Strona główna

Jerzy wielopostaciowy


Pobieranie 32.68 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar32.68 Kb.
Andrzej Mencwel

Jerzy wielopostaciowy

Jaki był Jerzy Andrzejewski? Pierwsze określenie, jakie mi się nasuwa, jest nieoczekiwane: przystojny. Kiedy go poznałem osobiście i z nim zbliżyłem, a on sam to spowodował, gdyż chciał mi pomóc, kiedy tego bardzo potrzebowałem, kończył już sześćdziesiątkę, ale trzymał się młodzieńczo i to zwracało uwagę, nawet, jak widać, zapadało w pamięć. Ubierał się również młodzieńczo, chociaż nie w dżinsy, lecz w jakieś wąskie spodnie z płótna lub alpaki, zależnie od sezonu, które przywoził sobie z Paryża i lubił się nimi chwalić, do tego wdzianka, swetry, lekkie marynarki, żadnych trzyczęściowych garniturów, krawat od wielkiego dzwonu. Na tej smukłej, młodzieńczej sylwetce, którą nosił bocianim trochę krokiem długich nóg, a którą wyraźnie lubił i na którą lubił też zwracać uwagę, żartobliwie, ze słyszalną autoironią, osadzona była głowa o urodzie szczególnej: z wyraźnym, ascetycznym prawie trójkątem twarzy, podkreślonym ostrym, wydatnym nosem, twarzy zwieńczonej wzniesionym, białym czołem. W kontraście mięsiste, zmysłowe usta i żywe, magnetyczne oczy za grubymi szkłami w rogowej oprawie. Właściwie, jak się o tej jego urodzie myśli, czyli ją wspomina, to chce się powiedzieć, że był szczególnego rodzaju brzydalem, choć to nieprawda, bo nazywać tak można statyczny obraz, jaki teraz staram się wywołać, ale Jerzy nigdy nie był statyczny, zawsze ruchliwy, migotliwy, wielopostaciowy. Może z wyjątkiem ostatnich lat, które zbiegły się ze stanem wojennym (zmarł w kwietniu 1983 roku, pogrzeb chociaż miał wiosenny), kiedy tracił wzrok i władzę w ciele, a pełen był czarnych myśli, których nie potrafiłem rozproszyć. Odwiedzałem go wówczas niekiedy (rzadko, za rzadko!), wstępowałem po drodze do domu, gdyż mieszkał na Pradze, zaraz za mostem Śląskim i teraz też, kiedy tamtędy przejeżdżam widzę ciągle okna jego mieszkania i gabinetu, nad którym wisi pokaźny, jaskrawy szyld: „stomatologia”. Oto bezwiednie szydercza forma upamiętnienia pisarza, który był jedną z legend naszych, minionych czasów.

Czesław Miłosz, który zaprzyjaźnił się z Jerzym Andrzejewskim wtedy, kiedy przyjaźń zadzierzga się najmocniej i najbardziej też jest potrzebna, czyli w okresie pisarskich zapoczątkowań, a potem lata wojny i okupacji, czas ekstremalnych zagrożeń, przeżył z nim w intelektualnej i personalnej symbiozie, pozostawił też najbardziej sugestywny jego portret. Rozdział czwarty Zniewolonego umysłu, zatytułowany Alfa czyli moralista, był przedsięwzięciem bolesnym, zarówno dla autora, jak i bohatera, gdyż krytyka osobowości, a nie tylko twórczości, jaka została w nim podjęta, mogła oznaczać zerwanie przyjaźni. Kiedy czyta się ten rozdział dzisiaj, więc naprawdę post festum, bo nie tylko po zejściu tamtej epoki, ale i po śmierci obu przyjaciół, widzi się wyraźnie, jak Miłosz, próbując wytłumaczyć ówczesną marksistowską, a raczej stalinowską konwersję Andrzejewskiego, prowadzi pióro celnie i czule – docieka istoty postawy i talentu swego bohatera, ale raczej podnosi, niż poniża go osobiście. To rozwiązanie krytycznej kwadratury koła, przed którą staje każdy, kto próbuje uprawiać autentyczne pisarstwo krytyczne, jest właściwie wzorowe, a winno być studiowane przez adeptów, jeśli oni jeszcze istnieją. Pozwoliło ono zapewne przyjaźń jeśli nie utrwalić, to ją ponownie, gdy okoliczności się zmieniły, nawiązać.

Z należną estymą odnosząc się do takiego portretu Andrzejewskiego, jaki Miłosz wówczas nakreślił, chcę jednak powiedzieć, że jednego ważnego rysu mi w nim brakuje, a jeszcze inny wydaje mi się wątpliwy. Autor Zniewolonego umysłu z wprawą zawodowego historyka idei oraz piórem oryginalnego eseisty ujmuje to, co w postawie Andrzejewskiego trwałe i zmienne a winno tłumaczyć metamorfozy jego poglądów. Trwałe są mianowicie moralistyczne skłonności pisarza, który conradystą zostaje nie przez przybranie, lecz przez powinowactwo, a skłonnościami tymi wyrasta zarówno ponad neotomizm, jak i marksizm. Zmienne są okoliczności historyczne, na które reaguje wrażliwie i swoim sposobem je racjonalizuje – radykalnie krytyczny osąd powstańczej hekatomby ułatwi uznanie powojennych rozstrzygnięć za konieczność historyczną. Jeśli jednak czyta się dzisiaj przedwojenne i wojenne utwory Andrzejewskiego, spostrzega się, że ideowo analityczny Miłosz coś przeoczył, nie tyle w intelekcie pisarza, co w jego doświadczeniu. Autor Nocy, a zwłaszcza Apelu w tym tomie, właściwie jeszcze przed Borowskim i bez własnych przeżyć obozowych, wyczuł i opisał specyfikę tej ekstremalnej sytuacji – redukcję człowieczeństwa do instynktów, a bytu ludzkiego do przyrodniczości. Wyczucie to nie było artystyczną iluminacją, lecz przetworzeniem wiedzy wcześniejszej – tę odnajdujemy w pierwszych utworach pisarza, w których „wspólny pokój” obdzierających się nawzajem i wymierających nędzarzy wydaje się laboratorium przedwojennej rzeczywistości. Trochę podobnie jak u Korczaka, dla którego getto okupacyjne było tylko esencją wszystkich gett wcześniejszych. Zbrodniczą obozową eksterminację Andrzejewski ujmował jako stężenie cech rzeczywistości przedwojennej, czyli kapitalistycznej. Bez wpisania tego doświadczenia w jego twórczą biografię, pozostaje ona tylko szkieletem ideowych metamorfoz.

Miłosz jeszcze o nim napisał tak: Postawa Alfy była metafizyczna i tragiczna. Dręczyło go zagadnienie czystości – i czystości moralnej i czystości tonu w tym, co pisał.(…) Ta potrzeba czystości, powiedziałbym nieziemskiej czystości, była cechą charakteru Alfy, który w obcowaniu z ludźmi lubił być wyniosły i chodzić na koturnach. I pogoń za czystością w pracy pisarskiej, i wyniosłość łączyły się ze sobą: była to sublimacja samego Alfy, jego drugie ja, na które przerzucał wszystkie swe nadzieje. (…) Ktoś o nim powiedział, że zanim weźmie pióro do ręki nakłada powłóczystą szatę maga. Godnością, która by mogła nasycić jego ambicję, była godność kardynała. Powolne ruchy, purpura, podawanie pierścienia do pocałowania – oto czystość gestu, wyładowanie się w lepszym ja; są aktorzy komiczni, którzy całe życie marzą o najbardziej poważnej, dostojnej roli; działają tam pewnie podobne motywy. Alfa, który był obdarzony znakomitym zmysłem humoru w rozmowie, zmieniał się zupełnie, kiedy zaczynał pisać: odtąd przebywał tylko w najwyższych rejestrach tragedii. (s. 90). To właśnie kardynalskie w roli publicznej, a magiczne w roli pisarskiej wystylizowanie Andrzejewskiego przez Miłosza wydaje mi się wątpliwe. Ponieważ ten Jerzy, którego znałem i który darzył mnie przyjaźnią, pozbawiony był wszelkiej wyniosłości - żadnych ceremonii ani oficjalności, tylko zwykłość i prostota. Po interwencji w Czechosłowacji napisał słynny list do Goldstuckera, który obiegł świat, po Ursusie i Radomiu podpisał akt założycielski Komitetu Obrony Robotników, przystąpił do redakcji „Zapisu”, ale te odważne czyny publiczne traktował, jak zachowania oczywiste, które nie potrzebują podkreśleń i podniesień. Podobnie ze stylizacją pisarską, męczył się co prawda długie lata z Miazgą i z męki tej uczynił pewien spektakl, ale nie raz i nie dwa przesiadywaliśmy (cały tam krąg wówczas „młodych” się spotykał) z nim razem na podłodze, popijając to i owo – żadnych koturnów, raczej parter. I to za nim, nie za nami stał regał pełen przekładów na wiele języków, a on jakby sobie z tego nic nie robił, choć żył właściwie z tamtych honorariów, bo na wydania krajowe ciągle nakładano jakiś szlaban. Kiedy zacząłem u niego bywać, stała jeszcze na jego biurku portretowa fotografia Tomasza Manna z cygarem, nadęcie tego modela stanowiło wyraźny kontrast ze sposobem bycia gospodarza, później i ona, nie bez głębszej motywacji ujawnionej we fragmentach publikowanych w „Literaturze”, została odstawiona. Tak zniknął ostatni ślad wyniosłości moralnej i artystycznej, którą niewątpliwie uosabiał Tomasz Mann, a z którą rozstał się ostatecznie Jerzy Andrzejewski.

Nie był wtedy owładnięty pragnieniem czystości, ani etycznej, ani estetycznej. Wiedział już, że taka czystość, jaką chciał odnaleźć w Ładzie serca, frazie tytułowej niewątpliwie symbolicznej, nie jest dostępna zwykłym śmiertelnikom, nawet jeśli są oni artystami, pojął też, że wierność Przed sądem najwyższym, jakim jest własne ludzkie sumienie może być złamana i zerwana. Dręczyło go wspomnienie stalinowskiego epizodu i wiary w partię, jaką wypisał, ale tajemnica tamtej, krótkotrwałej przecież, konwersji nie kryła się, moim zdaniem, w jego „kardynalskich” słabościach, choć występował wtedy w licznych ceremonialnych rolach, lecz w pragnieniu bliskości – z innymi, czytelnikami, ludźmi. Łaknienie takiej międzyludzkiej bliskości raczej niż czystości przenika jego twórczość od pierwszych zawiązków aż do wieloletnich zmagań z miazgowatością Miazgi i stanowi esencję jego najlepszych utworów: wyznań osobistych, niektórych opowiadań, Bram raju. Tytułowy dylemat Popiołu i diamentu również odnosi się do takich więzi, a Miazga nie jest niczym innym, jak ich odwrotnością. Łaknienie takiej więzi, jak się zdaje, leży u źródeł pomyłki, jaką na nieszczęście, dla siebie przede wszystkim, popełnił - okowy ideologii oraz organizacji biorąc za uścisk rąk bratnich.

Piszę – „jak się zdaje” – z jasną świadomością tego, że nigdy niczego w ludzkich postępkach i przemianach nie daje się wyjaśnić sprawstwem jednego czynnika, zawsze trzeba przyjmować działanie ich wielożyłowego splotu, wiedząc też, że kiedy jedną z tych żył wydobywa się na wierzch, to właśnie inną, niemniej ważną, spycha się na spód. Zapewne więc w postawach Jerzego Andrzejewskiego i w jego twórczych pobudzeniach pragnienie czystości splecione było z łaknieniem bliskości, a oba one wplatały się, z kolei, w inne ludzkie potrzeby i uczucia: miłość, przyjaźń, wyróżnienie, spełnienie. Jeśli jednak zgodzić się na te dwie w nim dominanty – czystość i bliskość – to przewaga jednej lub drugiej może odnosić się do różnych faz jego życia i twórczości: przed i po „przejściach”, a przejściami tymi było wszystko, co wiązało się z owym stalinowskim epizodem. Przełom nastąpił dość wcześnie, już w grudniu 1952 roku, kiedy to, przemawiając na jubileuszu Marii Dąbrowskiej, Jerzy stracił głos i przytomność. Była to jakaś głęboka, psychosomatyczna reakcja na fałsz, w który się wpisał i w którym tkwił, inicjująca odrzucenie i ozdrowienie. Potem Jerzy Andrzejewski nie był już ani wyniosły, ani owładnięty pragnieniem czystości.

Był niewątpliwie przez resztę życia świadom swego grzechu i nigdy o nim nie zapomniał, choć, na szczęście, mówił o nim rzadko i raczej sarkastycznie niż moralistycznie. Mniej mnie interesuje rozpamiętywanie tego epizodu, a bardziej to, co się stało po nim, jakim był Jerzy po tamtych „przejściach”, jak je przerobił, jak się sam wychował i na nowo ułożył. Pracować nad sobą zaczął, mniemam, jak tylko oprzytomniał po tamtej traumatycznej utracie przytomności, a świadectwa pisane następują względnie szybko. Już w 1953 roku czyta się z maszynowych odbitek Wielki lament papierowej głowy, a w 1954 roku powstaje Książka dla Marcina, tom normalnych, chciałoby się powiedzieć, wspomnień o własnym, warszawskim dzieciństwie i młodości. A krótko potem przychodzą utwory jawnie rozrachunkowe: premiera Święta Winkielrida (1956), Ciemności kryją ziemię (1957) oraz Bramy raju (1960, w „Twórczości” 1959), które moim zdaniem, ponad formułę literatury rozrachunkowej zdecydowanie wykraczają i stanowią jeden ze szczytowych utworów prozy polskiej XX wieku. Pulsujące, całe w emocjonalnym rozedrganiu, które udało mu się uchwycić i oddać w splocie namiętności wzajemnie, wielokrotnie odniesionych, w których słowo staje się ciałem, pożądanie miłością, a dążenie oczarowaniem świadomie, na koniec, manipulowanym. Dziś trudniej to rozumieć, bo nie ma porywających dążeń, więc i sama ich dramaturgia odbiorowi się wymyka. Ale jest w tym coś więcej i nie powinno to zostać zapomniane: doświadczenie migotliwości wszelkich związków międzyludzkich i kruchości ludzkiego świata.

Ponieważ bardziej mnie tu jednak interesuje osobowość pisarza niż jego twórczość, więc wracam do jego dziennika. Surowa, literalna, faksymilowa edycja dziennika pisarza z tamtych lat przełomowych mogłaby się okazać fascynującym dokumentem człowieka i czasu. Wiemy skądinąd, że Jerzy Andrzejewski dziennik taki prowadził, gdyż dołączał jego fragmenty do różnych wydań Popiołu i diamentu oraz Miazgi, a także publikował jego opracowanie na łamach tygodnika „Literatura” (1972-1979), które potem ukazało się w edycji książkowej: Z dnia na dzień, t. 1, 2, 1988, Gra z cieniem, 1987). Piszę: opracowanie, ponieważ, moim zdaniem, opracowania takie, to co innego niż dziennik surowy, a mam do nich ambiwalentny stosunek. Wygląda na to, że Witold Gombrowicz zadał dotkliwy, mam nadzieję, że nie śmiertelny cios, dziennikowi surowemu, przekształcając swój własny w modelowany uporczywie utwór i modelunkiem tym zahipnotyzował współczesnych oraz następców. Maria Dąbrowska dziennik swój wielokrotnie przepisywała, redagowała i przygotowywała dla potomnych, Gustaw Herling-Grudziński zmagał się z gombrowiczowskim wzorcem ze zmiennym szczęściem, a Jerzy Andrzejewski popadł, niestety, w dwoistość – dziennika zapisywanego i modelowanego jednocześnie do publikacji. W tej dziedzinie, jak i w wielu innych moc pozostania samym sobą miał Jarosław Iwaszkiewicz, którego dziennik jest, pisanym, co prawda, ze świadomością przyszłej publikacji, ubocznym jednak świadectwem osobowości i twórczości, dlatego zachowuje walor autentyczności. Można powiedzieć, że współczesne polskie dzienniki, nie tylko pisarzy, rozpościerają się między dwoma biegunami: Czapskiego i Gombrowicza. Ten pierwszy jest zapisywanym słowem i rysunkiem raptularzem codzienności, ten drugi – urobionym intelektualnym destylatem. Pierwszego nie można wydrukować, bo utraci się wtedy całą urodę zapisu słowno-obrazowego, należy więc go czytać w odręcznym oryginale, albo faksymilowo reprodukować; ten drugi natomiast można drukować w nieskończonej liczbie egzemplarzy i to w różnych językach, niewiele przy tym tracąc.

Otóż Andrzejewski swoimi publikacjami „z dnia na dzień” utkwił między tymi biegunami i nie wyszło mu to na korzyść. Przywołuję niektóre przykłady jego twórczości, a nawet je wartościuję, czego trudno uniknąć, gdy chodzi o pisarza, ale traktuję je jako świadectwa osobowości. Otóż ów dziennik surowy, nieustylizowany jeszcze do publikacji, jest najlepszym osiągalnym świadectwem tej osobowości, któremu dorównują zapewne tylko listy. Z tych wydana została dotąd tylko korespondencja z Jarosławem Iwaszkiewiczem (1991), inne, wśród nich kluczowe nie tylko dla korespondentów, lecz dla naszego rozumienia ludzi i czasów (z Czesławem Miłoszem, Zygmuntem Hertzem, Zygmuntem Mycielskim), czekają na wydawców. Nie mając dostępu do dziennika pierwotnego, nazwanego tu surowym, muszę posługiwać się publikowanym, aby do świadectwa osobowości dotrzeć. Trzeba trochę się napracować i z tych opasłych woluminów dokonywać własnego wyboru, ale jest to trud opłacalny, bo można powiedzieć, że z popiołów wydobywamy diamenty. Popiołów nie jest tak wiele, ale są i skupiają się tam, gdzie autor musiał przyjmować ówczesne (w latach siedemdziesiątych) reguły publikacji, więc albo wyrażać się oględnie o tym, co na oględność nie zasługiwało, albo też kryptonimować swoje aktualne opinie. Bez większych strat popioły te można usunąć (zapewne w wersji pierwotnej, jeśli się dochowała, ich nie ma) i skupić się na tym, co w tych zapiskach osobowości wyjątkowej jest diamentem.

Czy, jak wolno sądzić, po wspomnieniowej Książce dla Marcina Jerzy, wychodząc ze stalinowskiego oszołomienia, wrócił po prostu do siebie? Do swojej rodzinnej przeszłości, warszawskiego dzieciństwa i młodości, międzywojennych lat nauki i wędrówki? W pewnym zakresie, co poświadczają liczne odpominania i nawiązania w opowiadaniach dawnych i nowych (Niby gaj, 1959; Nowe opowiadania, 1980), a także dość późno spisane Notatki do autobiografii, obejmujące lata 1909-1924. Jego młodzieńcze odejście, właściwie zerwanie ze światem rodzinnym i domowym, tłumaczy się przez wczesny wybór drogi artystycznej i samodzielności życiowej, a także odkrycie homoseksualnych skłonności, którego czas pozostał zatajony. Drobnomieszczańskie zwyczajnie, (ojciec był sklepikarzem), środowisko rodzinne, ani tego powołania, ani tego zamiłowania nie mogło uznawać za swoje, ale miało i tę zaletę, że uczyniło syna dzieckiem miasta i Jerzy Andrzejewski był nim do trzewi. Jego pisarstwo, co ciągle pozostaje u nas wyjątkiem, jest emocjonalnie i esencjonalnie miejskie, przede wszystkim warszawskie, a tom wybranych, dziejących się w stolicy utworów byłby kanoniczny w prozie polskiej zeszłego wieku. Warszawskość jest też jednym z cennych kruszców jego dzienników, zarówno w ich warstwie wspomnieniowej, jak i bieżącej, zaś Park Praski i kościół Matki Boskiej Loretańskiej mają w nim swego pisarskiego admiratora. Ten chłopiec, a potem młodzieniec, obdarzony zmysłową wrażliwością oraz umysłową dociekliwością, wcześnie też został uwiedziony przez sztukę i miał za kosztowną wówczas namiętność premiery teatralne oraz muzyczne. Kronika tych wydarzeń kulturalnych dwudziestolecia, w których przewijają się najświetniejsze nazwiska tamtego czasu i ich dokonania, a także lat wojny i okupacji (tu włącznie z ówczesnymi kawiarniami i knajpkami, które były swego rodzaju scenami), zapisana piórem przysięgłego miłośnika sztuk wszelkich (najmniej malarstwa) nie daje się niczym zastąpić. Zaś opis wydawania pierwszej podziemnej książeczki literackiej (Jan Syruć, Wiersze, Warszawa, wrzesień 1940), którą były utwory Czesława Miłosza, a którą „drukował” Jerzy Andrzejewski, stanowi świadectwo historyczne pierwszej rangi.

I tu zjawia nam się to, co w Jerzym tamtych lat późnych, lecz obejmujących całą drugą połowę życia najcenniejsze – mianowicie jego stosunek do ludzi. Wyjście ze stalinizmu nie było, niemożliwym zresztą, powrotem do siebie wcześniejszego, choć odpominanie stawało się czynnikiem samostwarzania. Rozmyślnie nie piszę „autokreacja”, aby wyzbyć się wszelkich scenicznych skojarzeń. Samostwarzanie to oznaczało przemyślane i kultywowane przekraczanie tego, co w stalinizmie, totalizmie, a nawet wszelkiej polityce konstytutywne - instrumentalnego stosunku do ludzi. To, co możemy przeczytać w jego dziennikowych zapiskach, pozostaje tylko konstelacją śladów tego samostwarzania, gdyż najważniejsze działo się w życiu, w relacjach przeżywanych i uprawianych, a czego sam miałem szczęście doświadczyć. Jerzy Andrzejewski, w odróżnieniu od Marii Dąbrowskiej, na przykład, która miała cokolwiek protestancki nawyk bilansowania swoich uczynków (w zapiskach dla potomnych!), zachowywał się wśród nas z wielkopańską rozrzutnością i swoich młodych przyjaciół i akolitów nieustannie ugaszczał i podnosił.



To, co zapisane jednak, a co odnosi się do jego najtrwalszych i najbliższych przyjaźni, zarazem twórczych i osobistych, których Czesław Miłosz i Jarosław Iwaszkiewicz są eksponowanymi protagonistami, ale mają tu swoje ważne miejsca także Andrzej Wajda, Kazimierz Wyka, Zygmunt Mycielski, Zygmunt Hertz – czytam jak zwierzenia emocjonalnie prawdziwe, przeto przejmujące. To nie są tylko relacje publiczne, wskazujące ważne epizody, a nawet szlaki kultury polskiej, w ekstremalnych dla niej także warunkach, pozostające więc osobliwymi dokumentami jej dziejów (np. organizacja pomocy literatom podczas wojny), to są także pamiętniki, może lepiej – pamiątki wyjątkowej empatii i sympatii. Dramatyczne różnice, a nawet konflikty postaw, w obliczu wydarzeń historycznych wielkich i małych (np. w środowisku literatów), tej empatii i sympatii nie kruszą, gdyż autor tych zapisów, czyli Jerzy Andrzejewski wie coś, zdobył tę wiedzę i ją w sobie utrwala i uprawia, co stanowi zapewne o istocie naszego świata. To otóż, że jest on w ogóle kruchy, że to, co w nim istotnie ludzkie, więc samorzutnie i bezinteresownie wzajemne, jest nieustannie i niestety skutecznie atakowane przez urzeczowiony instrumentalizm. Korzystając ze swojej, niewątpliwie wówczas, gdy publikował w „Literaturze”, uprzywilejowanej pozycji (był to jedyny, obok Kisiela, przypadek pisarza jawnie związanego z opozycją, a drukowanego w prasie oficjalnej), empatii i sympatii swojej dawał wyraz wobec pisarzy młodszych generacji, nie zważając na to, jak są klasyfikowani (Grochowiak, Myśliwski, Nowakowski, Redliński), a także wobec artystów teatru i filmu. Było to ważne i przykładne, choć nie przyjęło się i nie upowszechniło, zwłaszcza w dzisiejszych czasach obyczajów stajennych, ale najważniejsze było to, ku czemu prowadziło – ku pieczołowitej wiwisekcji złożonych ludzkich uczuć i przymiotów: samotności i miłości, przyjaźni i wdzięczności, przywiązań i odrzuceń, wstydu i troski, gnuśności i nienawiści. Autor Bram raju nie byłby sobą, gdyby nie okazał się mistrzem odsłaniania paradoksalnej natury tych instynktów i emocji – miłości przechodzącej w nienawiść, samotności w gnuśność, przyjaźni w odrzucenie, przywiązań w zawstydzenie. Migotliwość wartości i wielopostaciowość człowieka była czymś więcej niż wiedzą, jaką uzyskał i w sobie wyrobił – była jego sposobem bycia pośród nas oraz istnienia w kulturze.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość