Strona główna

Ii nagroda: Dominik Żyburtowicz Koszalin Godło: Zbigniew Drugi brzeg jeziora


Pobieranie 28.88 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar28.88 Kb.
II Nagroda:

Dominik Żyburtowicz - Koszalin

Godło: Zbigniew

Drugi brzeg jeziora

Tamto lato było wyjątkowo bajeczne. Rynnowe jezioro widziane z najwyższego pagórka w ośrodku wypoczynkowym „Zacisze” przemieniało się każdego ranka w złote monety. Oto miliard świecidełek przelewał się zamiast fal. Sześciolatek był przekonany, że stoi za tym wszystkim jakiś niewidzialny czarodziej. Bez wątpienia to magik powyjmował żółć z obrazów van Gogha i rozrzucił ją w krainie jezior. Kiedy dzieci budziły się w swoich hamakach, odczuwały w głowach dotyk tej słonecznej różyczki, która z miejsca przenosiła ich do innego wymiaru.

Po drugiej stronie jeziora lasy były dzikie i niezagospodarowane. Z kolei tu, na zachodnim brzegu znajdowały się położone wzdłuż linii brzegowej letnie ośrodki wypoczynkowe. Z lotu ptaka wyglądały jak plamki cywilizacji w morzu zieleni. Jakby umieszczone wzdłuż rzeki Amazonki. W ośrodkach tych większość stanowiły niewielkie, kwadratowe domki. Wyżej znajdowały się tak zwane „górale” – dwupiętrowe trójkąty z ogromnymi schodami i tarasami. Obok takiego właśnie górala zmontowano sześciometrową huśtawkę, huśtawka zawieszona była na stojąco obok siebie ociosanych sosnach. Dlatego była taka wysoka. Czterometrowe łańcuchy i zaczepiona u spodu opona wprawiały Sebastiana w przerażenie. Mało tego, układ terenu: jezioro, domki, drzewa i trzciny znajdujące się w dole, dodawały podczas kołysania się na huśtawce – wysokości. Trzeba było nie lada odwagi aby wejść na nią po raz pierwszy i pozwolić się popchnąć.

-Wstawaj! Wstawaj! – wykrzykiwał Sebastian. – Idziemy na huśtawkę, no choć, no choć – nie dawał spokoju malec.

- No dobrze. Ale ty wsiądziesz pierwszy, obiecałeś, że dzisiaj wsiądziesz pierwszy na tę huśtawkę, wczoraj i przedwczoraj nie chciałeś, jeżeli dzisiaj nie wsiądziesz, nie będziesz już Supermanem – powiedziała siostra. Tego lata Sebastian nakazał nazywać się Supermanem.
Tam, gdzie powstają pioruny bólu, oprócz wielu różnych krain istnieje dziecięce państwo płaczu. Stamtąd pochodzi ból, który odczuwa dziecko. Oprócz paraliżu ciała w pełni ogarnia niedojrzałą jaźń dziecka i malec jest wtedy na skraju szaleństwa – tak właśnie poczuł się Sebastian, kiedy spadł na prawą rękę i złamał ją w okolicy nadgarstka. Szok. Niestety nie mogę dalej w szczegółach opisać tego epizodu, ponieważ świadomość malca pamięta tylko pływający wokół płacz, krzyk i zwroty głowy.

Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. Dwa miesiące w gipsie. – tak brzmiała diagnoza doktora Cudt. – A już na pewno przez pierwszy miesiąc mały powinien pozostać w domu. Cóż to była za kara, za co, za co cierpieć musiał niewinny siedmiolatek! Przecież trwały ostatnie wakacje przed pójściem do pierwszej klasy. Wraz z tym otwartym złamaniem zakończyła się w życiu Sebastiana piękna – ach, iluż twierdzi, że najpiękniejsza! – epoka. Tam, na zachodnim brzegu przy jeziorze zwanym „Lube” utonął /raj/ dziecięcej nieświadomości. Przez kilka następnych tygodni w głowie chłopca tkwiła brutalna prawda – mówiąca:


„Niestety mały, ale nie możesz mieć wszystkiego zawsze, kiedy chcesz”.

Nie możesz mieć wszystkiego kiedy chcesz – mówiła mamusia głaskając Sebastiana przy wieczornym ognisku. Rodzice postanowili zostawić go w środku, żeby już w zupełności nie psuć dzieciakowi wakacji, zakazali jednak przez pierwszy miesiąc oddalać się od górala.

Ojciec Sebastiana był przystojnym mężczyzną średniego wzrostu. Włosy bujne, chociaż wcześnie jak na ten wiek – 38lat – posiwiałe. Postura otyła, ale jeszcze nie tak , jak miało to wyglądać w latach kolejnych. Dużo palił, papierosy marki „Mocne” były nieodłącznym przyjacielem zodiakalnego Lwa. Lew od kilku lat obejmował stanowisko Dyrektora w przedsiębiorstwie budowlanym „Bigbud”. Przedsiębiorstwo zatrudniało ponad tysiąc pracowników i świadczyło usługi w całym województwie. Z tego między innymi powodu Dyrektor nawet podczas urlopu co rusz musiał znikać na całe dnie. Zazwyczaj usadawiał syna na tylnym siedzeniu samochodu „Łada” (który w owym czasie był swoistym Ferrari) i przemierzając stówą – aż tyle osiągało owe Ferrari! – województwo zachodniopomorskie, pokazywał palcem poszczególne bloki, domy, sklepy – i mówił: O, ten tutaj zbudowaliśmy w zeszłym roku. O, a tamten skończyliśmy w maju. Tym razem, niestety, Sebastian musiał pozostać w domu.

Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie zwaliło się do Zacisza, aż tyle rodziny. Przyjechała kochana ciotka Helena, kobieta herszt o sercu Matki Boskiej Pielgrzymkowej, swojego czasu opiekunka ojca Sebastiana, i teraz, bardzo często, samego Sebastiana. Jedna z tych tęgich bab, które rozpychają się rękami i nogami i potrafią załatwić wszystko.

Jeżeli chodzi o ilość dzieci zamieszkujących górala, to z pewnością nasz bohater nie mógł narzekać na brak towarzystwa. Sztamę trzymał jednak głównie ze swoją siostrzyczką, Agatą. Wszędzie chodzili razem. Wszystko robili razem. Kiedy Sebastian został uziemiony w gipsie niczym sercem w mrowisku, Agatka przyniosła mu pozamykane w słoikach motyle, które łapała przez cały dzień. Oto kolorowe /trzepotki/ - tak nazwała je mamusia – szeleściły w kilkunastu słoikach poustawianych obok ogniska. Chłopiec doskonale rozumiał, co czują zniewolone stworzenia. Dzieci umówiły się, że zaniosą je nocą do swojego pokoiku na piętrze i kiedy księżyc zawiśnie na środku nieba, wypuszczą je wszystkie wypowiadając życzenie: „Aby ozdrowiała ręka Sebastiana”.

Kiedy przyszła noc i księżyc zbliżył się do ziemi niczym w amerykańskich melodramatach lub w pustynnych westernach, dzieci wyszły na balkon i wypuściły motyle ze słoików. Jednak nie ręka była życzeniem Sebastiana, zamiast zdrowej kończyny poprosił motyle o cos innego: aby nazajutrz wrócił tatko i już do końca wakacji nigdzie nie wyjeżdżał i żeby zabrał go na drugi brzeg jeziora.
I spełniło się. Ojciec wrócił na następny dzień. Stanął u progu dziecięcego pokoju i zaczął rzucać pomarańczami w nogi rozwalonych na materacach brzdąców.

- Tataaa! – wykrzyknęły dzieci.

- Pokaż mi ten gips – powiedział ojciec do Sebastiana – Hmm – pomyślał podnosząc rękę małego do góry, potem w prawo, potem w lewo.

- Boli cię teraz?

- Nie - odpowiedział Sebastian.

- A teraz?



- Nie.

- Na pewno? – zapytał ojciec patrząc poważnym wzrokiem w oczy malucha.

- Na pewno. Na pewno. – zapewniało dziecko.

- Dobrze. W takim razie dzisiaj popłyniemy na drugi brzeg jeziora.
Średniej wielkości biała łódka na przedniej części burty wypisane miała imię „Agata” (imię „Sebastian” widniało na góralu, gdyż każdy domek, kamping, czy namiot w ośrodku – posiadał swoje imię). Konstanty nie był zapalonym rybakiem. Łowił w dzieciństwie, kiedy mieszkał w rolniczej kolonii nieopodal miasteczka K. Oczywiście nie zapomniał nauczyć Sebastiana prastarej sztuki łowienia. Na początku sezonu chłopiec przyniósł do domu swoją pierwszą rybę. Krzyczał wtedy wniebogłosy biegnąc z niedużym okoniem – okoń, jak okoń, szarpał się kilka minut zanim malec zdołał go wyciągnąć. Dlatego zdobycz wzbudzała jeszcze większe podniecenie. Chłopak pędził w górę ośrodka w jednej ręce trzymając okonia, w drugiej wędkę – i krzyczał: MAM RYBĘ! MAM RYBĘ! Ludzie wyglądali z tarasów, zapewne chcieli zobaczyć jak wygląda ten wspaniały rybi olbrzym.
Ojciec i syn umówili się, że płynąc na drugi brzeg jeziora zakotwiczą łódź na samym jego środku i będą łowić naprawdę grube sztuki.
Jezioro tego poranka było wyjątkowo szkliste. Odbijające się w nim cumulusy płynęły leniwie niczym szeregi sennych królewiczów. W oddali znajdował się największy w Europie poligon i liczne odrzutowce rozwiesiły na niebie pajęczynę smug. Żelazne strzałki nurkowały w chmurach jak ogromnych, białych sercach.

Ruszyli. Kadłub Agatki ciął lustro wody niczym nożyk szklarza. Kiedy wypłynęli z trzcin, ojciec przyspieszył. Łódka drgała i nachyliła się przodem do góry. Jak na tego rodzaju rybacką łajbę, Konstanty płynął naprawdę szybko. Wiosła zanurzał głęboko, pewnie myślał w tym czasie o łyżkach dwudziestu czterech koparek, które gdzieś po drugiej stronie województwa szykowały grunt pod nowe osiedle. Lubił się mocno zmęczyć. To pomagało mu zrzucić nerwy, które przynosił z pracy.

W czoło dziecka uderzał coraz silniejszy wiatr. Wraz z impetem, który rozbudził Konstanty, zaczęła zmieniać się pogoda i Sebastian nie wiedział, czy dzieje się tak za sprawą wiosłującego ojca, czy za sprawą czarodzieja. Chmury na niebie widocznie nie miały ochoty pozostać w tyle więc również zwiększyły prędkość. Kiedy rybacy zaczęli je wyprzedzać, ściśnięte zmówiły się, że luną na wioślarza zimnym deszczem.

- Cholera! Jak na złość. Dzisiaj. W tej chwili… - powiedział zdyszany Konstanty – Ale to dobrze – dodał – nie padało od kilku tygodni i ryby będą wypływać na powierzchnię.

Zaczął wiosłować jeszcze szybciej, czym prędzej chciał dopłynąć do wysepki. Fale rozrosły się i uderzały teraz o burtę wydając rytmiczny odgłos: putufff, putufff… Agatka skakała na falach jak kangur.

- Ale fajowo! – wykrzyknął chłopiec. Zbliżyli się do celu. Na skraju wysepki widniała koścista kładka, rybacy podpłynęli do niej i przepocony od stóp do głów Kapitan Nemo wydał rozkaz:

- Kotwica!

- Tak jest,panie kapitanie.

Faktycznie, jak przypuszczał Konstanty, ryby rzucały się na powierzchni.

- O tam, jaka duża! – krzyknęło dziecko.

- O, tam też – zauważył ojciec.

- I tam! – I tam! – I tam! – I tam! – przekrzykiwali się rybacy.

- Bierz swoją wędkę i rób to, czego cię uczyłem – powiedział Konstanty, po czym zaczął przygotowywać swój sprzęt.
Wysepka – kilka arów trzcin w kształcie koła. Z uwagi, że nie posiadała dna, pełniła rolę przystani dla ryb przepływających na drugą stronę jeziora. Niewielki sztorm rozbudził okonie, które uciekając przed goniącymi je szczupakami pokazywały co chwilę nad wodą swoje ciemnozielone grzbiety.

- JEST! – krzyknął Konstanty i zaciągnął wędke - Ale szybko, oooj będą brały. Mamy szczęście. Walczył z rybą przez dobre kilka minut. Chłopiec wyobrażał sobie, że ryba jest ogromna. Tata nakazał synowi, aby przygotował podbierak. Przyciągnął pod łódkę wymęczonego szczupaka i wyciągnął go na burtę. Chwycił drapieżnika i grzmotnął do w łeb przyszykowanym na te okazje gumowym młotkiem. PACH! PACH! – szczupak ogłuszony. Był to średni okaz, około dwóch/trzech kilogramów, kiedy szarpał się w wodzie Sebastianowi wydawało się, że waży ze dwadzieścia kilo.

- Walczymy dalej – powiedział ojciec i zarzucił nową przynętę. Szczupaki brały na wędkę Konstantego jak oklejki o swicie. Mały stale musiał czatować z podbierakiem, aby w odpowiedniej chwili podać go tacie. Siódmy szczupak był największy. PRAWDZIWE BYDLE – zaalarmował Konstanty. Nakazał odsunąć się dziecku, gdyż: taki potwór niejednemu rybakowi odgryzł palca a nawet głowę. Męczył się z nim ponad pół godziny. Szczupak wyginał pięciometrowy kij aż do granic wytrzymałości, Sebastian co chwila spoglądał na wędkę z przestrachem, że zaraz pęknie.
I udało się. Kolos pokazał swój półmetrowy grzbiet na powierzchni. Był to stary szczupak pływający w tych wodach od kilku lat. Rybacy mięli szczęście: drapieżnik, będąc wśród rozbudzonych okoni – dał się oszukać i połknął haczyk.
Nagle ojciec przekazał wędkę. Rób czego cię uczyłem – powiedział cichym głosem. Syn przyjął wędkę i wszystkimi siłami starał się utrzymać na żyłce szczupaka. Spojrzał na ojca zdziwiony. Ojciec dyszał. Usiadł ciężko na desce. Ryba rwała bezlitośnie, więc Sebastian odbezpieczył na chwilę kołowrotek. Spojrzał na ojca ponownie i zauważył, że trzyma swoją prawą dłoń na sercu.

Malec wiosłował w stronę brzegu z całych sił. Wędkę przymocował do haka znajdującego się pomiędzy ławeczkami. Ojciec usiadł na dnie łódki, gdyż trudno mu było zachować równowagę. Mały wyjął z rybackiej skrzynki osik i uciął żyłkę, ryba spowalniała łódź, ciągnąc ją w przeciwnym kierunku. Spokojnie … spokojnie… - wyszeptał tata, po czym zanurzył w jeziorze wiaderko i wylał na siebie strumień chłodnej wody.

Deszcz ustał. Chmury odpuściły i pierwsze promienie niczym boskie lasery wyłoniły się ze szczelin. Chłopiec zobaczył przemykającą przez pejzaż jasną linię: smuga swiatła ruszyła ze skraju lasu i sunąc jeziorem zbliżała się do łodzi, kiedy przemknęła przez rybaków, Sebastian poczuł przyjemne ciepło. Jakby dotknięcie. Smuga znikła niedaleko od drugiego brzegu.

Ojciec Sebastiana orzeźwiony zimną wodą począł głosno kaszleć; na siłe, aby uregulować puls. Po paru chwilach przestał dyszeć, jednak na wiosłowanie był za słaby. Do brzegu pozostało kilkaset metrów i młody posiniał ze zmęczenia. Odpocznij – powiedział tata – twój staruszek czuje się już lepiej.



Są takie momenty w życiu Supermanów, kiedy muszą oni powstrzymywać swoje pierwotne instynkty i działać – tak mówiła mu mamusia w sytuacjach, kiedy chłopiec płakał. A więc teraz nie płakał. Zacumował łódź na plaży i pobiegł po pomoc. Kiedy pędził z powrotem z mamusią, Helą i ratownikiem – ojciec Sebastiana szedł nierównym krokiem próbując się uśmiechać. Widać było wyraźnie, że ledwo trzyma się na nogach.
- Konstanty!
Zaryczała matka i wzięła męża pod rękę, pod drugą rękę chwycił go ratownik i zaprowadzili chorego do domu. Dopiero teraz z oczu Sebastiana wybuchły łzy.

- No już… już dobrze… - szeptał tata.

- Sebastian, biegnij na recepcję. Niech dzwonią po karetkę! – krzyknęła mama.

- Nie! – zaprotestował ojciec – Wystarczy, że przyjdzie doktor Cudt.


Doktor Cudt przyjechał i powiedział, że Pan Doktor przeszedł stan przedzawałowy i koniecznie musi udać się na długi urlop do szczecińskiej kliniki, i to natychmiast. Drugi brzeg jeziora czekał w oddali, dziki i nieodkryty. Chłopiec miał jednak wrażenie, jakby jakąś cząstką siebie znalazł się na nim przez chwilę.
*
Do salonu wszedł ubrany w garnitur dziewiętnastolatek. Rozejrzał się w około. W prawej ręce trzymał zwinięte w rulon świadectwo dojrzałości. Jego zmęczona twarz świadczyła, że wrócił właśnie z trwającej całą noc pomaturalnej imprezy. Matki nie było w domu. W lodówce czekały zapakowane w plastikowe pojemniki obiady. Na lustrze w przedpokoju wisiała karteczka: GRATULUJĘ! Kocham cię. Mama. Na stolę w salonie zobaczył rodzinny album, zapewne matka przeglądała go pod jego nieobecność. Otworzył album na samym środku i zobaczył to zdjęcie.

Przez dziesięć lat ojciec Sebastiana jeździł po uzdrowiskach całego kraju lecząc swoje chore serce. Kilka miesięcy przed śmiercią przebywał w nowoczesnym szpitalu w Warszawie. Rodzina jak zwykle pojechała do niego w odwiedziny. Niespotykana dotychczas wylewność ojca wprawiła chłopaka w zakłopotanie. O ile nigdy wcześniej Dyrektor nie obejmował nikogo na powitanie – teraz rzucił się na matkę, Agatkę, i Sebastiana. Ściskał ich długo i gorąco. Matka Sebastiana płakała przez cały pobyt w Warszawie i przez cały powrót. Serce chorego trzymało się już na postronkach i konieczny był przeszczep. Organizm miał jednak za słaby. Wskazane było czekać na operację. Pięćdziesięciolatek przeczuwając, że z pewnością nie poczuje się już lepiej – wypisał się ze szpitala i wrócił do pracy.


Jeżeli umierając, to z uniesioną głową – myślał. Jak większość ludzi, nie chciał i nie zamierzał umierać w szpitalu. Umarł w domu, we snie, z lekkim uśmieszkiem na twarzy. I wtedy, podczas ostatnich odwiedzin w Warszawie, Sebastian czuł się trochę tak, jak na środku jeziora. Spacerowali z ojcem po korytarzu kardiochirurgii tylko we dwóch, i rozmawiali.
Na zdjęciu Sebastian wprowadzał Konstantego do szpitalnej Sali, podtrzymywał go swoją prawą ręką – tą właśnie, w której dzisiaj trzymał swiadectwo dojrzałości. Z kolei na drugim zdjęciu maturzysta zobaczył chłopca z ręką owiniętą w gipsie. Od razu przypomniał sobie tamto zdanie:
„niestety mały, ale nie możesz mieć wszystkiego zawsze, kiedy chcesz”

A było to lato szalone. Dni płonęły ogniem

bezustannych imprez, a noce rozpływały się w rzekach

dziewiętnastoletnich dziewczyn. Któż by przypuszczał, że



będzie to ostatnie lato spędzone w rodzinnym domu.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość