Strona główna

I do kompleksu angkor wat


Pobieranie 34.42 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar34.42 Kb.
MÓJ KRÓTKI RAPORT (RAPORCIK RACZEJ…) Z MOJEJ DRUGIEJ JUŻ WYPRAWY DO SIEM REAP, CAMBODIA,

I DO KOMPLEKSU ANGKOR WAT

LUTY 2011
Moja pierwsza wizyta w Angkor Wat, w Cambodii miała miejsce w 2002 roku, i z punktu widzenia rozwoju przemysłu turystycznego, było to wieki temu. Od tamtego czasu, bowiem, wtedy jeszcze mało zanany i trudno dostępny zespół wspaniałych zabytkowych ruin khmerskiej kultury, ulokowany w samym sercu tego jeszcze nie tak dawno zagubionego w szponach Khmer Rouge kraju, pozostawał jak gdyby poza świadomością szeroko uprawianej turystyki, opartej ostatnio na reklamowo określanych i intensywnie propagowanych "turach". No… i zaczęło się… Zaledwie kilka lat, a nastrój i atmosfera odkrywczej przygody zamieniła się JUŻ w szeroko stosowaną masówkę, i można jedynie wnosić, że w tym procesie i tempie, za zaledwie jeszcze kilka lat, a zacznie przygoda z Angkor Wat przypominać każde inne wydeptane, "zona hotelera" ścieżki dla znudzonych i mało interesujących się przedmiotem masowych turystów, z gdziekolwiek, do czegokolwiek… A szkoda… Angkor Wat, bowiem jest unikalnym przeżyciem, w okolicznościach niezwykle monumentalnej, ale i nie mniej misternej wprost architektury – i to całkiem na dość dużą skalę… – a która zostanie prawdopodobnie i niestety wkrótce, zadeptana pod naporem milionów stóp, na co nie została ani zaprojektowana, ani aktualnie przygotowana… No, bo to jest tak, że wspaniałych zabytków przeszłości nie przybywa -- a turystów niestety tak… -- i to, co nasza kultura aktualnie proponuje jest nieporównywalnym do tych historycznych wspaniałości stekiem tandet, o dość wyuzdanych formach, jakie pojawiają się coraz częściej po całym globie, jako podobno obiekty zainteresowania... Ale do tych, nikt "tours" jakoś na razie nie organizuje, i pewnie nie będzie, jako że ani ducha -- i tej specyficznej "spirytualności"… -- ani piękna w nich nie ma, i sprzedawanie tego masom turystycznym się pewnie nie uda…

To powiedziawszy…

Angkor Wat przetrwało, jak na razie, już ponad czternaście wieków, i nadal brzmi…!
Małe wyjaśnienie: Angkor Wat, (od czego przyjęła się nazwa całego kompleksu historycznych ruin…) jest jedynie jednym, aczkolwiek głównym i najważniejszym obiektem, w zespole około kilkunastu obiektów rozsypanych na przestrzeni bodaj 20km liczącego kwadratu, położonego na płaszczyźnie kiedyś pokrytej dżunglą, a obecnie zagospodarowanej odpowiednimi drogami dojazdowymi, parkingami i innymi obiektami serwisu turystycznego. Jednym słowem, dostępnej… Cały ten zespól jest ulokowany ok. 10km na północ od miasteczka Siem Reap, które jest bazą turystyczną do obsługi tego kompleksu.
W 2002 samo Siem Reap było słabo zagospodarowane, rzadko nawet wyasfaltowane i… tanie. Dziś Siem Reap kwitnie w pełni operacyjnym lotniskiem, dziesiątkami nowych super hoteli, całą serią restauracji i pubów, ulokowanych w swoistym "downtown", no i mnogością atrakcji turystycznych… Ale nie o tym mowa… Co jednak zachowało się w Siem Reap, i to niezależnie od tego całego "postępu", to ta nadal niezachwiana jeszcze tradycja wrodzonej serdeczności cambodiańskiego Khmeru, jaka przebija przez te wszystkie naleciałości "cywilizacji", a którą można nadal odnaleźć w ich uśmiechu, łatwości komunikowania, otwartości i pomocy… W Siem Reap, a i w samym zespole Angkor Wat istnieje nadal to coś specjalnego, co można bez trudu odnaleźć – jeśli się chce, oczywiście… – i co serdecznie polecam, jako specjalny wyraz lokalnej kultury i humanizmu. (Na jak długo jednak…? Trudno powiedzieć… Presja, bowiem, arogancji i wulgarności turystycznej naruszy z czasem niewątpliwie i ten atrybut specjalności cambodiańskiej, a która jeszcze tam nadal dominuje…).
Przy tej okazji klika słów rady osobistej moim przyjaciołom z tzw. Zachodu: Jeśli planujecie wyprawę do TAM, i to na własną rękę, (a co serdecznie w Cambodii zalecam, raczej niż tzw. "tury"…), zostawcie w domu wszystkie WASZE przyzwyczajenia i oczekiwania normalności, i niczego się nie spodziewając, bądźcie przygotowani na cokolwiek co się może wydarzyć, bo wtedy to co ma się wydarzyć, się stanie i będzie z pewnością bezwarunkowo wspaniałe… A po to przecie tam jedziemy, n'est pas…?
A teraz ja zostaję się za przewodnika wyprawy do Siem Reap i do okolicznego Angkor Wat. Nasza grupa turystyczna, (my…), składać się będzie teraz z Winnie Toh Ah Gek, mojej singapurskiej towarzyszki i mnie…

Moją sugestią jest zaczęcie wyprawy od Bangkoku. Warto…! Na Bangkok potrzeba by zarezerwować ze trzy dni, których organizację można powierzyć lokalnym taksówkarzom, albo jakiemuś przypadkowemu biuru turystycznemu, bardziej na załatwienie wypraw długiego dystansu, np. do Pływającego Rynku (the Floating Market), niż do głównych obiektów zainteresowania w mieście, te, bowiem, dostępne są i łatwo zlokalizowane. I do nich należą: Pałac Królewski, ("Grand Palace"…), ze Świątynią "Emerald Buddha", (Wat Phra Kaeo…), (DŁUGIE SPODNIE…!); Świątynia "Reclining Buddha", (Wat Pho…); "Grand Buddha", (Wat Ratchanadda), (Loha Prasat…); i zaraz obok: "Golden Mount", (Wat Saket…), i inne… Warto przejechać się miejskim autobusem wodnym, (za grosze…), po Chao Phraya River, nawet z postojami po drugiej stronie rzeki, np. w "Temple of the Dawn", (Wat Arun…), albo nawet wynająć moto-łódkę-rakietę, (trzeba się targować…!), na przejażdżkę po rzece i kanałach.


Przejazd do Aranyaprathet, na granicy Cambodii można załatwić komercjalnym autobusem, a potem na własną rękę, (ale to jest obecnie dość skomplikowane…), lepiej więc zakupić w agencji podróży – a tych jest mnogość – cały package transportu Bangkok-Siem Reap; drożej, ale prościej… Myśmy mieli właśnie załatwiony taki autobusik do granicy, wstępne formalności przejścia granicznego (wizy, opłaty, itp…), plus taksówka od granicy do samego Siem Reap. Już przekraczanie, bowiem, granicy Thaysko-Cambodiańskiej zastanawia egzotycznością obyczajów i formalności, na co prawdopodobnie najbardziej odpowiednim terminem byłoby: "dom wariatów". Ale i to ma swój urok. W ogóle wejście w te zupełnie inne i całkiem nieznane okoliczności nadają takiej przygodzie od razu nastrój adventure, na każdym kroku bowiem, trudno przewidzieć, co będzie dalej, a co ewentualnie jest… jest tak dalekie od czegokolwiek znanego skądinąd, że warto obserwować to jako swoisty teatr absurdu… Byłoby to oczywiście nerwy szarpiącym i niewątpliwie odrażającym przeżyciem, gdyby nie przyklejona do tego bałaganu niezwykła wprost serdeczność aktorów tego wariackiego dramatu. Cambodia jest bowiem zbudowana na niespotykanej w świecie zachodnim serdeczności spotykanych tam ludzi i nawet szkaradnie nieefektywnych służb granicznych. Więc ciągnie się to i wlecze, ale i nie denerwuje… Wszędzie jest ta, widoczny ten uśmiech serdeczności, niezależnie od braku biurokratycznej efektywności. No, i ewentualnie wszystko zaskakująco jednak kończy się jak trzeba.
Siem Reap:

Jak tylko nasza taksówka wylądowała gdzieś w tym miasteczku, natychmiast usłużny tuk-tuk driver zaproponował nam znalezienie taniego, (poniżej U$20.oo…), hotelu. No, to bach…! Torby na przyczepkę do motocykla, (nb. tylko 125cc…), i w drogę. Był akurat wtedy sam szczyt chińskiego Gang Xi Fa Ciai, czyli Nowego Roku Królika, i wiele hoteli było już kompletnie wypełnione, (do tych nadętych, nowych, to myśmy nawet nie zaglądali…), ale wkrótce znaleźliśmy lokum, i to całkiem blisko centrum, wypełnionego, jak wszystko tam, uśmiechami serdeczności… Bo Cambodia, widzicie, to jest ale sam urok… (Na jak długo, jednak…? A któż to wi… I może to już ostatki, bo tłumy prą, a z nimi zmarszczone oblicza, napięcia i groza naszej zachodniej cywilizacji…). Oczywiście należało się targować, bo chcieli nawet U$25.oo, ale wyszło… (Mam wrażenie, że gdybyśmy targowali się dłużej, to i z U$15.oo by się udało…). (Acha, ciekawa wstawka: w Cambodii większość transakcji jest dokonywana w U$$, ale ponieważ wiele usług kosztuje nadal "jednego dolara", warto przed wyprawą do Cambodii zaopatrzyć się w mnogość U$ singli, np. ok. 30, bo z uzyskaniem reszty może być kłopot...).

Nie jest wykluczone, że JA już kiedyś opisałem moją pierwszą wyprawę do Angkor Wat. Było to w 2002 roku, razem z moim kompanem, Arifem… Już wtedy egzotyka tamtej wyprawy przekraczała wyobrażenie, a i ceny lokalne zastanawiały ich nierealnością. Co prawda w międzyczasie ceny poszły nieco w górę, i ten sam hotel, który wówczas kosztował U$5.oo, za noc, teraz wzrósł do aż U$20.oo, a tuk-tuk z driver'em, wtedy z U$6.oo, też poszedł do U$20.oo; ale i tak, biorąc pod uwagę inne lokalizacje turystyczne, ceny te wydaja się mikroskopijne… Cambodia jest, bowiem nadal, w stanie ekonomicznej nędzy, a jej jedynym natural resource jest ten właśnie kompleks: Angkor Wat; sam w sobie o kolosalnym rozmiarze i wartości historycznej, ale..

Od razu umówiliśmy się z naszym driverem na jutro, na 6:00a rano, na trzy dniową wyprawę po Angkor Wat… Czy wspomniałem, że to ja miałem być teraz za przewodnika…? Nasz tuk-tuk driver, uroczy zresztą chłopak, był nieco zaskoczony moją znajomością terenu, bowiem ja od razu zarządziłem plan zwiedzania według już znanych mi prawideł, bo wyprawa tam ma być TRZY DNIOWA, (i proszę o tym pamiętać…!), i nie dać się nabrać żadnym jednodniowym turom… Był to bodaj pierwszy krok w przyjaźni, jaka się między nami zawiązała. Tuk-tuk i driver jest zresztą bardzo ważnym atrybutem, bowiem wiele z tych ruin są tak rozwleczone w terenie, że driver dowozi zwiedzających do jednego wejścia do świątyni, a odbiera ich z całkiem oddalonego drugiego już po drugiej stronie geografii.

Wieczorem spacer po mieście, pełnym teraz turystów i atrakcji, kolacja i spać…


"Angkor Wat"

Jest to oczywiście skrót myślowy odnoszący się jedynie do jednej z kilkunastu historycznych zespołów świątyń – tej głównej… – w kompleksie wspaniałych i jakżeż różnorodnych ruin świątyń i pałaców, a rozłożonych na mniej więcej kwadracie przestrzeni geograficznej, o boku ok. 20km… Historia tego kompleksu jest dość skomplikowana i sięga: VI, VIII, XI, aż po i XVI wiek, zakładania, ale i niszczenia, a potem znów zakładania nowych zespołów budowlanych, których kompleksowość i DETAL przekraczają jakiekolwiek wyobrażenie. Jak oni to wszystko wystukali w tym kamieniu, (zresztą dostarczanym z odległych gór, bo lokalnie kamienia nie ma…), bez narzędzi z utwardzonej stali, z tą niesamowita precyzją, ale i niespotykaną inwencją, artyzmem i konsekwencją kompozycyjną, historyczną i techniczną, zastanawia i zaskakuje --, ale i zachwyca… Nie ma tam praktycznie kawałka kamienia nieozdobionego albo figurą ludzką, oddaną w kamieniu, i otoczoną na każdym prawie kawałku ściany, okna, czy odrzwia, wszystko pokrywającym detalem, często o dość skomplikowanej formie anatomicznej, ale i artystycznej; albo odpowiedniego detalu architektonicznego, od monumentalnych aż po filigranowe… A to wszystko nie tylko w kolosalnych ilościach, ale i w kolosalnej skali; same, bowiem świątynie – każda…! – są olbrzymiego rozmiaru, często idącego w kilometry… Dam przykład: ściana z płaskorzeźbą, ok. 2.5 do 3m wysokości, a obiegająca prostokątem właśnie ten Angkor Wat, jest długości ok. 800m (słownie: osiemset metrów…). W tej płaskorzeźbie składającej się z setek postaci, walczących, wędrujących, celebrujących w nigdy niepowtarzającym się motywie kompozycji, razem z pojazdami i zwierzętami, ale i z drzewami, a te z milionami wprost wyrzeźbionych LIŚCI, zatrzymuje widza w stanie osłupienia… Tego oczywiście nie można ani zapamiętać ani zrozumieć historycznie, aczkolwiek ma to poważne uzasadnienie w literaturze tam zawartej, pozostawia jednak po sobie nastrój czegoś przekraczającego wyobrażenie. Któż to zalecił wykonać to, zapłacił za to, wykształcił iluż to rzeźbiarzy, nauczył ich formy, techniki, ale i wiedzy zawartej w rzeźbach, płaskorzeźbach i grafikach tego zespołu…?

(Nb. W czasie zwiedzania właśnie tej centralnej świątyni, Angkor Wat, zechciejcie nie ominąć tego 800-metrowego ciagu wspaniałości płaskorzeźbnej, bo takiego nie ma chyba nigdzie indziej na całym świecie…)

I tu również małe odniesienie techniczne: koła pojazdów w tej kompozycji, mają na ogół po 8 albo 16 szprych… I to jest sprawa dość prosta… Ale powiedzcie mi jak dokonać podziału koła na: 7, 10, albo 11 części, i to w całkiem doskonałej proporcji, co znalazłem tam na wielu kolistych kompozycjach. Jest to oczywiście tylko jeden szczegół jakiemu poświęciłem nieco uwagi, a ileż innych nie mniej tajemniczych szczegółów umknęło mojej uwadze…? A jest tam tego taka ilość, że dech w piersiach zapiera. No, i jakość…!


Dzień pierwszy: 6:00a rano. Z miasteczka do wejścia do kompleksu jest ok. 10km, i od razu do kasy, gdzie trzydniowy bilet, (z fotografią, a jakże...), kosztuje nadal U$40.oo, (a wart jest każdego centa…), a potem przez historyczny most i wspaniałą bramę, zwieńczoną kamienną twarzą z przed 1000 lat, do poszczególnych miejsc atrakcyjnych tego kompleksu. Pierwszego dnia da się zwiedzić pewnie ze sześć takich zespołów, z których Angkor Thom, Bayon, Elephant Terrace i Lepper King Terrace, (labirynt złożony z tysięcy postaci kobiecych ustawionych rzędami, jedne nad drugimi, zastanawia precyzją i skalą…).
Dzień drugi: o 5:00a rano, w kompletnych ciemnościach, czekał już nasz tuk-tuk przed hotelem, bowiem dzień drugi zaczyna się już tradycyjnie od ceremonialnego oglądania wschodu słońca ze szczytu centralnej wieży Angkor Wat… W takim układzie tuk-tuk dowozi pasażerów do głównego wejścia do świątyni, skąd pomiędzy wodami otaczającej świątynię fosy, wiedzie droga przez prawie kilometrowej długości causway -- i to nadal w kompletnych ciemnościach -- a dalej przez olbrzymi przedsionek i inne zabudowania, do samego centrum świątyni. Zaskakującym dla mnie, obeznanego już z istotą tej ceremonii, był fakt, że nasi współpasażerowie, zamiast wchodzić do głębi świątyni, zbierali się tłumnie gdzieś na poboczu. Ale nie my… Ja znałem już drogę, i niezależnie od kompleksowości samej ruiny -- i to w ciemnościach, pamiętajmy – całkiem niezależnie zakomenderowałem, że MY ale…: Idziemy do środka…! I wtedy się wyjaśniło… Ktoś widać postawił u wejścia na te super-strome schody, barierkę z napisem, że: NO ENTRY…! Dziwne to i całkiem niezrozumiałe, zastanawiałem się…! Przecież ceremonia wschodu słońca z głównej odbywa się wieży, a nie z podwórka, przecie …? Za chwilę jednak jacyś ludzie, widać nie bardzo przekonani tym zakazem, po odstawieniu barierki wędrowali właśnie po tych schodach ku górze, i zastanawiało, że całkiem niezależnie gdzieś obok barierki stojący w ciemnościach lokalny strażnik nie reagował… Ruchem więc głowy posłałem mu pytanie: że co jest grane, lah…? Na co ów, również niemym gestem, dał nam do zrozumienia, że… można, (że widać w Cambodii, jeśli pisze: NO ENTRY, znaczy to, że właśnie…: Entry…! (Chodziło pewnie o to, żeby zabezpieczyć świątynię przed spadającymi w ciemności ciałami nierozważnych i niesprawnych turystów…).

Wschód słońca nad Angkor Wat, jak należało się spodziewać, był oczywiście wspaniały…


Już po wschodzie słońca, zwiedzaliśmy resztę tego kolosalnego kompleksu, łącznie z tą 800-metrową płaskorzeźbą, a potem, przez resztę dnia dalsze ruiny, świątyń, każda inna i każda w innym wymiarze, wiele wymagających poważnej wspinaczki po tych niezwykle stromych schodach, inne zintegrowane z dawnym dżunglowym drzewostanem, znane z popularnych fotografii…
Trzeciego dnia, tuk-tukiem, do odległej o jakieś 20km od centralnego zespołu, świątyni Banteay Srei…. Proszę, o ile dotrzecie kiedyś do Angkor Wat, nie omińcie tego zespołu niezależnie od odległości położenia, bowiem aczkolwiek jest to obiekt o porównawczo małej skali – zachwyca on, a nawet oniemia niesłychaną wprost precyzją detalu, o wspaniale zachowanej tam dekoracji przekraczającej jakiekolwiek wyobrażenia…

Trudno w formacie niniejszego Raportu, (Raporciku, raczej…), naszkicować niezwykłą wprost kompleksowość poszczególnych kompozycji, gdzie wydobywane przez khmerskich rzeźbiarzy detale, iście barokowe, (roccoco, raczej…), elementy, o malej skali, ale o nieproporcjonalnie kompleksowej grafice, gdzie wykuwali oni z kamienia, nie tyle w formie płaskorzeźby, ile raczej w trzy-wymiarowej formie -- często zagłębiającej się poza i pod poszczególne girlandy -- formy jak gdyby raczej odlane, niż wycyzelowane w kamieniu. A wszystko to filigranowe do niemożliwości… I co więcej, bez jakiegokolwiek błędu, pęknięcia czy uszczerbku, (i to nie tylko w ręku XI-wiecznego kamieniarza, ale i w konsekwencji oddziaływania na to i historii i klimatu…). (Wspomniał mi kiedyś ktoś przy tej okazji, że ci historyczni kamieniarze pracowali pod sankcją, że jakikolwiek błąd, uszczerbek czy pęknięcie z ich strony, groziło im karą śmierci… I pewnie tak było…!)

Jeden był tylko feler tym razem: bo o ile Banteay Srei należałoby może kontemplować w samotności, i w nieograniczonym czasie, ilość turystów, głównie orientalnych, przekraczała tam teraz zdecydowanie jakiekolwiek możliwości pakowne. Przejścia przez odrzwia, jak i próby fotografowania detalu niezasłoniętego dziesiątkami głów zwiedzających, wymagały nie małej ekwilibrystyki. I w tym tkwi troska o przyszłość tego, jak i innych obiektów, tej wspaniałej konstrukcji z jej delikatnymi historyczno-artystycznymi wartościami.

Już po tej wizycie należało jeszcze w powrotnej drodze zaliczyć okoliczne wioski, z ich specjalną architekturą, ze straganami i obsługą turystów, ale i z normalną pracą i życiem mieszkańców, jak również kilka jeszcze kompleksów … Ale Banteay Srei był właściwie ukoronowaniem tej wyprawy, wszystko bowiem już potem wydawało się jakieś mniej ważne i niedoskonałe…

Nie koniec jednak na tym… Prawdziwym ukoronowaniem całej wyprawy miało być celebrowanie tym razem zachodu słońca, obserwowanego z podestu świątyni Phum Barai, ulokowanej na szczycie dość dużego wzgórza. Można pojechać tam na słoniu, jak kto woli, albo z resztą tłumu, na nogach. Nie wielkie to zadanie za wyjątkiem tych stromych schodów, i za naszego tam dojścia było jeszcze dość znośnie. Po usadowieniu się jednak na miejscu, kiedy zbliżało się coraz bardziej ku zachodowi, coraz bardziej się również zagęszczało, no i w konsekwencji obliczyłem, że było tam coś tak na oko z ok. od 8-miu do 12-tu tysięcy pielgrzymów...? Ponieważ powrót był nie mniej trudny jak i wspinaczka, nie czkając na pełny zachód słońca, zarządziłem odwrót zanim cały ten tłum nie zadepcze się nawzajem na tych stromych schodach.

No i tak zakończyła się ta wspaniała wyprawa.


Kilka ostatecznych uwag:

Przez cały czas zwiedzania napastowały nas niezliczone ilości dzieci w wieku szkolnym, proponujące przeróżne parafernalia turystyczne, na ogół za "dolara" każde. Natarczywość jednak tych maluchów była nie tyle męcząca, ile przeciwnie, angażująca. Była w tym, bowiem zawarta mnogość specyficznego cambodiańskiego teatru. Bo mają coś takiego w sobie te dzieciaki, że chciałoby się może wszystko to od nich kupić. przygarnąć ich do serca, ubrać i obuć, i zawrzeć z nimi przyjaźń, taką samą, jaką zawarliśmy z naszym tuk-tuk driverem, Thoul Bun'em. Od niego też dowidzieliśmy się, że za każdy dzień pracy (od świtu, prawda, do nocy…), z tych U$20.oo dolarów taryfy, jego zarobek był -- i tutaj tłustym drukiem… -- U$4.oo, (słownie: cztery dolary).


Następnego dnia, o świcie, dostarczeni do portu zegnaliśmy Siem Reap, a następnie statkiem jeziorowym, via jezioro Tonle Sap (4 godziny jazdy…), udaliśmy się na podsumowanie naszej wizyty w tym kraju, do Phnom Penh, stolicy Cambodii,. Na podsumowanie naszej wizyty w tym dość interesującym mieście natomiast, to ja zostałbym tam może raczej nawet z kilka tygodni gdybym mógł; bo chociaż jest to miejsce dość intensywne, jest tam tyle wartości widokowych i innych, że można by poświęcić i temu więcej niż zaledwie kilka dni. Ale nie wyszło… Może inną razą, jeśli się taka nadarzy…
I to już tyle…

Z poważaniem, Wasz nienasycony turystycznie…


Jan (TEKO) (i Winnie…)
TARRAH…!



©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość