Strona główna

Ireneusz C. Kamiński Europeizacja zamiast nowelizacji


Pobieranie 17.59 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar17.59 Kb.

Ireneusz C. Kamiński

Europeizacja

zamiast

nowelizacji


Gdy polskie prawo odstaje od europejskiego, sędziowie powinni śmielej stosować Europejską Konwencję Praw Człowieka.
Co jakiś czas wraca w Polsce dyskusja o granicach wolności słowa, zwłaszcza wypowiedzi dziennikarskiej, oraz sankcjach wymierzonych za zniesławienie. Zwykle prowokują ją wyroki wydawane przez nasze sądy, czasami odbierane przychylnie, częściej – niestety - krytycznie. Argumenty formułowane w polskiej dyskusji przypominają wszakże wyważanie otwartych już drzwi. Podobna dyskusja toczyła się bowiem w zachodnich demokracjach w latach 60. i 70. latach poprzedniego wieku i w jej następstwie powstało wiele zbliżonych do siebie standardów, które po prostu należałoby przejąć - jako dobrą praktykę również nad Wisłą.
Nie czekać na nowe ustawy

Po drugie, na wiele stawianych u nas pytań można zna­leźć stosunkowo łatwą odpowiedź podczas lektury werdyk­tów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, wydanych w sprawach dotyczących swobody wypowiedzi (art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, dalej konwencja). O ile zapożyczenie zachodnich wzorców stanowi dobrowolne pójście tropem ,,starczego brata", to standardy strasburskie są dla nas wiążące, gdyż konwencja jest częścią naszego systemu prawnego i podlega bezpośredniemu stosowaniu przez polskie sądy. W konsekwencji nie trzeba czekać na zmianę polskiego ustawodawstwa; wystarczy je poddać wykładni uwzględniające| konstytucję i konwencję.

Polska konstytucja mówi o wolności prasy oraz innych mediów już w art. 14, pośród przepisów określających funda­menty Rzeczypospolitej. Dalej precyzuje, że konstytucyjne prawa mogą podlegać tylko takim wprowadzanym na mocy ustawy ograniczeniom, jakie są konieczne w demokraty­cznym społeczeństwie, aby chronić bezpieczeństwo i porzą­dek publiczny, środowisko, zdrowie i moralność publiczną oraz prawa i wolności innych ludzi (art. 31 ustęp 3). Podob­nie brzmi art. 10 konwencji. Postanowienia naszej konstytu­cji - zbliżone do innych ustaw zasadniczych - nie mogą być traktowane jako wzniosła, lecz pozbawiona następstw dekla­racja. Przeciwnie, wynikają z niej praktyczne konsekwencje. Po pierwsze, to dziennikarska swoboda jest zasadą, a każda ingerencja w nią wyjątkiem wymagającym precyzyjnego i przekonującego usprawiedliwienia. Po drugie, przepisy pol­skich ustaw i towarzysząca im praktyka sądowa nie mogą po­wstrzymywać prasy przed sprawowaniem roli „publicznego kontrolera", normalne) i akceptowanej w każdej demokracji.

Młode demokracje Europy Środkowo-Wschodniej mają problemy z przyswojeniem sobie powyższych zasad i ich kon­sekwencji. Także w polskim sądzie, aby usłyszeć konstytucyj­ne i konwencyjne argumenty, trzeba zazwyczaj czekać, aż sprawa dojdzie do Sądu Najwyższego, Tymczasem wiele reguł powinno być od początku jasnych i stosowanych.


Dziennikarz może się pomylić

Jeżeli o odpowiedzialności cywilnej dziennikarza ma za­wsze decydować - jak jeszcze do niedawna powtarzały ni­czym mantrę liczne sądy -,,obiektywna" prawdziwość rela­cji, redakcje me zdecydowałyby się na opublikowanie wielu ważnych materiałów. Mogłyby też zapomnieć o dziennikar­stwie śledczym. Dlatego dla przyzwoitego demokratycznego państwa reprezentatywny jest inny standard. Dziennikarz unika odpowiedzialności prawnej, jeżeli w czasie przygotowy­wania i publikowania tekstu działał rzetelnie i starannie. W swoich werdyktach trybunat strasburski konsekwentnie oznajmiał, ze dla dziennikarskiego materiału musi istnieć „dostateczna podstawa faktyczna", uzasadniająca przeko­nanie o jego prawdziwości (np. Bladet Tromso i Stensaas przeciwko Norwegii, McVicar przeciwko Wielkiej Brytanii). Dziennikarz może się pomylić, nie jest bowiem Bogiem, który zna prawdę: jako śmiertelnik nie może natomiast bezpodsta­wnie formułować zarzutów, a tym bardziej kłamać.

Aby zabezpieczyć dziennikarza przed sądowymi procesa­mi, w niektórych państwach idzie się jeszcze dalej. W Stanach Zjednoczonych to polityk (później tę regułę rozszerzono na osoby publiczne), występując z pozwem musi wykazać, ze autor kwestionowanej wypowiedzi działał „ze złośliwą inten­cją", czyli świadomością fałszywości zarzutów, albo z rażącym lekceważeniem prawdy (sprawa Sullivan przeciwko New York Timesowi z 1964 r.). Bardzo rzadko uda się to udowodnić.

Takie ustawienie ról procesowych jest jedna',,:

Polityk ma szeroki dostęp do mediów i w dojrzałej demokracji poprzez nie udziela odpowiedzi na dotykające go zarzuty. Dlatego zdumienie budzi każdy polityk - nie mówiąc już o tych z pierwszego szeregu - który salę sądową wybiera jako miejsce do dyskusji z mediami, tymczasem w Polsce, chociaż w porównaniu z minionymi latami lista premierów i wysokich urzędników państwowych, inicjujących postępowania sądowe zmniejszyła się, nadal jesteśmy świadkami takich procesów jak wytoczone niedawno Pawłowi Śpiewakowi czy Januszowi Majcherkowi.

Wyraźne wskazanie przez polskie sądy, że zachowanie rzetelności i staranności zwalnia z odpowiedzialności prawnej tworzyłoby adekwatne granice wolności wolności słowa, zniechęcając potencjalnych autorów pozwów. Sąd Najwyższy poczynił już obiecujące kroki ku takiemu standardowi, między innymi rozpatrując kasację w głośnej sprawie, jaką dziennikarzowi „Życie" wytoczył Aleksander Kwaśniewski.


Zniesławienie - do więzienia

Niedawno gorącą dyskusję wywołały dwa wyroki w których za zniesławienie orzeczono karę w zawieszeniu pozbawienia wolności. Pierwszy dotknął dziennikarza z Polic Andrzeja Marka (trzy miesiące pozbawienia wolności). W opublikowanym tekście dziennikarz miał rozpowszechnić nieprawdziwe zarzuty dotyczące urzędnika magistratu. Drugi zapadł w sprawie Zenona Złakowskiego, autora książki o stanie wojennym w Olsztynie (osiem miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata). W publikacji w nakładzie 600 egzemplarzy błędnie przypisano – opierając się na podziemnych się na podziemnych publikacjach - wydanie przez emerytowaną obecnie sędzinę wyroku zatwierdzającego zwolnienie pracownika za oplucie gazetki ściennej PZPR. Pomylono też osobę sędziego, który orzekał w procesach politycznych na początku lat 80.; w rzeczywistości wyroków skazujących działaczy „Solidarności" na długoletnie więzienie nie wydawała wskazana w książce emerytowana sędzia, lecz...jej mąż.

Nie zamierzam tutaj rozstrzygać, czy obaj autorzy zachowali wymogi sztuki dziennikarskiej i warsztatu badawczego; w tej kwestii można mieć poważne zastrzeżenia. Moje obawy budzi natomiast orzeczenie kary pozbawienia wolności, najsurowszej z możliwych sankcji karnych. Taka dolegliwość - jeżeli w ogóle uzasadniona w przypadku zniesławienia - powin­na być wyjątkiem, zarezerwowanym dla zamierzonych, popeł­nionych w złej wierze i szczególnie poważnych czynów. Nakaz powściągliwości w posługiwaniu się prawem kar­nym, a tym bardziej karą pozbawienia wolności, został wielokrotnie jasno wyrażony w werdyktach strasburskich (np. Castells przeciwko Hiszpanii, Skałka przeciwko Polsce). Tym­czasem okoliczność ta nie została w ogóle zauważona praż polskie sądy. Pominął ją także milczeniem sąd odwoławczy, rozpatrujący apelację w sprawie polickiej; dopiero Rzecznik Praw Obywatelskich podniósł problem proporcjonalności sankcji w swojej kasacji.

Orzekający sędziowie mogą bronić się wskazując, że owszem, polskie prawo jest surowe, ale tak długo jak nie zostało zmienione, jest przecież prawem. Skoro ustawodawca w niedawno stworzonym kodeksie karnym zdecydował się na umieszczenie pewnych przepisów, sędziom pozostaje je tylko stosować. Oczywiście, istnieje coś takiego jak konstytucja i konwencja, ale posłużenie się nimi lepiej roztropnie pozostawić wyższym instancjom, najlepiej Sądowi Najwyższemu.

Taki sędziowski minimalizm stał się we współczesnej Europie anachronizmem. Zwrócę tylko na jedną głośną sprawę, pochodzącą z Francji, kraju niezwykle mocno przywiązanego do zasady podziału uprawnień między pra­wodawcę i stosujące prawo sądy. 25 kwietnia 2001 r. fran­cuski sąd wydał wyrok uniewinniający autora książki, w której przywódcy trzech afrykańskich państw zostali określeni jako osoba winna zbrodni przeciwko ludzkości (Denis Sassou Nguess z Konga), „zatwardziały morderca" (Idris Doby z Czadu) i „regionalny ojciec chrzestny" (Omar Bongo z Gabonu). W uzasadnieniu stwierdzono, ze już samo zastosowanie przepisu ustawy - a nie tylko przewidzia­nej w niej alternatywnie sankcji pozbawienia wolności -stanowiłoby naruszenie konwencji. W konsekwencji fran­cuscy sędziowie już w pierwszej instancji pominęli przepis - nie uchylając go, bo do tego nie mają uprawnień - który oznaczałby pogwałcenie konwencji i odbiegał od standar­dów właściwych demokratycznemu państwu.

Pens, za karę


Nie chcę nawoływać do sędziowskiego anarchizmu. Niepokoi mnie natomiast nieobecność w polskich orze­czeniach konstytucji i konwencji. Dopiero Sąd Najwyższy – a więc ostatnia instancja przed pójściem ze skargą do Strasburga – i Rzecznik Praw Obywatelskich zwracają uwagę na tę wadę. Postępowanie polskich sądów rodzi krytykę i głosy, że tylko nowelizacja prawa – eliminująca wprost możliwość orzekania surowych sankcji – zapewni dobrą praktykę. Nie musi to być jedyna droga.

W wielu krajach istnieją surowe prawa dotyczące zniesławienia, ale sędziom nie przyjdzie do głowy, aby przy wyrokowaniu tylko na nich się skoncentrować. Gdy kilka lat temu irlandzki premier Reynolds wygrał proces wytoczony dziennikowi Sunday Times, przysięgli nie przyznali mu w ogóle zadośćuczynienia. Sędzia prowadzący postępowanie uznał jednak, że skoro stwierdzono winę gazety, powód powinien otrzymać jakąś kwotę. Jego werdykt brzmiał: polityk dostanie jednego pensa, czyli sześć groszy. Mniejszej monety po prostu nie ma.


Autor jest doktorem prawa, adiunktem w Instytucie Nauk Prawnych PAN. Ekspert Rady Europy.

[Forum dziennikarzy nr 5, 2004]





©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość