Strona główna

Ekonomia rodziny


Pobieranie 89.34 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar89.34 Kb.



Ekonomia rodziny
Ladislau Dowbor

Marzec 2003 r.


Ludzkość zwiększa się liczebnie z pokolenia na pokolenie. A podstawową komórką organizacyjną tego procesu jest rodzina. Przynajmniej była nią dotychczas: dziś proces ten przebiega w sposób nieporównanie bardziej skomplikowany i zróżnicowany.

Rodzina jako komórka ekonomiczna

Patrząc na rodzinę z perspektywy ekonomii, wymiana pokoleń opiera się na więzach solidarności. Rodzice zajmują się dziećmi oraz swoimi, starszymi już rodzicami, a w przyszłości ich własne dzieci będą się nimi zajmowały. Symbolem solidarności jest strawa, fakt, że grupa osób żyje wokół jednego pieca. Nie bez powodu używamy zwrotu „ognisko domowe”. W języku francuskim słowa „foyer” i „feu” mają ten sam rdzeń. Ponieważ ani dziecko, ani osoba starsza nie mogą samodzielnie przetrwać, przeżycie kolejnych pokoleń zależało w przeszłości, i nadal w dużym stopniu zależy w nowoczesnych społeczeństwach od solidarności rodzinnej.


Z punktu widzenia ekonomii, aktywny okres naszego życia, zazwyczaj od 16 do 64 roku, można uznać za czas, kiedy wytwarzamy pewną nadwyżkę: w tym czasie produkujemy więcej niż konsumujemy, dzięki czemu możemy utrzymać dzieci i osoby starsze, osoby niepełnosprawne lub chore, wreszcie członków rodziny będących w wieku produkcyjnym, lecz niemogące utrzymać się samodzielnie. Inaczej mówiąc, ekonomia rodziny umożliwia, lub umożliwiała, wewnętrzną redystrybucję dóbr między tymi, którzy wytwarzają pewną nadwyżkę a tymi, którym ta nadwyżka jest potrzebna dla przeżycia.
Obserwujemy obecnie w rodzinie zanikanie więzi między osobami wytwarzającymi i niewytwarzającymi. Duża rodzina, z dziadkami, wujami, kuzynami, braćmi praktycznie przestała istnieć, choć czasami spotyka się ją na obszarach wiejskich. Współczesny kapitalizm, skupiony wokół zagadnień konsumpcji, wymyślił rentowną z punktu widzenia ekonomii rodzinę składającą się z matki, ojca, pary dzieci, mieszkania, lodówki na 12 jajek, kanapy i telewizora. To rodzina nuklearna.
Najnowszą tendencją jest obecnie rozbicie samej rodziny nuklearnej. W Stanach Zjednoczonych jedynie 26 proc. rodzin składa się z matki, ojca i dzieci. W Szwecji ten wskaźnik wynosi 23 proc. Dziś na palcach jednej ręki można policzyć przyjaciół, którzy nie są rozwiedzeni. Nawet kiedy są razem, ojciec i matka pracują, dzieci chodzą do szkoły, jeśli wszystko przebiega normalnie, a życie rodzinne sprowadza się często do wspólnego wieczornego oglądania bzdur w telewizji przez wianuszek zmęczonych osób.
Przyszłość samego małżeństwa staje się niepewna. Statystyki dotyczące Europy Zachodniej i krajów anglosaskich pokazują, że czterdzieści lat temu jedynie 5 proc. dzieci rodziło się w związkach pozamałżeńskich. Dziś, te proporcje wynoszą ponad 30 proc. Jednak te tendencje kształtują się w sposób bardzo nierówny: w Japonii jedynie 1 proc. dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich, wśród Latynosów w Stanach Zjednoczonych 42 proc., wśród Murzynów amerykańskich 69 proc., podczas gdy średnia amerykańska wynosi 33 proc. [1]
Głębokie i szybkie przemiany w łonie rodziny będą miały bez wątpienia wpływ na wiele dziedzin życia społecznego, na kulturę, wartości, sposoby współżycia. Nas interesuje w szczególności dynamika społecznej wymiany pokoleń.
Człowiek nie zawsze działał w myśl zasady homo domini lupus, człowiek człowiekowi wilkiem. Oprócz rodziny istniały wspólnoty, klany, plemiona, zbiorowiska zbiegłych niewolników, stowarzyszenia mniej lub bardziej tajne i najróżniejsze formy społecznej solidarności. Można było odwołać się do sąsiada. Dziś, w czasach społecznej anonimowości, człowiek jest dosłownie sam w miejskim tłumie. Przyczyniły się do tego urbanizacja, a zwłaszcza powstanie wielkich metropolii, ale również telewizja, tworzenie przedmieść i dzielnic sypialni, jak również szereg czynników tak dobrze zbadanych przez Roberta Putnama w Bowling Alone [2]. Wrócimy jeszcze do tych zagadnień. To, co interesuje nas obecnie to fakt, że wraz z osłabieniem rodziny osłabiają się również więzy wspólnoty i uczucia solidarności społecznej.
Wraz z rewolucją technologiczną wiedza staje się nadrzędnym elementem procesów produkcji. Jeśli dla poprzedniego pokolenia dzieciństwo kończyło się wraz z ukończeniem czwartej klasy, dziś, dla większości osób, czas uzależnienia od rodziców wydłuża się coraz bardziej. Często spotkać można młode osoby przeżywające spóźniony okres dojrzewania, uczące się jeszcze rok, dwa, przed podjęciem pracy.
Jeśli chodzi o osoby starsze, dawne społeczeństwa cechowała pewna logika. Ludzie dożywali najwyżej pięćdziesięciu lat, akurat tak długo, aby wychować dzieci. Dziś można z powodzeniem żyć do lat osiemdziesięciu lub dłużej a wiek trzeci stanowi od jednej czwartej do jednej trzeciej naszego życia. Mamy tutaj również do czynienia z okresem bardzo kruchej zależności, ponieważ systemy emerytalne, zarówno, jeśli chodzi o zakres świadczeń jak i o wysokość emerytur, są w dużej mierze niewydolne, zaś rodzina „poprawna ekonomicznie” zwyczajnie unika współżycia z ludźmi starszymi.
Tak więc okres zależności w naszym życiu uległ dramatycznemu wydłużeniu, podczas gdy rodzina, która zapewniała redystrybucję nadwyżek między pokoleniami – i między okresami, kiedy zarabiamy i nie zarabiamy w naszym życiu – staje się coraz mniej obecna. Ten proces powoduje absolutną konieczność stworzenia społecznych mechanizmów redystrybucji dochodów, które zastąpiłyby rodziny tam, gdzie przestały one być obecne. Chodzi o redystrybucję dochodów już nie tylko między bogatymi a biednymi, lecz między pokoleniami.
Zaczynamy więc być zależni od formalnych mechanizmów redystrybucji nadwyżek między osobami wytwarzającymi i niewytwarzającymi. W tym kontekście, zmasowany atak na państwo, zmniejszenie przestrzeni państwa dobrobytu – która zresztą nigdy u nas nie była zbyt rozległa – a zwłaszcza prywatyzacja polityki społecznej powodują, że sytuacja staje się dla szerokich kręgów społecznych wręcz dramatyczna. Ciągłość procesu została zerwana.
Próba zredukowania roli państwa, zwłaszcza jego funkcji społecznej, jest więc absurdem i świadczy o całkowicie błędnym rozumieniu kierunku zmian społecznych. Kraje rozwinięte, które posiadają na ogół silny program pomocy socjalnej, wyposażone są w machiny państwowe zarządzające średnio 50 proc. produktu krajowego brutto. Dla porównania, w naszych biednych krajach rozwijających się państwo zarządza średnio 25 proc. PKB.
Należy przypomnieć, że polityka publiczna, mimo wielkiej przyjemności, z jaką krytykujemy państwo, stanowi z pewnością najbardziej skuteczne narzędzie promocji polityki społecznej, w każdym razie jedyne, które pozwala na równoważenie różnic społecznych. Wystarczy zaobserwować doskonałość, jaką w tej dziedzinie osiągnęły Kanada, Szwecja, lub porównać Kanadę ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie przy dwa razy wyższych nakładach finansowych na zdrowie nie osiąga się nawet w przybliżeniu jakości kanadyjskich świadczeń zdrowotnych. Nie mówiąc już o Kubie, gdzie doskonałą opiekę zdrowotną osiągnięto przy szczególnie skromnych środkach. Powód jest dość prosty i oczywisty, na przykład w dziedzinie ochrony zdrowia: prywatne przedsiębiorstwo chce mieć więcej klientów, a w przypadku opieki zdrowotnej oznacza to więcej chorych. Przy takim podejściu, traci się z pola widzenia ogromną wagę prewencji. Podobny proces zachodzi w dziedzinie edukacji, gdzie prywatne uniwersytety zwiększają jedynie liczbę studentów przypadających na jednego profesora: student to pieniądze, a profesor to koszt. Najważniejsze uniwersytety w Stanach Zjednoczonych są uczelniami prywatnymi, jednak nie są nastawione na zysk. W Brazylii, gdzie dochód skupiony jest w rękach nielicznych, sektor prywatny, kiedy wkracza w sferę socjalną, stara się oczywiście służyć tym, którzy mogą płacić, więc świadczy luksusowe usługi dla elit, drenując środki i pozbawiając służby społeczne ich roli w przywracaniu równowagi społecznej [3].
Podsumowując, podczas gdy niewynagradzane okresy naszego życia wydłużają się, rodzina traci swoją rolę w redystrybucji dóbr, wspólnoty przestają udzielać solidarnego wsparcia, państwo przestaje być dostawcą dóbr, sektor prywatny wyszarpuje środki i kieruje je w stronę elit, pogarszając sytuację. W ten sposób wymianie pokoleń towarzyszą potężne napięcia - napięcia, które idą w parze z rozpaczą i niemocą - chodzi o osobiste dramaty dzieci i młodzieży żyjących bez celu, ludzi starych zmuszonych do poniżającego żebrania, ogólnego klimatu społecznej walki vale-tudo. Dziecko nie głosuje, emeryt nie paraliżuje procesu produkcji, matka samotnie wychowująca dzieci (w 26 proc. brazylijskich domostw matka jest głową rodziny) nie ma nawet czasu, by myśleć o tych sprawach.

Rodzinne oszczędności

Sytuacja jest godna pożałowania, ponieważ nigdy nie było tak dużej nadwyżki społecznej – powstałej w wyniku zwiększenia wydajności pracy. W rodzinie nadwyżka występuje w postaci oszczędności, które stanowią rodzaj ubezpieczenia na życie – osobistego lub rodzinnego. W rodzinnych gospodarstwach rolnych robienie zapasów jest nawykiem nadal silnym: kury, świnie, krowy, zbiory przechowywane do spożycia lub na ziarna, kiełbasy, konserwy: rodzinne gospodarstwo rolne tworzy na swój sposób własny rachunek bankowy, w postaci nagromadzonych dóbr. W miastach są jeszcze ludzie, którzy oszczędzają kupując drugą lub trzecią nieruchomość, by później ją wynająć i zapewnić sobie dochody na przyszłość. Jednak na ogół my wszyscy – ci, którzy posiadają pewne oszczędności – stajemy się zależni od pośredników finansowych. Jeśli zaś nie mamy oszczędności – od sprzedawców na raty. Ponieważ dziś oszczędności występują w postaci znaków magnetycznych, z ich odpowiednią ulotnością, tracimy kontrolę nad tym, co dzieje się z naszą nadwyżką.


Przypadek Brazylii jest tutaj znamienny. Pieniądze deponowane w banku dają nam dzisiaj, na początku 2003 roku, 10 proc. dochodu rocznie. Bank lokuje te pieniądze w papierach wartościowych oprocentowanych w skali 26 proc. Rząd ze swej strony płaci za papiery wartościowe z publicznej kasy, to jest z podatków. Ponieważ 26 proc. mniej 10 proc. daje nam 16 proc., w rzeczywistości rodziny płacą bankowi za pośrednictwem rządu i poprzez podatki 16 proc. rocznie, by ten przechowywał ich pieniądze. Pracować w ten sposób na cudzych pieniądzach, to bardzo podniecające.[4]
Oczywiście nie da się na dłuższą metę płacić tak wysokich stawek pośrednikom finansowym, ponieważ braknie podatników, którzy pokryliby rosnące zadłużenie. Dług sięga około 800 miliardów reali. Nie jest on w całości spłacany na poziomie 26 proc., jednak tak czy inaczej doszliśmy do punktu, w którym rząd, nawet zaciskając pasa dla uzyskania czteroprocentowej nadwyżki, z trudem zdoła pokryć jedną trzecią odsetek, a co dopiero zwrócić kapitał. Tak więc jako kraj wkraczamy na drogę, na którą wkroczyło wielu ludzi, którzy nie mogąc spłacić pożyczki korzystają z karty debetowej, później dochodzą do limitu karty, i tak dalej. Z powodu takiego systemu rząd musi – według prognoz na rok 2003 – odprowadzić 146 miliardów reali dla obsługi długu. Z tej przyczyny przestaje w znacznym stopniu działać polityka społeczna, na którą powinny być przeznaczane podatki [5].
Co się dzieje w sektorze produkcji? Producent może starać się o wsparcie banku dla sfinansowania swojej działalności, jednak, ponieważ bank ma alternatywę osiągnięcia 26 proc. zysku bez ryzyka, odsetki proponowane kredytobiorcy są nadmiernie wygórowane (na poziomie 60 proc. dla kredytów dla przedsiębiorstw), i krajowy producent nie jest w stanie im sprostać. W wyniku takiej polityki mamy do czynienia ze stagnacją gospodarki, pociąga to za sobą coraz większe trudności w zwiększaniu wpływów do budżetu. To zaś coraz bardziej paraliżuje rząd, zmuszając go do podnoszenia oprocentowania lub utrzymywania go dna obecnym astronomicznym poziomie. Oficjalne uzasadnia się te kroki próbą powstrzymania inflacji: tak naprawdę, począwszy od pewnego poziomu, wysokie stopy procentowe, zamiast powstrzymywać popyt, podwyższają jedynie koszty produkcji, które pociągają za sobą wzrost cen i powodują większą inflację. Tymi, którzy ponoszą skutki inflacji są oczywiście rodziny, oczekujące na regulację płac lub emerytur.
Co się dzieje w dziedzinie rozwoju lokalnego? Dawniej – dziś dawniej oznacza kilkadziesiąt lat temu – kierownik oddziału banku rozmawiał ze wszystkimi miejscowymi przedsiębiorcami, szukając możliwości inwestycji w regionie i stawał się krzewicielem rozwoju. Dziś kierownik banku wynagradzany jest w systemie punktowym, w zależności od tego, ile zdoła wyciągnąć. Wczoraj był siewcą poszukującym żyznej gleby. Dziś jest odkurzaczem, pozostawiającym po sobie pustkę. Na skutek takiej działalności niezliczone drobne inicjatywy, niezbędne dla zdynamizowania gospodarki kraju, przestają istnieć. Zmiata to z mapy Brazylii ogromną ilość niewielkich inicjatyw, małych rodzinnych przedsiębiorstw miejskich, zwanych mikro-przedsiębiorstwami. Dziś hasło brzmi „małe przedsiębiorstwa, duże interesy”...dla pośredników finansowych.
Co dzieje się ze zwykłym obywatelem, który nie należy do klasy rządzącej i nie jest przedsiębiorcą ani organizatorem lokalnego rozwoju? Klient otwiera rachunek w banku tam, gdzie firma mu płaci. To bardzo ważny szczegół, gdyż oznacza, że dla zwykłego śmiertelnika w rzeczywistości konkurencja na rynku nie istnieje, a banki mogą dowolnie podnosić opłaty lub oprocentowanie, zerkając jedynie od czasu do czasu na zachowanie innych banków, żeby zbytnio nie odstawać ze swoją ofertą. W praktyce więc średnie oprocentowanie dla osoby fizycznej przekracza 100 proc. Ma to katastrofalne skutki dla budżetu rodzinnego: koszty finansowe stanowią około 30 proc. budżetów brazylijskich rodzin. Oczywiście nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że firmy handlowe odkryły, iż można zarobić znacznie więcej sprzedając pieniądze niż wyroby. Ponieważ biedny zarabia mało, może płacić mało, jest więc zmuszony dzielić swą mizerną zdolność nabywczą na raty tam, gdzie już właściwie nie ma pola manewru [6].
Możliwości konsumpcyjne rodzin, niezbędne dla zdynamizowania gospodarki kraju są jałowe, ponieważ duża część naszej siły nabywczej zostaje zużyta na pokrycie kosztów pośrednictwa finansowego. I tak, paraliż dosięga sfer rządzących, sektora produkcji, rozwoju regionalnego oraz tak ważnego elementu dynamizującego, jakim jest rynek wewnętrzny.
Dziś proces jest globalny. Jak wiemy, duża część długu jest określana w dolarach. Oznacza to, że jeśli wartość dolara rośnie, spekulanci posiadający te dolary mogą otrzymać więcej. Kraje biedne, z tak zwanego Trzeciego Świata, nie mogą drukować dewiz. Oczywiście, im bardziej kraj potrzebuje dewiz dla zrównoważenia bilansu budżetowego, tym mniej chętnie międzynarodowa wspólnota finansowa będzie je pożyczać, chyba że kraj zapewni wysokie oprocentowanie, ze wszystkimi konsekwencjami, o których mówiliśmy wyżej.
Kraj biedny ma ograniczone rezerwy. Brazylia posiada rezerwy rzędu 30 miliardów dolarów, Argentyna około 10 miliardów. Dla porównania, przeciętny spekulant taki jak Edward Jones obraca, według Business Week, kwotą 255 miliardów dolarów, a Merril Lynch około trylionem. Joseph Stiglitz, laureat Nobla w dziedzinie ekonomii z 2001 r., wyjaśnia ten proces w sposób jasny, na konkretnym przykładzie pewnej operacji finansowej w Tajlandii. Spekulant występuje o pożyczkę miliarda dolarów w tajlandzkich bankach, w lokalnej walucie. Ponieważ chodzi o dużego międzynarodowego inwestora, lokalne banki są zachwycone. Przy pomocy tego miliarda, spekulant wykupuje dolary na lokalnym rynku. Widząc, że dolary są skupowane, inni bankierzy i lokalni spekulanci również zaczynają kupować dolary, a ich wartość na rynku rośnie niebotycznie. Po jakimś czasie spekulant odsprzedaje część dolarów, żeby spłacić pożyczkę, i zarabia netto 400 milionów dolarów na każdym tak niekorzystnie ulokowanym miliardzie. Niczego nie wyprodukował, nie musiał zainwestować ani centa ze swojej kieszeni, a ponieważ kontrola kapitałów jest zgodnie z doktryną słusznie nazywaną przez Stiglitza „doktryną fundamentalistów wolnego rynku” grzechem śmiertelnym, pieniądze wypływają z kraju. Spekulant nie musiał się nawet ruszyć z Manhattanu.
Jak do opisanych wydarzeń ma się oficjalna teoria Międzynarodowego Funduszu Walutowego? „Podstawowe korzyści wynikające z globalizacji finansowej są doskonale znane: kanalizując środki tam, gdzie zastosowane będą w najwydajniejszy sposób, może pomóc zarówno krajom rozwiniętym jak i krajom rozwijającym się w osiąganiu wyższego poziomu życia” (Finance & Development, IMF, March 2002, str 13).
Proces jest odwrotny. Sektor produkcyjny, państwo, wspólnoty i rodziny zostają pozbawione kapitału. Ponieważ pożyczki zakładają wysokie odsetki, przedsiębiorstwa są zmuszane do samofinansowania. W ten sposób uwolnienie kapitałów, które teoretycznie powinno „kanalizować środki tam, gdzie zastosowane będą w najwydajniejszy sposób” prowadzi wręcz odwrotnie do drenażu środków dla celów spekulacyjnych, i coraz bardziej zmusza przedsiębiorstwa do samofinansowania się, tworząc pewien feudalizm finansowy, w którym każdy stara się być samowystarczalny. Tracimy szansę, aby oszczędności jednych zasiliły inwestycje drugich. Skutek jest dokładnie odwrotny od przewidywanego lub wyobrażonego przez Fundusz, jednak zupełnie spójny z interesami spekulantów. W ten sposób udało się stworzyć rozbudowany system drenażu oszczędności, ograniczania konsumpcji i braku zachęt do inwestowania, które paraliżują kraj.
A rodzina? Otóż ucieczka dewiz z kraju do tych, którzy nie wyprodukowali dosłownie niczego, powoduje jej zubożenie. To zubożenie pociąga za sobą większy eksport, po to by móc zarobić dewizy i „sprostać zobowiązaniom”. Więcej dóbr się eksportuje, a mniej jest ich dostępnych na rynku wewnętrznym. Importowane towary są drogie z powodu wysokiej ceny dolara, rodzą inflację. Ponieważ zwyżce cen nie towarzyszy wzrost pensji, oszczędności rodzin maleją. Inaczej mówiąc, kiedy oszczędności stają się oszczędnościami w postaci banknotów, stają się tym, co za nie można kupić. Starsze małżeństwo Argentyńczyków pytało mnie z przerażeniem, starając się zrozumieć: „przecież to były oszczędności naszego życia, jak mogły zniknąć?” W rzeczywistości dziś oszczędności nie są nawet banknotami, są impulsami magnetycznymi. Nie trzeba jechać aż do Argentyny, wystarczy spytać, jak czują się Amerykanie, którzy wykupili emerytury w postaci papierów wartościowych firmy Enron lub Brazylijczycy otrzymujący 6 proc. rocznie od oszczędności, dużo mniej niż tracą z uwagi na inflację.
Nalegamy tutaj na ekonomiczno-finansowy wymiar procesu, ponieważ to ważne, by ludzie zrozumieli, że globalizacja ma wiele wspólnego z życiem codziennym, z troską każdej rodziny o jej przyszłość, o przyszłość jej dzieci. Znamienna jest obsesja, z jaką stosunkowo biedne rodziny wysilają się, aby zapewnić nowemu pokoleniu dyplom uniwersytecki i w sposób pośredni zagwarantować mu przyszłość, z braku innych godnych zaufania sposobów. Dla rodziny, utrata kontroli nad oszczędnościami stanowi utratę kontroli nad jej własną przyszłością.
Z punktu widzenia gospodarki, rodzina stanowi proces, następujące po sobie sytuacje składające się na zjawisko wymiany pokoleń. Jeśli jedno z ogniw jest zagrożone, jeśli mamy do czynienia na przykład ze zdezorientowaną lub zrozpaczoną młodzieżą, z dramatyczną śmiertelnością wśród młodocianych z powodu zabójstw, proces wymiany pokoleń przestaje być logiczny, przestaje być ciągły, choćbyśmy mieli najpiękniejsze pięciogwiazdkowe szpitale dla obecnie zatrudnionych pracowników na kierowniczych stanowiskach. Utrata kontroli nad oszczędnościami będzie miała bezpośredni wpływ na sposób, w jaki rodzina zorganizuje swoje uczestnictwo w działalności produkcyjnej, w świecie pracy, ponieważ w sposób dramatyczny zawęża możliwości wyboru. Na tym etapie globalizacji liberalizm powoduje bezwzględną utratę wolności gospodarczej. Każde małżeństwo, próbujące związać koniec z końcem i zaplanować przyszłość swoich rodziców i dzieci, czuje się coraz bardziej zaniepokojone.

Rodzina i praca

W tradycyjnych społeczeństwach istniała pewna ciągłość organizacji produkcji, niezmieniana z pokolenia na pokolenie. W rodzinnych gospodarstwach rolnych, z uwagi na jedność miejsca zamieszkania i miejsca pracy, wejście w sferę produkcji następowało w sposób naturalny. Syn uczył się stopniowo od ojca prac na roli, a podział prac w łonie rodziny był organizowany w sposób różnorodny. Inaczej mówiąc, i pozostając przy założeniu, że w rodzinie odbywa się proces wymiany pokoleń, praca stanowiła element ciągłości między pokoleniami. To zjawisko nie zanikło. Przypomnijmy, że nadal połowa ludności świata żyje na wsi, że połowa ludności świata nadal używa drewna opałowego. Czasami tak bardzo skupiamy się na życiu wyższych sfer społeczeństwa, na sprawach zabieganych pracowników na kierowniczych stanowiskach, na nowoczesnych gadżetach, że wydaje się nam, że tylko to istnieje i zapominamy, że w świecie współistnieją różne ery i różne rytmy życia. W Brazylii rolnictwo nadal daje zatrudnienie największej ilości pracownikom, 17 milionom, przemysł 9 milionom, handel około 7 [7].


Jednak świat, który nas otacza jest zasadniczo zurbanizowany. Zaś w miastach, poza przypadkami małych firm rodzinnych, przypadki międzypokoleniowej ciągłości zawodowej są stosunkowo rzadkie. Przestrzeń zamieszkania i przestrzeń pracy już się nie zbiegają. Coraz częściej dom jest miejscem, do którego się wraca wieczorem, i skąd rano wychodzą do codziennej, mozolnej pracy zaspani rodzice i dzieci. Istnieją dzielnice podmiejskie, które są miastami sypialniami, jednak na ogół to nasze domy stały się sypialniami.
Przy braku oszczędności, rodziny przejawiają niewielką inicjatywę. Ludzie nie „organizują” swoich działań, „szukają” pracy w anonimowej przestrzeni miejskiej. Wraz z pogłębieniem podziału pracy w społeczeństwach, pojawiają się przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w różnych dziedzinach, a dostęp do tego, co jest nam potrzebne na co dzień zaczyna zależeć od naszych dochodów. Czasami nie pamiętamy o tym, że dawniej ciasto pieczono w domu, często też chleb, podczas gdy dziś coraz mniej się w domu gotuje. Tracimy w dużej mierze poczucie, że nasze życie zależy od nas, od naszego wysiłku i upodobnia do inicjatywy. Czujemy się popychani przez siły, których nie kontrolujemy.
W mieście Imperatriz do Maranhão, moim leciwym ojcem – dziewięćdziesięciolatkiem – zajmowała się młoda osiemdziesięciolatka, która oprócz opiekowania się moim tatą zajmowała się małym ogrodem warzywnym, który wnukowie urządzili jej na rusztowaniu z palmowych pni. Uprawiała szczypiorek, pietruszkę, różne zioła i codziennie wyruszała z koszyczkiem, by sprzedawać je wśród sąsiadów. Kultywowała w ten sposób nie tylko zioła, ale i przyjaźnie. Zarządzała swoimi dochodami, a wszyscy w rodzinie jej pomagali. Czy to obrazek z przeszłości? Niekoniecznie, ponieważ dziś, przy nowych technologiach, jest nadal wiele przestrzeni dla współpracy rodzinnej i sąsiedzkiej. Można stworzyć nowe formy podziału pracy, nową solidarność.
Nie sugerujemy tutaj powrotu do bukolicznej przeszłości. Najważniejsze, by zrozumieć, że ognisko rodzinne to przestrzeń, gdzie robiło się rzeczy razem, tak jak we wspólnotach. Zniknięcie tego wymiaru organizacji społecznej prowadzi do społeczeństwa jednostek powarkujących jednych na drugie w walce o pieniądze, w którym się zapomina, że jakość życia to produkt społeczny. Zwycięstwem w życiu, zgodnie z tym, co pokazują nam codziennie w telewizji, jest prowadzenie wojny z innymi. Zwycięstwo polega na mieszkaniu w drogim osiedlu otoczonym budkami wartowniczymi. Oto sukces.
Budowa światłego społeczeństwa wymaga bardziej skomplikowanych procesów. Zaczynają to rozumieć nawet przedsiębiorstwa najbardziej wstecznie pojmujące zagadnienia społeczne i środowiskowe.
Ten tok rozumowania prowadzi do wniosku, że praca to nie tylko techniczne zadanie polegające na produkowaniu jak najszybciej, najwięcej jak to możliwe, w poszukiwaniu jak największego zysku. Praca powinna stanowić podstawowy element współżycia społecznego. Głęboka przepaść, powstała między światem pracy a światem rodziny, niszczy relacje międzyludzkie. A praca, pozbawiona wymiaru uczuciowego, z jej bieganiną, zgodnie z zasadą just-in-time, z naukowo stosowaną przewrotnością organizacji lean-and-mean, z jej chrześcijańską patologią zakładającą, że cnotą jest jedynie to, co przysparza nam cierpień, co wymaga wyrzeczeń, powoduje, że uznajemy ją coraz bardziej za udrękę. Coraz mniej sensu znajdujemy w tym, co robimy w pracy, nie licząc pieniędzy zarobionych pod koniec miesiąca, za które kupimy jeszcze jeden telewizor, za które wymienimy kanapę na nową.
Więzy społeczne w pracy są funkcjonalne, interesowne, powiązane z hierarchią tych, którzy rozkazują i tych, którzy są posłuszni, skażone rywalizacją, zazdrością, dyskretnym rozpychaniem się łokciami, zjadliwymi uśmiechami. Brazylijska mądrość ludowa jest w tym wypadku bogata w porzekadła: „uważaj na odcisk, który depczesz, może należeć do worka, który jutro będziesz musiał ciągnąć”.
Nie chodzi tutaj o ponure wizje. Wręcz odwrotnie, technologie, postęp naukowy pozwalają nam dziś na obronę innej kultury pracy. Bariery, które tworzymy są w dużej mierze sztuczne. Dlaczego dziecko obserwuje swojego ojca i swoją matkę, którzy znikają codziennie w tajemniczej przestrzeni zwanej „pracą”, nie mając nigdy możliwości odwiedzenia ich miejsc pracy i zobaczenia, co robią? Czy normalna jest portiernia i wszystkie jej zabezpieczenia? Czy naturalne jest skrępowanie, z jakim matka odbiera w pracy telefon od dziecka, od męża? Wreszcie czy praca powinna być dla nas, czy my dla pacy?
Bardzo dużo ludzi zmienia swoje spojrzenie na świat. Umundurowany biznesmen z szykowną teczką, piórem Mont Blanc i innymi typowymi dla biznesmena przyborami – elegancka wersja człowieka-reklamy, noszącego plakat informujący, że jest lepszy od innych – jest stopniowo zastępowany ludźmi, którzy ubierają się wygodnie i starają się żyć, nawet w pracy. Dużo firm ma dziś sale, gdzie można odbyć sjestę, gdzie pracownik może się zdrzemnąć, kiedy tego potrzebuje. Na porządku dziennym staje się zmniejszanie hierarchiczności w firmach. Szeroko dyskutuje się na temat jakości życia w pracy. Film „American Beauty”, choć nieco wymuszony, przyczynił się do uświadomienia ludziom, w jak absurdalny sposób jesteśmy organizowani, by być wydajni w procesie produkcji a bezużyteczni w życiu.
Nacisk na skrócenie dnia pracy, który jest zasadniczym czynnikiem poprawy naszej wydajności i ocalenia równowagi między życiem rodzinnym, zawodowym a dodatkowymi zajęciami społecznymi, stopniowo ponownie staje się istotnym elementem roszczeń społecznych, takim, jaką była dziesiątki lat temu walka o ośmiogodzinny dzień pracy.
W Lozannie, w Szwajcarii, pani prefekt uznała, że należy zmienić sposób opieki nad ludźmi starszymi mieszkającymi samotnie, zamiast umieszczać te osoby w klinice, z pielęgniarką, codziennym kleikiem i telewizorem. Przeprowadziła z pomocą studentów ankietę, dzięki której odszukano sąsiadów każdego ze staruszków, gotowych im pomóc. Po przeprowadzeniu krótkiego szkolenia i wyasygnowaniu pieniędzy na skromne pensje, zorganizowano w mieście sieć solidarności, która pozwoliła na zaoszczędzenie funduszy publicznych i na poprawę atmosfery społecznej oraz jakości życia ludzi. Bez wątpienia wyspecjalizowana pielęgniarka w dobrze wyposażonej klinice lepiej potrafiłaby podawać kleik (przy o wiele wyższych kosztach, co przyczynia się do zwiększenia PKB). Lecz czy o to chodzi? W Polsce widzieliśmy budynki, których parter zarezerwowany jest na małe mieszkania, w których mieszkają osoby starsze. Pozostając blisko rodziny mieszkającej na wyższych piętrach, zachowują pewną prywatność. Czy zorganizowanie harmonijnego współżycia społecznego jest aż tak trudne?
W pewien sposób chodzi o rozmontowanie wypaczonego mechanizmu, w którym dostęp do podstawowych wygód życiowych wymaga coraz większej ilości pieniędzy. Rodziny muszą się organizować dla maksymalizowania dochodów, dzieci już od najwcześniejszych lat uczą się współzawodnictwa, przygotowują się do życia, dźwigając ciężkie teczki z przyborami szkolnymi. Tracimy atmosferę rodzinnego ciepła, zażyłości w ramach wspólnoty, wychowujemy bandę wydajnych zombie, którzy już nie stają nawet na chwilę, aby zadać sobie najbardziej oczywiste pytanie: dokąd tak wszyscy biegniemy?
Chodzi, oczywiście, o odwrócenie równania. Nie powinniśmy organizować naszego życia wokół pracy, ale organizować pracę tak, aby nasze życie było przyjemne. Gospodarka to środek, nie cel.
Czy to utopia? Dziesięć lat temu mierzono wskaźniki ekonomiczne jedynie w oparciu o PKB, zgodnie z zaleceniami Banku Światowego. Od 1990 r. wskaźniki rozwoju społecznego (HDI) zaczęły porównywać również jakość życia, dodając do porównywanych parametrów również dane dotyczące zdrowia i edukacji. Według metodologii Calverta-Hendersona, w roku 2000 zaczyna się oceniać wydajność narodów biorąc pod uwagę jakość życia ich obywateli. Rozpatruje się około 12 grup wskaźników: edukację, zatrudnienie, energię, środowisko, zdrowie, prawa człowieka, dochody, infrastrukturę, opiekę społeczną, czas wolny, mieszkalnictwo [8].

Dochodzimy do pojęcia wydajności społecznej lub wydajności systemowej. System opieki zdrowotnej, maksymalizując rytm przyjmowania pacjentów przez lekarzy, prowadzi do tayloryzmu społecznego, który z pewnością jest wydajny z punktu widzenia mikroekonomii. Ta wydajność jest mierzona pod kątem rentowności firmy ubezpieczającej lub banku, który sprawuje kontrolę nad całością przedsięwzięcia. A praktyczny wynik, w kategoriach społecznych, to kulejący system opieki zdrowotnej, ponieważ czynnikiem, który zapewnia społeczną wydajność systemu zdrowotnego jest o wiele bardziej prewencja niż luksusowe urządzenia szpitalne. Inaczej mówiąc, kiedy mówimy dziś o społecznej i środowiskowej odpowiedzialności przedsiębiorstw, zmuszamy każdego zarządcę, aby spojrzał trochę wyżej, ponad murami przedsiębiorstwa, i zastanowił się po prostu: czy to jest korzystne dla społeczeństwa?


Instytut Souza Cuz opublikował w styczniu 2003 r. książkę pt. „Znak społeczny: wychowanie dla wartości”. Instytut Souza Cruz jest utrzymywany przez przedsiębiorstwo Souza Cruz, które z kolei należy do firmy British American Tobacco, inwestującej rocznie setki milionów dolarów w publikacje dla przekonywania młodych do palenia papierosów: ulubioną grupą docelową są czternastolatki. W tym wieku przywiązanie do nikotyny staje się praktycznie zapewnione do końca życia. Książka, dość luksusowa, rozpoczyna się cytatem z publikacji Anísio Teixeira (!)* na temat wartości, a dyrektor instytutu, w rozdziale „Wychowanie dla Wartości” zapewnia, że Flávio de Andrade, prezes Souza Cruz „bardzo się martwił dostępem dzieci i młodzieży poniżej 18 roku życia do papierosów, alkoholu i narkotyków”.
Któż by się nie wzruszył? Tymczasem tradycyjny ekonomista z pewnością nam wytłumaczy, że Souza Cruz tworzy nowe miejsca pracy, dynamizuje rozwój plantacji tytoniu, przyczynia się do rozwoju klinik leczących nowotwory, zachęca do sprzedaży produktów do wybielania zębów, sponsoruje wspaniałe wyścigi formuły 1. Był nawet raport dowodzący, że papierosy, przyspieszając śmierć osób starszych, zmniejszają deficyt opieki społecznej i w rezultacie poprawiają sytuacje budżetową państwa. Czego się nie robi dla gospodarki!
Chcemy tutaj naszkicować obraz, w którym transformacja rodziny stanowi element głębszych przemian. Nie chodzi jedynie o ubolewanie nad jej rozkładem: chodzi o to, aby na nowo przemyśleć proces organizacji społecznej.
W przepięknym filmie „Okna Duszy” Wim Wenders, który uraczył już nas wieloma arcydziełami, dzieli się głęboką refleksją: „Humanity is craving for meaning”, ludzkość tęskni za sensem. Można zachować sens rzeczy przez bardziej różnorodne łączenie odmiennych wymiarów życia, indywidualnego, rodzinnego, wspólnotowego, bogatsze doświadczenia w pracy, w dziedzinie ekonomii, polityki, kultury. Poczucie utraty inicjatywy i kontroli nad naszym życiem, dziki indywidualizm, brak reguł gry tam, gdzie chodzi o pieniądze są tym bardziej absurdalne, gdyż wydaje się, że bogacenie się ludzi powinno właśnie dawać im więcej czasu dla rodziny, większe możliwości współżycia społecznego w mniej drapieżnej atmosferze.
Nasz system gospodarczy jest w stanie lub przynajmniej był w stanie zwiększyć produkcję, zanim nastał czas panowania gigantów finansowych i dzikiej globalizacji. Jednak organizacja społeczna zdolna do przekształcenia przyrostu produkcji społecznie użytecznej zależy od dynamiki całkowicie odmiennej od dynamiki rynku. Życie nie sprowadza się do rozpaczliwej gonitwy dla zrównoważenia rachunku bankowego i rachunków za zakupy. Jakość życia, a nawet przeżycie rodziny stanowią proces społecznej działalności niewynikającej automatycznie z mechanizmów rynkowych lub ewentualnego indywidualnego bogacenia się.

Odniesienia indywidualne i społeczne

Nietrudno postawić się na miejscu młodej osoby. Wychodzi ze szkoły bez wcześniejszej znajomości jakiegokolwiek przedsiębiorstwa, urzędu, organizacji pozarządowej. W wyniku całkowitego rozdziału między okresem nauki i czasem pracy, mamy do czynienia z pokoleniem zdezorientowanej młodzieży, szukającej swojego miejsca w życiu. Jeśli na to zjawisko nałożą się mechanizmy panujące w pracy, o których mówiliśmy wyżej, widzimy wyraźny brak perspektyw dla młodych ludzi, z wyjątkiem pewnych uprzywilejowanych jednostek. W rzeczywistości w procesie produkcyjnym, gdzie wiedza odgrywa ogromną rolę, nauka i praca, zamiast stanowić odrębne okresy w życiu, powinny tworzyć harmonijną całość. Zdobywanie wiedzy i jej zastosowanie w praktyce powinny wzbogacać się nieustannie.


Czuć się niepotrzebnym w młodym wieku, kiedy człowiek jest gotów robić i przeżywać tak wiele, to z pewnością wywołuje poczucie głębokiej frustracji. Możliwość zrobienia czegoś użytecznego wynika najczęściej z wyświadczonej przysługi – ktoś dał pracę. Ankieta przeprowadzona w Stanach Zjednoczonych wykazała, że tak naprawdę „whom do you know” stało się ważniejszym czynnikiem od „what do you know”. Dla młodego człowieka świat stał się rzeczywistością nieprzejrzystą i zamkniętą, wywołującą zniechęcenie i pasywność.
Należy spojrzeć na tę tendencję z szerszej perspektywy. Nasze dzieci i nasza młodzież wychowywani są w duchu bardzo nietrwałych punktów odniesienia: oboje rodzice w pracy, praca odległa od domu, małżeństwa często żyjące osobno, cisza na odcinku kanapa-telewizor: w ten sposób nie można wytyczyć wielu znaków granicznych między dobrem a złem, ukazać sens życia.
Dawniej odrębną rzeczywistością, która w dużej mierze przyczyniała się do budowania wartości była ulica, sąsiedztwo. Jeszcze nie świat zewnętrzny, ale już nie rodzina. Tam dziecko i młody człowiek próbowali swoich sił w życiu społecznym, określali stopniowo wartość przyjaźni, ciężar rywalizacji, budowali swoją przestrzeń społeczną. Dziś żadna matka przy zdrowych zmysłach nie powie dziecku, by poszło się bawić na ulicę. Jest spokojna, kiedy dzieci siedzą na kanapie, jedzą chipsy i oglądają program „Vale tudo por dinheiro”. („Za pieniądze wszystkie chwyty dozwolone”). Ponieważ na ulicy jest niebezpiecznie, są narkotyki, gangi, wypadki samochodowe, strach. Nie wprowadzamy już dzieci w świat, staramy się tylko je chronić. A kiedy nadchodzi nieunikniony moment ich wyjścia z domu, stają przed nimi wyzwania trudne do przyjęcia.
Zagubieni rodzice prowadzą niekończące się dyskusje o tym, czy powinni być bardziej permisywni czy też powinni stawiać więcej zakazów, uśmiechać się czy krzyczeć i w końcu, jeśli mają na to pieniądze, narzekają na nieudolnego psychoanalityka. Psychoanalityk może oczywiście pomóc, kiedy problemy są osobiste, jednak nie pomoże wiele tam, gdzie chodzi o społeczny proces dezintegracji.
Mała osiedlowa szkoła, uczęszczana przez osoby, które współżyły w pewien określony sposób w szkole, inaczej na ulicach w sąsiedztwie, jednak w ramach tej samej struktury społecznej, była kolejną przestrzenią, gdzie budowano punkty odniesienia. W interiorze pozostało nadal wiele z dawnych stosunków. W dużych miastach, w szkołach, w których poszukuje się absurdalnych oszczędności, (im większa, tym taniej) powstaje świat, w którym ludzie spotykają się tylko w szkolnej ławie. Przestrzeń społeczna miejsca zamieszkania i przestrzeń społeczna miejsca nauki nakładają się tylko czasami. Wśród przedstawicieli klasy średniej, często zobaczyć można patetyczną scenę: matki spędzające wiele godzin w samochodzie, żeby zawieźć dziecko na spotkanie z innym dzieckiem na drugim końcu miasta, gdy samotność w domu staje się nie do wytrzymania. A na drugim końcu miasta koleżanka ma te same gry video, ten sam program telewizyjny. Jeśli zsumujemy skutki zaniku rodzinnych punktów odniesienia, braku punktów odniesienia przekazywanych przez otoczenie, i utratę społecznej roli szkoły, dodamy do tego cynizm godzinami wbijany dzieciom do głowy przez telewizję, to czego możemy się spodziewać?
Rodzice są oburzeni: oni piją, palą, narkotyzują się, sprowadzają seks do poziomu banalnego aerobiku, nie widzą sensu życia... A cóż my zrobiliśmy, aby nadać sens ich życiu? Wszyscy jesteśmy zajęci zarabianiem, bezsensowną gonitwą za sukcesem, w jaki sposób dzieci mają uznać, że nasze poświęcenie jest wartościowe?
Zrozumienie, że zabijamy się w pracy po to, by żyć bez sensu, choć w garażu mamy piękny samochód, pełno sprzętu do uprawiania gimnastyki i innych relikwii kupionych pod wpływem przelotnych konsumpcyjnych impulsów, a brak nam czasu na robienie rzeczy, które mogłyby okazać się przyjemne lub piękne – powoli przenika do naszej świadomości, choć nadal biegniemy wszyscy bez celu. Czyżby nasze dzieci rzeczywiście nie dostrzegały absurdu naszego życia? Jaki przykład im dajemy? Życie zredukowane do gonitwy za sukcesem finansowym, w przekonaniu, że gdy go zdobędziemy, za pieniądze kupimy całą resztę, to bezsensowna iluzja, która doprowadziła nas do cywilizacji gett bogactwa i biedy, w których dzisiaj żyjemy.
To znamienne, że często młodzież, a nawet dzieci, czasami z pomocą nauczycieli – kolejnej grupy poszukującej sensu tego, o czym uczy – zakasują rękawy i zaczynają przejmować inicjatywę. Obserwowaliśmy we Włoszech akcję dzieci, pragnących odzyskać place miejskie. Sfilmowany przez same dzieci reportaż ukazuje nam ich przemarsz, negocjacje z prefektem, i stopniowe odzyskiwanie placów przerobionych na parkingi, aby ponownie miały wodę, drzewa, miejsce na wspólne gry i zabawy, aby odzyskały swój wymiar estetyczny, rozrywkowy, społeczny. W wielu miastach istnieją już miejskie rady dzieci i nie można zatwierdzić projektu dotyczącego zagospodarowania przestrzeni publicznej bez wzięcia pod uwagę interesu dzieci. W wielu miejscach zorganizowano trasy bezpiecznego ruchu, wzdłuż głównych szlaków biegnących między szkołą a miejscem zabaw, dla zwiększenia mobilności i poczucia bezpieczeństwa dzieci: technika jest prosta, chodzi o ścieżki wytyczone na chodnikach, semafory, większą ilość policjantów. Wspólną cechą tych doświadczeń jest odzyskiwanie przez dzieci praw do miasta, do uczestnictwa w jego życiu.
W Valparaiso widzieliśmy, jak dzieci ulicy, przy wsparciu organizacji pozarządowej, odzyskały niezabudowane obszary dzielnicy, organizowały swoje własne zespoły muzyczne i różnorodne wydarzenia kulturalne. Ich akcja stała się tak popularna, że dziś sześć oficjalnych szkól w dzielnicy przyłączyło się do projektu i rozwija działalność odzyskiwania przestrzeni publicznej, prowadzi lekcje na temat środowiska, poprawiając jednocześnie warunki tego środowiska, zgłębia nauki społeczne, żeby poprawić środowisko społeczne. Tutaj podobnie, miasto należy do młodzieży, a zrobienie czegoś użytecznego i przyjemnego nie wynika z pracy, którą ktoś „daje”, ale z inicjatywy, która do niej należy.[9]
Wynika z tego, że jako społeczeństwo ewoluujemy od rzeczywistości, w której organizacja społeczna opiera się jedynie na państwie, które robi coś dla nas i na przedsiębiorstwach, które produkują dla nas wyroby, w stronę rzeczywistości, w której zorganizowane społeczeństwo ponownie staje się podmiotem procesów społecznych i zarządza działalnością państwa i przedsiębiorstw w funkcji jakości życia, którego poszukuje. Ekspansja organizacji społeczeństwa obywatelskiego, siła trzeciego sektora, odzyskiwanie społecznych funkcji państwa, pojawienie się społecznej i środowiskowej odpowiedzialności przedsiębiorstw, krytyka wymierzona przeciwko wielkim korporacjom spekulacji finansowej, monopolowi wyrobów farmaceutycznych, sprzedaży broni, samo pojawienie się szeroko popieranego pojęcia innego świata jest możliwe dzięki przewartościowaniu, które zaczyna być szeroko odczuwane w społeczeństwie.
Jako jednostki, możemy wyremontować nasz dom, walczyć o wykształcenie dla naszych dzieci, kupić lepszy samochód. Jednak przemiany społeczne zależą od organizacji społecznej. Poczucie dezorientacji odbierane jest jako osobiste cierpienie, jednak korzenie zła tkwią poza nami.

Kanapa, telewizor i chipsy

To ciekawe, że kiedy robimy to, co wszyscy i nie czujemy się szczęśliwi, przekonujemy sami siebie, że wina tkwi w nas samych. Wydaje nam się, że nie jesteśmy normalni. Jednak to ważne, by zrozumieć, że poczucie frustracji jest ogólne. Przejawia się poczuciem utraty kontroli nad rzeczywistością, nad tym, co chcemy robić, nad światem, który nas otacza. Praca nie jest cierpieniem: walka o lepszą przyszłość, robienie rzeczy, które wychodzą, nawet pokonując wiele trudności, zabawa z przyjaciółmi, to wszystko jest niezbędne dla naszego poczucia równowagi.


Patrząc na problem z szerszej perspektywy okazuje się, że obecna dynamika rynku proponuje jednocześnie więcej produktów dla elit, a mniej poczucia osobistego spełnienia. To, co nam sprzedano jako wizję świata to świadomość, że szczęście polega na tym, żeby wokół nas był tylko mąż lub żona, i dzieciaki, małe i sympatyczne, trzypokojowe mieszkanie, w salonie kanapa i telewizor. Możliwość wyboru w życiu dotyczy koloru kanapy, modelu lodówki.
Trzeba spojrzeć na drugą stronę medalu. Po pierwsze, wszyscy powinni mieć prawo do trzypokojowego mieszkania, do zdrowia, do jedzenia na stole. Co więcej, zaspokojenie niezbędnych potrzeb wszystkich jest wstępnym warunkiem, abyśmy mogli spokojnie żyć. Już Marat mówił w czasie Rewolucji Francuskiej „nic nie będzie prawdziwie twoje, dopóki innym będzie brakować rzeczy niezbędnych”. Ten cel to ideał społeczny, o który musimy walczyć.
Jednak te „rzeczy niezbędne” nie wystarczą. Kiedy już mamy trzy pokoje i kanapę, pierwszą rzeczą, którą chcemy zrobić to wyjść, zrobić coś. A zrobienie czegoś zakłada uczestnictwo innych osób, współżycie, zabawy, żarty, sport, wszystko, co powoduje, iż czujemy, że żyjemy. Społeczeństwo rozbite na małe grupy, które pozbyło się ludzi starszych, wysyłając ich do domu opieki, chorych umysłowo do zakładów dla chorych, zbuntowanych do więzienia, biednych na peryferie, to społeczeństwo, które ulęgło dezintegracji. Społeczeństwo, które przestało samo budować swoją przestrzeń społeczną, a jedynie zarządza przywilejami.
Rozumienie wyzwania ubóstwa – coś, co powinniśmy robić systematycznie – może być łatwiejsze niż rozumienie społecznej erozji i upowszechniającego się niepokoju. Ten system prowadzi, z jednej strony, do pozbawienia dużej części ludności świata niezbędnych do przeżycia przy minimum godności dóbr, z drugiej zaś tworzy model produkcji i organizację społeczno-gospodarczą, które nie dają rozwiązania tym, którzy wyszli z tego ograniczenia. Kiedy patrzymy na miasta sypialnie, na dzielnice bez placów lub miejsc społecznego współżycia, zamknięte osiedla z elektrycznymi ogrodzeniami, drutem kolczastym i prywatnymi wartownikami, widzimy potrzebę spojrzenia szerzej na problem elit i nędzy: sam system jest absurdalny.
Dziś wielkie przedsiębiorstwa, na przykład w São Paulo, zawierają nieczysty układ z politykami i budują za ich przyzwoleniem miasto całkowicie zorganizowane w funkcji samochodu. Dochodzi do tego, że wśród tuneli i wiaduktów tworzy się wiele poziomów dróg, a jednocześnie toczy się walkę o to, by nie używać dla celów publicznych przestrzeni miejskiej, ponieważ to „marnotrawstwo”. Czysta rzeka nie owocuje kontraktami, podczas gdy zanieczyszczona rzeka jest źródłem intratnych umów na czyszczenie, usuwanie piasku, oczyszczanie kanalizacji. Logiką budujących jest budować jak najwięcej budynków dla małych rodzin, zrywając więzy między pokoleniami. Możliwości techniczne i organizacyjne przedsiębiorstw zmieniły się na korzyść, jednak redukowanie ich celów do natychmiastowego zysku powoduje, że te zdobycze stają się społecznie mało użyteczne. Przedsiębiorstwo nie myśli o społecznych kontaktach i o odpowiedniej do tego infrastrukturze, ale o indywidualnych możliwościach klienta.
To ciekawa informacja, że aktualizując słynny Raport Kinseya sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy to przeprowadzono pierwsze szeroko zakrojone badania dotyczące zachowań seksualnych ludności USA, okazało się, że dziś uprawia się seks nieporównanie rzadziej niż pól wieku temu. A to przy istnieniu pigułki antykoncepcyjnej, przy permisywności, kinach porno, wkładkach antykoncepcyjnych, zdjęciach kobiet na ulicznych reklamach w najbardziej ekstrawaganckich pozach, motelach znajdujących się wszędzie. Wydaje się, że seks nas zalewa. A tymczasem okazuje się, że miłosne zachowania są w odwrocie. Czy to możliwe, by kobieta czuła wielki zapał seksualny do swojego sympatycznego brzuchacza w kapciach i podkoszulku, kiedy tak siedzą latami na tej samej kanapie i oglądają te same bzdury w telewizji? Zamknąć parę w domku to romantyczny pomysł, który można sprzedać w postaci reklamy, pozwala na sprzedanie wielu mieszkań, ale jest zabójczy dla małżeńskiego współżycia.
Znaleźliśmy się na granicy, której odpowiedzialny ekonomista nie powinien przekraczać, mimo że już tradycyjnie wolno mu mówić wszystko na każdy temat. Próbujemy tutaj wykazać, że przemiany ekonomiczne mogą mieć ogromny wpływ na życie osobiste, szczęście pary, nasze miłosne apetyty.
To nie rodzina jest chora: to proces wymiany pokoleń i proces ekonomiczny stały się absurdalne, prowadząc rodzinę na manowce.
Amerykański program telewizyjny „Sixty Minutes” nadał niedawno program na temat fast-foodu, przemysłu hamburgerów. Przedsiębiorstwa przeprowadziły badania i doszły do wniosku, że kubełki smakowe dzieci reagują na cukier, tłuszcz i sól. Dlatego podają napój towarzyszący hamburgerowi oraz frytki. Jak dotąd, wszystko w porządku. Lecz wielkie sieci takie jak Burger King, Mc Donald’s i inne prowadzą gigantyczne kampanie telewizyjne, żeby dzieci wolały ten rodzaj jedzenia od innego i są dziś największymi sieciami dystrybucyjnymi zabawek i upominków, dla pobudzania konsumpcji. Dziś prowadzi się wielką ofensywę, żeby zaistnieć w szkołach, oddalając ze szkół specjalistów od żywienia. Próba podawania owoców, warzyw i innych tradycyjnych dań obok takiego rodzaju placówki wydaje się czystą niegodziwością.
W wyniku takiej polityki, promującej hamburgery i chipsy, otyłość dotyczy 30 proc. młodych Amerykanów. Nietrudno wyobrazić sobie, jak wygląda życie trzynastoletniej otyłej dziewczynki. Lub jakie będzie jej życie. W programie przeprowadzono wywiad z właścicielem dużego przedsiębiorstwa reklamującego fast-food, którego grupą docelową są dzieci, i które nawet używa dzieci przy produkcji reklam. Zapytany, czy nie uważa za nikczemność wpychanie tego rodzaju jedzenia dzieciom, potrzebującym zróżnicowanej żywności, żeby móc normalnie się rozwijać, właściciel przedsiębiorstwa, psycholog poprawił dziennikarza: „my nie wpychamy produktów, my informujemy dzieci, aby mogły dokonać odpowiedzialnego wyboru”.
W sumie oznacza to, że jesteśmy zmuszani do zachowywania się zgodnie z potrzebami przedsiębiorstw, zgodnie z interesami gospodarczymi, zamiast odwrotnej sytuacji, w której działalność gospodarcza wychodzi naprzeciw naszym potrzebom.
Nie bez powodu światowe wydatki na reklamę osiągają astronomiczne sumy, dziś rzędu 500 miliardów dolarów. Przedsiębiorstwa wydają te pieniądze, ponieważ reklama jest skuteczna. Nie dlatego, że jesteśmy głupi, lecz ponieważ jesteśmy podatni na wpływy. To jedna z najpiękniejszych cech ludzkich, związana z wrażliwością. [10]
To wzruszające, że ludzie sami biegają na bieżni, którą musieli kupić i która po tygodniu stoi niewykorzystywana w kącie, tak jakby nie było miejsca na to, aby w sąsiedztwie pograć w piłkę. Jaki sens ma pedałowanie na rowerze postawionym w garażu, kiedy możemy używać prawdziwych rowerów i pedałować po wytyczonych ścieżkach rowerowych? Produkujemy tyle niepotrzebnych rzeczy, powodujemy tak wiele strat, a tempo, w jakim pracujemy rani nas i pozbawia zwykłej radości życia.

Jest miejsce na inteligentne życie

Dawniej wołania o zmiany dochodziły z lewicy. Dziś noblista Stiglitz, który był naczelnym ekonomistą Banku Światowego, twierdzi, że w tej postaci system nie może trwać nadal. Hazel Henderson, dziś jedna z najważniejszych kobiet ekonomistów na świecie, twierdzi, że konkurencja nie jest już ogólnym regulatorem gospodarki i rozwija wizję zasady win-win, dosłownie wygrywa-wygrywa, wykazując, że można rozwinąć system, w którym wszyscy wygrywają. David Korten, ujawniający absurdy tworzone przez ponadnarodowe przedsiębiorstwa, nie wywodzi się z ruchów kontestacji, tylko z amerykańskich programów wspierania rozwoju. Opracował jedną z najlepiej podbudowanych argumentami krytyk sposobu organizacji gospodarki, która jest dziś bardzo popularna w świecie. J.K.Galbraith wskazuje na „godne społeczeństwo”. Peter Drucker, dawny guru zarządzania przedsiębiorstwami, dziś kieruje organizacją pozarządową i poszukuje kierunku dla „społeczeństwa post-kapitalistycznego”. Stwierdza rzecz oczywistą, lecz pełną mocy: „Nie będzie zdrowych przedsiębiorstw w chorym społeczeństwie”.[11]


Lista jest bardzo długa. Osoby znające dynamikę systemu, ponieważ pomagały w jego tworzeniu, dziś starają się nabrać dystansu, szukają sensu. Sens jest stosunkowo oczywisty: gospodarka powinna służyć nam, po to byśmy prowadzili życie dobrej jakości, nie zaś stanowić skomplikowany mechanizm dostępny tylko dla spryciarzy, skazujący nas na konflikty między bogatymi a biednymi, wywołujący niepokój i niepewność.
Po to by coś zmienić, należy zmienić sposoby organizacji społecznej. Powinniśmy przede wszystkim zorganizować w naszych miastach zdecentralizowane systemy decyzyjne, w których uczestniczyłyby szersze kręgi społeczeństwa, traktujące o tym, jak należy budować przestrzeń miejską. Bez tego będziemy nadal ofiarami deweloperów, firm budowlanych, inwestorów i innych spekulantów miejskich. Tu nie chodzi jedynie o to, że proces jest niemoralny: to niemoralny proces, który organizuje społeczeństwo w mało inteligentny sposób.
Nie wystarczy jednak przeorganizować przestrzeń miejską, aby była user friendly, używając języka informatyków. Musimy przeorganizować czas, główny nieodnawialny środek, którym dysponujemy, aby żyć w sposób przyjemny i inteligentny. Skrócenie czasu pracy do sześciu godzin dziennie byłoby krokiem w dobrym kierunku, umożliwiającym wygospodarowanie czasu na życie towarzyskie, odpoczynek, kulturę, czasu dla rodziny. Pozwoliłoby to na zdynamizowanie bardziej różnorodnej i inteligentnej konsumpcji.
Poza tym musimy się nauczyć organizować. Państwowa machina i świat przedsiębiorstw są niewydolne, powinny one służyć społeczeństwu, lecz społeczeństwo niezorganizowane nie ma jak narzucić swoich priorytetów. Organizacje pozarządowe, organizacje wyrosłe ze wspólnot, najróżniejsze stowarzyszenia muszą odgrywać kluczową rolę, stać się częścią codziennego życia każdego z nas.
Musimy zdemokratyzować informację. Decentralizacja informacji, radiostacje wspólnot, lokalne stacje telewizyjne, to podstawowy element tworzenia więzi społecznych, promocji kultury, integracji różnych grup i podmiotów, upowszechniania inicjatyw. Głównym serialem jest nasze własne życie i warto je pokazać.
Musimy utworzyć mechanizmy, które pozwolą nam odzyskać kontrolę nad naszymi oszczędnościami. Jest niezliczona ilość przykładów dobrego funkcjonowania nowych form oszczędzania, począwszy od społecznie odpowiedzialnych lokat finansowych rozwiniętych w Stanach Zjednoczonych, po cagnottes we Francji, solidarny kredyt w Brazylii. Banki pracują na naszych pieniądzach, musimy się nauczyć korzystać z prawa do gwarancji, że nasze oszczędności będą używane w przedsięwzięciach społecznie użytecznych, a nie w celach spekulacyjnych.
I oczywiście musimy zasypać ogromną przepaść społeczną, utworzoną przez kapitalizm, między bogatymi a biednymi. Nie będzie pokoju społecznego, spokoju na ulicach, nie będzie wzbogacającego współżycia wspólnot, dopóki dziesiątki milionów ludzi będą tkwić w dramatycznej i oburzającej nędzy.
A rodzina? Rodzina musi pomóc właśnie w odbudowie tego środowiska gospodarczego, społecznego, urbanistycznego, środowiska pracy, kultury, co umożliwi jej swobodne funkcjonowanie. Nie wystarczą wzniosłe przemówienia o tym, że rodzina jest podporą społeczeństwa. Trzeba umożliwić jej swobodne działanie, a tym samym naprawić zdezorientowane społeczeństwo, które stworzyliśmy.
Ladislau Dowbor jest doktorem ekonomii Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie (dzisiejszej SGH), profesorem wykładowcą na PUC w São Paulo, konsultantem różnych agencji Narodów Zjednoczonych. Jest autorem „A Reprodução Social”,[„Reprodukcja ludności”] „O Mosaico Partido”,[„Rozbita mozaika”] wydanych przez wydawnictwo Vozes, ponadto „O que Acontece com o Trabalho?”[„Co się dzieje z pracą?”] (Wydawnictwo Senac) i współautorem antologii „Economia Social no Brasil” [„Ekonomia społeczna w Brazylii”] (Wydawnictwo Senac). Jego liczne prace na temat planowania gospodarczego i społecznego są dostępne na stronie http://dowbor.org – „Rozbita Mozaika” po polsku patrz http://dialog.edu.com.pl/

[1] Rodger Doyle – Going Solo: unwed motherhood in industrial nation rises – Scientific American – January 2002, str. 22 – patrz też www.sciam.com/2002/0102issue/0102numbersbox1.html; dane dotyczące Japonii odnoszą się do roku 1990, inne dotyczą połowy lub końca 1990 r.


[2] Robert Putnam – Bowling Alone: the collapse and revival of American community – Simon & Schuster, New York 2000 – książka Putnama to doskonały wstęp dla zrozumienia transformacji społecznych wynikłych z nowych technologii i form organizacji miejskiej. Patrz notka na stronie http://dowbor.org
[3] Lester Salamon używa interesującego pojęcia usług społecznych, w którym rośnie rola tak zwanego trzeciego sektora. Patrz wywiad w programie Roda Viva w TV Cultura, dnia 3 marca 2003 r.
[4] Inflacja w niewielkim stopniu zmienia ten obraz. W przypadku inflacji rzędu 10 proc., oznaczałoby to, że rzeczywiste wynagrodzenie za nasze oszczędności wynosi zero i że bank nadal zarabia 16 proc. Średnio „spread”, stanowiący różnicę między tym, co bank płaci dla przechwycenia pieniędzy, a jego wynagrodzeniem wynosi 25 proc. wedlug Guilherme Barros, wydawcy Folha Dinheiro, Folha de São Paulo, 16 lutego 2003 r. str B1; w rzeczywistości nawet lokaty bardziej rentowne takie jak depozyty międzybankowe pozwalają zarobić mniej niż wynosi inflacja: w wartościach nominalnych nasza lokata rośnie, podczas gdy siła nabywcza maleje. To, co tracimy, jeśli chodzi o siłę nabywczą przechodzi do pośredników. Patrz Folha de São Paulo, 8 marca 2003 r.
[5] Patrz artykuł Ney Hayashi da Cruz, Folha de São Paulo, 8 marca 2003 r. str B4.
[6] – ANEFAC – Associação Nacional dos Executivos das Finanças, Administrção e Contabilidade – (www.vidaeconomica.com.br/familias.htm). Badania przeprowadzone między czerwcem a sierpniem 2002 r. Studium przedstawia średnie wydatki ponoszone przez rodzinę, dla której koszty obsługi kredytu wynoszą 29,83 proc. Te koszty wahają się między 35,43 proc. dla rodzin zarabiających między 1 a 5 płacami minimalnymi a 19,08 proc. dla rodzin o dochodach przewyższających 50 płac minimalnych. Dane z ANEFAC zostały opublikowane przez czasopismo Época.
[7] Patrz szczegółowe dane w naszym artykule „Co się dzieje z Pracą”, Senac, São Paulo, 2002.
[8] Dane IDH można zobaczyć na stronie www.undp.org/hdro a wskaźniki Calverta-Hendersona zostały usystematyzowane w „Calvert-Henderson Quality of Life Indicators: a new tool for assessing national trends – Bethesda, USA, 2000, www.calvertgroup.com Wywód pozwala na zrozumienie wagi zmiany metodologii oceny naszych postępów: biorąc pod uwagę ściśle gospodarcze kryteria Banku Światowego, jesteśmy dziewiątą potęgą świata; oceniając nasze rzeczywiste warunki życia, w świetle Wskaźników Rozwoju Ludzkości, spadamy na skromną 69 pozycję.
[9] Przykłady są niezliczone. Jakiś czas temu, pomagaliśmy w redagowaniu pewnej książki zatytułowanej „Cities for Children”, w której przedstawia się pomysły na to, jak mogłyby być zorganizowane miasta, gdybyśmy brali pod uwagę dzieci. To znaczące, że tytuł oryginału brzmi: „Managing Cities as if Children Mattered”, „Zarządzając miastami tak, jakby dzieci się liczyły”. Sheridan Batlett et al., Cities for Children, Earthscan, London 1999.

www.earthscan.co.uk
[10] Na ten temat patrz L. Dowbor, O. Ianni i Hélio Silva – „Os Desafios da comunicação” („Wyzwania komunikacji”) – Vozes, Perópolis 1999, w szczególności nasz artykuł „Ekonomia komunikacji”.
[11] Joseph Stiglitz – „A globalização e os seus descontentes” („Globalizacja i niezadowoleni”); Hazel Henderson „Construindo um mundo onde todos ganham”( „Building a Win-Win World”), wydawnictwo Cultrix; David Corten – „ O mundo Pós-Corporativo” – („The post-corporative world”) – Wydawnictwo Vozez, Petrópolis, 2000; J.K. Galbraith – „A sociedade Justa”(„The good society”) – Wydawnictwo Campus, Rio de Janeiro 1996; ostatnie publikacje Petera Druckera, patrz www.pfdf.org
*Anísio Teixeira – (1900-1971) Znany brazylijski pedagog, ceniony myśliciel i reformator edukacji.

Copyright©Ladislau Dowbor



http://www.dowbor.org



©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość