Strona główna

Ilekroć spotykałem Ojca Świętego Jana Pawła II, tylekroć padało za­wsze to samo: „Ciocia Zosia


Pobieranie 20.68 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar20.68 Kb.
Ilekroć spotykałem Ojca Świętego Jana Pawła II, tylekroć padało za­wsze to samo: „Ciocia Zosia”. Tak nazywał Zofię Starowieyską – Morstinową, nie dlatego, że była ona z nim spokrewniona, ale dlatego, że tak ją nazywali ci wszyscy, którzy w jakiś sposób ją częściej spotykali i byli jej bliscy, nawet nie krewni. Ciocia Zosia, jak mi się zdaje, ode­grała w życiu intelektualnym przyszłego papieża ważną rolę. Jaką? Nie potrafię tego powiedzieć i chyba dziś nikt na to pytanie nie odpowie, natomiast mogę się jej domyśleć, pamiętając, jak młodzi intelektualiści się do niej garnęli i wędrowali „na Sikornik”, jak popularnie nazywano jej mieszkanie na placu Sikorskiego. Co natomiast mogę powiedzieć, to, że żywiła wielki szacunek dla „księdza Karolka”, jak o nim mówiła. Kilkakrotnie, pamiętam, opowiadała o nim, i to nie tylko dlatego, że zanim wyjechał na studia do Rzymu jej bratanek a mój brat stryjeczny, Stanisław Starowieyski, długie lata pracujący jako ksiądz w Brazylii, który do końca życia pozostawał bliskim przyjacielem Karola Wojty­ły, a więc związały ją z nim bliższe stosunki. Ale nie o to chodziło. Była pełna podziwu nie tylko dla jego działalności, o której się wtedy w Krakowie mówiło, ale dla jego zdolności i inteligencji. Zdradziła mi nawet kiedyś, że Andrzej Jawień pisujący w „Znaku” i w „Tygodniku Powszechnym” to właśnie ks. Karol Wojtyła, która to jednak wiado­mość nie bardzo mnie przejęła, i wierszy nie przeczytałem. Gdy Karol Wojtyła został biskupem, przestał być też dla Cioci „księdzem Karol­kiem”, ale z właściwym pojęciem hierarchii mówiła o nim już teraz „ksiądz biskup”; jego kardynalatu nie doczekała.

Myślę, że ksiądz Karol przychodził do Cioci, jak wielu młodych ludzi, aby się wygadać, poradzić. Mała ona bowiem dar bardzo rzadko spotykany u ludzi: umiała słuchać. Gdy ktoś do niej mówił, całkowicie wchodziła w jego myśl, tylko on był wtedy ważny, a krótkimi pytaniami wspomagała i dodawała odwagi swojemu rozmówcy. I obojętnie, czy to był uczeń czy fryzjerka lub kobieta przynosząca mleko, ksiądz czy kolega z redakcji. Słuchała, interesował ją człowiek, nie skomplikowa­ne intelektualne problemy, ale człowiek, kimkolwiek by był. Wiedziała ona bowiem, że każdy człowiek zawiera nieprawdopodobne bogactwo, którym jest jego osobowość, i to właśnie chciała poznać. A ponadto potrafiła poradzić, i to nie tylko w sprawach literackich, choć tu miała bezwzględny nos i z daleka umiała odróżnić kicz od dobrej prozy i głup­stwa od nieporadnie nieraz wyrażonej prawdy. W sprawach życiowych ludzkich miała wyjątkowe wyczucie, które wynikało chyba z tej jej wie­dzy o człowieku. A ponadto miała to, co rzadko spotyka się, szczególnie u intelektualistów, rozsądek zdrowy aż do bólu. Umiała też obserwować samą siebie: jej piękna książka o starzeniu Patrzę i wspominam (miała się nazywać Alipy wiecznie kwitną) to opowieść o procesie swojego sta­rzenia, który obserwowała z zainteresowaniem, nie bez melancholii, bo lipy zawsze tak samo kwitną, tylko ona staje się inna... Była osobą mą­drą w świecie, w którym coraz więcej wiedzy, a coraz mniej mądrości. I stąd jej książki, które miały liczne rzesze wiernych czytelników, odnajdujących siebie w jej książkach. Nie wiem, kiedy zaczęła się jej przygoda z Biblią. Należała przecież do pokolenia, które musiało prosić proboszcza o pozwolenie czytania Starego Testamentu, a czytanie Nowego nie było też za dobrze wdziane, może z wyjątkiem Ewangelii... W każdym razie pamiętam jej opowia­dania o długich rozmowach o Nowym Testamencie ze swoim sąsiadem z ulicy Księcia Józefa – profesorem Tadeuszem Sinką, który wtedy pisał trzeci tom swojej monumentalnej Historii literatury greckiej, i z tego powodu musiał zająć się również i grecką Biblią i odpowiadał jej o niej. Te rozmowy, prowadzone w mrocznych latach okupacji, zostawiły na niej wielki ślad, jeśli wspominała je po dwudziestu latach.

W latach pięćdziesiątych PAX zaproponował jej przetłumaczenie z francuskiego książki dominikanina Demana o Sokratesie i Jezu się, a także dwóch pierwszych tomów Historii Kościoła Daniel – Rop­sa, które ukazały się pod tytułem Od Abrahama do Chrystusa i Dzieje Chrystusa ; z tej historii wydano jeszcze dwa tomy poświęcone staro­żytności chrześcijańskiej, potem jednak przerwano przekład, i chyba słusznie: Ciocia wyrażała się o nich kwaśno, a ja po przejrzeniu ich oddałem pozostałe kilka tomów tej serii do biblioteki – jest to histo­ria zachodniocentryczna, bez wielkiego pojęcia o tym, co działo się za Łabą, nie mówiąc o Odrze i Wiśle. Te dwa pierwsze tomy Daniel – Rop­sa o Starym i Nowym Testamencie, pięknie przełożone z francuskiego, stanowiły lekturę pasjonującą. O ile pamiętam, w latach pięćdziesią­tych i sześćdziesiątych ukazywało się ponadto szereg jej niewielkich ar­tykułów w „Tygodniku Powszechnym” na tematy biblijne, tyle że pod pseudonimem, bo były to czasy, kiedy kobieta pisząca o Biblii nie była dobrze widziana.

W swojej pracy radziła się ks. profesora Eugeniusza Dąbrowskiego, nie tylko wielkiego biblisty, ale i humanisty – widział on Biblię na tle ówczesnej kultury klasycznej, którą znał wyśmienicie, co zresztą widać z jego dzieła o św. Pawle, najlepszej chyba książki o Apostole Narodów wydanej po polsku, a ponadto czytał na bieżąco literaturę katolicką zachodnią i potrafił o niej mówić i pisać z nie mniejszym znawstwem – i to chyba on spowodował wydanie wielu świetnych pozycji literatu­ry biblijnej, jak choćby Claudela. Ogromną jego zasługą jest dokona­nie nowego przekładu Nowego Testamentu z Wulgaty na polski, który to przekład był praktycznie mówiąc, jedynym dostępnym w czasach realnego socjalizmu. Ciocia należała do nielicznych ludzi, których ten wielki biblista i równie nieznośny człowiek szanował i o których dobrze mówił, o czym mogłem się przekonać kilkakrotnie. Jak się dogadali, nie wiem: Ciocia widziała w nim wielkiego biblistę a równocześnie świetnego duszpasterza; bawił ją ten tak inteligentny ksiądz, jego wy­buchy oburzenia i cięte powiedzenia, on w cenił w niej mądrą pisarkę.

Myślę, że on ukrywał się za jej twórczością biblijną, zachęcał ją do niej i w niej pomagał.

Ona zaś czytała Biblię wolno, cedziła wiersz po wierszu i jakże często zaskakiwała tym, co w tekście zauważyła. Pamiętam dobrze czas, kiedy tę książkę pisała, kiedy rodziła się w bólu. Ciocia starała się w niej wy­razić swoje przemyślenia o sprawach najważniejszych, które tak trudno zwerbalizować, i skonfrontować Ewangelię ze współczesnością. Dla tej książki szukała tytułu. To, co ją zafascynowało w Ewangelii, to fakty, które stoją za jej słowami, to chrześcijaństwo oparte nie na idei, lecz na fakcie – człowieka – Jezusa Chrystusa. Pasjonował ją człowiek, nie dziw więc, że pasjonowała ją najpiękniejsza spośród córek ludzkich – Maryja, i najpiękniejszy spośród synów ludzkich, Bóg-Człowiek – Je­zus Chrystus. I w końcu znalazła tytuł adekwatny do jej treści: Fakty i słowa. Nie wiem, czy opracowano ten kierunek świeckich pisarzy-bibli­stów, których ogromną zasługą jest to, że potrafili przybliżyć Biblię zwyczajnemu czytelnikowi, do którego dzieła fachowych biblistów nie trafiały i nie były zrozumiałe. Jakaż to świetna grupa ludzi i jak zróżnicowanych!

Jan Dobraczyński, świetny pisarz, którego List Nikodema (przeło­żone na kilkanaście języków, o ile pamiętam, osiemnaście!) czy Cień Ojca stanowią wielkie dzieła polskiej literatury, a inne powieści biblij­ne, Święty miecz, Wybrańcy gwiazd (też przekładane na obce języki!) czy książki popularne są zupełnie dobrymi dziełami. Jak się wydaje, Jan Dobraczyński pozostawał pod wpływem ks. Dąbrowskiego. Nie­dawno rozgorzał spór o to, czy Listy Nikodema mają wejść do kanonu lektury, i opinie wtedy wyrażane na temat jego twórczości nie świadczą najlepiej o kulturze literackiej polskich „elit”.

Roman Brandstaetter, nawrócony Żyd, który w swoją twórczość biblijną włożył całą miłość i cześć dla Biblii, jaką ma naród żydowski (a której nam, chrześcijanom z urodzenia, często brakuje), dopełniając chrześcijaństwem, i który dał, obok świetnych poezji biblijnych, dzie­ło tej klasy co Jezus z Nazaretu. Chciałbym tu wspomnieć o pięknej książce o Jezusie, dziś zbyt często zapomnianej, Mężu z Nazaretu pióra wybitnego żydowskiego i polskiego pisarza (działał w Polsce, choć po­został Żydem, pisał w jiddysz) Szalom Asza: widać u niego tę samą głębię znajomości świata, w którym żył Jezus, podobną do tej, którą widzimy u Romana Brandstaettera.

Tadeusz Żychiewicz. Przypomnę tu anegdotkę: gdy ukazywały się w Znaku jego świetne tomiki o Starym Przymierzu, które znikały momentalnie, lekarz mojej bratowej, znając moje kontakty ze Zna­kiem, oświadczył jej, że następną wizytę ma zapłacić nie w złotych, ale w „jednym Żychiewiczu”, to jest ma mu przynieść jeden z jego tomi­ków. Ubawiony Żychiewicz, któremu napisałem o jedynej, dobrze sto­jącej w PRL-u walucie – „żychiewiczach” – przysłał mi całą kolekcję, co pozwoliło bratowej dokończyć kurację, płacąc „żychiewiczami”. Książki Żychiewicza – popularnego „Ojca Malachiasza” , były napisane z eru­dycją, swadą polemiczną, której był mistrzem, i niezwykle plastyczne. Obraz Dawida wykreowany przez Żychiewicza stoi mi przed oczyma, ilekroć czytam Księgi Samuela, podobnie przy lekturze dzieła św. Teresy z Avila widzę jej postać wykreowaną przez Danutę Michałowską.

Ostatnia z tej grupy świeckich pisarzy biblijnych była niedawno zmarła prof. Anna Świderkówna, której twórczości Ciocia już nie do­czekała, świetna hellenistka, tłumaczka Teokryta, Katullusa, elegii mi­łosnej rzymskiej i... Ojców Apostolskich oraz św. Augustyna, a także szeregu dzieł z dziedziny kultury klasycznej, a która ogromną kulturę klasyczną i wielki talent literacki wprzęgła w służbę Biblii. Nie byli oni sami. By wymienić tylko jeden przykład: Antoni Gołu­biew poświęcił Modlitwie Pańskiej swoje Listy do przyjaciela. Czytając komentarze biblijne Ojców Kościoła, czuję się w podobnej atmosferze jak ta, którą znajduję w tych książkach biblijnych, szczegól­nie Cioci Zosi, Żychiewicza czy Antoniego Gołubiewa. Biblia bowiem była dla nich księgą mądrości, która uczyła ich wiedzy o człowieku i o świecie, patrzyli na nią przez pryzmat człowieka i świata i odnaj­dywali w niej odpowiedzi na wieczne pytania o życie człowieka, o je­go stosunek do Boga. Oni umieli tropić w niej ślady Boga ukrytego w człowieku w i jego historii, którego – jakże często – odkrywamy z wielkim trudem. Ta literatura, która znalazła ogromne rzesze wiernych czytelników, nie spotkała się z zachwytem biblistów. Po ukazaniu się Faktów i słów do Krakowa zjechał jeden z czołowych biblistów polskich, by tę książ­kę i jej autorkę potępić – w kurii krakowskiej został równie grzecznie przyjęty, jak i pożegnany, o czym mi Ciocia opowiadała z niemałym ubawieniem. Na Tadeusza Żychiewicza i na Annę Świderkównę sypały się gromy polskich biblistów, tyle że oni robili swoje, a Żychiewicz, ze swą swadą polemiczną, potrafił również nieźle przyłożyć owym uczo­nym mężom.



Myślę, że stoimy tu wobec wielkiego nieporozumienia wiedzy i mą­drości. Bibliści, którzy długimi i żmudnymi studiami filologiczno – hi­storyczno – teologicznymi zdobyli wielką wiedzę o Świętej Księdze, dość rzadko umieją ją dalej przekazać, nie dysponując odpowiednią kultu­rą humanistyczną, a zazwyczaj także i talentem literackim. Irytowało ich więc to, że ktoś bez tego przygotowania wchodzi na ich działkę, i wychwytywali wszystkie prawdziwe i urojone potknięcia, nieścisłości i niezgrabności pisarzy, przy okazji często zapominając o tym, że Biblia jest nie tylko przedmiotem wiedzy, ale i księgą życia. Natomiast pisarze traktowali Biblię jako źródło mądrości, wskaźnik na ścieżce życia i te swoje przemyślenia starali się przekazać czytelnikom świadomi obo­wiązku, jaki spoczywa na pisarzu. Oczywiście, nie dysponowali wie­dzą biblistów, ale też pilnie starali się czytać literaturę biblijną i radzili się biblistów. Tu wielką rolę odegrał w wypadku Zofii Starowieyskiej – Morstinowej i chyba Jana Dobraczyńskiego oraz Tadeusza Żychiewi­cza ks. Eugeniusz Dąbrowski, w a wypadku Anny Świderkównej ks. profesor Józef Kudasiewicz i ks. arcybiskup Henryk Muszyński, którzy ją wspierali swoją wiedzą, i być może inni; ale o tych dwóch mi naj­częściej mówiła.

Dobrze, że ukazują się Fakty i słowa Zofii Starowieyskiej – Morstino­wej, i być może ich wydanie stanie się okazją, by pozbierać te książki biblijno – mądrościowe i na nowo je opublikować. W niniejszym wydaniu została ujednoli­cona ortografia, dokonano poprawy wyraźnych błędów, natomiast nie ruszano struktury tekstu, zachowując jego specyfikę i typowy dla Zofii Starowieyskiej – Morstinowej sposób wyrażania się.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość