Strona główna

Konwersatorium LXVII


Pobieranie 117.45 Kb.
Strona1/3
Data18.06.2016
Rozmiar117.45 Kb.
  1   2   3
KONWERSATORIUM LXVII

(14 grudnia 2013)



Czy jestem zaangażowanym członkiem kościoła katolickiego i jak to realizuję mimo trudności?

Prowadzący: ks. Adam Zelga, proboszcz parafii p.w. bł. Edmunda Bojanowskiego; Waldemar Bieniak, muzyk, autor warsztatów muzycznych pt. „Od muzyki plemiennej do hip-hopu”, wieloletni pracownik katolickiego wydawnictwa „Fronda”, we Wspólnocie neokatechumenalnej, żonaty; Tatiana Cariuk, urodzona w Nowogródku (Białoruś), absolwentka Akademii Druku we Lwowie (Ukraina), do 1983 r. pracownik drukarni wydawnictwa „Grodzieńska Prawda”, za odmowę wstąpienia do partii komunistycznej zmuszona do opuszczenia pracy. Działacz społeczny i opozycyjny na Białorusi. Kierownik Towarzystwa Filomatów i dyrektor Centrum NGO „Kamienica” w Nowogródku. Współpraca z wydawnictwem Fundacji Matki Boski Fatimskiej (gazeta „Ave Maria”


i czasopismo „Nasza Wiara”, Mińsk), wydawnictwami Medisont (Mińsk) i Rymsza (Gdynia). Od 2006 mieszka w Polsce. Fotograf, podróżniczka, przewodnik po Kresach; Magdalena Korzekwa, autorka kilkunastu książek i ponad dwustu artykułów na temat miłości, przyjaźni, radości. Przez pięć lat prowadziła program „Ziarno” w TVP1 i TV Polonia. Absolwentka prawa na Uniwersytecie Warszawskim, a obecnie studentka ostatniego roku psychologii (MISH) tegoż Uniwersytetu. Menedżer Międzynarodowej Organizacji CitizenGO; Aleksander Ciepiela, student studiów magisterskich Uniwersytetu w Hong Kongu, ekonomista.
Ks. Adam Zelga

Gdybyśmy spojrzeli na Europę z lotu ptaka, poznalibyśmy, że jesteśmy w kręgu cywilizacji chrześcijańskiej. Nad każdą wioską góruje wieża kościelna z krzyżem. Ten obraz nas ciągle spotyka, fascynuje i prowokuje. Edmund Bojanowski, bohater naszych tegorocznych spotkań, codziennie rano chodził trzy kilometry do kościoła – na Mszę świętą, którą bardzo kochał. Tak wędrując, miał w oczach obraz przepięknej bazyliki w Gostyniu, fascynujący swoją architekturą. Niewątpliwie obraz ten, pięknej świątyni wkomponowanej w przyrodę, oddziaływał na jego duchowość.

Temat dzisiejszego spotkania brzmi: „Czy jestem zaangażowanym członkiem Kościoła Katolickiego i jak to realizuję mimo trudności”. Obraz Kościoła znacie z różnych źródeł i z własnych, osobistych przeżyć. Jesteście albo bliżej, albo dalej. Bardzo wyrazisty jest obraz malowany we współczesnych mediach. Chcielibyśmy prosić, żebyście państwo podzielili się z nami refleksjami o waszym zaangażowaniu w życie Kościoła, jak je realizujecie. Zaprosiliśmy na to spotkanie niezwykłych gości. Bardzo serdecznie ich witam.
Waldemar Bieniak

Pochodzę z rodziny katolickiej. Mam dwóch starszych braci, nasi rodzice żyją. Od małego dziecka byłem wychowywany w duchu katolickim. Byłem ochrzczony, u pierwszej Komunii świętej, bierzmowany, matura z religii, natomiast nigdy nie czułem Boga namacalnie, tak jak bym chciał Go poczuć. Myślę, że ten problem ma każdy z nas, że w pewnym momencie swojego życia pyta „Boże, gdzie jesteś?”. Pyta wtedy, gdy traci sens życia, przez różne okoliczności i zawirowania życiowe. Kiedy byłem nastolatkiem nie umiałem sobie odpowiedzieć na pytanie o sens życia. Było to w okresie, kiedy miałem pierwsze doświadczenia w sferze seksualnej, pierwsze próby z narkotykami, z alkoholem, z wszelkimi używkami, później czteroletni kontakt z dziewczyną, z którą miałem się żenić, a która zostawiła mnie po tych czterech latach. Nie winię jej, gdyż widziała, co się ze mną dzieje, że nie rozwijam się, że jest we mnie jakiś regres i cofam się.

Zostawiłem wymarzoną szkołę muzyczną, do której chodziłem przez dwa lata. Na lekcje przychodziłem pod wpływem marihuany i nie byłem w stanie skoncentrować się nawet na nauce. Okazało się, że jestem bezradny w obliczu mojego nałogu, który bardzo szybko postępował – w ciągu czterech, pięciu lat, to było jak mgnienie oka. Straciłem szkołę, straciłem ukochaną kobietę i straciłem sens życia. Również zagubiłem wiarę, choć dziś stawiam sobie pytanie, jaka była ta moja wiara, jeżeli nie wystarczała, aby podjąć zmaganie w życiu codziennym, by walczyć. Wtedy zobaczyłem, że wobec moich nałogów jestem naprawdę bezsilny.

Pan Bóg w pewnym momencie postawił przy mnie kolegę, który mówił mi: „Słuchaj, może byś poszedł do jakiejś parafii, w której będą katechezy? Może to ci pomoże?” No i tak się stało. Pewnego dnia, włócząc się po Starym Mieście, usłyszałem głos: „szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a otworzą wam”. Wiedziałem, że to są słowa z Ewangelii, ale nie wiedziałem jeszcze, co one dla mnie znaczą. Wydało mi się to wtedy niemożliwe, że Pan Bóg może do mnie przemawiać. Był to czas, gdy sobą pogardzałem, kiedy siebie nie kochałem, kiedy czułem, że moje życie nie ma sensu, i uważałem, że takiego człowieka jak ja nikt nie może kochać, a tym bardziej Bóg. Widziałem, że jestem manipulatorem, że potrafię oszukiwać rodziców, znajomych i innych, Mydlić im oczy, wyłudzać pieniądze. Mimo że znałem słowa „szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a otworzą wam”, tego dnia usłyszałem je tak, jakbym je po raz pierwszy usłyszał. Dotarło do mnie wtedy, że Jezus Chrystus został posłany przez Boga Ojca na ten świat do tych, którzy się źle mają. Bo lekarza potrzebują ci, którzy są chorzy. A kim jest ten chory? To ten, który ma jakikolwiek problem z tym, że nie potrafi kochać drugiego człowieka, nie potrafi kochać siebie, nie potrafi kochać najbliższych, a co dopiero wrogów. To jest człowiek, który stracił sens życia, który jest uwikłany w różne nałogi, w pornografię, w seks, w alkohol, w narkotyki. To jest człowiek, który nie umie panować nad sobą, nad swoim ciałem. To jest niewolnik swojego ciała. To jest człowiek, który nie potrafi być panem siebie.

Dzięki świeckim zaangażowanym w Kościele trafiłem na katechezy głoszone w parafii. Usłyszane tam słowa precyzyjnie trafiały do moich uszu i serca ze swoim przesłaniem na temat Biblii, historii Kościoła i powołania człowieka, a przede wszystkim o miłości do każdego grzesznika. Te katechezy trwały przez kilka tygodni. Po raz pierwszy usłyszałem na nich, że mogę być kochany, że Jezus nie odrzuca takich ludzi jak ja, że ich szuka tak, jak owcy zagubionej. Tego dnia poczułem totalną miłość, pokój i nadzieję, że moje życie może mieć jeszcze sens. Powiedziałem sobie: „Panie Boże, jeśli ja mam wracać do tego mojego bagna, do mojego obecnego życia, w którym tkwię, to ja nie chcę już żyć”. Tego wieczora wyszedłem z katechezy i nigdy już nie wróciłem do narkotyków. Pan Bóg zabrał moje nałogi. Wtedy powiedziałem jak święty Piotr: „Panie, pójdę za Tobą wszędzie. Jaki masz plan wobec mnie? Znasz moją historię najlepiej. Nikt jej tak nie zna jak Ty. Bądź moim reżyserem, bądź scenarzystą mojego życia. Co chcesz, żebym robił? Chcesz, żebym był księdzem, zakonnikiem? Proszę bardzo. Chcesz, żebym się ożenił? Proszę bardzo. Ile mam mieć dzieci?”

W parafii, do której chodziłem na katechezy, zawiązała się Wspólnota Neokatechumenalna. Jestem w niej od 24 lat. Wspólnie prowadzimy ewangelizację, katechezy, zakładamy nowe wspólnoty. Na początku mojej drogi we Wspólnocie prosiłem Pana Boga: „Jeśli małżeństwo jest moim powołaniem, to daj mi, proszę, żonę ze Wspólnoty, żebyśmy nadawali na tych samych falach”. I dalej prosiłem: „Żeby była ładna i żeby była nauczycielką”. Miałem kompleks czarnej owcy w szkole, kiepsko się uczyłem, byłem niedopilnowany przez rodziców i zawsze słyszałem tylko „Bieniak, siadaj, dwa”. Z różnych przedmiotów miałem same oceny niedostateczne i cierpiałem z tego powodu jak pies. Pan Bóg wysłuchał mojej prośby: żonę dostałem ze Wspólnoty, ładną, która bardzo mi się spodobała i jest nauczycielką. Teraz z moją żoną jesteśmy w jednej ekipie, w której wraz z innymi małżeństwami głosimy katechezy.

Od 1988 roku, odkąd jestem we wspólnocie neokatechumenalnej prowadzimy katechezy i ewangelizację nie tylko w naszej parafii, ale również tam, gdzie pracujemy. Przez trzy lata pracowałem na budowie, jeździłem taczkami jako robotnik niewykwalifikowany i trafiłem w bardzo trudne środowisko, w którym bez wódki nie wchodziło się na zakład pracy. Wielu mężczyzn tam pracujących było już alkoholikami, ale nie chcieli się do tego przyznać. Poznałem jednego z nich, który nazywał się podobnie jak ja Waldemar, tylko że nie Bieniak, ale Bieniek. Pracowaliśmy razem. Często mnie pytał: „Co ty jesteś taki wesoły?”. Zastanawiało go to, że zawsze byłem uśmiechnięty, a on stale skwaszony. Mówiłem mu swoje świadectwo i to, że teraz jestem człowiekiem wolnym, bez uzależnień. W niedługim czasie ten kolega również trafił do wspólnoty i Jezus uwolnił go od nałogu pijaństwa i na nowo scementował jego małżeństwo. Dziś jest zupełnie innym, radosnym człowiekiem. Jezus pokazał ponownie, że jest jedynym, który może nas uwolnić od przekleństwa grzechu.

Później trafiłem do wydawnictwa „Fronda”, które było wydawnictwem katolickim. Zaczęło swoją działalność w 1994 roku. Było to znane wydawnictwo, publikujące kwartalnik „Fronda”, książki i krótkometrażowe filmy dokumentalne i publicystyczne. W programach publicystycznych po godzinie 21 w TVP1 zajmowały one jedno z pierwszych miejsc w oglądalności. Były podejmowane przeróżne tematy społeczne i historyczne. Zapraszane były osoby z różnych opcji politycznych, które się danymi tematami zajmowały. Pracowałem tam jako dźwiękowiec i jeździliśmy z kamerą po całej Polsce, robiąc filmy dokumentalne. Później załamała się ta działka telewizyjna i została tylko sama działalność wydawnicza. Do tej pory wychodzi kwartalnik „Fronda”, wychodzą książki. Z dwoma kolegami pracującymi na etacie we „Frondzie” dostaliśmy propozycję, że możemy przejąć księgarnię, jedyną wówczas w Polsce księgarnię patronacką „Frondy” i być na swoim utrzymaniu. I tak przeszedłem do księgarni, którą prowadziłem przez wiele lat. Może wydawałoby się to takim normalnym zrządzeniem losu, ale nie dla mnie, ponieważ było to nowe i niezwykłe doświadczenie. Ja, który nigdy nie przeczytałem w szkole żadnej lektury, no, może poza jedną najcieńszą ,,Janko Muzykant”, prowadziłem teraz księgarnię i nadrabiałem zaległości, czytając książki. Niestety, w dobie ogólnego kryzysu, kiedy ludzie mają coraz mniej pieniędzy i czytają coraz mniej książek, a także wchodzą e-booki, internet i nowe technologie, musiałem zakończyć księgarską działalność. W chwili obecnej poświęciłem się mojej największej pasji życiowej – muzyce, tworząc kilka projektów muzycznych, które – mam nadzieję – rozwiną się i zapewnią mi nie tylko satysfakcję, ale również konkretne utrzymanie mojej rodzinie.

W czasie kiedy pracowałem w księgarni, miałem wiele okazji do poruszania tematu Kościoła, Boga, religii..., byłem czasem zmuszony mówić o Bogu. Było wiele takich sytuacji, kiedy do księgarni przychodzili ludzie w różnym wieku, przeglądali jakieś książki, rozmawiali i czasem zadawali mi pytania, na przykład, co sądzę o Kościele, o księżach pedofilach, o gorszących sprawach w Kościele. Wtedy mówiłem moje świadectwo, jak Bóg zadziałał w moim życiu, i zawsze broniłem Kościoła, który wyciągnął do mnie rękę.

Zakończę anegdotą: jaka jest różnica między przeciętnym katolikiem a świętym? Do przeciętnego katolika podchodzi na ulicy jakiś drab i go tarmosi. Jaka jest jego reakcja? Jest oburzony, jakim prawem facet ma czelność go zaczepiać i szarpać. Jeżeli ma przewagę fizyczną i intelektualną nad zaczepiającym, to może się obronić, uderzyć go czy spoliczkować. Ale teraz ten sam drab podchodzi do świętego, no i również go wyzywa od najgorszych, poniewiera, szarpie. Co robi święty? Stoi, nie broni się, tylko patrzy prosto w oczy draba i mówi „bracie, widzę, że masz dobre oko, ale jestem jeszcze gorszy, niż myślisz”.

Anegdota ta zawiera głębokie przesłanie. Święty to ten, który widzi siebie w prawdzie i często czuje się niegodny. W Ewangelii Jezus mówi „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Jaka prawda? Prawda o nas samych. Tak mówi Pismo Święte.

Warto pamiętać, że my świeccy mamy dużą rolę do odegrania w społeczeństwie. Możemy dzielić się tym, co Bóg zrobił w naszym życiu, tam gdzie jesteśmy, w zakładach pracy, w firmach, w różnych przedsiębiorstwach, na uczelni. Trzeba modlić się do Ducha Świętego, by nas oświecił, dał mądrość, abyśmy przez to, co mówimy, potrafili dotrzeć do drugiego człowieka. Jest to często bardzo trudne, czasem ponad ludzkie możliwości, ale z Bogiem zawsze możliwe.

Tatiana Cariuk

Teraz jeszcze do końca nie wiem, co państwu powiem. Kiedy zgodziłam się wziąć udział w Konwersatorium, natychmiast pogrążyłam się we wspomnieniach i – załamałam się. Już nie mówiąc, że 10 minut to zbyt mało czasu, by opowiedzieć wszystko to, co by się chciało. Z drugiej strony, zaczęłam wątpić, czy nadaję się, aby podzielić się z państwem swoim świadectwem. Nie jestem święta, miałam różnego rodzaju przejścia w swoim życiu i myślę, że nie jestem jakimś wyjątkowym człowiekiem. Ale chyba tutaj też przychodzą zwykli ludzie. Dzisiaj wstałam o piątej rano, jeszcze robiłam jakieś notatki, ale nawet nie wiem, czy potrafię z nich skorzystać. Już słuchając wypowiedzi innych osób, chciałam włączyć się do dyskusji, bo od razu ogarnęły mnie refleksje.

Żeby powiedzieć państwu coś istotnego, chyba muszę zacząć od początku, bo moja historia jest inna niż tych, którzy urodzili się w Polsce. Chyba po akcencie – tym „kresowym”, którego, podobno, już nigdy, może na szczęście, nie pozbędę się, poznaliście, że nie jestem z Polski. Jestem z Białorusi, a dokładnie – z Nowogródka. Tego samego, w którym urodził się i był ochrzczony nasz poeta Adam Mickiewicz. Mój chrzest odbył się w tym samym kościele, tylko przedtem, przez prawie 35 lat, byłam innym człowiekiem.

Co to znaczyło – żyć tam? Urodziłam się w rodzinie, w której nic nie mówiono o Bogu. Mieliśmy babcię i dziadka ze strony ojca, którzy mieszkali na wsi nad Niemnem. Bywaliśmy u nich, szczególnie latem, na wakacjach. Wieczorami od czasu do czasu słyszałam, jak moja babcia coś cicho szeptała, leżąc już w łóżku. Modliła się i miała nawet różaniec, który gdzieś chowała. Nie wiedziałam wtedy, po co jest różaniec i co się na nim robi. Kiedy dziadek przyłapywał ją na modlitwie, to zaczynał na nią strasznie krzyczeć, by przestała. A ona wtedy płakała. Babcia była bardzo dobrym człowiekiem i mnie było jej ogromnie żal. Kiedy miałam 13 lat, zapytałam ją, że widziałam w innych domach ikony, a u nas jej nie ma. Dlaczego? A ona odpowiedziała, że mi pokaże, gdzie jest u nas ikona. I pokazała schowek w komorze z ikoną zawiniętą w płótno. Rozwinęła ją, ucałowała i schowała z powrotem. Minęło wiele lat. Moja babcia już nie żyła i ten dom już do nas nie należał, stał opuszczony, zamknięty na ciężką kłódką. Na wsi bywaliśmy tylko na cmentarzu, na grobach. Raptem zadzwonili sąsiedzi, że dom okradziono i trzeba przyjechać. Pojechałam, weszłam do środka przez rozbite okno, pochodziłam w smutku po tym już martwym domu, który za życia dziadków tyle dla mnie znaczył. Z pamięci nagle wynurzyła się zupełnie zapomniana historia z ikoną. Sięgnęłam do schowka – był nienaruszony! Wydobyłam ikonę i zabrałam ją ze sobą. Był to obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, który babcia przyniosła z pieszej pielgrzymki do Wilna, jeszcze przed wojną.

Babcia, pochodząca z drobnej szlachty, przez całe życie, także przed 1939 rokiem, była nauczycielką. Dziadek też był nauczycielem. Moi rodzice również byli nauczycielami w Nowogródku. Moja mama jest Rosjanką. Jej matka – moja babcia – mieszkała daleko, w Moskwie. Bywaliśmy u „moskiewskiej” babci tylko w czasie ferii zimowych. Mieszkała ze swoim ojcem, czyli z moim pradziadkiem. Był on kiedyś prawosławnym popem i dostał za to dziesięć lat obozów stalinowskich. Uwięzili go, kiedy miał 78 lat. Wrócił zupełnie chory i wkrótce zmarł. Ale ja go jeszcze pamiętam – z dużą siwą brodą, kiedy siedział w skórzanym fotelu z pledem na kolanach. O tym, kim był i jaki go spotkał los – nam nie opowiadano. Babcia nigdy i nic nie opowiadała o przeszłości.

Dowiedziałam się o wszystkim dużo później, już po jej śmierci, kiedy zaczęła opowiadać o niej moja mama. Mówiła, że jak tylko dowiedziano się, że babcia jest córką popa, do tego jeszcze represjonowanego – natychmiast zwolniono ją z pracy. Musiała pakować walizki i z piątką dzieci jechać w świat. Tak rodzina włóczyła się po całym Związku Radzieckim. Ukrywali się. Mama powiedziała, że babcia głośno głosiła ateizm, bo po prostu bała się. Dlatego też nam, dzieciom, nic nie opowiadano o przeszłości – tak próbowano ochronić nas.

Mój ojciec urodził się w 1925 roku w województwie nowogródzkim, w II Rzeczypospolitej – to było zupełnie inne życie niż życie mojej mamy. Gospodarka nad Niemnem, dom w Białymstoku, gimnazjum. Ale w 1939 roku życie to skończyło się w jedną noc. Z siedmiu braci i sióstr mojego dziadka piątka rodzeństwa wraz z rodzinami została wywieziona na Syberię. Część miała szczęście – uratowała się z armią Andersa, jednak los większości pozostał dotąd nieznany. Potomkowie żołnierzy polskiej armii osiedlili się po wojnie w Anglii, gdzie mieszkają do dziś. To krążyło wśród nas prawie jak jakaś legenda rodzinna. Już po upadku Związku Radzieckiego udało się ich jednak odnaleźć i teraz podtrzymujemy z nimi bardzo ciepłe kontakty. Również poznaliśmy się z krewnymi, którzy mieszkali w Polsce. Od nich dowiedziałam się o losie rodziny i skojarzyłam z tym, co kiedyś mówił dziadek – bo nikt niczego nie mówił wprost. Nie można było. Dziadkowie chronili nas. Bali się. To było społeczeństwo, które na zewnątrz pokazywało radość, śpiewało, kręciło piękne filmy o tym, jakim wspaniałym krajem szczęśliwych ludzi jest Związek Radziecki, a tak naprawdę w ludziach głęboko zakorzeniony był strach i cierpienie.

My urodziliśmy się w czasach, kiedy już nie przyjeżdżano po nocach i nie zabierano ludzi bez sądów i kiedy wszyscy inni przymykali na to oczy i cieszyli się, że to nie o nich tym razem chodziło. Za mojego życia już tego nie było i ludzie mojego pokolenia nie mogli uwierzyć, że coś takiego było możliwe – że człowieka można było zabrać za nic, postawić pod ścianę i zabić. Takich, którzy przeszli przez ten koszmar, były miliony, a tych, którzy nie przeżyli tego koszmaru – których zamordowano lub doprowadzono do śmierci, były też miliony. Lecz ci, którzy przeżyli, o tym milczeli. Najgorsze w tym stalinowskim systemie było to, że on głęboko poranił ludzi, wypalił w nich coś na dużo pokoleń do przodu. Nawet Mojżesz prowadził swój naród po pustyni przez czterdzieści lat dlatego, żeby zostały zapomniane lata niewoli. A ile pokoleń postradzieckich ludzi będzie musiało chodzić po swoich pustyniach, żeby pozbyć się strachu, który zakorzenił się prawie na poziomie genetycznym.

W mojej rodzinie, jak już wspomniałam, nie mówiono o Bogu. Nic złego, ale i nic dobrego – po prostu ten temat nie istniał. O tym, że są jakieś święta chrześcijańskie, dowiadywałam się stopniowo w szkole, bo, na przykład, któreś z dzieci przyniosło jajeczko w kolorze czerwono-brązowym. Kiedyś matka mojej przyjaciółki przygotowała cały talerz takich kolorowych jajek i moja przyjaciółka przyniosła ich pełne kieszenie do szkoły i porozdawała. Doszło to do dyrektora, który wezwał jej matkę na rozmowę. Matka była prostą sprzątaczką. Próbował wytłumaczyć jej, że tego robić nie wolno. Ale ona uparcie twierdziła: „Tak robiła moja babcia i moja matka, i ja tak robiłam i będę tak robić!” Wróciła do domu bardzo z siebie dumna. Ale takiego rodzaju proste wydarzenia, o których przypomniałam sobie później, były wtedy jakby na marginesie, niczego istotnego nie zmieniały w moim życiu.

W moim domu lubiano i czytano książki. System radziecki nie dał rady zabrać nam dostępu do klasyków rosyjskiej literatury. Czytaliśmy dzieła Dostojewskiego, Tołstoja. Te książki niepokoiły, zmuszały do myślenia, sięgały do głębi. Wyczuwałam, że opowiadają one coś istotnego o życiu i człowieku i kryją pytania dla mnie ważne: po co istnieje człowiek i jaki sens ma jego życie. Z „Braci Karamazow” zapadła mi w serce jedna myśl, nie od razu zrozumiana, ale zapamiętana: „Zabierz człowiekowi nieśmiertelność duszy – a wszystko będzie wolno”. To było przesycone głębokim sensem, aż ciarki przechodziły po plecach i ja to wyczuwałam, wtedy jednak nie mogłam tego zrozumieć, bo nie miałam klucza do tych „drzwi”. Urodziłam się w tym systemie i był on dla mnie jeszcze wówczas jedyną rzeczywistością. Nie czułam się szczęśliwa od tych myśli... Szczęśliwa czułam się tylko w rodzinie, wśród swoich. Bo rodzinę mieliśmy świetną – dużą i hałaśliwą. Mieszkaliśmy w dużym, pięknym domku z kolumnami i lipami wokół. Na zewnątrz jednak coś mnie cały czas męczyło, nie zgadzało się.

Kiedy miałam 16 lat, trafiła do mnie książka, która przekreśliła cały Związek Radziecki, z całym jego kłamliwym systemem ideologicznym. To był „Archipelag Gułag” Sołżenicyna. Książka została dopiero co wydrukowana na Zachodzie i do nas trafiła przez przyjaciela mojej siostry, który pracował w Moskwie na uniwersytecie. Przywiózł ją do Nowogródka, żeby mogli ją przeczytać również jego przyjaciele, którym ufał. Chodziłam często do rodziny siostry w odwiedziny i dostrzegłam, jak oni płakali nad tą książką. Zmusiłam ich, bym mogła też ją przeczytać. Nie dałam jednak rady jej skończyć z powodu wstrząsającej prawdy, którą przez nią odkryłam. Już nie można było żyć tak jak wcześniej. Powiedział Pan, że „prawda nas wyzwoli” – ale prawda bez Boga, tylko na poziomie informacyjnym, może doprowadzić do rozpaczy, bo nie daje wsparcia, daje tylko niezmierne cierpienie.

Po zakończeniu szkoły w Nowogródku wyjechałam do Lwowa na studia. Szybko znalazłam nowych przyjaciół. Obchodziliśmy wszystkie święta katolickie i prawosławne – bo wszystkie były tam świętowane! Ukraińscy studenci podczas świąt po prostu nie przychodzili na wykłady.

U nas w Nowogródku był czynny tylko jeden kościół i jedna cerkiew. W czasie chrześcijańskich świąt przed świątyniami dyżurowali nauczyciele, którzy byli zobowiązani zapisywać przychodzących rodziców swoich uczniów. A broń, Boże, gdyby przyprowadzili swoje dzieci ! Mogli za to zostać pozbawieni praw rodzicielskich. Moi rodzice, nauczyciele, o tym mówili między sobą, ale jednocześnie to bezpośrednio nas nie dotyczyło. Jak już mówiłam, w naszej rodzinie nie mówiono o Stwórcy, ale zachęcano do czytania i myślenia. Może dla mnie to był początek mojej drogi do wiary?

Po studiach wróciłam na Białoruś, do Grodna, gdzie pracowałam w drukarni jako inżynier technolog. Po jakimś czasie wyrzucono mnie z pracy. Formalnie było to odejście za porozumieniem stron, faktycznie – kara za odmowę wstąpienia do partii. To był 1983 rok – ostatni rok rządów Breżniewa, ale jeszcze nic nie wskazywało na przyszłe zmiany. Wylądowałam w ekspedycji geologicznej w Azji Środkowej, w górach Tienszan. W Kirgizji spotkałam różnych ludzi, dzięki którym dalej odkrywałam świat. Tam była mieszanka Kirgizów i dziesiątek narodów – z reguły potomków zesłanych w różnych okresach Polaków i Ukraińców, Niemców i Białorusinów, Turków i Tatarów, Koreańczyków i jeszcze wielu innych... Na przykład poznałam dziewczynę – bardzo piękną, której dziadek został rozstrzelany jako japoński szpieg. Babcia była Polką – córką zesłańców jeszcze z powstania styczniowego. Ażeby było ciekawiej, to ojciec jej był Rosjaninem. Ale to już inna historia. W każdym razie po pół roku azjatyckich przygód powróciłam do Nowogródka.

W tym czasie zrobiłam pierwszy krok do wyzwolenia – zaczęłam uwalniać się od materializmu, a dokładniej – przestawałam uznawać go za swoją „prawdę”. Nie wierzyłam już, że człowiek istnieje tylko po to, żeby się urodzić i w końcu umrzeć, i na tym koniec! Ten problem bardzo długo mnie męczył... Jak zwykłe, szukałam odpowiedzi w książkach. Tym razem poważnych – filozoficznych, takich, jakie mogłam znaleźć – od Platona do Kanta, od zbioru Upaniszad (teksty religijno-filozoficzne z VIII-III wieku p.n.e. wedyjskiego objawienia) do Rudolfa Steinera, czytałam i myślałam, bo porozmawiać na takie tematy po prostu nie miałam z kim. Nagle dotarła do mnie myśl, że próbuję zbadać coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć, bo nie jest to rzeczą materialną, a ja korzystam z metod i założeń materialistycznych! Podświadomie byłam dotąd pewna, że świat jest całkowicie poznawalny – bo tak nas uczono! W jakimś momencie zrozumiałam, że istnieją rzeczy, których człowiek nie jest w stanie ogarnąć swoim rozumem, bo to przerasta jego możliwości. W tym samym momencie jakby zniknęły dla mnie ograniczenia świata materialnego i odkryłam świat duchowy.

U nas w Nowogródku był ksiądz, którego poznałam przypadkiem. Po powrocie z ekspedycji musiałam znaleźć sposób zarabiania na życie. Z pomocą przyszło mi moje zamiłowanie do historii. Zaczęłam pracować jako przewodnik. Poszłam do cerkwi i do kościoła, żeby porozmawiać o możliwości ich zwiedzania. Wtedy na Białorusi jeszcze nie było praktyką przewodników zwiedzanie świątyń. Tak poznałam księdza Antoniego Dziemiankę, który teraz jest już biskupem. Byłam zafascynowana tym człowiekiem. Miał odwagę mówić i żyć, tak jak myślał. Był inny, bo był człowiekiem wolnym! Pozwolono mu tylko jeden raz w tygodniu odprawiać Mszę świętą! W nim było to coś, czego szukałam – wiara! To Chrystus dawał mu wolność, nadawał sens życiu i pokazywał drogę. Nagle jakbym nowymi oczami zobaczyła świat: rzeczy, które były dotychczas dla mnie ważne, stały się nieważne, a to co było nieważne raptem nabrało wymiaru głębi i prawdy. Znalazłam to czego szukałam – klucz do sensu życia – odnalazłam Boga. W wielkiej radości zaczęłam dzielić się z bliskimi tym, co otrzymałam. Ale część przyjaciół odeszła ode mnie, a nawet mnie znienawidziła. Nie mogłam tego zrozumieć – przecież stałam się lepsza! Ale dla nich po prostu – inna, obca.

Ukoronowaniem procesu mojej przemiany wewnętrznej była prośba do księdza Antoniego o chrzest. Ksiądz jednak wątpił, czy jestem już odpowiednio przygotowana i uważał, że muszę jeszcze dużo rzeczy związanych z wiarą poznać, bo nie miałam zachowanej tradycji w rodzinie. Tak to zawisło w powietrzu. Czas płynął, a ja tymczasem prowadziłam nadal wycieczki... Kiedyś zepsuł się autobus wiozący grupę dziewcząt i sióstr z warszawskiego liceum sióstr nazaretanek. Na naprawę autobusu czekaliśmy parę godzin i cały ten czas rozmawiałam z jedną z sióstr. Wkrótce potem, na jej zaproszenie, przez kilka dni byłam u niej w Polsce. To był mój pierwszy pobyt w Warszawie. Nie zapomnę, jak siostra Ruth zaprowadziła mnie do Łazienek na koncert szopenowski – było cudownie! Gościłam od tego czasu często u sióstr nazaretanek, a siostra Ruth, z którą zaprzyjaźniliśmy się serdecznie, pożyczała mi wiele książek – często też tych z „drugiego obiegu”, drukowanych w Paryżu. Całymi dniami i nawet nocami czytałam. Pierwszą, którą dostałam od niej w prezencie, była wydana w języku rosyjskim książka ojca Aleksandra Mienia „Syn człowieczy”. Na jej końcu podany był adres wydawnictwa. Niewiele myśląc, napisałam do Brukseli z prośbą o przesłanie książek. Ku mojemu zdumieniu, choć był to już okres „pierestrojki'', paczka z książkami nie tylko że doszła do Nowogródka, ale ważyła całe 15 kilogramów! To było szczęście! Większości z tych książek już u mnie nie ma – rozeszły się po ludziach. Pozostała chyba tylko ta pierwsza, moja ukochana – „Syn człowieczy”.

W 1991 roku, na dwa miesiące przed upadkiem Związku Radzieckiego, doczekałam się wreszcie swojego chrztu. Dostałam na drugie imię Justyna – po mojej babci. A siostra Ruth – moja bliska przyjaciółka – została moją matką chrzestną. Wiem, że są przyjaciele, którzy nigdy nie zdradzą i nie opuszczą – ona taka jest! Jeszcze w tym samym roku dostałam od siostry Ruth propozycję wzięcia udziału w pielgrzymce do Częstochowy, na spotkanie z papieżem Janem Pawłem II. Wśród przyjaciół i znajomych udało mi się zorganizować grupę chętnych, żeby pójść razem z siostrami. Siostra Ruth pomogła z zaproszeniem, ale nie było możliwości dostania pozwolenia na wyjazd z Białorusi. I wtedy poszłam z ofertą, do… komsomołu! Powiedziałam, że mam zaproszenie dla grupy na wyjazd do Polski, między innymi dla tych, którzy chcą jechać na spotkanie z papieżem. Zaproponowałam, że mogą dołączyć do nas swoich chętnych, którzy chcą pojechać na handel – pod warunkiem, że pomogą załatwić wizy wyjazdowe. I – udało się! Tym sposobem grupa z Nowogródka poszła na piechotę z Warszawy do Częstochowy, żeby spotkać się z papieżem.

Nie wiedziałam wtedy, co to jest „pielgrzymka”. My na Białorusi jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy wielu rzeczy. Podobni byliśmy do marnotrawnego syna, który opuścił rodzinę. On przynajmniej wiedział, że gdzieś tam ten dom istnieje, miał dokąd wrócić. A my byliśmy takimi sierotami, które nie spodziewały się, że ktoś na nas czeka.

Stała się rzecz zadziwiająca. Część z nauczycieli – komsomolców, którzy pojechali jedynie z myślą o handlu, też poszła z nami na pielgrzymkę. Nie będę opowiadać o niesamowitych doświadczeniach i wrażeniach, bo to potrwałoby do wieczora. Powiem tylko, że było to dla nas jedno wielkie święto – bez względu na zbolałe nogi. Przedtem znaliśmy tylko pochody pierwszomajowe i październikowe, a to było zupełnie coś innego! Nie było pijanych od alkoholu. Byli ludzie napełnieni radością i światłem. Pamiętam taki obrazek: czekaliśmy na przylot Ojca Świętego pod ścianami klasztoru, a blisko nas siedzi zakonnica w białych szatach z Argentyny i stoją chłopaki z Litwy – tacy wysocy, krzepcy. Kiedy wszyscy podnieśli się i głośno witali papieża, to ci chłopcy wzięli siostrę na plecy, żeby lepiej mogła go zobaczyć! Niestety, nie było wtedy z nami części moich przyjaciół, którzy nie wytrzymali trudów forsownego marszu, ale za to jedna z komsomołek w Częstochowie poprosiła o chrzest!

Doświadczyłam wtedy jednej bardzo ważnej rzeczy. My na Białorusi nie wiedzieliśmy, co to jest wspólnota, nie mieliśmy u siebie możliwości wspólnego przeżywania wydarzeń religijnych, dzielenia się swoimi przemyśleniami. Jak już ktoś był wierzący – to raczej ukrywał to. A tutaj wyczułam, że należę do czegoś wielkiego. Odczułam, że należę do wspólnoty – nie fizycznie czy społecznie, ale inaczej! Jakoś bardzo jednoznacznie wyczułam, że my wszyscy i jesteśmy mistycznym ciałem Chrystusa! I ja też jestem jego częścią! Nigdy więcej od tego dnia nie czułam się samotna. Okazało się, że kiedy należysz do tej mistycznej wspólnoty, to wystarczy tylko zaufać i prosić modlitwą o wsparcie – i tak się składa, że je dostajesz... Dla mnie najważniejsza była ta wolność i wielka radość, której już nikt nie był w stanie mi zabrać, bo ona była w środku mnie. Jestem przekonana, że Jan Paweł II jest największym człowiekiem XX wieku, a w moim osobistym życiu jego słowa „Nie lękajcie się...” zabrzmiały jak jedenaste przykazanie. To przesłanie zmieniło świat. Polska wyzwoliła się jako pierwsza. Pragnę z całego serca, żeby to „nie lękajcie się...” dało siły i doprowadziło do wolności naród Ukrainy, który teraz walczy, i naród Białorusi, który jak dotąd nie może uwolnić się od swojej niewolniczej przeszłości.

Po powrocie z pielgrzymki zajmowałam się nielegalnym wydawaniem literatury chrześcijańskiej, której nadal brakowało u nas na Białorusi. W 1994 roku zaproponowano mi wyjazd na letni kurs na uniwersytecie papieskim w Rzymie. Spotkałam na nim ludzi z Białorusi, którzy też zajmowali się podobnymi sprawami. I tam zrodziła się idea założenia katolickiego wydawnictwa w Mińsku. Mieliśmy również audiencję u papieża. Na spotkanie z Janem Pawłem II czekaliśmy około godziny. Napięcie było szalone. Przez cały czas wydawało mi się, że nie zasłużyłam na to, żeby tu być. Tam, na Białorusi, pozostawali ludzie, którzy tyle cierpieli, którzy całe życie ratowali Kościół swoją wiarą i modlitwami, a ich tu nie ma, tylko ja. Łzy leciały mi z oczu jak groch. Jestem na zdjęciu z Janem Pawłem II z czerwonym spuchniętym nosem. Nikomu go nie pokazuję.

Wydawnictwo udało się nam założyć. Trudności, wiadomo, że były. Ale jakoś udawało się je wszystkie pokonać. Zaczęliśmy na początku wydawać gazetę „Ave Maria”, marzyliśmy też o czasopiśmie dla inteligencji. Pojechałam więc do Niepokalanowa nie tyle po pieniądze, ile po wsparcie i radę. Ponad godzinę czekałam na spotkanie z redaktorem wydawnictwa ojcem Ryszardem Żubrem. Powiedziano mi, że będzie miał dla mnie tylko 15 minut... Rozmawialiśmy ze dwie godziny, miał łzy w oczach i dał dwa tysiące dolarów na wydanie pierwszego numeru naszego czasopisma oraz ręczny skaner! Później w Niepokalanowie pomagano nam drukować czasopismo „Nasza Wiara”. Dla nas jakoś nie było wtedy rzeczy niemożliwych, czuliśmy się, jak byśmy mieli skrzydła.

Polska na początku lat 90. po królewsku dzieliła się ze wszystkimi naokoło swoim „kwiatem wolności”, zdobytym tak ciężko. To był szczególny czas dla wszystkich! Kto choć jeden raz przyjął ten „kwiat” i poczuł jego woń – pozostał wolny na zawsze.

Po jakimś czasie postanowiłam założyć w Nowogródku swoje własne centrum i tam działać. Zarejestrowaliśmy Towarzystwo Filomatów „Promień” – na wzór mickiewiczowskiego. Zaczęliśmy wydawać swoje czasopismo „Ziemia Nowogródzka”, prowadziliśmy coś w rodzaju klubu, świetlicy dla utalentowanych dzieci, jeździliśmy też z nimi na obozy rekolekcyjne do Polski. Ale w 2001 roku za udział w wyborach po stronie opozycyjnej nasze Towarzystwo Filomatów rozwiązano. Zaczął się ucisk nie do wytrzymania. Straszono naszych przyjaciół i bliskich, dzwoniono po nocach, zdemolowano mi samochód pod domem, zastrzelono mojego charta. Nie dawano ani żyć normalnie, ani pracować. Pierwsza po maturze wyjechała do Polski moja córka. Przez rok, jako wolny słuchacz, uczyła się języka polskiego i innych przedmiotów w liceum sióstr nazaretanek, pod troskliwą opieką mojej przyjaciółki siostry Ruth. To dało mojej kochanej dziewczynce możliwość studiowania na uniwersytecie w Polsce. Sama wyjechałam do Polski w marcu 2006 roku – prosto z Majdanu w Mińsku, na którym protestowano przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. Uniknęłam więzienia tylko dlatego, że tego dnia, gdy nastąpiły masowe aresztowania, otwierałam w Polsce wystawę swoich fotografii. Zdecydowałam się nie wracać...

Patrząc na swoje dotychczasowe życie, na to, co przez te lata się wydarzyło, dostrzegam w nim głęboki sens. Widzę go przede wszystkim jako swoją drogę do wiary. I myślę, że w życiu warto kierować się powtarzanymi przez Jana Pawła II słowami „ Nie lękajcie się …”

  1   2   3


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość