Strona główna

Irena „Kika” Szaszkiewiczowa Pieskie życie


Pobieranie 11.68 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar11.68 Kb.
Irena „Kika” Szaszkiewiczowa - Pieskie życie

(artykuł za zgodą autorki blogu www.szaszkiewiczowa.eu)

Pisałam już o kotach, z którymi mieszkam przez całe życie, a z jedną z nich dzielę łóżko. Ostatnio z sofy w mojej w mojej sypialni, często korzysta suczka Gaja, gończy polski, której ten tekst poświęcam, gdyż jest bardzo chora. Podobno jest w bardzo dobrych rękach weterynarzy z Myślenic, państwa Ingardenów, ale rokowanie nie jest pomyślne. Trudno znieść kolejne utraty zaprzyjaźnionych zwierząt, ale jeszcze trudniej żyć bez nich.

Kot i pies

Pierwszy pies, którego pamiętam z dzieciństwa, to był Boy, wielki wilczur, którego ojciec przywiózł z Przeworska. Pojechał tam, gdyż dano znać, że są dwa ostre psy, ojciec i syn, które się nie tolerują. Gdy ojciec wysiadł z samochodu, od razu skierował się do klatki, w której był syn i ku przerażeniu mieszkańców otworzył ją i wypuścił psa. Ten z entuzjazmem rzucił mu się na szyję i w ten sposób Boy trafił do Babicy. Nie przepadał za dziećmi, ale trzeba przyznać, że nas pilnował, gdy rodzice wyjeżdżali. Chodził z nami na spacery z bardzo znudzoną miną.



Mój brat Konstanty zwany Kotem, z psami

Każdy pies w Babicy to był najbardziej pies ojca. Wszystkie go kochały i słuchały nadzwyczajnie. Pytany, dlaczego tak się dzieje, co one takiego w nim czują, mówił żartem: „Bo ja się im nie sprzeciwiam”. I rzeczywiście, W jego obecności psy przeważnie wylegiwały się na kanapach i fotelach. Ale, jeśli była też Matka, to grzecznie leżały w swoich legowiskach. Czasem, gdy siedzieliśmy z ojcem, a słychać było z góry, odgłosy kroków schodzącej Matki, psy zeskakiwały z mebli i pędziły pospiesznie na swoje miejsca.



Wśród nich były psy myśliwskie, polujące. Do nich należał Rex, gładkowłosy, łaciaty wyżeł.  Był duży i bardzo miły. Niestety zginął pod pociągiem, który przejeżdżał przez nasz park. I wtedy nastała Kora z nad Czarnego Jeziora, hodowli z Poznańskiego. Była wyżłem ostrowłosym, w ciemnobrązowe cętki. Brała udział w polowaniach, była bardzo dobrze ułożona. Gdy szliśmy do lasu zlokalizować rogacza (nie na polowanie, tylko na rozeznanie, gdyż ojciec dbając o las, dbał też o zwierzynę) i chodziło o to, żeby Kora nie płoszyła zwierza, ojciec zostawiał na ziemi marynarkę i kazał jej pilnować. Psina nie ruszyła się z miejsca, aż do odwołania lub naszego powrotu!



Nasze psy bardzo lubiły wszelkie wycieczki i wyprawy. Nieustanie towarzyszyły nam na spacerach po okolicy, w lesie i nad rzeką. Jeśli tylko pod dom zajeżdżał jakiś nasz powóz, od razu przybiegały i co prędzej wskakiwały do niego. Tylko w niedzielę, kiedy jechaliśmy do kościoła, nawet nie pokazywały się w pobliżu. Miały jakiś kalendarz głowach i wiedziały, że wyprawa do kościoła, to coś innego niż zwykła wyprawa. Kalendarz nie był jednak ścisły, bo kiedy jechaliśmy do kościoła w święta wypadające w inne dni, nie w niedzielę, to trzeba je było odganiać. Za każdym razem były wtedy bardzo obrażone.

Przeciwną naturę w porównaniu z Korą, to znaczy naturę bardzo szczekliwego, niezależnego i nieusłuchanego psa, miał nasz jamnik, odkupiony za 5 złotych przed wojną od Cyganów, których tabory zatrzymywały się na opodal dworu. Ze względu na bardzo rasowy wygląd, mój kuzyn Wojtek Kluger nadał mu godne imię Fryderyk Wilhelm Amadeusz Pentacy (zwany Pętasiem). Matka Wojtka, moja ciotka Halina, zabrała go wkrótce do Krakowa, gdyż karygodne było to, że jamnik sam się wybierał na polowania, był nie do upilnowania. A wokół było pełno zwierząt domowych i dzikich!

Każdy pies miał swoje legowisko w pomieszczeniach na dole. Ale często wybuchały niesnaski o legowisko, bo niektóre szukały odmiany i zajmowały cudze miejsce. Kiedy na przykład do Ojca przychodził mniejszy piesek i patrzył z pretensją, Ojciec domyślał się, że to skarga na większego o zajęcie legowiska. Sięgał wtedy do szuflady, gdzie były cukierki i szeleścił celofanem, w którym były owinięte. Psy zrywały się i pędziły do niego, a tymczasem mały kładł się na swoim miejscu.

Zaraz na początku wojny przyjeżdżała do nas pewna Pani Pułkownikowa, której mąż został ranny i przebywał w szpitalu w Rzeszowie. Ona miała pięknego cocker spaniela z bardzo sławnej hodowli Królowej Rumuńskiej. Po nim dostaliśmy naszą Labę, którą uwielbiał mój brat. Były potem po niej szczeniaki.

Kot, Kika i Maja ze szczeniętami

Mój własny piesek, też cocker spaniel to Smyk, którego nauczyłam wchodzić na pochylone, przewrócone drzewa. Niestety przejechał go niemiecki wielki samochód, którego pomimo machania nie byłam w stanie zatrzymać (dobrze, że sama uszłam z życiem). Ciężko to zniosłam. Potem był spaniel Brzuszek, którego imię pochodziło stąd, że jak mu się powiedziało „Brzuszek, Brzuszek pokaż brzuszek”, to kładł się na plecach i pokazywał brzuch, chciał żeby go tam lekko drapać. W czasie wojny przejechał ze mną do Mszany, a po wojnie wywiozłam go do Krakowa. Tutaj „urywał się” często do zaprzyjaźnionego człowieka, którego znał z Babicy, a który mieszkał wtedy na Dębnikach. Był to, ukrywający się wcześniej w Babicy podoficer VIII Pułku Ułanów, który dla niepoznaki (gdyż zastrzelił jakiegoś Niemca) pracował u nas w charakterze stangreta. Któregoś razu pies przepadł, pewnie go ukradli.



Mój brat miał potem miał jeszcze jednego spaniela Gacka, który mieszkał z nim w Warszawie i po którym, odziedziczył imię polski owczarek nizinny, pies mojego syna. Ja natomiast musiałam się pożegnać z psami – w Krakowie z powodu ciasnoty, w Norwegii zaś dlatego, że psy nie są tam mile widziane – i przeszłam na koty. Ale uważam, że psy oprócz innych, mają też talenty wychowawcze jak wspomniany Gacek (wychowywał ponoć koty) oraz nieodżałowana Zula, o której pisałam, a która dobrze wychowała kilkoro moich prawnuków.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość