Strona główna

Gen-identyczność


Pobieranie 12.38 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar12.38 Kb.

Gen-identyczność

Ostatnią rozmowę odbyliśmy przez telefon dobrych parę lat temu i zeszła ona ze spraw tożsamości w okresie transformacji takiej jak polska, na identyczność i gen-identyczność, jako dwa continua porządkujące logicznie roztrząsania problemu tożsamości, zagubionej tożsamości, outsidera i tym podobne. Oczywiście z tym założeniem, że traktujemy jako jednoznaczne pojęcia „jest”, „istnieje” czy „nie istnieje”, gdy orzec chcemy cokolwiek o tożsamości, rozstrzygając, czy „choć nie taki sam – niemniej ten sam”, czy już „nie ten sam”. Samego jest, istnieje musimy użyć, ale nie próbujmy chwytać go w sidła definicji, póki istnieje komunikacyjna czy rzeczowa zgoda co do tej czy innej tożsamości czy nie-tożsamości. Identyczności osoby i identyczności świata. Między nami taka zgoda minimalna dawała się czasem ułożyć.



Pojawia się z Włodkiem Gromcem trudność wszystkich dotykająca. Ta, że Włodek był niezmiennie człowiekiem słowa mówionego, a nie pisanego. Możemy zatem przypominać sobie rozmaite dyskursy akademickie i nieakademickie, wzajem się przeplatające, ale polegamy na kruchej pamięci i zapominaniu, grożącymi, że coś się przeinaczy, nadinterpretuje czy odczyta opacznie, co żyło w słowie, jak happening żyje w jednej chwili. W swojej, jednej jedynej godzinie.

Pamiętam Włodka przejętego nie wówczas, gdy miał pierwszy w rękach Rekapitulację Głównych nurtów marksizmu Leszka Kołakowskiego, a jeszcze nikt Nurtów... nie czytał, bodaj były jeszcze nieukończone. Przejęty był wówczs, gdy w tym samym samizdatowym trybie studiował maszynopis Obecności mitutego samego autora, już na emigracji. Włodka przejął mit epistemologiczny bardziej niż inne typy mitów tam roztrząsane. Gromiec był przytem uważny, by w krytycyzmie swym nie ulegać ułudom, wmówieniom czy hipostazom. Jak najdalszy traktowaniu mitycznej warstwy epistemologii i roli poznania za sygnał niepoznawalności świata czy wyłącznie relatywnych hierarchii orzekania o nim. Był człowiekiem słowa – dalekim od wyboru roli sofisty. Nie gustował w adiaforze. Uczył innych i sam się uczył z imponującą niejednokroć konsekwencją. Lubił polifonię spojrzenia, więc odmiennie od cechowych filozofów czytał Mannheima i Barthe’a, sięgał do Zinowiewa, socjolingwistów czy etnologów. Mam wrażenie, że nie epistemologia, wielkie teorie dziejowe czy roztrząsania ideowe interesowały Włodka Gromca najbardziej. Najbardziej interesowała go antropologia (filozoficzna), a inne głosy, które sam odnajdywał wśród książek, literackich nie wyłączając, nie wyłączając również Lema i fantastyki naukowej, były racjami w sporze o człowieka, wobec którego i w obrębie którego człowiek nie może pozostawać obojętnym. Odmiennie niż nasi ówcześni mistrzowie z klasą (o innych nie wspominajmy, przy Włodku zwłaszcza) nie uciekał w neopozytywizm, uznawał antropologię za sprawę pierwszą, a kondycję ludzka, może pod wpływem egzystencjalizmu, o który się w Warszawie przełomu lat 50. i 60. otarł, za sprawę zasadniczą, soczewkę, poprzez którą można z dystansem patrzeć na marksizm, neopozytywistów i behawiorystów i inne wersje modernizmu, trzymające człowieka w tle czy na marginesie. Przypominam sobie, kiedy trafiłem w zbiorach BUŁ na de Mana Psychologię socjalizmu – Włodek zaraz tam pobiegł, bo i on jej nie znał. Tego passusu czytelnik dzisiejszy nie pojmie, jeśli nie wie, ilu książek nie było (bo miało ich nie być), a ile znajdowało się przypadkiem gdzieś na półce biblioteki czy antykwariatu (np. Stanisław Andresky czy Aleksander Hertz w wydaniu Instytutu Literackiego). Włodek sam gromadził nielichy księgozbiór. Raz dlatego, że stronił od czytania w bibliotekach. Dwa dlatego, że osiadł w mieście, gdzie inteligencji nie było równie licznej jak w Warszawie, skąd wkrótce po studiach wyruszył za pracą do Łodzi, zatem i mało było książek pośród znajomych, których stopniowo tu poznawał. Potem sam doświadczał w niejednej dyskusji, jak trudno być rozumianym, gdy powołuje się na książki, które samemu się już czytało, a inni ich jeszcze nie znają, często nawet nie wiedzą, że takie książki się ukazały. To pewien probierz miasta, w którym nie roi się od pełnokrwistej inteligencji, a ta która jest, chowa się w enklawach, zamyka się w sobie. Gromiec nie prowadził programowej działalnosci dla przełamania takich społecznych barier, ale szedł z gronem słuchaczy krok po kroku, wprowadzając tych chłonnych jego roztrząsań młodych ludzi na wysoki pułap dyskusji, która wymaga dyscypliny, a nie erystyki czy werbalizmu, wymaga przeczytania tekstu, przemyślenia swego stanowiska wobec autora i trzymania się reguł logicznych, semantycznych i merytorycznych, także precyzji – jeśli słuchacz nie rozumie dostatecznie dokładnie. Tak – Włodek był wymagającym rozmówcą, to wszyscy pamiętamy.

Wróćmy do dwu wymiarów identyczności czy tożsamości Zmarłego kolegi. Świat się zmieniał, myśmy go wspólnie zmieniali, aż – nieoczekiwanie – runął naraz. Doświadczaliśmy jak wiadomo wspólnie i z osobna, zwłaszcza odświętnie tryumfów, a częściej niedostatku i goryczy. Wielu znajomych trudno było poznać czy rozpoznać. Pojawiali się jako inne osoby. Nie tylko dlatego, że inne przypadały im role, czy też nie potrafili odnaleźć się w nowym świecie. To ostatnie zakłada bowiem, że człowiek ma się odnaleźć, a nie świat ma się odnaleźć w człowieku. Trzeba się siebie wstydzić, uciekać od poprzedniego wcielenia. Włodek należał do tych osób, które nie próbowały się zmieniać, ani szukały nowej roli. Może nie zauważył, a może aż za dobrze widział zza szkieł, że rola nauczyciela, cierpliwego inteligenta, który pomaga budować świat pojęć, bronić świata wartości i rozsupłać narzucane inwazyjnie stereotypy i węzły gordyjskie, paraliżujące ludzką samodzielność – że ta rola jest nieodmiennie potrzebna i nie ma racji, która zwalnia intelektualistę od samodzielnego myślenia. Choćby czekały wokół urocze alibi, choćby przetaczał się walec drogowy poprawnego dyskursu, któremu nic nie powinno się ostać. Zdaje się uczył, że równie niepoważne były minione doktrynerskie schematy, jak zachłannie wdzierający się relatywizm czy monowymiarowa interpretacja świata, do którego powinno nam być śpieszno. Nie tracił czasu na czczy werbalizm zamiast refleksji o wolności, równości, godności człowieka czy innych anachronicznych kwestiach, jakimi żywią się pięknoduchy, a nie lud wyposzczony w PRL. Włodek swą postawą, niezmiennością nauczycielską i drogowskazami myślowymi, jakie przeniósł z podsumowania wcześniejszych swych doświadczeń (np.uroków internowania, rozłąki z żoną internowaną pod ruską granicą, usunięcia z uniwersytetu i innych) świadczył i wspierał wielu, nie wybierając – czy to wątpiący, jeszcze ci sami, czy już nowi wspaniali ludzie z nowego wspaniałego świata. Z troską, by nie doszło do inwazji ludzi bez właściwości .



O ile rozumiem jego principia (był wprost pryncypialny rzadko), raczej starał się naprowadzić rozmówcę na pryncypia i klarowne pole wyboru . Zgodnie z zasadą powtarzaną przez Marię Ossowską: co człowiek musi (?) – tak naprawdę człowiek musi umrzeć. Co do reszty – wybiera : uczynkiem i zaniechaniem. Wybieraj bracie ! Tego mnie Włodek Gromiec nauczył.

Józek Śreniowski

Pierwodruk w "Tyglu Kultury", nr 10-12 2007


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość