Strona główna

I dlatego nie pójdziesz B. I dlatego pewnie kiedyś pójdziesz, ale jeszcze nie teraz C. I d dlatego pójdziesz, ale najpierw sprawdzisz, kto siedzi w konfesjonale


Pobieranie 26.06 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar26.06 Kb.
O Spowiedzi
Szymon Hołownia
Nachodzi Cię myśl, że może i poszedłbyś do spowiedzi,
ale boisz się, że nie dostaniesz rozgrzeszenia.


  1. I dlatego nie pójdziesz
    B. I dlatego pewnie kiedyś pójdziesz, ale jeszcze nie teraz
    C. I d dlatego pójdziesz, ale najpierw sprawdzisz, kto siedzi w konfesjonale


Krótko: Żeby dostać rozgrzeszenie, trzeba spełnić pięć warunków opisanych niżej, gdy któregoś brakuje – rozgrzeszenia dać po prostu nie można. Nie dostanie go więc ktoś, kto wpada do konfesjonału, by na szybko wyspowiadać się z kolejnego wypadu do kochanki, ani ktoś, kto stale żyje w niesakramentalnym związku. Narzeczeni żyjący bez ślubu rozgrzeszenia nie dostaną, a morderca, który przyjdzie i uderzy się w piersi – już tak? Sprawa nie jest taka prosta. Kiedy spowiednik widzi, że dwoje młodych ludzi jest na ostatniej prostej przed ślubem, mieszkają razem i zdarzyło im się zrobić to, co powinni robić wyłącznie mąż z żoną (czasem przy realnym postanowieniu poprawy może dać im rozgrzeszenie). Człowiek, który zabił, w konfesjonale usłyszy najpierw wezwanie do zadośćuczynienia, a więc przyznania się do grzechu i poddania się karze. Rozgrzeszenie można warunkowo zawiesić – na przykład gdy do konfesjonału zgłasza się osoba o skłonnościach pedofilskich, dostanie rozgrzeszenie dopiero, gdy wróci i poinformuje, że poszukała specjalisty i poddała się leczeniu. Konfesjonał to nie kontrola prędkości, tu nie ma taryfikatora. Zanim Kościół zdecyduje, czy człowiekowi dać rozgrzeszenie, czy nie, musi przede wszystkim zbadać kontekst grzechu. Dlatego w konfesjonałach siedzą ludzie, a nie automaty. Dlatego nie można spowiadać się przez Skypea czy Twittera.

I dlatego właśnie najwięcej sensu ma odpowiedź C (za nią – punkt). Nieodmiennie zastanawia mnie fakt, że ludzie, którzy przystępują do czynności tak błahej, jak ubezpieczenie samochodu, poświęcają długie dni, a czasem i tygodnie, by porównać ze sobą oferty ubezpieczycieli. Z pietyzmem badają jakość obsługi powypadkowej, wysokość składki, analizują dziesiątki szczegółów. Gdy zaś idzie o powierzenie najbardziej intymnych zakamarków swojej duszy, bezrefleksyjnie klękają przy pierwszym z brzegu konfesjonale, a później dziwią się, że zostali źle potraktowani.

Żaden sakrament nie wymaga od człowieka, by zacisnął zęby i zawiesił na chwilę swoje człowieczeństwo – swój rozum, swoją wrażliwość. Przeciwnie – Bóg, którego się w tym sakramencie spotyka, oczekuje, że przyjdziemy do niego z dobrodziejstwem inwentarza. Z emocjami, do których mamy prawo, z naszym sposobem komunikowania się ze światem, wreszcie – z rozumem. Dlatego ważne jest, by przez szacunek dla wszystkich stron, które wezmą udział w tym spotkaniu, zaplanować je w sposób, na który Bóg (i ten, kto do Niego przychodzi) zasługuje, sensownie się do spowiedzi przygotować. Jak?

Dłużej: Wpadanie do kościoła na kilka dni przed świętami, by odklepać księdzu listę dyżurnych grzechów, nie ma większego sensu. Dobre przygotowanie do spowiedzi wymaga czasu. Dobrze przeżyta spowiedź jest jak bordoskie wino, które owszem, można wychylić duszkiem pomiędzy gumą do żucia a ciastkiem i krzywić się później przez pół wieczoru, dlaczego takie cierpkie, ciężkie i generalnie fuj, ale kto naprawdę chce poznać jego smak, musi najpierw z odpowiednim wyprzedzeniem otworzyć butelkę, dać winu (jeśli to czerwone) odetchnąć, przelać je do karafki, sprawdzając, czy do kieliszka nie dostały się odrobiny korka. Jeśli chcesz poczuć bukiet, smak, nos starego wina (pomyśl tylko - sakrament pokuty ma prawie dwa tysiące lat ), twój kontakt z nim będzie wymagał mozolnej gry wstępnej. Jeśli jej nie wykonasz, nic tak naprawdę nie zrozumiesz. Królewski trunek sprowadzisz do soku z winogron, nie dotkniesz nawet skarbu, jaki w sobie nosi.

Do wykonania jest pięć prostych kroków, w Kościele nazywa się je „warunkami sakramentu pokuty i pojednania”. Jak w szwajcarskim banku – dostajesz do ręki pięć kluczy, żeby dobrać się do sejfu, musisz użyć wszystkich, jeśli zapomnisz o jednym, będziesz mógł powiedzieć wiele o systemach zabezpieczeń, będziesz się pewnie na nie zżymał, że nie wpuściły cię do środka, ale wina będzie tylko po twojej stronie.

Krok zero to próba uświadomienia sobie, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Jezus wyraźnie zwraca uwagę w Ewangelii, że nie przyszedł ukarać świata za grzechy, ale pojednać go ze sobą. Wzywał ludzi nie do tego, by się biczowali i zalewali łzami powodu swojej przeszłości, ale by czym prędzej zmienili drogę, po prostu się nawrócili. Chrześcijanie, zwłaszcza w pierwszych wiekach, pozytywnie „nakręceni” przesłaniem Jezusa i ufający, że odtąd uda im się żyć bez grzechu, gdy zobaczyli, że to mrzonki, zaraz popadli w iście rzymski legalizm, badając, czy dostatecznie ukarali się już za swoje słabości, czy odsiedzieli swój duchowy wyrok. Drugą skrajnością jest żywione przez wielu współczesnych chrześcijan przekonanie, że spowiedź jest czymś w rodzaju psychoterapeutycznej pogawędki. To trywializowanie spowiedzi, która, jak pisał znany niemiecki benedyktyn ojciec Anselm Grün, „nie jest tylko rozmową o winie, lecz docierając do nieuświadamianych głębin psychiki, skutecznie zapewnia przebaczenie”.

Pierwszy krok niezbędny do tego, by dobrze ten sakrament przeżyć, to żal za grzechy. Brzmi „katechetycznie”, nieco sztucznie. A przecież grzech to nie jest prywatna sprawa, rzecz, którą można wyznać pod drzewem w lesie, bo Bóg i tak przecież nas usłyszy. Nie można, bo jesteśmy jednym organizmem. Gdy psuje się wątroba, cierpi całe ciało. Szatan (z greckiego diabolo, czyli ten, który dzieli) wmówił zaś poszczególnym organom, że każdy z nich może robić, co chce, nie oglądając się na inne. Że trzustka ma prawo nie dbać o jelita, bo to w końcu jej życie i jej osobista odpowiedzialność. Ale jeśli dotrze do nas, że naprawdę nie jesteśmy na tej ziemi sami, że duchową pępowiną podłączonych jest do nas sześć miliardów ludzi, których stworzył ten sam Bóg – zobaczymy, że nasz grzech wpuszcza truciznę do całego krwioobiegu Kościoła, zatruwa cały system. Kto nie wierzy, niech spojrzy na kryzys gospodarczy – grupka pań i panów w USA postanawia zrobić parę dolarów w sposób niezgodny z zasadami, skutek – ludzie tracą pracę, nie mają z czego spłacić kredytów, przed niektórymi staje widmo głodu, inni wylewają hektolitry łez.

Jak najszybciej zakończ więc kokieteryjny taniec z samym sobą, otwórz oczy – zobacz że w twoim życiu działa istny efekt motyla – gdy wchodzisz na strony pornograficzne w zaciszu swojego mieszkania, niszczysz życie tysięcy młodych kobiet, które nigdy już nie stworzą sensownej relacji z mężczyzną w Stanach, w Azji czy w Afryce. Kantując na podatkach, sprawiasz, że owszem, państwo ma mniej na utrzymywanie politycznych darmozjadów, ale też mniej na pomoc dla tych, którzy bardzo tej pomocy potrzebują. Uświadom sobie, że są ludzie, którzy cierpią przez ciebie, przez ciebie płaczą, przez ciebie nie chłoną piękna tego świata, tak mocno siedzą w nich twoje ostre słowa. Zaglądałeś na portale plotkarskie, gdzie pisze się kłamstwa o innych ludziach. Niby nic? Dajesz w ten sposób chleb współczesnym hienom, paparazzi. Gdyby nie tysiące gospodyń domowych, które lubią poczytać sobie przy porannej kawusi ploteczki z życia znanych i lubianych, paparazzi być może nie goniliby na motorach księżnej Diany. Że jej kierowca był pijany? Był. Ale może gdyby nie oni, nie zabiłby jej w tym nieszczęsnym tunelu. Dwóch młodych facetów wciąż miałoby matkę. Prosta rzecz. Nie jest ci ich żal?

Chwileczkę, przecież gdy tak zacznie się patrzeć na świat. Człowiek na dobrą sprawę nie powinien wychodzić z domu! To nie tak. To, że zdarzają nam się wypadki, nie znaczy że mamy zarzucić jazdę samochodem. Każdy, kto przeżył wypadek, wie że to straszna sprawa, ale uczy nas czegoś, coś w swoim życiu zmieniamy. Tak jak przez zło, które wyrządzasz, niszczysz ten świat, przez spowiedź sprawiasz, że ten świat realnie staje się lepszy.

Kolejny warunek sakramentu pokuty to rachunek sumienia. Broń Boże robiony przy użyciu pobożnych książeczek pisanych przez niemających pojęcia o życiu księży, gdzie kobiety pytane są „czy urozmaicały mężowi potrawy”. To próba zajrzenia do wewnątrz i zadania sobie pytania: co zrobiłem nie tak.

Następny warunek: postanowienie poprawy. Rzecz absolutnie fundamentalna, decyzja, że od tej pory nie chcę grzeszyć i zrobię wszystko, by tak było, podejmuję konkretne postanowienia.

Wreszcie – po spowiedzi – zadośćuczynienie, wyrównanie dziury, którą przez swój grzech wykopałeś na środku drogi innych ludzi. Jeśli kogoś okradłeś – oddaj, jeśli skłamałeś – spróbuj się do tego przyznać, jeśli odwiedziłeś agencję towarzyską – nie tylko przestań tam chodzić, zastanów się też nad tym, jak naprawić wyrządzone przez siebie w czyimś życiu szkody – możesz pomóc stowarzyszeniom, które pomagają kobietom wyjść z prostytucji i tym podobnym. No i wreszcie – spowiedź. Jeśli ktoś ma chęć powierzyć swoje najbardziej skryte sprawy w ręce losowo wybranego księdza, jego sprawa. Znacznie sensowniej jest jednak poświęcić chwilę czasu na znalezienie takiego księdza, którego kazania do nas trafiają, a zatem, skoro da się go słuchać, można by z nim też pewnie pogadać. Złapać takiego księdza po mszy albo ustalić jego telefon, zwykle dostępny na stronie internetowej parafii czy klasztoru i spróbować poprosić go o spotkanie i o spowiedź.

Taki ksiądz powie nam wtedy, kiedy można go znaleźć w konfesjonale albo umówi się z nami na spotkanie w miejscu innym niż drewniana szafa. Jeśli obie strony będą czuły, że to może mieć sens – warto zapytać takiego księdza, czy nie chciałby być naszym stałym spowiednikiem.

W czasie spowiedzi powinniśmy wyznać swoje grzechy, ksiądz powie nam kilka słów i wymyśli pokutę, najczęściej jakąś modlitwę; słyszałem też jednak o pani, która za pokutę dostała „zrobienie sobie jakiejś małej przyjemności” – widać spowiednik uznał, że jest w swoim życiu na tyle rygorystyczna, że najlepszym wynagrodzeniem dla Boga będzie, gdy zobaczy ją przez chwilę szczęśliwą.

Jeszcze dłużej: Takie spotkanie z księdzem może mieć też znacznie szerszą formułę, w Kościele oprócz spowiedzi istnieje bowiem tak zwane kierownictwo duchowe. Ksiądz jest wtedy nie tylko kimś, kto odpuszcza grzechy, ale i duchowym „coachem”. Który jest w stanie sensownie wskazywać nam kolejne etapy naszej duchowej drogi. To stara chrześcijańska tradycja, mnisi w pierwszych wiekach chrześcijaństwa znajdowali sobie przewodników duchowych – mężczyzn (abba) lub kobiety (amma), z którymi rozmawiali nie tylko o swoich słabościach, ale i o emocjach, kłopotach, snach. Zdawali generalny raport ze swojego życia. Jak podaje Leksykon liturgii pod redakcją księdza Bogusława Nadolskiego – w Polsce do końca średniowiecza trwał zwyczaj spowiadania się również u osób świeckich. Nie mogły one dawać rozgrzeszenia, ale decydowały, kto może przystępować do Komunii, a kto nie. Ciekawostka z Kościołów wschodnich – tam ksiądz miał przykazane, by rozmawiać z penitentem, czyli spowiadającym się, radosnym głosem. A więc – żadnego smędzenia. Konfesjonał nie miejscem przymuszania gwałtem do duchowego ekshibicjonizmu, tu realnie naprawiamy podły (również przez nas) świat. Dostajemy duchowego kopa na dalszą drogę – sakrament pokuty to jeden z dwóch sakramentów leczących.

Na koniec najważniejsze. Co zrobić, jeśli z całą pewnością nie da się spełnić jednego albo dwóch warunków sakramentu pokuty najczęściej żalu za grzechy z postanowieniem poprawy łącznie? Czasem już sam żal z tego powodu, że nie umiesz żałować, wystarczy do tego, by dobrze przeżyć spowiedź. Wyobraźmy sobie jednak inną sytuację. Żyjemy po rozwodzie w związku niesakramentalnym i nie ma w nas ani żalu (bo robimy rzecz dobrą – kochamy się, wychowujemy dzieci), ani tym bardziej postanowienia poprawy mamy rozbić tę istniejącą rodzinę, zostawić nasze dzieci? Są sytuacje, których nie rozstrzygnie żadna książka, tekst czy porada zamieszczona w internecie. W takich sytuacjach Kościół mówi jasno: nikt nie neguje dobra, jakie udaje się ludziom zbudować w tym związku, pyta tylko o słowo, które zostało kiedyś przed Bogiem dane innemu człowiekowi. Że na zawsze, że do śmierci, że niezależnie do tego – proszę wybaczyć – jakim okaże się dupkiem. Ludzi, którzy w jakiejkolwiek konfiguracji mieszkają ze sobą bez kościelnego ślubu i nie wiedzą, jaki jest ich kościelny status, trzeba po prostu wysłać do spowiedzi do mądrego (w tak delikatnych sprawach broń Boże nie przypadkowego) księdza. Tylko w takiej rozmowie idzie ustalić, czy tego, co wydaje się zaplątane, nie można przypadkiem odplątać, a nawet jeśli ksiądz dojdzie do wniosku, że on sam nie ma władzy, by udzielić człowiekowi rozgrzeszenia, nie zostawi go z niczym. Spowiedź bez rozgrzeszenia powinna skończyć się błogosławieństwem – znakiem, że żaden człowiek w oczach Pana Boga nie jest przekreślony. Jeśli ksiądz sam nie wpadnie na to, by je zaproponować, zawsze można o to poprosić. Każdy idzie do nieba swoją drogą, jak umie. Wierzymy, że najprościej i najpełniej jest iść nią w pełnej komunii z Kościołem, ale tylko Bóg sam wie, co dzieje się w sercach ludzi i czy przypadkiem przy posterunku świętego Piotra nie okaże się, że nawróceni grzesznicy wyprzedzą na tej drodze tych, którzy uważają się za prawie świętych.



Jeszcze jeszcze dłużej: Dla chętnych, o tym, skąd w ogóle wzięła się spowiedź. Sakrament pokuty i pojednania – bo tak brzmi jego oficjalna nazwa – ma swoje korzenie w zdaniu, które powiedział Chrystus do apostołów: „którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23). Apostołowie zachęcali później w swoich pismach, by chrześcijanie nawzajem wyznawali sobie grzechy, jeśli uda im się coś poważnie skrewić. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przyjęło się jednak, że wyznać grzechy – te najcięższej kategorii, bo tylko one blokowały drogę do Komunii – dostać za nie pokutę i rozgrzeszenie można tylko raz w życiu. Grzech ciężki, taki jak apostazja, zabójstwo, cudzołóstwo uznawano bowiem za sprzeniewierzenie się decyzji pójścia za Chrystusem, podjętej przy chrzcie. Realizowano więc paradygmat: nie grzeszyć i się nie spowiadać. Pokutę traktowano jako coś mocno nadzwyczajnego, mozolnie do niej przygotowywano, pokutników dzielono na klasy o malowniczych nazwach: stantes (stojący – mogli stać z wiernymi na mszy, ale nie mogli przystępować do Komunii), genujlectantes (klęczący – mogli być na mszy tylko do końca liturgii słowa, później ich wyrzucano), audientes (słuchający mszy w przedsionku kościoła) oraz flentes (płaczący na kościelnych schodach). Obrzędy pokuty zaczynały się zwykle w Środę Popielcową, a pokutników, którzy już swoje wycierpieli, przyjmowano z powrotem do Kościoła w Wielki Czwartek. To fascynujące, że wtedy ludziom tak bardzo zależało na wierze, że gotowi byli znosić latami upokorzenia – papież Benedykt II zarządził na przykład, że ojcobójcy do kościoła nie wpuszcza się przez lat pięć, a przez następne pięć wyrzuca się go ze mszy zaraz po kazaniu – żeby tylko do Kościoła wrócić. Dziś stwierdziliby pewnie, że w nosie mają taki Kościół, po czym uroczyście by się z nim rozstali.

Sytuacja zmieniła się pod koniec VI wieku. Obecny kształt sakramentu pokuty zawdzięczamy mnichom z Irlandii, którzy przyjechali wtedy na kontynent i zaczęli zakładać klasztory w Galii, obecnych Niemczech i Hiszpanii. Odcięci na swojej wyspie nie mieli kontaktów z Rzymem, a wśród nich przyjęło się, że po rozgrzeszenie i pouczenie duchowe chodziło się jak najczęściej do swoich współbraci. Tak spowiadać się można było praktycznie tyle razy, ile się upadło. A żeby cały proces usprawnić – za określone grzechy wymierzano określone pokuty, spisane w specjalnym taryfikatorze nazywanym fachowo penitencjałem. Nowa metoda, początkowo ostro krytykowana, ostatecznie przyjęła się w całym Kościele jako znacznie bardziej bliska skłonnej do upadania ludzkiej naturze. Oczywiście natychmiast pojawiły się też nadużycia – dłuższe pokuty z taryfikatora zastępowano krótszymi (przebywanie w grobie przez dzień albo suta darowizna na opactwo), ale wprowadzenie zwyczaju częstej spowiedzi to osiągnięcie, za które na tamtym świecie nie przestaniemy całować naszych irlandzkich braci w poły habitów.



Obowiązek spowiedzi przynajmniej raz w roku nałożył na katolików Sobór Laterański w 1215 roku. Spowiadać należy się tylko z grzechów ciężkich, teologowie zastanawiają się więc, czy gdy komuś sumienie nie wyrzuca, że takowy popełnił, do spowiedzi iść nie musi (o tym więcej na innym polu tej gry). W zakonach seminariach przyjęło się jednak, że księża spowiadają się raz na dwa tygodnie, Jan Paweł II spowiadał się co tydzień, z doświadczenia wynika, że dla „normalnego” człowieka optimum duchowej higieny to spowiedź mniej więcej raz na miesiąc. Ze spowiedzią jest jak z myciem okien duszy – można je myć na większe święta, ale nie ma co się później dziwić, że im ciemniej, tym częściej potykamy się o różne graty.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość