu akademickiego. Postuluje ona bowiem uniemożliwienie komunikacji z badaczami spoza Polski; sugeruje, byśmy zamknęli się w getcie własnego języka - a zatem w efekcie: odcięli się od rozumienia zjawisk społecznych w ich szerszym, ponadnarodowym kontekście.

Z drugiej strony - ten sposób myślenia odbiera nam też prawo do przedstawiania światu własnej narracji o historii Polski. Nie dziwmy się więc, że Amerykanie i Europejczycy uczą się historii Polski wyłącznie z książek Timothy'ego Snydera czy Normana Davisa, a w brukselskim Muzeum Europy polskie dzieje będą potraktowane po macoszemu. Jeśli będziemy opowiadać naszą historię wyłącznie w języku polskim, skażemy się na wieczne niewysłuchanie. A każdy historyk czy socjolog, który powstrzymuje się od pisania po angielsku, jest po części odpowiedzialny za rozpowszechnione na Zachodzie stereotypy o Polsce, włącznie z osławionymi "polskimi obozami koncentracyjnymi".

Petycja profesora Czubaja jest też obroną mizernego status quo polskich nauk społecznych. Nie jest bowiem prawdą, że w światowej humanistyce dyskutuje się dziś wyłącznie o dziełach amerykańskich i brytyjskich uczonych - a cała reszta świata zajmuje się regionalizmami i opisywaniem kultur narodowych.

Czy nie warto się zastanowić, dlaczego na całym świecie studenci socjologii czytają prace profesora uniwersytetu monachijskiego Ulricha Becka, historycy idei zgłębiają dzieła profesora uniwersytetu hebrajskiego Shlomo Avineriego, a semiotycy wczytują się w książki Umberta Eco z uniwersytetu w Bolonii? Dlaczego słoweński filozof Slavoj Žižek wpłynął w tak fundamentalny sposób na kształt dzisiejszych nauk o kulturze i społeczeństwie?

Czym byłaby współczesna humanistyka, gdyby książki i artykuły tych autorów nie ukazały się po angielsku? Gdyby nie zechcieli oni wyjrzeć poza granice Niemiec, Włoch, Izraela czy Słowenii? Czy nie chcielibyśmy mieć takich humanistów w Polsce, kraju kilkakrotnie większym od Izraela i Słowenii?

Okres międzywojenny był złotą epoką polskiej humanistyki. Nasi najwybitniejsi filozofowie i logicy, Kazimierz Ajdukiewicz, Stanisław Leśniewski czy Alfred Tarski, najważniejsze prace publikowali po niemiecku czy angielsku. Dzięki temu szkoła lwowsko-warszawska do dziś wywiera wpływ na światową filozofię.

Spróbujmy sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby Florian Znaniecki nie ogłosił po angielsku "Chłopa polskiego w Europie i Ameryce" (lokalny temat, nieprawdaż?). Czy bylibyśmy wtedy dumni, że to Polak wprowadził pojęcie postawy do współczesnej socjologii i psychologii społecznej? Gdy myślimy o polskiej antropologii, to siłą rzeczy pierwsze nazwisko, jakie każdemu przyjdzie na myśl, to Bronisław Malinowski, gdy o ekonomii - Michał Kalecki bądź Oskar Lange.

Takie przykłady można by mnożyć w odniesieniu do każdej dyscypliny nauk humanistycznych i społecznych. Oni wszyscy pisali po angielsku, konfrontowali poglądy i spostrzeżenia z pracami kolegów z całego świata. Jeśli pójście ścieżką Malinowskiego, Kaleckiego, Ajdukiewicza czy Znanieckiego jest dla autora petycji "melanżem kompleksów i koniunkturalizmu", wyznawaniem "neokolonializmu akademickiego", to my - owszem - wolimy być po stronie tak rozumianych neokolonialnych kompleksów.

Dziś humanistyka i nauki społeczne są zagrożone. W Stanach Zjednoczonych budżet agencji finansującej humanistykę wynosi ułamek procentu środków na badania medyczne.

Jeśli chcemy utrzymać porządne finansowanie nauk humanistycznych, musimy też zadbać o ich jakość i wymierne rezultaty. O ile więc pierwsza petycja jest ponadnarodową obroną humanistyki przed zakusami europejskich technokratów - o tyle druga z nich jest de facto atakiem na humanistykę, postulatem odcięcia jej od Europy i świata.

Diagnozując gettyzację polskiej nauki, profesor Czubaj sankcjonuje mury oddzielające to getto od świata. Tym bardziej zdumiewają podpisy złożone pod nią przez tak wielu wybitnych polskich uczonych.

*dr Michał Bilewicz, socjolog i psycholog społeczny. Kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego

**dr hab. Maria Lewicka, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, psycholog. Kierownik Pracowni Badań Środowiskowych Wydziału Psychologii UW
Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA


Kto mądry jest, a kto głupi?

Andrzej Werner*

2011-12-22, ostatnia aktualizacja 2011-12-22 12:42


Więcej... http://wyborcza.pl/1,75515,10859597,Kto_madry_jest__a_kto_glupi_.html#ixzz1hO6SSaY7



Leszek Kołakowski znał, jak wiadomo, wszystkie języki świata, a zapewne i jeszcze kilka innych. Międzynarodową sławę uzyskał jednak już wtedy, kiedy pisał tylko po polsku.

Nie czytałem apelu prof. Mariusza Czubaja, czytałem tylko polemizujący z przedstawionymi tam racjami artykuł w ''Gazecie'' (8 grudnia) podpisany przez dr. Michała Bilewicza i dr hab. Marię Lewicką. I moje uwagi odnoszą się tylko do tej polemiki i przedstawionego w niej sposobu rozumowania. Przedmiot polemiki wyglądać może trywialnie. Sprowadza się do pytania, czy pisać po polsku, czy po angielsku? Na tak postawione pytanie mam prostą odpowiedź: pisz po polsku albo po angielsku, bylebyś pisał dobrze (ewentualnie mądrze, a nie głupio). Gdy jednak zapytamy, co to znaczy dobrze (mądrze), sprawa nie będzie się przedstawiała tak prosto.

Punkt wyjścia tej dyskusji jest bardzo konkretny. Otóż istnieje system oceniający domniemaną wartość prac naukowych powstających w placówkach naukowych (wyższych uczelniach i instytutach PAN), stanowiący podstawę przy rozdziale funduszy państwowych (wysoko oceniane dostają więcej pieniędzy, niżej oceniane - odpowiednio mniej). Prace napisane po angielsku i publikowane w renomowanych zagranicznych periodykach naukowych są punktowane znacznie wyżej niż napisane po polsku i publikowane w renomowanych polskich periodykach (wszak mamy również i takie). Nie jest to decyzja obecnego rządu i prowadzonej przez min. Kudrycką reformy nauki, takie rozwiązanie stosowane było wcześniej, przeciwko czemu podnoszone były w środowiskach humanistycznych protesty. System ewaluacji jest nawet dzisiaj stosowany znacznie bardziej elastycznie. Autorzy artykułu "Mądra i głupia obrona humanistyki" prezentują prostsze i bardziej radykalne stanowisko: również humaniści powinni pisać po angielsku. Jeśli nie chcą, należy ich ku temu skłonić, choćby właśnie marchewką w postaci dodatkowej punktacji. Marchewką czy może kijem na tych, co upierają się pisać po polsku.

Cóż, humanistyka to nieostre pojęcie, dzieli się na wiele wyspecjalizowanych dyscyplin. Być może dyscypliny i sposób, w jaki je uprawiają autorzy, nie tracą nic, a tylko zyskują, gdy jej wyniki zapisane są w innym języku niż polski. W artykule jednak znajdujemy argumenty, że każda dyscyplina humanistyczna jest w podobnej, jeśli nie identycznej, sytuacji.

Autorzy wymieniają kilka znanych postaci współczesnej humanistyki: Ulricha Becka, Shlomo Avineriego, Umberto Eco i Slavoja Żiżka, zadając dramatyczne pytanie, czym byłaby współczesna humanistyka, gdyby ci uczeni pisali swe dzieła w ojczystych językach, a nie po angielsku. Cóż, Beck większość swoich książek napisał po niemiecku i zarówno te niemieckie, jak i napisane po angielsku znaleźć można w polskich przekładach, a tak jest przecież nie tylko w Polsce. Również prace Avineriego, Eco i Żiżka czytane są zarówno w Polsce, jak innych krajach i po angielsku, i w licznych tłumaczeniach, przynajmniej w szerokim wyborze. Nawiasem mówiąc, potrafię sobie wyobrazić humanistykę bez Slavoja Żiżka, choć to już sprawa gustu i metodologicznych przekonań. Natomiast trudno mi będzie wymienić listę znanych i ważnych w powszechnym przekonaniu postaci różnych dziedzin humanistyki, choć oryginały ich dzieł pisane były w językach: francuskim, niemieckim, rosyjskim, włoskim, hiszpańskim, czeskim, węgierskim, bułgarskim i jeszcze wielu innych językach, a nie tylko po angielsku. Byłaby za długa, choć każdy dorzuciłby jeszcze wiele innych nazwisk.

Argumentem za premiowaniem angielskiego kosztem polszczyzny jest zestaw słynnych Polaków piszących po angielsku. Jest tu szkoła lwowsko-warszawska, choć pamiętać trzeba, że to szczególny rodzaj filozofii, jest Bronisław Malinowski, Florian Znaniecki, są ekonomiści Michał Kalecki i Oskar Lange. Czy pisząc po polsku, osiągnęliby podobny sukces?

Zamiast wyliczać tych, którym się jednak udało, choć pisali po polsku, zatrzymam się przy jednym przykładzie. Leszek Kołakowski znał, jak wiadomo, wszystkie języki świata, a zapewne i jeszcze kilka innych. Międzynarodową sławę uzyskał jednak już wtedy, kiedy pisał tylko po polsku. Chciałbym jednak zadać odwrotne pytanie: Co by się działo tu, w kraju, gdyby od początku pisał i mówił po angielsku? Gdyby jeszcze i myślał po angielsku, toby zapewne nie napisał tego, co napisał. Miałby trudniejszy dostęp do umysłów rodaków, a bez tego dostępu stan umysłów, nie tylko ówczesnych młodych pokoleń, wyglądałby zapewne inaczej. To się już przekłada nie tylko na stan humanistyki, ale i na losy Polski, a pośrednio i na mapę świata. Im więcej nazwisk dodamy do Leszka Kołakowskiego, a jest w czym wybierać, tym bardziej prawidłowe będzie to rozumowanie.

Szczególnie interesuje mnie jeszcze jeden podany przez autorów przykład. Otóż, jak piszą, „interpretując poezję Herberta, zapewne przyczyniamy się do zrozumienia wielu innych poetów europejskich Bez naukowego lingua franca nie będzie to możliwe”. Żeby interpretować Herberta po angielsku, trzeba korzystać nie z tekstów Herberta, ale z istniejących przekładów, albo i samemu przekładać na naukowy lingua franca. Do takiego poziomu chcieliby autorzy sprowadzić polską naukę o literaturze, a może i samą literaturę. Herberta nie można już namówić, żeby pisał po angielsku. Ale są jeszcze żyjący pisarze i poeci, są adepci, którzy będą pisać. Trzeba ich przekonać, żeby nie zakopywali się w polskim grajdole i pisali od razu po angielsku. Inaczej nie będziemy lepiej rozumieli wielu innych poetów europejskich.

Będzie jeszcze więcej absurdu. Najbardziej zatrważające jest, jak autorzy wyobrażają sobie wartości i osiągnięcia humanistyki czy nawet w ogóle nauki. Wszystko zostało tu postawione na głowie. Miarą jest myślenie czysto marketingowe. Wartością jest możliwość zaprezentowania się światu. Ale żeby coś zaprezentować, trzeba to najpierw stworzyć. Czy po polsku, czy po angielsku, ale musi to być dobre, trafne, odkrywcze. Inaczej za sukces humanistyki będziemy uważali, jak piszą autorzy, obalenie stereotypów o Polsce, włącznie z osławionymi "polskimi obozami koncentracyjnymi". Ze te stereotypy odpowiedzialny jest "każdy historyk czy socjolog, który powstrzymuje się od pisania po angielsku".

* Andrzej Werner - krytyk literacki i filmowy, profesor w Instytucie Badań Literackich w PAN i w Akademii Teatralnej, autor m.in. książek: "Zwyczajna apokalipsa" (o twórczości Tadeusza Borowskiego), "Polskie, arcypolskie", "Dekada filmu" i "Wysoko. Nie na palcach. O pisarstwie Jana Józefa Szczepańskiego"
Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA

Głupie i mądre polemiki

dr hab., prof. SWPS Mariusz Czubaj, dr hab., prof. SWPS Joanna Mizielińska, prof. dr hab. Wojciech Burszta, prof. dr hab. Wiesław Godzic 2011-12-28, ostatnia aktualizacja 2011-12-27 16:16:07.0



Publikowanie po polsku nie musi być ze swej istoty gorsze od publikowania po angielsku, jakość publikacji ocenia się według innych kryteriów - piszą

W "Gazecie Wyborczej" z 8 grudnia ukazała się polemika z listem otwartym, jaki wystosowałem do p. minister szkolnictwa wyższego i nauki prof. Barbary Kudryckiej. Psychologowie społeczni prof. Maria Lewicka oraz dr Michał Bilewicz wytoczyli w swoim tekście zaiste ciężkie działa, co ciekawe - polemizując z tekstem, którego czytelnicy "Gazety" zapewne nie znali, przytaczając wyrywkowe jego fragmenty i sprawiając, że sami jego sygnatariusze ze zdumienia przecierali oczy, gdyż pod tak przedstawionym listem zapewne nigdy by się nie podpisali. Z artykułu można dowiedzieć się, że twórca listu otwartego "wyraża jednoznacznie postulat zamknięcia polskich nauk społecznych w ciasne ramy języka narodowego i naszych rodzimych wydawnictw", opowiada się po stronie "nacjonalizmu akademickiego", a także broni "mizernego status quo polskich nauk społecznych".

W naszym liście opowiadamy się - mówimy tu w imieniu pierwszych sygnatariuszy - jedynie za należytym traktowaniem dorobku naukowego pisanego w języku polskim, nikomu nie broniąc i nie zniechęcając do publikowania po angielsku (w dowolnym innym języku zresztą też). Zwracamy uwagę, że istnieją tematy i problemy, które z istoty swojej należy uznać przede wszystkim za interesujące dla rodzimych czytelników; obejmują one przy tym poważny obszar refleksji w naukach humanistycznych i społecznych, czego ministerstwo - zafascynowane wizją jednorodnego modelu nauki (utrzymanej w duchu matematyczno-przyrodniczym; sami matematycy rozumieją zresztą nasze problemy lepiej niż polemiści-psycholodzy) - zdaje się nie dostrzegać. Jesteśmy w istocie za polifoniczną wizją uprawiania nauki, bo taki właśnie - wielogłosowy - jest świat. Publikowanie po polsku nie musi być ze swej istoty gorsze od publikowania po angielsku, jakość publikacji ocenia się według innych kryteriów (tę uwagę dedykujemy zwłaszcza panu dr. Bilewiczowi, jako specjaliście od uprzedzeń społecznych). Mamy nadzieję, że nasz list wywoła merytoryczną dyskusję nad specyfiką uprawianych dyscyplin naukowych i miarodajnych sposobów oceny dorobku.

Pisząc o "neokolonializmie akademickim", nie mieliśmy na myśli odrzucenia publikacji w języku angielskim i zamknięcia się w ciasnych ramach języka narodowego, ale znacznie bardziej skomplikowane strategie uznania tego, co w świecie współczesnym liczy się jako WIEDZA NAUKOWA i to, co z niej się wyklucza. Nie z tego powodu, że nie jest opakowane w papier "lingua franca", ale raczej dlatego, że nie mieści się w niejednokrotnie przyciasnych ramach anglo-amerykocentrycznej akademii. Przykłady można by mnożyć i problem nie dotyczy tylko nas, przedstawicieli nauk humanistyczno-społecznych z Polski, a zatem problem to nie narodowy, ale o globalnym zasięgu. Być może jest to kwestia odrębności dyscyplin, które reprezentujemy, a o której różnorodności nasi szacowni polemiści zapominają. Na znacznie więcej trudności narażeni są przedstawiciele nauk humanistycznych próbujący opublikować swoje teksty w wysoko punktowanych czasopismach niż przedstawiciele nauk ścisłych czy w psychologii, W takich tekstach trzeba wtedy tłumaczyć cały kontekst. Niejednokrotnie czasopisma anglojęzyczne odrzucają teksty, ponieważ ów kontekst nie jest wyjaśniany za pomocą anglojęzycznych tekstów na ten temat, ale przez przywołanie nieznanych angielskiemu czytelnikowi (i recenzentowi) publikacji lokalnych, mimo iż są one znacznie lepsze. Przykład z polskiego podwórka (i własnego doświadczenia): nie można pisać o polskim feminizmie czy feminizmie w Europie Środkowo-Wschodniej bez przywołania książki Barbary Einhorn "Cinderella Goes to the Market". To nic, że są inne lokalnie pisane teksty, lepsze. Czytelnik anglojęzyczny musi dostać to, co już czytał albo może przeczytać u bardziej wiarygodnych rodzimych autorów. Osobnej dyskusji wymaga jeszcze kwestia dostępności tych tekstów u nas, co też bywa dość dużym problemem, warunków pracy na zachodnich uniwersytetach, wzajemnych sieci współpracy, etc. Brytyjscy czy amerykańscy naukowcy, którzy stanowią większość publikujących w wysoko punktowanych czasopismach, piszą w języku macierzystym, a sposobów pisania uczą się od dziecka. Znajdują też subtelne sposoby, by zwiększyć własną cytowalność, np. cytując się nawzajem jak najczęściej, etc. Naukowcy z innych krajów z odrębną logiką wypowiedzi często nie zyskują uznania właśnie z tego powodu. Trudniej im się przebić, bo nikt ich nie cytował i nie czytał, bo nie mają monografii po angielsku. I tak koło się zamyka. Ciekawe, że tak niewielu tych, którym się udało, potrafili wymienić nasi polemiści. A i te przykłady można łatwo zakwestionować z innych względów, o czym niżej.

Prof. Lewicka oraz dr Bilewicz ulegają szlachetnemu, ale naiwnemu złudzeniu, że język wypowiedzi naukowej jest przezroczystym i neutralnym medium, które pozwala dotrzeć do Prawdy. Tymczasem język służy nie tylko do liczenia kopców, ale także ich usypywania: Stefan Czarnowski, Stanisław Ossowski, Jan Strzelecki, Antoni Kępiński (by poprzestać na kilku nazwiskach) nie tylko mierzyli się z problemami naukowymi, ale poszerzali pole polskiej kultury. Mieli, przy wielu nieszczęściach, niewątpliwe szczęście, że ich dorobek nie był oceniany na podstawie publikacji w "renomowanych czasopismach anglojęzycznych"; że nie słyszeli o liście filadelfijskiej; nie musieli protestować przynajmniej przeciwko absurdalnym decyzjom urzędników od czasu do czasu udrapowanych w akademickie togi.

Co przykład przytaczany przez naszych polemistów, to strzał kulą w płot. Bronisław Malinowski pisał swoje wielkie monografie po angielsku, bo był antropologiem brytyjskim. Florian Znaniecki napisał "Chłopa polskiego w Europie i Ameryce" nie sam (być może psychologowie tego nie wiedzą), lecz z wybitnym socjologiem Williamem Thomasem. W jakim więc języku mieli pisać swoje monumentalne dzieło? Po mandaryńsku? Alfred Tarski, nawet gdy zmienił nazwisko (urodził się jako Alfred Tajtelbaum), doznał licznych upokorzeń, próbując robić karierę na Uniwersytecie Warszawskim (specjalista od uprzedzeń miałby tu znów coś do powiedzenia), by w 1939 roku wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Wykładając na Harvardzie, w Princeton i Berkeley, w jakim języku - zapytajmy raz jeszcze - miał pisać?



I wreszcie ostatnia kwestia: prof. Lewicką i dr. Bilewicza zdumiewa, że pod listem otwartym podpisało się "tak wielu wybitnych polskich uczonych" (z pewnością "akademickich nacjonalistów" i obrońców mizerii rodzimej humanistyki). Dlaczego? Uprzejmie wyjaśniamy tę zagadkę. W przeciwieństwie do Polemistów przeczytali list otwarty ze zrozumieniem. A wydawałoby się, że odwołania do Tarskiego i Ajdukiewicza do czegoś zobowiązują.
Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA





©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość