Strona główna

Fotografia cyfrowa: blaski i cienie nowego (?) medium


Pobieranie 21.61 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar21.61 Kb.
Mariusz Makowski

Fotografia cyfrowa: blaski i cienie nowego (?) medium.

Zmieniają się narzędzia naszej codzienności. Telefon - przez niemal wiek jako urządzenie przypisane do określonego miejsca - stał się poręcznym gadżetem, który możemy mieć zawsze przy sobie. To wciąż telefon, ale już nie tylko telefon; osobiste centrum rozrywki, wzbogacone mnogością mini-urządzeń, przy których niegdysiejsza podstawowa funkcja staje się jakby drugorzędna. Komputer z dostępem do sieci, w miarę użytkowania, dzień po dniu odmienia nawyki wielu z nas. Inaczej poszukujemy informacji, dokonujemy zakupów, spędzamy czas wolny, rzadziej odwiedzamy biblioteki... Rozwój i dostępność ekonomiczna nowych technologii nie ominęły fotografii. Mamy erę fotografii cyfrowej. Czyli takiej, w której rolę nośnika obrazu, oraz - najczęściej – miejsca eksponowania pełnią urządzenia elektroniczne; matryca światłoczuła i monitor komputerowy. Przestały być potrzebne filmy, zastąpiły je karty pamięci i dyski twarde. Tylko tyle i aż tyle uległo zmianie względem fotografii zwanej tradycyjną lub analogową. Bo zasady optyki nie uległy zmianie, wciąż jest potrzebny aparat, pudełko z otworem wyposażonym w soczewkę.

Co więcej, wciąż fotograf staje przed tym samym, od wieków wyzwaniem, jak zarejestrować kipiącą zmianami, pełną ruchu, barw, przestrzeni, dźwięków i zapachów rzeczywistość w ograniczonej swą dwuwymiarowością, „martwej” fotografii.

Fotografia cyfrowa i nasz do niej stosunek naznaczone są wieloma paradoksami. Jeszcze do niedawna wykonywanie fotografii zarezerwowane było dla wtajemniczonych; profesjonalistów oraz amatorów - osób nie zarabiających na robieniu zdjęć, choć posiadających wiedzę i umiejętności posługiwania się aparatem. W każdej rodzinie pewnie dałoby się znaleźć taką osobę, owego wujka czy kuzyna posiadającego „sprzęt i smykałkę”.

Fotografia była w pewnym stopniu elitarna; aparaty i materiały były relatywnie drogie, a droga poznawania tajników fotografowania - poprzez próby i błędy, w plenerze, wnętrzach i w ciemni - długa i wymagająca wytrwałości. Digitalizacja fotografii uczyniła ją egalitarną; dostępną dla wszystkich. W zasięgu możliwości każdego, tania, wszechobecna. Czy czegoś jednak nie straciła? Często tak bywa, że czynności łatwe, przez swą powszechność i bezwysiłkowość, zbanalizowane tracą dla nas swą wartość. Cenimy dobra, których zdobycie wiąże się z wysiłkiem, ryzykiem, poświęceniem innych wartości. Dziś, z niemal każdym nowym telefonem komórkowym otrzymujemy wbudowany weń aparat fotograficzny. „Tu naciśnij” „tu wyświetl”: proste nawet dla kilkulatka. Inaczej cieszyła fotografia, kiedy trzeba było zapakować plecak sprzętu, wziąć statyw na plecy, wyruszyć o świcie w plener, wyczekiwać godzinami „tego światła’ lub „tego momentu”, a później dopieszczać własnoręcznie odbitki w ciemni. Przy takim podejściu fotografowanie jest alchemią, czynnością mozolną, ryzykowną, ale i pełną nadziei i swoistej mistyki. Bywa pasją życia.

We współczesnym marketingu aparatów cyfrowych, próbuje się potencjalnych kupujących przekonać, że dzisiejsze cacka to aparaty wyjątkowe, o jakich wcześniej można było tylko pomarzyć. Jest w tym tylko część prawdy. Ulubiony fetysz foto-reklam to ilość megapikseli w aparacie. „Twój „stary” aparat ma tylko 8 megapikseli? Zapomnij o nim, oferujemy ci aktualnie super-aparat z 16-ma!” Nie wnikając w zawiłości optyczne i technologiczne wystarczy nadmienić, iż ilość megapikseli na matrycy jest sztuczka marketingową i w realności w ograniczony sposób przekłada się na jakość fotografii. Dotyczy to w szczególności aparatów kompaktowych, również tych określanych „małpkami” czy „głupimi Jasiami”. Tak więc rozdzielczość (szczegółowość) współczesnych zdjęć głoszona jako osiągnięcie z XXI wieku jest mitem. Pięćdziesiąt lat temu powszechne były aparaty - średnio i wielkoformatowe z których uzyskiwano duże odbitki o wyjątkowym nasyceniu szczegółami. Szczególnie z dużych klisz, (np. 18 na 24 cm) kopiowane stykowo, czyli bez użycia powiększalnika. Zwyczajnie kładziono taki duży negatyw na papierze fotograficznym, przykrywano szybą i naświetlano lampą. Technologia najprostsza z możliwych. Dzisiejszy wydruk z aparaciku „10 megapikseli” nawet się nie umywa z jakością do takiej tradycyjnej odbitki. Różnica jest wyraźna. To, co rzeczywiście uległo zmianie, i to zmianie gigantycznej, to czułość na światło współczesnych aparatów. Dokonała się tu prawdziwa rewolucja. Lekko szacując, dzisiejsze aparaty są 100 000 000 razy czulsze na światło niż srebrzone płyty Louisa Daguerre`a w XIX w. współ-wynalazcy fotografii. Zaś czułość współcześnie produkowanych cyfrowych aparatów przewyższa standardowe filmy (Foton, ORWO) z czasów „Praktiki”, „Zenitha” i „Smieny” od 5 do 10 razy. W praktyce oznacza to, że potrzebują one od 20 do 500 razy mniej światła do zarejestrowania obrazu, niż sprzęt na filmy z lat `80 - `90 XX w.

Dzięki temu aparaty cyfrowe mogą służyć w sytuacjach dotychczas niedostępnych kiedyś obiektywowi, a jeśli nawet to jedynie profesjonalnym fotografom z bardzo drogim osprzętem. Na przykład, łatwe stało się wykonywanie zdjęć we wnętrzach, flesz powędrował do lamusa, jest on wciąż instalowany w kompaktach, lecz nie jest już niezbędny. Z użyciem nowoczesnych lustrzanek i „jasnych” obiektywów możliwe jest robienie zdjęć nocnych, bez statywu, bez lampy błyskowej. Co więcej, można w oświetleniu lamp ulicznych nocą zrobić ostre zdjęcia obiektów ruchomych ! Piechur, rowerzysta, samochód – wszystko w zasięgu.

Jako inną doniosłą dogodność jaką przyniosła fotografia elektroniczna wskazuje się natychmiastowy dostęp do wykonanego zdjęcia, możliwość oglądania go na aparacie. Rzeczywiście, szybka informacja zwrotna „jak wyszło?” pozwala powtórzyć zdjęcie nieudane jak też – przynajmniej u niektórych – na refleksję: dlaczego tak wyszło? To bezdyskusyjnie jedno z większych beneficjów nowej technologii w fotografii, szansa na uczenie się na własnych błędach, bez kosztów. Ale i odbiera się twórcy ten słodki czas niepewności, jak kiedyś, gdy czekało się u fotografa na wywołanie filmów, niepewność rezultatu… Czy nie za łatwo daliśmy sobie wmówić: „że natychmiast jest lepiej?” „Fast-photo”, jak „Fast-food”…

Zdjęcia stały się tanie, w sensie kosztów wykonania. W istocie, samo naciśnięcie spustu migawki - choćby i po wielosetkroć – niewiele kosztuje. Tak samo tani jest magazyn zdjęć – karta pamięci, biorąc pod uwagę cenę umieszczenia pliku ze zdjęciem. A jednocześnie fotografia cyfrowa wcale taka niskokosztowa nie jest. To jest to drugie dno digitalizacji. Aparaty, szczególnie te lepsze wcale nie są tanie. Potrzeba do nich szereg akcesoriów: dodatkowe karty pamięci, akumulatory, ładowarki. Do zarządzania zdjęciami potrzebny jest komputer. A w nim programy do obróbki, magazynowania zdjęć. Obfite fotografowanie skutkuje szybkim zapełnianiem twardych dysków, trzeba je zmieniać na większe. Biorąc pod uwagę zawodność technologii dobrze nabyć dysk dodatkowy jako miejsce kopii zapasowej. Koszty rosną. I dlatego – między innymi – tak dynamicznie rozwija się fotografia cyfrowa, że siły na rynku połączyli wielcy gracze z takich branż jak: fotograficzna, elektroniczna, informatyczna, internetowa. Każdy z tych przedsiębiorców może coś sprzedać osobie fotografującej. A aparaty tak są konstruowane, aby nie miały wybranych funkcji. Ma to skłaniać do zwiększonej rotacji sprzętu w rękach konsumentów.

Czy rzeczywiście natychmiast dostępny obrazek na tylnej ściance to takie novum? Zależy o jakiej grupie mówimy. Dla amatorów, „niedzielnych pstrykaczy” – jak zostało to wcześniej wzmiankowane – tak. Jeżeli chodzi o fotografów świadomych, niezależnie - zawodowców czy pasjonatów- już nie do końca. Oni patrząc uważnie w celownik optyczny „widzą” jak będzie wyglądało gotowe zdjęcie, wizualizują fotografię, wedle reguł kompozycji, perspektywy, planów. Doświadczony fotograf „wie, jak wyjdzie”, nie potrzebuje podpowiedzi na wyświetlaczu. W fotografii na filmach czasem używa się Polaroida – fotografii natychmiastowej, ale głównie dla zaoszczędzenia czasu i potwierdzenia, że w kadrze nie znalazły się jakieś zbędne detale.

Wszędobylskość aparatów cyfrowych, ich małe rozmiary, obecność w gadżecie osobistym jakim jest telefon, niesie pokusę ich częstego używania, a czasem nadużywania. Aparat – za pośrednictwem swego posiadacza - staje się wtedy rejestratorem zdarzeń istotnych, średnio ważnych i zupełnie nieistotnych. Nawyk „zajmowania czymś rąk” lokuję się w komórce, a w niej –między innymi – na urządzeniu stworzonym do „konsumpcji wizualnej” – aparacie fotograficznym i kamerze. Całkiem sporo ludzi działa według schematu: „Dzieje się coś, jestem tu obecny, oczywiście sfotografuję to. A po co? To nie jest teraz istotne...” Trochę jak u palacza, który bezwiednie sięga po „szluga”.

Zmagają się z konsekwencjami tego syndromu strażacy, policjanci i ratownicy na miejscach wypadków. To już nie są tradycyjni gapie, to są gapie „którzy muszą zrobić zdjęcie swoją komórką”. Zmagają się też fotoreporterzy w miejscach publicznych, którzy w swojej robocie muszą uwzględnić las rąk z komórkami wyrastający przed ich obiektywami, podczas gdy wśród zawodowców funkcjonuje niepisana umowa, że wszyscy zachowują równy dystans od osoby fotografowanej. W ten sposób, każdy ma jednakowe szanse na swoje zdjęcie. Gdyby reporterzy ruszyli na wyścigi „kto bliżej” skończyliby pół metra przed nosem VIP-a, co nie byłoby dobre ani dla ich fotografii, ani tej osoby. Być może – gdyby nie ta natrętna dostępność aparatu – nie doszłoby do kilku ludzkich dramatów. Takich, jak ten z dziewczynką z jednego z gimnazjów, sfotografowaną i sfilmowaną w pół-negliżu, w scenach „niby-gwałtu” przez kolegów z klasy. Aparat w komórce stał się tu narzędziem agresji, która doprowadziła do samobójstwa upokorzonej w ten sposób dziewczynki. Bo czym innym są – czasem okrutne i głupie – zabawy młodzieży w czterech ścianach klasy, czy szkolnej toalecie, w zamkniętym, znanym sobie gronie, a czymś gatunkowo odmiennym, rejestracja tych wybryków oraz ich upublicznienie. Nad tym ofiara nie ma kontroli. W tym sensie jest to wizualny, fotograficzny gwałt.

Od kiedy zapanowała nowa era fotografii zmienił się sposób posługiwania się zdjęciami. Tu zaszła brzemienna w skutkach zmiana. Fotografia przestała być utożsamiana z papierową lub polietylenową odbitką, lecz zaczęła funkcjonować jako plik, elektroniczna paczka informacji. Uczyniło to zdjęcia mobilnymi, łatwo przesyłamy obraz mms-em, zamieszczamy na stronie w sieci, przesyłamy e-mailem znajomym. To wszystko dziś, na bieżąco. A co stanie się z tymi zdjęciami za rok, kilka lub kilkadziesiąt lat? Po awarii twardego dysku w komputerze możemy bezpowrotnie stracić kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście tysięcy zdjęć. Płyty CD z zapisanymi fotografiami po kilku latach nie zawsze dają się odczytać, z powodu degeneracji, utleniania się nośnika. Tradycyjne odbitki, w szczególności wykonane na podłożu papierowym (barytowym) – jeśli zostały poprawnie wywołane i wypłukane – posiadają trwałość 100 i więcej lat. W perspektywie naszego życia w zasadzie nieograniczoną. Fotogram czarno-biały, na którym obraz tworzy metaliczne srebro ulega powolnemu, stopniowemu starzeniu się. Można rzec, taka fotografia żyje i przechodzi własne cykle. Srebro łącząc się z powietrzem, z zawartym w nim tlenem, różnymi gazami, stopniowo tworzy związki zmieniające odcień obrazu. Fotografia traci kontrast, płowieje, brązowieje lub żółcieje. Za te zmiany odpowiadają związki siarki. Mówimy wtedy o kolorze sepii. Wtedy takie zdjęcie rozpoczyna drugie życie, gdyż takie związki jak siarczki srebra uznaje się za trwałe i fotografia może „żyć” - już w sepiowej formie - kolejne 50 -100 lat… Oglądanie zdjęć w papierowej, fizycznej formie to coś jakościowo różnego od widoku na monitorze komputera. Odbitkę można wziąć do ręki, „ucieszyć nią” zmysł dotyku ba, niektóre stare fotografie mają swój zapach! Kolekcja fotografii, album nabiera statusu woluminu w bibliotece. A ileż przyjemności można mieć wybierając ulubione zdjęcia do powiększenia, oprawy na ścianę! Nabierają one wtedy nowej, artystycznej jakości, szlachetnieją, stają się symbolami ważnych zdarzeń życiowych, uhonorowaniem najważniejszych dla nas osób.

Rozróżnienie na dwa rodzaje fotografii – przedstawione powyżej – zostało dokonane dla celów analizy, w istocie jest to podział sztuczny. Jest jedna fotografia, a fotografujący wykorzystują jej różne możliwości technologiczne wedle własnych potrzeb, umiejętności i gustu. Na szczęście wciąż do nas należy wybór w jaki sposób będziemy korzystać z „urządzenia do malowania światłem”. Można załadować filmem, który ma tylko 12 klatek duży, ciężki aparat średnioformatowy i przyjąć, że to wszystko co mamy. Wtedy inaczej myślimy, kadrujemy, komponujemy obraz. Inaczej przebiega proces robienia zdjęć; powoli, z namaszczeniem, namysłem. Taka filozofia aparatów tradycyjnych na szerokie klisze: statyw, poziomica, przewijanie filmu, naciąganie migawki, pomiar światła, nastawienie ostrości, przysłony, czasu migawki, jeszcze wyjąć szyber i już można zwolnić migawkę. Takie fotografowanie jest rytuałem, ma coś z medytacji. Można też wziąć współczesną cyfrową „małpkę” i bez umiaru strzelać seriami. Z innym nastawieniem do rzeczywistości. Bo narzędzie, którym się posługujemy wpływa na nasz stosunek do niej. Tradycyjnym aparatem średnioformatowym albo wielkoformatowym zwyczajnie, nie da się pracować szybko, nerwowo i nadmiarowo.



Kiedy, niemal dwa wieki temu opracowano metodę utrwalania obrazów fotograficznych (dagerotypów) i fotografia stała u wrót swej kariery w dziejach, słychać było głosy zarówno entuzjastyczne, jak i pełne goryczy. Znany ówczesny malarz Delaroche w rozmowie z twórcą pierwotnej fotografii Daguerre-m miał powiedzieć strapiony: „Od tej chwili umarło malarstwo!”. Jak pokazały minione wieki były to obawy na wyrost. Zarówno sztuka malarska jak i fotografia mają się dobrze. Koegzystują. Tak jak fotografia cyfrowa i tradycyjna.


Tekst w zmienionej wersji był publikowany w kwartalniku Style i Charaktery Wydawnictwa Charaktery w 2011 r.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość