Strona główna

Konwersatorium LXIX


Pobieranie 79.91 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar79.91 Kb.


KONWERSATORIUM LXIX

Jakie widzę możliwości wykorzystania wartości religijnych jako sposobu kształtowania sumień?

(15 lutego 2014)



Prowadzący: Agnieszka Jackowska, etyk, pedagog, nauczyciel, doradca rodzinny
i Joanna Jackowska, studentka Uniwersytetu Warszawskiego, kierunków historia
i europeistyka; Maciej Srebro, prawnik, menadżer i Andrzej Srebro, licealista; Anna Słomka, historyk sztuki, nauczyciel i Bogna Słomka, studentka Akademii Pedagogiki Specjalnej, na kierunku Edukacja Artystyczna; Katarzyna Gromelska, pedagog, nauczyciel akademicki, kurator sądowy.

Agnieszka Jackowska

Bardzo jestem szczęśliwa i jeszcze raz dziękuję pani Profesor za to miejsce, za tę Uczelnię, za miejsce debaty, za to, że od wielu lat możemy się tutaj zastanawiać nad bardzo ważnymi kwestiami dla naszego życia, dla nas samych.

Dzisiejszy temat jest jednym z takich ważnych zagadnień. Mówię to z perspektywy własnej, jako osoby już dojrzałej, jako mamy licznej rodziny i jako osoby pracującej z ludźmi. Pracuję w pięciu różnych szkołach, prowadzę poradnię rodzinną, spotykam się z narzeczonymi i z osobami, które przychodzą prosić o pomoc w rozwiązaniu problemów.

Przygotowując się do spotkania, zastanawiałam się, czym Dekalog jest dziś. Czy we współczesnym świecie możliwe jest życie według przykazań. Gdy mówimy o dziesięciu przykazaniach, często słyszymy: „my już dziękujemy za te wymagania, będziemy żyli tak, jak uważamy”.

Mamy do czynienia ze zjawiskiem indywidualizmu w przestrzeni kulturowej, co oznacza, że sami chcemy ustanawiać prawa i decydować o tym, jak będziemy żyć. Zagraża nam relatywizm. Nie ma odniesienia do podstawowej prawdy, tylko chcemy sami tworzyć punkty odniesienia, tworzyć prawdę. Ma być tak jak ja chcę, jak jest mi dobrze.

Przypomina mi się ksiądz Tadeusz Fedorowicz, wspaniała postać, który stworzył wokół siebie „środowisko wędrówkowe”. Chodziliśmy z nim przez wiele lat w czasie wakacji i zawsze mówił nam, wspominając swoje przeżycia, o wielu ważnych kwestiach. Kiedyś spytał nas: „czy wiecie, kochani, czym jest prawdziwa miłość?” I rozróżnił w sposób bardzo prosty tę Miłość. Powiedział: „jest ogromna różnica między kochaniem kogoś a kochaniem się w kimś”. Bardzo mi zapadło to stwierdzenie w pamięci i życie to wszystko potwierdziło. Można tworzyć różne relacje, można bardzo dużo ludzi spotykać, można się wiązać z różnymi osobami, a człowiek ciągle może kochać tylko siebie w tych osobach. I ma problem z odnalezieniem tej prawdziwej Miłości, która jest darem siebie dla drugiego człowieka.

To, co mnie uderza w pracy czy w poradni rodzinnej, to zjawisko, że wielu młodych ludzi ma problem z tym, jak dobrze przygotować się do małżeństwa, jak znaleźć prawdziwą miłość. Ktoś powiedział, że to miłość powinna nas znaleźć. Z miłością jest tak jak z bardzo delikatnym naczyniem z drogocennej porcelany. Filiżanka z prawdziwej porcelany jest przepiękna, filigranowa, ale równocześnie bardzo krucha. I właśnie tak jest z miłością.

Jaki jest problem z odnalezieniem miłości, z tym, żeby miłość nas odnalazła?

Czyli zastanówmy się nad pierwszym przykazaniem „będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego” i nad szóstym „nie cudzołóż”.. Mamy ogromny problem ze zjawiskiem, które dawniej także występowało w Polsce, ale nie w takim natężeniu; statystyki wskazują na rozmiar zjawiska. W ciągu pięciu lat pracy w poradni zauważyłam, że 85% par, które szykują się do ślubu, to w zasadzie skonsumowane małżeństwa. Są to ludzie, którzy pragną dobrze żyć, są sobie wierni, prowadzą takie życie jak w małżeństwie. Na pytanie, dlaczego podjęli taką decyzję, odpowiadają, że z przyczyn organizacyjnych, ponieważ tak jest łatwiej. Pan Bóg jednak puka i kołacze do nich, przychodzą więc i proszą, że chcą zawrzeć sakramentalny związek . I co w takim wypadku należy robić? Przecież „nie cudzołóż” nie dotyczy tylko przykazania dla nas, osób żyjących już w małżeństwie, lecz także narzeczonych, młodych osób. Co zrobić, żeby znaleźć prawdziwą miłość i dobrze przeżyć czas przed ślubem?

Przykazanie się nie zmieniło. Chcę wskazać na bardzo optymistyczny kierunek, że kiedy wytłumaczy się młodym, dlaczego czystość, budująca miłość, jest ogromną wartością, i że w każdej chwili można zawrócić z błędnej drogi, którą opisałam wcześniej, której towarzyszy szamotanie się, i odnaleźć spokój serca, poczuć tęsknotę za zjednoczeniem i dobrze przygotować się na udzielenie sobie sakramentu małżeństwa, młodzi nie wahają się, żeby tak zrobić. Model zachowań prezentowany we współczesnej kulturze to spotkanie, łóżko i najczęściej koniec miłości. Czy my do tego jesteśmy powołani jako chrześcijanie? Człowiek jako osoba psychofizyczno duchowa, podejmując akty seksualne, łączy się z drugą osobą całkowicie, a w akcie małżeńskim łączy się wyjątkowo całkowicie. Dlatego to, co jest znakiem jedności, ma być znakiem jedności. A przed ślubem nawet na minutę tej jedności nie ma. I jak to wszystko wytłumaczy się z cierpliwością, z miłością, to zostaje przyjęte. Nie spotkałam jeszcze pary, która by powiedziała „tej pani dziękujemy, bo pani ma takie wymagania i do widzenia”. Zawsze przychodzą i dziękują. Dziesięć lat mieszkali razem, rozsunęli łóżka, bo nie zawsze można zmienić mieszkanie. Przyszli po ślubie i powiedzieli: „Proszę pani, te dwa miesiące do ślubu, po spotkaniu w poradni, to były najpiękniejsze nasze miesiące. Poczuliśmy się rzeczywiście jak narzeczeni i tęskniliśmy za sobą i zaczęliśmy nowe życie”. I wydaje mi się, że to doświadczenie mówi mi tak: wymagania Pana Jezusa są stale aktualne, są możliwe do spełnienia i musimy bardziej konkretnie i z większą miłością przekazywać je młodym, bo może nie mieli nigdy okazji o tym usłyszeć.


Joanna Jackowska

Jestem córką Agnieszki, studentką dwóch kierunków studiów – historii i europeistyki. Chciałam opowiedzieć o moim doświadczeniu bycia wychowawcą w Klubie Inteligencji Katolickiej. Rolę tę pełnię od pięciu lat. Obecnie „dzieci” mają już po siedemnaście, osiemnaście lat i same wchodzą w rolę wychowawców. Sprawa, którą chciałam poruszyć podczas dzisiejszego konserwatorium, dotyczy sakramentów. Jakiś czas temu, wraz z moimi współkadrowiczami, zauważyliśmy, że bardzo mało osób z grupy przystępuje do Komunii Świętej. Rozmawialiśmy z dziećmi, pytając o przyczynę. Chyba najczęściej wskazywanym przez nich powodem był żal i rozczarowanie do instytucji, jaką jest Kościół. Trudno zmienić przez jedną rozmowę wyrobione przez długi czas zdanie na dany temat. Jedyne, co można zrobić, to przekonywać własną postawą i zachęcać do pogłębiania wiedzy, opartej nie tylko na medialnych newsach. Innym przykładem „walki o sakramenty” były nasze wyjazdy zagraniczne, z dala od kościołów katolickich. Zawsze staraliśmy się uczestniczyć we Mszy Świętej niedzielnej, nawet jeśli wymagało to większych poświęceń. Myślę, że same próby poszukiwania były świadectwem i pokazywały żywe zaangażowanie w wyznawanie naszej wiary. Chcieliśmy przekazać dzieciom, że niezależnie od tego, czy jesteśmy w kraju czy za granicą, jesteśmy zobowiązani do tego, aby pójść na Mszę Świętą. Kiedyś byliśmy w Czechach, gdzie uczestniczyliśmy we Mszy Świętej. Dzieci skarżyły się później, pytając o sens bycia na Mszy, z której wielu słów się nie rozumie. Na takim przykładzie fantastycznie mogliśmy odczuć powszechną misję Kościoła. Tłumaczyliśmy, że Mszę traktujemy jako łaskę i dar nam dany i powinniśmy się autentycznie zaangażować w jej przebieg. Właśnie – aktywnie uczestniczyć we Mszy, a nie tylko być przez dłużą chwilę w kościele.

Myślę, że wraz z wiekiem ciągle się czegoś nowego uczę i jeszcze do wielu rzeczy muszę dojść. Wydaje mi się jednak, że w dzisiejszych czasach bardzo ciężko jest znaleźć prawdziwe autorytety. Brak ludzi, którzy udzielą nam wskazówek i pokażą, co i jak mamy robić. Zatem Dekalog stanowi dla mnie przestrzeń, która nie ogranicza, ale taką, która jest dla mnie wskazówką, jak mam żyć i do czego dążyć.
Anna Słomka

Jestem nauczycielem w szkole podstawowej i gimnazjum, a także członkiem zespołu działającego przy Uniwersytecie Warszawskim, który zajmuje się adaptacją materiałów dydaktycznych na potrzeby uczniów niewidomych. Jako historyk sztuki jestem proszona o pomoc przy redagowaniu podręczników, w których znajdują się reprodukcje dzieł sztuki. Te dwie prace to jest część mojego życia, pozostała część to moja rodzina, mąż i pięcioro dzieci. Tutaj koło mnie siedzi moja średnia córka Bogna. Podobnie jak mojej przedmówczyni, rok temu wybiła nasza srebrna rocznica ślubu. Jestem bardzo szczęśliwa, zaszczycona tym zaproszeniem, ponieważ uczestniczę często w Konwersatoriach, a nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym nie była zbudowana wszystkim, co tutaj słyszę. Często też jestem zawstydzona, ponieważ poprzeczka jest podniesiona tak wysoko, że wydaje mi się, iż jej nie dosięgnę.

Dzisiejszy temat nie jest łatwy, ponieważ zmusza nas do rachunku sumienia. Niestety nie ma czasu aby chociaż dotknąć każdego z przykazań. Skupię się na trzech i to bardzo pobieżnie. Temat jest dla mnie ważny. Często zastanawiam się jak przykazania Boże mają się do naszej współczesności.

Jeśli chodzi o pierwsze przykazanie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, to łatwo zauważyć, że tych bogów cudzych jest pełno dookoła i jeszcze pojawiają się nowi. Żeby sobie pomóc, sięgnęłam do rachunku sumienia, który znajduje się na internetowej stronie parafii pod wezwaniem NMP Matki Kościoła przy ul. Domaniewskiej w Warszawie. Jest tam dość szczegółowy rachunek sumienia odnoszący się do każdego kolejnego przykazania. Na temat pierwszego czytamy: „grzechem jest, kiedy nie staram się o pogłębienie swojej wiedzy religijnej przez czytanie Pisma Świętego, książek religijnych, słuchanie kazań i tym podobne. Grzechem jest, gdy narażam się na utratę wiary przez złe widowiska, złe filmy, książki, programy telewizyjne, także złe towarzystwo”.

No właśnie, są na przykład książki bardzo dobrze napisane, autorzy poczytni, znani, reklamowani, można by rzec bez zarzutu, ale te książki są niemoralne z punktu widzenia chrześcijanina i po przeczytaniu ich można doznać jakiejś szkody. Nawet człowiek, który od lat stara się, zabiega o swoją wiarę, również tej szkody może doznać. A teraz przyjrzę się temu z punktu widzenia matki. Mamy w domu kilka tysięcy książek, ale podsuwamy naszym dzieciom te, które budują, które są wartościowe. Oczywiście dzieci z czasem rosnąc, dojrzewając, sięgną też po inne książki, to jest oczywiste. Niemniej na początku staram się zawsze pilnować tych wyborów. To nie jest wszystko jedno, po jaką książkę dziecko sięga, czego słucha i w czym uczestniczy. Z filmami również jest tak, że bardzo często film jest znakomity, aktorzy pierwsza klasa, a film jest szkodliwy. Staram się, bo częściej jestem w domu, cenzurować oglądane filmy. Jeśli nie jestem pewna jakiegoś filmu, to oglądam go sama i jeśli uważam, że jest korzystny dla dzieci, nagrywam go, a potem one go oglądają. Oglądamy je często razem z nimi. Oczywiście ten system można stosować tylko do pewnego wieku. Nastolatek próbuje już sam wybierać książki czy filmy, niemniej jednak sądzę, że nasze dzieci widzą naszą wstrzemięźliwość, nasze wybory i to jest dla nich ważne. Nie oglądamy programów tak jak leci. Telewizor jest u nas przedmiotem mało używanym.

Z pierwszym przykazaniem wiąże się też sprawa bardzo niepopularna dzisiaj – pewnej wstrzemięźliwości i umiaru. Wydaje mi się, że dzisiejszy świat jest coraz bardziej światem chaosu, jest światem rzeczy, które wydają się szalenie ważne, a są niepotrzebne. Ktoś kiedyś powiedział, że „dzisiejsze gazety wyścielają jutrzejsze kosze na śmieci”. W tej gonitwie łatwo można się zagubić. Wiele osób tego doświadcza. Jeśli jest jakaś czynność, choćby sama z siebie dobra, np. surfowanie po internecie, która staje się moją obsesją, nadmiarem i ja zaczynam być od niej zależna, to powinno się u mnie zapalić światełko ostrzegawcze. Oddaję pokłon obcemu bogu, marnując swój czas, który mogłabym poświęcić dzieciom. Podjęłam decyzję, całkowicie świadomie, że nie chcę mieć facebooka. Nie mam czasu, żeby poświęcać go na rzeczy dla mnie niepotrzebne. Moja rodzina, moje dwie prace, także moja obecność we wspólnocie sprawiają, że moje dni są wypełnione po brzegi. Nie mam więc facebooka i nie chcę go mieć, chociaż on sam w sobie nie jest czymś złym i jestem daleka od tego, żeby moim córkom korzystającym z facebooka mówić, że jest to coś złego. Podobnie jest z czytaniem różnych kolorowych czasopism. Wyrzekam się tego świadomie, ponieważ nie jest to dla mnie dobre. Na naszym ślubie, 26 lat temu, nasz kochany ksiądz Bogdan, który był naszym przyjacielem i spowiednikiem i doprowadził nas do małżeństwa, powiedział nam w homilii, że w życiu trzeba robić tylko rzeczy najważniejsze, bo na niepotrzebne szkoda czasu. Powstaje pytanie, co jest tą rzeczą najważniejszą, a co drugorzędną. Są wybory, które nie budzą wątpliwości, ale są i takie, które nie są tak jednoznaczne. Cały czas próbuję znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Teraz spróbuję odnieść się do czwartego przykazania: „czcij ojca swego i matkę swoją”. We wspomnianym wcześniej rachunku sumienia (www.domaniewska.pl) jest odniesienie do mojego sumienia również jako rodzica, nie tylko córki moich rodziców, ale też matki moich dzieci. Jest tutaj mowa o grzechu, który wynika z niedawania dzieciom dobrego przykładu. „Grzechem jest, gdy nie dbałem o moralne i religijne wychowanie dzieci. Grzechem jest, gdy nie dawałem dzieciom dobrego przykładu w wypełnianiu obowiązków religijnych i w pracy zawodowej. Rozpieszczałem swoje dzieci przez spełnianie wszystkich ich zachcianek, na przykład w oglądaniu telewizji. Nie starałem się o wspólną modlitwę, znaki wiary, krzyż na ścianie, obrazy religijne”. To jest spójne z krótkim cytatem, który pozwolę sobie przeczytać, jednego z moich mistrzów duchowych, księdza Blachnickiego, który był założycielem Ruchu Światło – Życie. Ksiądz Franciszek Blachnicki został aresztowany i spędził kilka miesięcy w więzieniu za to, że próbował propagować idee przeciwalkoholowe w Polsce, zorganizował krucjatę wstrzemięźliwości. To był rok 1961. Będąc w celi więziennej, napisał słowa: „w dzisiejszym świecie nie ostoi się katolicyzm połowiczny, paktujący ze światem. To wszystko utonie w morzu nowoczesnego bogactwa. Ostoi się tylko katolicyzm pełny, autentyczny i nadprzyrodzony. Po prostu trzeba się zdecydować być świętym”. To jest ogromne wyzwanie, ale coś w tym jest. Wielu naszych przyjaciół i znajomych, którzy zakładali rodziny w tym samym czasie co my, lecz nie pogłębiali swojej wiary, w tej chwili mają dzieci niewierzące. To jest ogromny dramat tych ludzi. Nie wystarczy raz w tygodniu w niedzielę pójść do kościoła. To w tej chwili jest już za mało. Oczywiście uważam, że to nie tylko od rodziców zależy, czy ich dzieci są w Kościele, bo też ważna jest własna praca dzieci w tym zakresie, ale rodzice mają jednak coś do zrobienia w tej sprawie. Gdy myślę o czwartym przykazaniu, to zastanawiam się, jaką jestem matką. Właśnie w tym zakresie.

I jeszcze ósme przykazanie: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Powracamy znów do Internetu, ponieważ to jest rzecz najbardziej współczesna. Moi rodzice nie mieli tego problemu, ja go mam, a moje dzieci mogą go mieć w jeszcze większym stopniu. Moim doświadczeniem jest, że bardzo niedobrą rzeczą jest wchodzić w ostre dyskusje poprzez internet. Wszystkie takie dyskusje kończą się wzajemnym oskarżaniem, osądzaniem i człowiek nie jest w stanie zrozumieć do końca swojego rozmówcy w ten sposób. Najpoważniejsze rozmowy powinny toczyć się na żywo, twarzą w twarz. Może państwo mają inne doświadczenie i oby tak było, oby nie każda wymiana poglądów drogą mailową kończyła się źle, bo moje doświadczenie jest takie, że dyskusje takie często łamią ósme przykazanie.



Bogna Słomka

Jestem studentką. Mam 20 lat. Studiuję edukację artystyczną na Akademii Pedagogiki Specjalnej. W dzisiejszym świecie trudno mi zachowywać przykazania Dekalogu. Gdy wstąpiłam do wspólnoty, bardzo dużo dają mi Eucharystie, które są co tydzień w sobotę wieczorem. Gdy mi się nie uda pójść do spowiedzi przed Eucharystią, to czuję się gorsza, że nie biorę Ciała Pańskiego w swoje ręce i nie piję krwi Chrystusa, a wszyscy wokół mnie spożywają Ciało Pańskie. Widzę głęboki sens w cotygodniowej Eucharystii i słuchaniu Słowa Bożego, bo dzięki temu nie czuję się taka zagubiona, jak wiele moich koleżanek. Ważna dla mnie jest też spowiedź przed Eucharystią. Pozwala ona zachować i utrzymać dar łaski uświęcającej. Łatwiej wtedy nie wchodzić w grzech. Jesteśmy krótko z moim chłopakiem, ale jest nam ciężko dochować wierności przykazaniu „nie cudzołóż”. Dzisiejszy świat promuje inny model, że można spokojnie iść do łóżka przed ślubem, że to nic złego. Gdyby nie wsparcie wspólnoty, inaczej wyglądałoby moje życie.

A przykazanie „Dzień święty święcić”? Często zastanawiam się, jak mam jerozumieć. W niedzielę często robię zakupy, sprzątam pokój, robię pranie i nie widzę przeciwwskazań, żeby tego nie robić, nie widzę, żeby to było złe.

Staram się żyć według przykazań, ale czasem nie całkiem je rozumiem i gdyby nie nasi rodzice, którzy mają bardzo duży wpływ na naszą wiarę i postępowanie, to myślę, że byłabym zupełnie innym człowiekiem.

Jeszcze powiem o pewnym moim doświadczeniu. Gdy wcześniej się modliłam, to rzadko klękałam, po prostu mi się nie chciało. Od czasu gdy staram się modlić na klęcząco, to czuję, że jakoś lepiej spędzam dzień, zaczynając od dziękowania Panu Bogu, że wstałam, że jest piękny dzień, że jestem zdrowa, że mogę zrobić to, co mam w planie,
i jeżeli taka jest wola Boża, to żeby to się stało, a wieczorem dziękuję za cały dzień i proszę
o spokojną noc. To tyle, co chciałam powiedzieć.

Maciej Srebro

Z wykształcenia jestem prawnikiem i prowadzę działalność gospodarczą. Przez pewien czas byłem również aktywny politycznie. Jestem tutaj ze swoim synem Andrzejem, który jest uczniem pierwszej klasy liceum. Mam czterech synów.

Myślę, że to, co jest twórcze, jeśli chodzi o kwestie wiary, a co dotyczy dzisiejszego tematu, to jest kwestia wolności. Człowiek został stworzony jako istota wolna
i musi dokonywać wyborów każdego dnia. Podobnie chrześcijanin musi dokonywać wyborów w wolności i dzięki tym wyborom dawać świadectwo jako chrześcijanin. Trzeba pokazać, że chrześcijaństwo to jest piękny wybór, wybór ku dobru, ku wartościom i człowiek wybierając dobro, staje się bardziej wolny, coraz bardziej szczęśliwy. Dzisiejszy świat jest pod tym względem wymagający. Poprzez natłok informacji, przekazów, postaw, często dość atrakcyjnych, narzuca nam się komformizm i konsumpcjonizm i dlatego trzeba szukać pomocy. Trzeba korzystać z sakramentu spowiedzi, żeby się po prostu umacniać każdego dnia. Myślę, że dzisiaj, jak za chwilę będzie mówił Andrzej, to jest trudne, ale nie jest niemożliwe. Wielokrotnie gdy rozmawiam ze swoimi znajomymi, kiedy pojawiają się od czasu do czasu trudne życiowe tematy, radzę „słuchaj, może byś poszedł do spowiedzi” albo „spróbuj naprawić swoje relacje w małżeństwie”. Wtedy często słyszę „jesteś pierwszym, który mi to powiedział”, bo są to tematy, od których ludzie uciekają. Wolą udawać, że nie słyszą. Kiedy delikatnie powiesz swoim przyjaciołom o tym, że warto naprawić swoje relację z Panem Bogiem, nawrócić się, korzystać z sakramentów, to bardzo często się okazuje, że jest się jedyną osobą, która im o tym przypomniała. W efekcie zyskujemy ich wdzięczność i radość, a przyjaźń nasza się pogłębia.

Reasumując – myślę, że Dekalog we współczesnym życiu i świecie oznacza wychowanie ku dobru, nie tylko własnych dzieci, ale też społeczności, w których funkcjonujemy. Pozwala pokazać innym, że wybór, którego dokonujemy, daje nam radość.



Andrzej Srebro

Nazywam się Andrzej Srebro. Przedstawiając się, wspomnę też, że chodziłem do gimnazjum Żagle, prowadzonego przez Stowarzyszenie Sternik w Międzylesiu. Jest to szkoła męska, realizująca program wychowawczy oparty na wartościach chrześcijańskich. Obecnie uczę się w liceum Kopernika w Warszawie. Jestem uczniem klasy biologiczno-chemicznej, gdzie na 32 uczniów 27 to dziewczyny. To, co mnie najbardziej zaskoczyło po przejściu z Żagli do Kopernika, to fakt, że kwestie dla mnie oczywiste są tutaj uznawane za dosyć skrajne; na przykład, moja opinia na temat homoseksualizmu czy feminizmu jest uznawana za skrajnie „prawicową" i ja jestem też tak postrzegany. Kiedy jedna z moich koleżanek powiedziała, że mężczyźni są całym złem świata i ja to skrytykowałem, zostałem zakrzyczany i wyzwany od najgorszych. Ten fakt pokazuje, jakie nastroje panują wśród młodzieży w moim liceum i wydaje mi się, że nie tylko w moim. Podsumowując moją krótką wypowiedź, chcę podkreślić, że broniąc swojego stanowiska i wartości, muszę wielokrotnie dyskutować i dawać świadectwo, może niekoniecznie wiary, ale normalności, a dodam, że często jestem w mniejszości.



Katarzyna Gromelska

Pracuję w Szkole Wyższej Przymierza Rodzin i widzę tu na sali wielu moich studentów. Ale dzisiaj jestem tutaj nie jako wykładowca, tylko jako kurator społeczny.

Kiedy usłyszałam moich przedmówców, to z żalem pomyślałam, że moje dzieciaki, moi podopieczni, nie mają takich rodziców, i niestety nikt im nie mówi nic na temat wiary, religii i dziesięciu przykazań. Moim podopiecznym wiara, religia, Kościół i symbole religijne kojarzą się z czymś staroświeckim, niemodnym, „lamusowatością” i byciem „moherem”. Państwo wybaczą, że będę używała takich kolokwializmów, jakich używają moi podopieczni. Powiedział mi kiedyś jeden z moich wychowanków, że to dobrze, iż „nie wyskakuję do nich z wiarą, religią”. Tak rzeczywiście jest. Co im daję? Przede wszystkim swój czas – naprawdę czas – dwie do czterech godzin podczas spotkania, czasem kilka razy w tygodniu. Siedzę i czekam, aż sprowokuję mojego podopiecznego do słów. I wtedy „dłubiemy” w tym „złym” zachowaniu, w jego przyczynach, szukamy wspólnie choć jednego sposobu radzenia sobie z problemem.

Kiedy zaczęłam pracę jako kurator w 2006 roku, to na pierwszym spotkaniu z podopiecznymi myślałam, że rozmawiam z rówieśnikami. Jakże ogromnym zaskoczeniem było dla mnie, gdy okazało się, że to nieprawda. Miałam wtedy 26 lat, a mój pierwszy podopieczny, bardzo mocno uzależniony od marihuany i różnych innych środków, miał zaledwie 16 lat. Mnie się naprawdę wydawało, że jesteśmy rówieśnikami. Okazało się, że mój świat wartości, mój światopogląd, a jego świat wartości, to co mówił i robił, dzieliła przepaść. Bardzo szybko okazało się, że zupełnie inaczej rozumiemy moralne powinności. Mogłam dać mu tylko swój czas i poświęcenie i tak rozpocząć pracę.

Kiedy przygotowywałam tę swoją wypowiedź, to pomyślałam sobie, co ja w istocie mówię tym swoim podopiecznym, jak do nich docieram i dlaczego oni mnie słuchają. Doszłam do wniosku, że w rzeczywistości mówię im o wierze, o przykazaniach, o tym, jak to dobrze być dobrym dla ludzi, tylko że sobie tego wcześniej nie uświadamiałam.

Na potrzeby tego spotkania zrobiłam z dwoma z moich „chłopaków” mini-wywiad, rozmowę na temat dziesięciu przykazań. Ponieważ znamy się od trzech lat, to mogę do nich „wyskoczyć z takimi lamusowymi” tematami, jak oni to określają. Rozmawiałam z Kamilem (osiemnastoletnim) i jego młodszym bratem Jędrkiem, który jest w pierwszej klasie gimnazjum.

Odnośnie do pierwszego przykazania „nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, to chłopcy są uzależnieni od marihuany, gier komputerowych, facebooka. Kamil wprawdzie powiedział: „no, bez przesady, ja nad tym panuję”, ale prawda jest inna – nie panuje. Nie panuje nad facebookiem, nad grami, nie panuje nad „levelami” – jest pierwszy na świecie
w jakiejś tam grze. Kamil jest w pełni uzależniony od samej czynności grania. Osiemnastoletni chłopak podlewa pomidory przez internet, żeby nie stracić „levelu”. Mimo to twierdzi, że nad tym panuje.

Jeżeli chodzi o przykazanie „nie będziesz wzywał imienia Pana Boga twego nadaremno”, to chłopaki zgadzają się, bez najmniejszych oporów, że mówienie „o, Boże”, „o, Matko” i inne tego typu zwroty są nadużyciami. Oni są na szczęście wychowani w wierze katolickiej. Dostają nagrody za to, że chodzą do kościoła. Myślę, że gdyby nie Kościół, to byłoby z nimi dużo trudniej rozmawiać.

Na temat kolejnego przykazania „pamiętaj, abyś dzień święty święcił” mówią tak: „my chodzimy do kościoła, bo mamy nagrody u mamy i babci, ale ludzie wolą iść do galerii albo do Pizza Hut, bo tam jest darmowe wi-fi” (dostęp do sieci bezprzewodowej i internetu).

„Czcij ojca swego i matkę swoją” – tu mówią o konfliktach w rodzinie, o tym, jak się zwracają do matki czy ojca. A ja im mówię o „uczciwej kłótni” (gotowy schemat do wprowadzenia w życie), o „zdrowej kłótni”, bo można się kłócić, tylko kłótnia ma być konstruktywna, ma być czymś pozytywnym albo przynajmniej jakimś początkiem rozwiązania. Trzeba w odpowiednim momencie umieć zatrzymać tę kłótnię (jeśli uczestnicy się zagalopowują) i tego właśnie ich uczę.

„Nie zabijaj” – gdy mówiliśmy, że można też zabijać siebie przez uzależnienia, przez alkohol, papierosy, to byli bardzo zdziwieni. „Można tak siebie, żeby był grzech? A nie tylko kogoś? ” – pytali.

Jak zapytałam ich tuż przed tym mini-wywiadem, czy przestrzegają przykazań, odpowiedzieli twierdząco. Przecież nie zabijają, nie kradną.

Gdy spytałam, co to znaczy „nie cudzołóż”, to nie rozumieli, o co chodzi, nie wiedzieli, że istnieje takie słowo, jak cudzołożenie. Po wyjaśnieniu Kamil wymienił jako grzech „dyskoteki i seks w toalecie”.

„Nie kradnij” – zapytałam ich o ściąganie. „Ściąganie? – bez przesady – ściągać każdy może!”. Jako przykład podali: branie babci na litość, żeby dała więcej pieniędzy, udawanie, jacy oni są biedni, że są ciemiężeni przez mamę i zgodzili się, że to jednak może być złodziejstwo. Zostały wymienione też programy, za pomocą których można łamać hasła do wi-fi, żeby korzystać z internetu sąsiada.

„Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” – na to Jędrek opowiedział, że dzieci bawią się wrabianiem kogoś w coś lub nie przyznają się do winy, kiedy coś zbroją i wtedy cała klasa dostaje karę, bo ktoś nie miał odwagi się przyznać.

Oczywiście nie z każdym moim podopiecznym mogę tak porozmawiać jak z tymi dwoma. To efekt 3-letniej pracy. Jaki on jest dzisiaj – nie jest tylko moją zasługą, ale też ichmamy i babci.

Mogłabym wiele jeszcze mówić, bo bardzo lubię pracę ze „swoimi chłopakami”. Chciałabym, żeby te moje dzieciaki miały właśnie takich rodziców, jakimi są państwo dający tu dziś swoje świadectwo.
DYSKUSJA

Elżbieta Mycielska-Dowgiałło

Dziś nie ma księdza, który gdzieś nam się zawieruszył. W związku z tym przypadła mi rola bardzo trudna, żeby przed dyskusją, w którą mam nadzieję, że państwo się włączą, powiedzieć parę słów.

Może zacznę od mojego świadectwa. Kiedyś zostałam zaproszona na spotkanie telewizyjne prowadzone przez pana Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”. Tematem programu był plagiat. Ja sobie nie zdawałam sprawy z rozmiaru tego zagadnienia i z wyrzucenia tego działania ze świadomości, że jest to działanie niemoralne. Jedną z osób, która mówiła, była pani, która pisze na zamówienie prace doktorskie z medycyny. Pan Jan Pospieszalski spytał ją, czy ona by poszła do takiego lekarza, któremu napisała pracę doktorską. Nie, oczywiście, że nie – brzmiała odpowiedź. Koło mnie siedział chłopak, który mówił o tym, że pisze za pieniądze prace magisterskie, prace dyplomowe czy prace seminaryjne i nie wstydził się tego. A przecież słuchało go dużo osób na sali, nie mówiąc już o widzach telewizyjnych. Było to dla mnie wstrząsające, gdy zdałam sobie sprawę, że wymieniane formy nieuczciwości mają przyzwolenie społeczne.

Pracowałam przez wiele lat na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Geografii. Wychodząc z Wydziału, wędrowałam do głównej bramy. Na tej drodze spotykałam często studentów Wydziału Prawa i słyszałam wielokrotnie ich rozmowy przez telefon. Kiedyś usłyszałam i domyśliłam się, że ktoś studenta pyta o pracę magisterską. On odpowiedział, że już napisał. Z dalszej rozmowy wynikało, że rozmówca spytał, czy promotor przejrzał pracę. Oczywiście, że nie przejrzał – usłyszałam odpowiedź, bo ma kilkudziesięciu studentów wgrupie, to nie ma czasu. Nie ma o tym mowy. Dobrze będzie, jeżeli przekartkuje pracę.

Jeżeli jest taka sytuacja, to oczywiście aż się prosi o to, żeby ktoś nieuczciwy za pieniądze komuś drugiemu napisał pracę i to w ogóle nie jest do sprawdzenia. My na naszym wydziale nie mogliśmy mieć więcej niż pięciu magistrantów na raz. Każda z tych prac była wielokrotnie sprawdzana, obserwowaliśmy postęp w ich tworzeniu. Nie mogło być mowy o plagiacie. Porównanie tych dwóch wydziałów pokazuje, że wiele z tych nieprawidłowości wynika ze złych przepisów i złych nawyków danego środowiska.

W czasie dzisiejszego Konwersatorium porównywaliśmy wypowiedzi dwóch pokoleń, rodziców i dzieci. Ja i mój mąż natomiast jesteśmy już dziadkami i obserwujemy jeszcze większą różnicę w podejściu do Dekalogu, wynikającą z różnicy trzech pokoleń. Z każdym pokoleniem wchodzą inne zagrożenia, a Dekalog stwarza tylko pewne ramy. Myśmy nie doświadczali tego, czego doświadczają młodzi i na jakie zagrożenia są narażeni i jak znacznie trudniejszą sytuację mają dziś, aby obierać właściwą drogę, niż to było w naszym pokoleniu.

Jeszcze o jednym chciałam powiedzieć, nawiązując do wypowiedzi Bogny. O świętowaniu niedzieli. Jest bardzo ważne, żeby umieć oddzielić ducha od formy. Jak robi się ciepło, wyjeżdżamy na naszą działkę i oczywiście cieszymy się na to, że w czasie tych dwóch dni będziemy mogli poruszać się fizycznie, czyli popracować i zmęczyć się ogromnie. Po Mszy Świętej kopiemy, kosimy, piłujemy drzewo itp. Nasza działka jest daleko w lesie, więc nie spotykamy się w ciągu tych dwóch dni z ludźmi, bo podstawową naszą zasadą jest nie gorszyć innych. Praca fizyczna dla nas, pracujących głową przez cały tydzień, jest odpoczynkiem, ale dla człowieka pracującego cały tydzień ciężko w polu mogłoby być zgorszeniem, że my przyjeżdżamy i w niedzielę kopiemy i kosimy. Moim zdaniem, świętowanie niedzieli polega między innymi na nie wykonywaniu pracy zawodowej czy zarobkowej, czyli tej, którą robiło się cały tydzień. Wiele dyskusji miałam na ten temat z moim zięciem, który będąc ogromnie zapracowany, często mówił mi, że musi pracować w niedzielę. Gdy zmienił priorytety i niedziele poświęcił wyłącznie rodzinie, przyznał, że rzeczywiście praca w ciągu tygodnia zaczęła mu lepiej iść. To tyle chciałam powiedzieć, a teraz chciałabym, żeby parę osób dołączyło do naszej dyskusji. Może ktoś z młodego pokolenia powie, jak to widzi.

Sofija Okolko

Jestem studentką pedagogiki na SWPR. Gdy przysłuchuję się każdemu z państwa, to w moim sercu pojawiają się takie tematy, jak wolność, miłość, chrześcijaństwo i jak to zastosować w moim życiu. Mam 22 lata, jestem chrześcijanką od dzieciństwa i jestem dumna z moich rodziców, że przekazali mi wiarę. Kiedy przyjechałam do Polski z Ukrainy i zaczęłam niezależne życie, sama je budując, dla mnie najważniejsza stała się wiara w Boga i wspólnota Kościoła. Wspólnota, do której dołączyłam, to jakby moja druga rodzina, z którą spotykam się w niedzielę, ale też na innych specjalnych spotkaniach.

Codziennie rano staram się czytać Biblię. Gdy jej nie czytam, to tego dnia nie mam spokoju w sercu i nie mam pewności, że robię słusznie. Powiem więcej, kiedy upadam, zmieniam swoje priorytety i całe moje życie też się zmienia. Uzależnienie może przyjść nawet wtedy, kiedy uważam, że jestem chrześcijanką i mam silną wiarę. Ktoś musi mnie pilnować, mojego zachowania. Może nim być nałożona na siebie dyscyplina. Młodzi mówią, że nie mają czasu na Pismo Święte. Nie mają go, bo nie zaplanowali dyscypliny w postępowaniu.

A teraz parę słów na temat wolności. Pamiętam, jak powiedziałam mojej mamie, kiedy byłam jeszcze mała, że chcę być wolna, tak jak moje koleżanki ze szkoły. Chcę mieć prawo do swojego wyboru i kiedy chcę iść na imprezę, to na nią idę. Mama dała mi przykład – zobacz, są na imprezach osoby, które tam piją, palą i często mówią, że nie są uzależnione. Ale są również lokale, gdzie nie wolno palić i jeżeli ktoś chce zapalić, to musi wyjść. Dlaczego do takich lokali mało osób przychodzi? Rodzi się pytanie, czy ty jesteś uzależniony czy nie? I na czym polega wolność? Czy pójście do łóżka z chłopakiem na pierwszym spotkaniu, to dowód wolności? Wolność to także odpowiedzialność. Dlatego ważne jest, by już na początku życia, na etapie dziecka, który jest najpiękniejszym etapem formowania człowieka, przyszło zrozumienie, czym jest wolność. Kiedy młody człowiek wychodzi z domu, sam bierze odpowiedzialność za swoje postępowanie. Rodzice już do mnie nie dzwonią i nie pytają się, co robię, to jest mój obowiązek i moja odpowiedzialność. Polecam się Duchowi Świętemu, aby moja wolność nie zatraciła się we współczesnym świecie.

Prawdziwa wolność jest według mnie zawarta w dwóch przykazaniach. Kiedy kochasz Pana Boga, to nie będziesz miał cudzych bogów, a jeżeli kochasz bliźniego jak samego siebie, to nie będziesz kraść, nie będziesz zabijać i tak dalej. Ważna jest twoja wolna decyzja.

Bardzo mi się spodobało, jak pani powiedziała, że dzieciom trzeba pokazywać, co jest dobre, a co złe. U mnie w rodzinie nigdy nie było tak, że tego ci nie wolno, bo nie, ja to ci zabieram i nie masz prawa wyboru. Zawsze dawano nam wybór. Pamiętam, że jak miałam czternaście lat, zakochałam się w chłopaku i mama widziała, jak on mnie kiedyś pocałował. Któregoś razu wybrałam się z nim na spacer i przyszłam do domu bardzo późno.


Mama stała w drzwiach, patrzyła na mnie i powiedziała, że widziała, z kim byłam. Myślałam, że będzie awantura, że zakaże mi się z nim spotykać, a ona powiedziała, że to jest moje życie i ona może mi tylko poradzić, ale to będzie mój wybór i żebym wiedziała, że ten wybór może mieć ważne skutki dla mojego szczęścia, wolności, albo i uzależnienia.

Wszystkich chcę zachęcić jeszcze raz do wolności i miłości prawdziwej, do której nas stworzył Pan Bóg. Gdy będę rodzicem, to chcę swojemu dziecku dać prawo wyboru. Równocześnie będę je uczyła, co jest dobre, a co złe i będę miała ogromną radość, kiedy dokonując wolnego wyboru wybierze dobro. Tak rozumiem prawdziwą miłość. Pan Bóg dając nam wolną wolę i cieszy się gdy wybieramy dobro.



Agnieszka Jackowska

Jeszcze dodam parę słów o miłości, wolności i wierności. Każdy ma sprawy swojego życia w swoich rękach. Jeżeli mamy jakąś trudną relację, mamy z kimś na pieńku, czy w rodzinie, czy z kimś obcym, to musimy wiedzieć, że modlitwa i sakramenty mogą to zmienić, nawet jeśli nam się wydaje, że zbyt słaba jest nasza wiara. Zyskujemy siłę – sprawdźcie to sami. Zyskujemy odwagę, aby zmieniać swoje życie i żyć przykazaniami. Inaczej w ogóle nie ma o tym mowy. Dlatego choć pięć minut w ciągu dnia poświęcam na czytanie Pisma Świętego, mimo tego, że czasami jest mi trudno na relacje z Bogiem. Pan Bóg nie chce nas udręczać, ale chce, żebyśmy byli mu wierni. Z miłością wiąże się wierność, więc tego życzę każdemu, żebyśmy po tym Konwersatorium jeszcze szybciej zaczęli działać w kierunku dobra i wtedy będziemy radośniejsi.



Bogdan Motelski

Dekalog jest normą postępowania tu i teraz, ale jest też drogą, aby być szczęśliwym. Człowiek jest wolny i nie musi wybrać drogi do szczęścia. Po drugie, każdy człowiek po Chrzcie Świętym jest świętym. To nie są tylko jacyś tam wybrani. Tylko nasze grzechy, jak mgła, przysłaniają naszą świętość. Każdy ma szansę się od nich uwolnić, na przykład od różnego rodzaju uzależnień. Moja córka półtora roku temu znalazła pracę. Niedawno dowiedziała się, że ją przyjęli między innymi dlatego, że nie miała konta na facebooku.



Liliana Nesterenko

Jestem studentką pedagogiki na SWPR. Nawiązując do facebooka i Internetu, informuję, że jest taka strona chrześcijańska w języku rosyjskim, na której można przeczytać wiele różnych cytatów i wypowiedzi. Ostatnio przeczytałam taki cytat : „Wierzę w Pana Boga, choć nie chodzę do kościoła, ale w głębi serca to ja wierzę”. I pod tym komentarz: „Jeżeli spodobała Ci się dziewczyna, to w głębi serca powiedz jej to i ożeń się z nią w głębi serca”. Czyli w głębi serca możemy zrobić wszystko. Chodzi o to, że za naszą wiarą w Boga powinny iść czyny. To, że jesteśmy chrześcijanami, powinny wyrażać nasze czyny.



Elżbieta Mycielska- Dowgiałło

Nawiązując do tego, co mówił pan Bogdan, powiem, że każde osiągnięcie człowieka, takie jak internet czy facebook, które jest dobre, szatan potrafi wykorzystać również w złym kierunku. Powiem o tym dobrym wykorzystaniu internetu. Czytałam świadectwo mistyczki Cataliny Rivas, która w czasie jednej z wizji na Mszy Świętej otrzymała polecenie od Jezusa, żeby przekazała ją całemu światu. Co ona mogła zrobić i co zrobiła – umieściła tekst wizji w internecie, aby wszyscy na świecie mogli ją przeczytać. Papież też korzysta z facebooka i internetu. Wspomnę też, że nasze Konwersatoria już mają swoją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/konwersatoria



Katarzyna Gromelska

Chciałabym nawiązać do poruszanego tu „dawania wyboru” dzieciom. Na zajęciach ze wspomagania rozwoju dziecka mówimy o tym, jak ważne jest dawanie wyboru dziecku już w początkowym okresie jego życia. Możliwość wyboru daje poczucie sprawstwa (czyli kontroli, własnej skuteczności i wolności), co z kolei daje autonomię tak potrzebną do rozwoju i wykorzystania potencjału tkwiącego w dziecku, niezależnie od tego czy jest to dziecko niepełnosprawne czy w pełni sprawne. Jest to podstawowy warunek uruchomienia innych procesów ważnych dla rozwoju dziecka. Nie możemy o tym zapominać.



Anna Słomka

Chciałabym jeszcze dodać i wyjaśnić, że to, co mówiłam o filmach i książkach, stosujemy do małych dzieci, a nie do dzieci w wieku nastoletnim. Dam przykład. Kiedy mój syn był w przedszkolu, rodzice postanowili na koniec przedszkola zrobić niespodziankę swoim dzieciom i odegrać sztukę. Wszystko było przygotowywane w tajemnicy, rodzice jako aktorzy, dekoracje, wszystko jak w prawdziwym teatrze. Dzieci miały wcześniej nic nie wiedzieć. Ja również się zaangażowałam, z tym że przyszłam dopiero na drugie spotkanie, bo coś mi wypadło, i był już tekst, który ktoś znalazł w internecie, który mieliśmy odegrać. Po zapoznaniu się z tekstem stwierdziłam, że się nie nadaje dla tak małych dzieci. Była to historia księcia, który szukał żony: kolejne osoby przychodzą i przekonują go do tej czy do innej kandydatki. Marszałek dworu pokazuje księciu portrety księżniczek państw sąsiednich i mówi „ta jest piękna, chociaż się puszcza”, „a tamta miała już kilku chłopaków”. Takie treści przekazywane dzieciom sześcioletnim to był dla mnie dzwonek alarmowy, choć rodzice je zaakceptowali ze względu na poczytne nazwisko autora. Zgłosiłam się na ochotnika, że przerobię ten tekst, nie zmieniając istotnie treści, tylko usunę te fragmenty, które moim zdaniem nie nadawały się dla dzieci. Rodzice byli autentycznie zdziwieni, o co mi chodzi. Zrobiłam, co obiecałam, przerobiłam sztukę i była ona trochę bardziej dostosowana do wieku.

Wydaje mi się, że to jest właśnie to, co powinniśmy robić. Nastolatek sam dokonuje wyboru, ale żeby on wiedział, co ma wybrać, to wcześniej musi mieć pokazane, co jest dobre, a co złe. Dostępność informacji jest powszechna, niekoniecznie w internecie czy telewizji. Wystarczy się przejść i zobaczyć czasopisma leżące w kiosku, aby wiedzieć, że nasze dziecko otacza wiele złych podpowiedzi. Chodzi o to, żeby kształtować sumienie dziecka póki można, a później dziecko, mając lat kilkanaście, oczywiście będzie musiało wybierać samo. Te pierwsze lata życia są decydujące. Później ono już idzie swoją drogą. Ważne jest nie tylko to, co dziecku mówię, ale czym sama żyję. Dziecko widzi nasze zachowanie. Może nic nie być powiedziane, a dziecko doskonale wie, co jest dobre, a co złe.

Elżbieta Mycielska-Dowgiałło

Nawiąże do tego co, mówiła pani Ania. Na pewno wiele osób z państwa widziało programy z edukacji seksualnej zamieszczone w internecie, które są proponowane w przedszkolach. Zostały one rozesłane do wszystkich przedszkoli w Polsce, żeby dyrekcje napisały, czy się zgadzają czy nie. Oczywiście 99% powiedziało, że nie, ale w Warszawie dużo jest przedszkoli, które przyjęły ten program. Jest to informacja, która powinna być dostępna dla rodziców wybierających przedszkole dla swojego dziecka. Tego typu sytuacji jest coraz więcej, co zmusza nas do dokonywania wyborów i wyraźnego opowiedzenia się, po której jesteśmy stronie. Często wydaje nam się, że ideologia gender jest przesadzona. Państwo nie wyobrażają sobie, jakie historie idą za tym. Jest to ładnie opakowane, ale to, co może z tego wyniknąć jest przerażające.

Dziękuję za liczne przybycie i za liczne świadectwa, a za miesiąc spotykamy się – mam nadzieję – na kolejnym spotkaniu.

Spisał z nagrania Marcin Borzęcki

C.d. dyskusji uzyskany drogą korespondencyjną

Marianna Łacek, Australia

Jakie widzę możliwości wykorzystania wartości religijnych jako modelu kształtowania sumień?

Było to blisko 30 lat temu. Do Australii napłynęła ogromna fala Polaków. Ksiądz, w jednej z sal Domu Polskiego, przygotowywał w języku polskim grupę dzieci do Pierwszej Komunii Świętej. Jednego dnia, w piątek po południu, otrzymałam od tego księdza telefon z prośbą, czy mogłabym wziąć za niego dzisiejszą lekcję. Wraca z odwiedzin u chorego w sąsiednim mieście, na drodze był pewnie jakiś wypadek, utworzył się wielki korek i wątpi, czy zdąży na godz. 18.00, a dzieci i rodzice nie mogą czekać. Temat dzisiejszej katechezy to przykazania boże. Wstęp do przykazań. Oczywiście zgodziłam się bez wahania.

W sali zgromadziło się około dwadzieściorga dzieci. Zaprosiłam też i kilkoro rodziców, tych, którzy co czekali na korytarzu (niektórzy poszli na zakupy). Po plastycznym wyjaśnieniu Kamiennych Tablic, które Mojżesz otrzymał na górze Synaj, rozmawialiśmy na temat tego najważniejszego przykazania „Będziesz miłował Pana Boga swego..., a bliźniego swego jak siebie samego”. Jak pierwsza część przykazania była oczywista i niezwykle sugestywnie przemawiała do dziecięcej wyobraźni, tak z miłowaniem bliźniego już nie było tak łatwo. Bo kto to jest ten „bliźni”? Udało mi się wyjaśnić, że ten chłopak, który zawsze zabiera piłkę i pluje na schodach, to też mój bliźni, że ta dziewczynka, która robi plotki i namawia koleżanki, żeby się ze mną nie bawiły – to też mój bliźni. Nie trzeba się z nimi bawić, można powiedzieć rodzicom i starać się tym dzieciom pomóc, bo one pewnie mają jakiś problem. To było do zaakceptowania. Ale kiedy jeden z chłopców powiedział „Proszę Pani, ale komuch to nie bliźni” – sytuacja wymagała nieco głębszego wyjaśnienia, tym bardziej że z tyłu siedzieli rodzice, którzy będą na pewno kontynuować tę dyskusję ze swoimi dziećmi.

Przykazanie „kochaj bliźniego swego” jest szczególnie istotne tutaj, gdzie ściera się i poleruje tak zróżnicowane mnóstwo ras, kolorów skóry, wyznań i orientacji politycznych. Katolik musi w tym świecie każdego dnia dawać świadectwo postępowania w zgodzie z własnym sumieniem. Bez narzucania nikomu swoich poglądów, bez noszenia przed sobą sztandaru „katolik”, ale konsekwentnie swoim postępowaniem udowadniać słowa Chrystusa, że właśnie po miłości do drugiego człowieka powinniśmy być rozpoznani jako Jego uczniowie.

Obydwoje z mężem byliśmy wychowani w rodzinach, dla których to przykazanie było niezwykle ważne. Nic więc dziwnego, że i nasz dom tutaj w Australii był i jest otwarty dla wielu potrzebujących. Nigdy nie zadajemy sobie pytania – czy nam się to opłaci, a co my z tego będziemy mieli? A sytuacji, w których pomoc drugiemu człowiekowi jest nieodzowna, nadarza się wiele.

U znajomych poznaliśmy młodego człowieka. Dusza towarzystwa. Grał na gitarze, śpiewał harcerskie piosenki. Do łez był wzruszony, że nasze małe dzieci, tutaj urodzone, znają te piosenki i śpiewają razem z nim. Obiecał, że przyjdzie nas odwiedzić. Później dowiedziałam się, że jest to człowiek żonaty, ma dwoje dzieci, ale coś mu się w małżeństwie nie układa. Kiedy więc, jak obiecał, zjawił się u nas, po prostu mu powiedziałam, że moje dzieci śpiewają, bo mają ojca. Jego miejsce jest w domu, z dziećmi. To swoje dzieci powinien uczyć i z nimi śpiewać. Bardzo chętnie będę ich gościła, ale wszystkich, całą rodzinę. Do tej pory nasze dorosłe już dzieci utrzymują z tamtymi kontakt.

Staraliśmy się właśnie w takim duchu wychować nasze dzieci. Ponieważ wszyscy czworo mieszkają z dala od domu, nie jest możliwe, aby któreś z nich samo wypowiedziało się na ten temat. Jednakże w naszych częstych rozmowach telefonicznych dzielą się z nami wieloma swoimi doświadczeniami.

Pozwolę sobie przytoczyć jeden przykład. Dwudziestoparoletni syn zorganizował w swoim nowym mieszkaniu „parapetówkę”. Jeden z zaproszonych kolegów zauważył różaniec zawieszony na nocnej lampce. „A cóż to za fetysz?” – spytał. Syn wyjaśnił, że to jest różaniec, który dała mu Mama, kiedy wybierał się w pierwszą samodzielną podróż do Polski i po Europie, i że on się na nim modli, a pytany dalej dodał, że chodzi regularnie do kościoła.

Za jakiś czas ten właśnie kolega skomentował, że teraz rozumie, w czym leży sekret sukcesu naszego syna – „mamy takie samo wykształcenie, ja nawet miałem lepszy start niż ty, a ty idziesz z pełnymi sukcesami nie tylko na polu zawodowym, ale też towarzyskim i każdym innym. To pewnie dlatego, że chodzisz do kościoła. Wiesz, ja od nowego roku też złożyłem sobie przyrzeczenie, że raz w miesiącu pójdę do kościoła. Przecież i ja byłem ochrzczony” – zaznaczył. „Co, raz w miesiącu? A po co?” – odpowiedział nasz syn. – „Czy ty myślisz, że Panu Bogu jest potrzebna twoja obecność w kościele? To ty sam musisz sobie wyrobić potrzebę kontaktu z Bogiem, a wówczas twoje sumienie powie ci, jak często będziesz potrzebował spotkania z Nim. Uczestniczenie we Mszy Świętej raz w tygodniu to absolutne minimum, ale to ty sam musisz chcieć i dostrzec sens tego. Wiara jest łaską”.

Wiara jest łaską, powiedziałam bliskiej koleżance, mojej bezpośredniej szefowej w pracy, z którą uczymy razem przez blisko ćwierć wieku. Wtedy ona skomentowała, że odnoszę tyle sukcesów w pracy, w życiu rodzinnym i w działalności społecznej pewnie dlatego, że regularnie chodzimy do kościoła. Jej mąż był ochrzczony w kościele katolickim, ona, o anglosaksońskich korzeniach, była wychowana w kościele anglikańskim. Teraz niestety ani oni, ani ich dorosłe dzieci nie praktykują żadnej religii. „Wiesz, ja na emeryturze też wrócę do Kościoła i to będzie Kościół katolicki” – powiedziała. „Ale najpierw musisz się modlić o łaskę wiary, to jest najważniejsze. Wtedy może nawet nie będziesz musiała czekać aż do emerytury” – skomentowałam jej uwagę.

Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku często spędzaliśmy niedzielne popołudnia w krakowskim Klubie Ateistów i Wolnomyślicieli (na piętrze, przy ul. Grodzkiej). Nasz bliski kolega został kierownikiem tego klubu. Chociaż nie członkowie, byliśmy akceptowani, a nawet podobno mile widziani. Graliśmy w brydża, dyskutowali, oglądali ciekawe filmy, pili dobrą kawę, a nawet inne specjały – likiery i koniaki wydobywane dyskretnie spoza tomów „Kapitału” Marksa, złoconych obwolut „Dzieł Lenina” i innych „pereł literatury” (klub był bezalkoholowy). O godz. 18.00 przerywaliśmy najbardziej interesujące spotkanie, wyjaśniając, że w pobliskim Kościele Mariackim o 18.15 jest Msza Święta, na którą my zawsze chodzimy. Tylko pierwszy raz zapytali ze zdumieniem „To wy chodzicie do kościoła i to z tego Klubu”? Wytłumaczyliśmy zacnym przedstawicielom władz krakowskiego Grodu i nawet Województwa: „to wy jesteście ateiści, a my wolnomyśliciele. Nasze wolnomyślicielstwo każe nam wierzyć w Boga i przestrzegać Jego Przykazań. Od tamtej pory tak organizowano „robra” czy też pokaz filmu, żeby można było zrobić godzinną przerwę między 18.00 i 19.00.

Zapomniałabym o tym zdarzeniu, gdyby nie spotkanie w Klubie Literackim podczas promocji zbioru poezji australijskiego poety, Petera Skrzyneckiego. Było to w 2010 roku. Występowałam tam jako tłumacz antologii tych wierszy. Wśród uczestników znalazło się wielu naszych znajomych sprzed lat. I tam właśnie jeden z zacnych obywateli (nie piszę towarzyszy – bo my nie byliśmy z tego grona) przypomniał mi, skąd się znamy i jakie wówczas na nich wrażenie robiła nasza postawa.



Reasumując – nikt i nic nie może nam stanąć na drodze, aby żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Oczywiście, jesteśmy tylko ludźmi i nieuniknione są potknięcia, a nawet upadki. Ale w naszym kościele jest konfesjonał, a w nim kapłan, reprezentujący samego Chrystusa. Zawsze, wypełniając warunki dobrej spowiedzi możemy powstać, być bogatsi o doświadczenie, zacząć od nowa.




©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość