Strona główna

Ks. Zbigniew Sobolewski Bóg jest miłością


Pobieranie 460.92 Kb.
Strona1/9
Data18.06.2016
Rozmiar460.92 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9


Ks. Zbigniew Sobolewski
Bóg jest miłością

Spis treści:




  1. Bóg jest miłością

  2. Golgota – Góra Cierpiącej Miłości

  3. Trzy Góry Miłości

  4. Eucharystia – Czwarta Góra Miłości

  5. Przykazanie miłości

  6. Imię miłości – przebaczenie

  7. Miłość czyni możliwą modlitwę

  8. Odpowiedź na miłość Bożą

  9. Dług wzajemnej miłości

  10. Maryja – najpiękniejsza odpowiedź na Miłość

Konferencja I

Bóg jest miłością
Jednym z najpiękniejszych imion Boga jest miłość. Ona przynależy do istoty Boga, który jest wspólnotą miłujących się Osób. Miłość stanowi zasadnicze odniesienie Boga do swego stworzenia. Objawia się na różny sposób w relacjach Boga z człowiekiem i światem. Ma moc stwórczą, odradzającą, przemieniająca człowieka.

Zatrzymajmy się nad tajemnicą Bożej miłości, pamiętając, że z powodu jej ogromu i naszej małości, nie będziemy w stanie jej zgłębić. Obyśmy – jak życzy nam tego św. Paweł – „w miłości wykorzenieni i ugruntowani,  wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą” (Ef 3,17–19).


Co to znaczy kochać?
Św. Jan Apostoł zostawił nam lakoniczną definicję Pana Boga w swoim Liście. Napisał: „Bóg jest miłością” (1 J 4,8; zob. także 4,16). „Zwróćmy uwagę: nie jest to po prostu stwierdzenie, że «Bóg kocha», ani tym bardziej, że «miłość jest Bogiem»! Innymi słowy, Jan nie ogranicza się do opisu działania Bożego, ale dociera do samych jego korzeni. Ponadto, nie zamierza opisać jakiegoś Boskiego przymiotu – ogólnej, być może bezosobowej miłości. Nie dochodzi do Boga wychodząc od miłości, ale skupia się bezpośrednio na Bogu, by określić Jego naturę przez nieskończony wymiar miłości. Jan chce przez to powiedzieć, że zasadniczą cechą wewnętrznego życia Boga jest miłość, a więc działanie Boga rodzi się z miłości i przepojone jest miłością: wszystko, co Bóg czyni, czyni powodowany miłością i z miłością, nawet jeśli nie zawsze możemy od razu pojąć, że to jest miłość, prawdziwa miłość”1. Nie wiemy, czy chrześcijanom współczesnym św. Janowi, wychowanym na Słowie Bożym, ale żyjącym wśród pogan, było łatwo zrozumieć znaczenie tego stwierdzenia. Co to znaczy, że Bóg kocha? Jaki charakter ma miłość Boża? Czy można to pojęcie wypełnić jakąś konkretną treścią?

Stawiamy te pytania, ponieważ mamy poważne trudności ze zdefiniowaniem słowa „miłość”. Jest to jedno z tych słów, którymi wszyscy się posługują, ale które są niezwykle trudne do zdefiniowania, jasnego określenia i to nie tylko ze względu na deformacje, jakich dopuszczają się ludzie posługujący się tym słowem. „Termin «miłość» stał się dziś jednym ze słów najczęściej używanych i także nadużywanych, którym nadajemy znaczenia zupełnie różne”2. To sprawia, że łatwo o nieporozumienia. Słowo «kocham», wypowiadane przez jednego człowieka, może oznaczać zupełnie co innego w uszach tego, kto je słyszy. Wieloznaczność, jak łatwo się przekonać, jest źródłem bardzo bolesnych nieporozumień.

Starożytni Grecy posługiwali się wieloma określeniami miłości, które precyzowały jej przedmiot. Do najbardziej rozpowszechnionych należały: eros – miłość pomiędzy kobietą i mężczyzną, która niejako sama się im narzucała, brała w swe posiadanie; philia – miłość przyjaźni, której przykładem jest relacja Jezusa do Apostołów; oraz agape – uprzywilejowana w Nowym Testamencie miłość braterska. Agape to miłość, która jest troską o bliźniego, pragnieniem jego dobra, gotowością stawania się darem dla niego. Jest szukaniem szczęścia osoby ukochanej, nawet kosztem własnych wyrzeczeń. To miłość oparta na wierze, szlachetna i czysta w intencjach, wyrażająca się w bezinteresownym „byciu dla”.

Mówi się zatem o miłości jako wszechwładnym uczuciu (eros), które potrafi opanować całkowicie człowieka. Miłość jest czymś na kształt „słodkiego szaleństwa”. W tym znaczeniu stanowi jedno z najsilniejszych pragnień człowieka, opiewanych w literaturze i malarstwie, wypełniających fabułę filmów i przedstawień teatralnych. Miłość erotyczna jest zdominowana przez pożądanie cielesne. Furorę w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia wśród zbuntowanej młodzieży zrobiło powiedzenie „make love” – „uprawiać miłość”, będące synonimem „uprawiania seksu”. Wielu osobom miłość kojarzy się z silnymi doznaniami erotycznymi, magnetycznym przyciąganiem ciał, atrakcyjnością seksualną, której trudno się oprzeć rozumowi. Jest wtedy postrzegana jako przemożna fascynacja ciałem innej osoby. Wtedy «kochać» znaczy – pragnąć zbliżenia seksualnego, zrealizować pragnienie cielesnego zjednoczenia z kimś, kogo postrzega się jako źródło przyjemności cielesnej. Miłość ta ma charakter posesywny: pragnie zatrzymać dla siebie przedmiot pożądania, cieszyć się tym, co może od niego otrzymać. To miłość skupiona przede wszystkim na tym, czym obdarza kochana osoba.

Mówi się także o miłości jako wzniosłym uczuciu, skierowanym do Ojczyzny, idei, najbliższych osób. Miłość polega wtedy na pragnieniu dobra dla osoby kochanej. Tak rozumiana miłość angażuje rozum i wolę, nie tylko uczucia człowieka. Cały człowiek oddaje się temu, kogo lub co kocha. Miłość oznacza wtedy wysiłek intelektu i woli, rozumu i uczuć na rzecz uszczęśliwienia osoby kochanej. Charakteryzuje się przestawieniem akcentów: człowiek, który kocha, stawia siebie na drugim planie. Na pierwszym zaś umieszcza przedmiot miłości, który w ten sposób staje się najważniejszy i podporządkowuje całkowicie osobę kochającą temu, co kocha. W praktyce oznacza to gotowość poświęcenia się bezwarunkowego Ojczyźnie, rodzinie, sprawie politycznej lub społecznej. Miłość angażuje. To, co człowiek uznaje za najważniejszy przedmiot miłości, porządkuje całe jego życie i wyznacza hierarchię życiowych wartości.

Także Bóg może być przedmiotem ludzkiej miłości. Wyraża się ona w tym, że człowiek wierzący uznaje Pana Boga za kogoś najważniejszego w swym życiu, za Osobę najgodniejszą czci i oddania. Miłość do Boga angażuje umysł człowieka, który pragnie poznać Boga. Angażuje również wolę człowieka, która dąży do całkowitego zjednoczenia się z wolą Bożą. Kochać Boga – oznacza poznać Go, wybrać za jedyny i najważniejszy przedmiot swej miłości oraz okazać Mu posłuszeństwo wiary poprzez wierne pełnienie woli Bożej.

Można kochać innego człowieka, ideę, Boga… Niektórzy nawet sądzą, że można kochać zwierzęta i rośliny. W zależności od przedmiotu miłości, jak widzieliśmy, słowo nabiera różnych znaczeń. Miłość w ostatecznym obrachunku znaczyłaby jakieś specjalne odniesienie człowieka – jego serca, umysłu i woli – do tego, co kocha. Czyniłaby przedmiot miłości nieobojętnym człowiekowi, wyjątkowym, jedynym. Oznaczałaby, że człowiek widzi w tym, co kocha, jakąś nadrzędną wartość, którą wynosi ponad inne wartości. Uznaje za największą. W miłości mielibyśmy zawsze element wybrania i wyniesienia tego, co kochamy. Podporządkowania i gotowości wyboru drugiego planu, byleby uczynić miejsce temu, co jest ukochane. Miłość czyni mniej ważnym kochającego.
Bóg kocha
A czy Bóg może kochać? To pytanie musimy postawić z ogromną ostrożnością, aby nie ulec pokusie antropomorfizacji Boga, przypisywania Mu pasji i namiętności ludzkich. Jaką treść zawierają stwierdzenia „Boża miłość”, „Bóg kocha”? Co tak naprawdę znaczy janowe stwierdzenie: „Bóg jest miłością”?

Aby odpowiedzieć na te pytania, winniśmy najpierw zauważyć zasadniczą różnicę pomiędzy biblijnym obrazem Jedynego i prawdziwego Boga, a bóstwami pogańskimi, znanymi nam z kultur starożytnych. Chodzi o zasadniczą różnicę w odniesieniu Boga i bóstw do świata stworzonego. Biblia mówiąc o Bogu Jahwe posługuje się rewolucyjnym wręcz obrazem Boga, który zasadniczo różni się od koncepcji bóstw pogańskich.

Jahwe jest Bogiem żywym i prawdziwym. Tylko On istnieje jako stwórca nieba i ziemi. „On sam, jest autorem całej rzeczywistości; pochodzi ona z potęgi Jego stwórczego Słowa. To oznacza, że to Jego stworzenie jest Mu drogie dlatego właśnie, że przez Niego było chciane, przez Niego «uczynione». W ten sposób pojawia się teraz drugi ważny element: ten Bóg kocha człowieka. Boża moc, którą Arystoteles, u szczytu filozofii greckiej, starał się uchwycić swą myślą przez refleksję, jest dla każdego bytu przedmiotem pożądania i miłości – jako rzeczywistość kochana. To bóstwo porusza świat, ale ono samo nie potrzebuje niczego i nie kocha, a jedynie jest kochane. Natomiast Bóg jedyny, w którego wierzy Izrael, miłuje osobiście. Jego miłość ponadto jest miłością wybrania: spośród wszystkich ludów dokonuje wyboru Izraela i miłuje go – mając jednak na celu uzdrowienie w ten właśnie sposób całej ludzkości”3. Tak więc Bóg nie pozostaje obcy i obojętny wobec swego stworzenia. Nie tylko dał mu istnienie, nadał prawa nim rządzące, ale nieustannie podtrzymuje je w istnieniu. Troszczy się o nie.

Z kart Starego Testamentu opisujących historię Narodu Wybranego wyłania się obraz Boga całkowicie zaangażowanego po stronie swego umiłowanego ludu. Bóg nie tylko stworzył świat i człowieka, którego dopuścił do przyjaźni ze sobą. Pozwalał się poznać wchodząc w szczególną relację przyjaźni z patriarchami. Noe, Abraham, Izaak, Jakub mogli poznawać coraz bardziej łaskawość Boga dzięki doświadczeniu Jego obecności i łaskawości. Bóg sam wychodził im naprzeciw. Pozwalał zbliżyć się do siebie jako ten, któremu zależy na ich losie. W sposób szczególny Bóg objawił swą obecność i działanie w historii uwolnienia z niewoli egipskiej. Mojżesz przekonał się, jak bardzo Bogu zależy na wolności Izraelitów, skoro prowadził ich do Ziemi Obiecanej przez długie czterdzieści lat, karmiąc manną i pojąc wodą na pustyni, cierpliwie znosząc ich szemrania i niedowiarstwo. Bóg kształtował swój lud podczas tej wędrówki odsłaniając jednocześnie prawdę o sobie: jest Bogiem bliskim, a nie dalekim. „Bo któryż naród wielki ma bogów tak bliskich, jak Pan, Bóg nasz, ilekroć Go wzywamy?” – pytał zdumiony autor księgi Powtórzonego Prawa (4,7).

Miłość Boża do człowieka, obecna w historii Narodu Wybranego, jako profetyczna zapowiedź Jego miłości do całej ludzkości, manifestuje się szczególnie wyraźnie w momentach niewierności Izraela wobec swego Stwórcy i Zbawcy. Naród ten wielokrotnie łamał przymierze z Bogiem oddalając się od Niego, służąc obcym bożkom, okazując brak posłuszeństwa prawu moralnemu. Jednym z największych wykroczeń Izraela za czasów proroków były: niewierność Bogu i zaniedbywanie prawdziwego kultu. Jak skarżył się On przez proroka Izajasza: „ten lud zbliża się do Mnie tylko w słowach i sławi Mnie tylko wargami, podczas gdy serce jego jest z dala ode Mnie; (…) cześć jego jest dla Mnie tylko wyuczonym przez ludzi zwyczajem” (Iz 29,13).

Właśnie z tego okresu niewdzięczności i niewierności Bogu pochodzą najpiękniejsze Jego zapewnienia o miłości. Ustami proroków Ozeasza i Ezechiela Bóg przyrównywał siebie do Oblubieńca, a Izrael do niewiernej Oblubienicy. „Zwłaszcza Ozeasz ukazuje nam wymiar agape w miłości Boga do człowieka, który nieskończenie przewyższa aspekt darmowości. Izrael dopuścił się «cudzołóstwa», zerwał Przymierze; Bóg powinien był go osądzić i wyrzec się go. Ale w tym właśnie okazuje się, że Bóg jest Bogiem, a nie człowiekiem: «Jakże cię mogę porzucić, Efraimie, i jak opuścić ciebie, Izraelu?... Moje serce na to się wzdryga i rozpalają się moje wnętrzności. Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu, i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem; pośrodku ciebie jestem Ja – Święty» (Oz 11,8–9). Namiętna miłość Boga do swojego ludu – do człowieka – jest zarazem miłością, która przebacza. Jest ona tak wielka, że zwraca Boga przeciw Niemu samemu, Jego miłość przeciw Jego sprawiedliwości. Chrześcijanin widzi w tym już zarysowujące się misterium Krzyża: Bóg tak bardzo miłuje człowieka, że sam stawszy się człowiekiem, przyjmuje nawet jego śmierć i w ten sposób godzi sprawiedliwość z miłością”4.

Boża miłość, wyrażająca się w wybraniu i opiece, jest większa od grzechu bałwochwalstwa Izraela. Bóg nie przestał kochać swej Oblubienicy tylko dlatego, że okazała się występna i niewdzięczna. Boża miłość objawiła się wtedy w karaniu i nadziei. Dopuszczając na Izrael konsekwencje zerwanego przymierza, jednocześnie Bóg niejako stawał po jego stronie ze słowem nadziei i obietnicy odmiany losu. Nawet gdy karał, Bóg objawiał swe zatroskanie o lud. Był bowiem wierny sam sobie, miłości, słowu miłości, które wypowiedział i pragnął dotrzymać na zawsze i bez względu na czyny człowieka.

Podsumowując opis obrazu miłości Bożej, jaki wyłonił się z kart Starego Testamentu, możemy powiedzieć, że miłość ta przejawiła się jako pragnienie dobra i szczęścia ludu wybranego. Stała się ona zaangażowaniem Boga na rzecz narodu, jego wolności i pomyślności. Miłość Boża wyrażała się w przebaczeniu niewierności i zdrad, których ucieleśnieniem było bałwochwalstwo. Cechami tej miłości są: cierpliwość, łagodność, umiarkowanie w karaniu, miłosierdzie i łaskawość. To miłość, która nie zanika w obliczu zła, lecz przeciwnie – rozpala się jeszcze bardziej, by doprowadzić do pojednania i przebaczenia.


Bóg objawia miłość w Chrystusie
Pełnia prawdy o Bogu, który jest miłością, została nam objawiona w Nowym Testamencie. Objawienie Boże, jakie dokonało się definitywnie poprzez słowa i czyny Chrystusa, przyniosło prawdę o tym, że Bóg jest Trójcą kochających się Osób. „Dziś kontemplujemy Trójcę Przenajświętszą, w takim duchu, w jakim nam Ją ukazał Jezus. On nam objawił, że Bóg jest miłością «nie przez jedność osoby, lecz przez to, że Trójca ma jedną naturę» (Prefacja): jest Stwórcą i miłosiernym Ojcem; jest Jednorodzonym Synem, wcieloną wieczną Mądrością, dla nas umarł i zmartwychwstał; jest Duchem Świętym, który wszystko prowadzi, wszechświat i historię, do ostatecznego spełnienia. Trzy Osoby są jednym Bogiem, bo Bóg jest miłością, Syn jest miłością, Duch jest miłością, nieskończoną i wieczną. Nie żyje we wspaniałej samotności, lecz jest niewyczerpanym źródłem życia, które wciąż się daje i przekazuje. Możemy odczuć to w pewnej mierze, obserwując zarówno makrokosmos: naszą ziemię, planety, gwiazdy, galaktyki; jak też mikrokosmos: komórki, atomy, cząsteczki pierwsze. Wszystko, co istnieje, nosi w sobie w pewnym sensie «imię» Trójcy Przenajświętszej, ponieważ cały byt, aż po najmniejsze cząsteczki, opiera się na związkach, które odzwierciedlają relacyjność Boga, ukazują stwórczą miłość. Wszystko pochodzi z miłości, dąży do miłości, oczywiście w różnym stopniu świadomości i wolności. «O Panie, nasz Boże, jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi!» (Ps 8,2) – woła Psalmista. Mówiąc o «imieniu», Biblia wskazuje na samego Boga, na Jego najprawdziwszą tożsamość, która jaśnieje w całym stworzeniu, gdzie każda istota ze względu na sam fakt, że istnieje, i na to, z czego jest «utkana», podlega transcendentnej zasadzie, wiecznemu i nieskończonemu życiu, które się daje – jednym słowem: Miłości. «W Nim bowiem – powiedział św. Paweł na Areopagu w Atenach – żyjemy, poruszamy się i jesteśmy» (Dz 17,28). Najmocniejszy dowód na to, że jesteśmy stworzeni na obraz Trójcy Świętej, jest następujący: tylko miłość daje szczęście, bo żyjemy w związku; żyjemy, żeby kochać i żeby ktoś nas kochał. Posługując się obrazem zaczerpniętym z biologii, powiedzielibyśmy, że istota ludzka nosi w swoim «genomie» głęboki ślad Trójcy, Boga – Miłości”5.

Boża miłość ku ludziom objawiła się w Chrystusie. On stał się Słowem miłości, wypowiedzianym przez Ojca do zagubionej ludzkości. Mówi o tym sam Jezus w nocnej rozmowie z Nikodemem. „A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego” (J 3,14–18).

Kluczem do zrozumienia działania Bożego wobec człowieka jest przebaczająca miłość. Jezus w rozmowie z Nikodemem odwołał się do epizodu, jaki miał miejsce podczas wyjścia z Egiptu. Ponieważ Żydzi szemrali przeciwko Bogu i Mojżeszowi z powodu niewygód i trudności wędrówki przez pustynię, Bóg ukarał ich, zsyłając jadowite węże. Była to kara słuszna, ale nie wyniszczająca. Bóg wymierzył sprawiedliwość buntownikom, ale jednocześnie dał szansę ocalenia – nakazał sporządzić węża miedzianego i umieścić go wysoko ponad ich głowami. Mogli ocaleć. To charakterystyczny sposób działania Boga: nawet, gdy karze, nie pozbawia nadziei. Wskazuje drogi ocalenia.

Dlaczego? Ponieważ, jak czytamy u Ezechiela, Bogu nie zależy na śmierci grzesznika, lecz na jego nawróceniu i szczęściu. „Umrze tylko ta osoba, która grzeszy. Syn nie ponosi odpowiedzialności za winę swego ojca ani ojciec – za winę swego syna. Sprawiedliwość sprawiedliwego jemu zostanie przypisana, występek zaś występnego na niego spadnie. A jeśliby występny porzucił wszystkie swoje grzechy, które popełniał, a strzegł wszystkich Moich ustaw i postępowałby według prawa i sprawiedliwości, żyć będzie, a nie umrze: nie będą mu poczytane wszystkie grzechy, jakie popełnił, lecz będzie żył dzięki sprawiedliwości, z jaką postępował. Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – wyrocznia Pana Boga – a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?” (Ez 18,20–23).

Bóg przepełniony miłością do człowieka posłał swego Syna na świat, aby uzdrowił go i wyzwolił od zła. Misją Chrystusa, zrodzoną z miłości Bożej, jest obdarowywanie nowym życiem. Celem Jego działania jest naprawa rzeczywistości skażonej grzechem i podniesienie człowieka ze stanu upadku – do stanu komunii z Ojcem. Miłość Ojca przejawia się w darze Syna, wraz którym Bóg ofiarował człowiekowi nowe możliwości, nową bytową jakość. Uczynił go kimś o wiele większym, niż stworzył. „Przychodząc na świat, Jezus obficie obdarzył ludzi darami dobroci, miłosierdzia i miłości. Apostoł Jan, wyrażając niejako uczucia ludzi wszystkich czasów, pisze: «Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi» (1 J 3,1). Ten, kto przystaje, by kontemplować bezbronnego Syna Bożego leżącego w żłóbku, nie może nie być zaskoczony tym wydarzeniem, które nam, ludziom, wydaje się niewiarygodne; nie może nie podzielać zdumienia i pokornej ufności Maryi Dziewicy, którą Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela – właśnie ze względu na Jej pokorę. W Betlejemskim Dzieciątku każdy człowiek odkrywa, że Bóg kocha go bezinteresownie; w świetle Bożego Narodzenia staje się widoczna dla każdego z nas nieskończona dobroć Boga. W Jezusie Ojciec niebieski nawiązał z nami nową relację: uczynił nas «synami w swym Synu». Do medytowania nad tą właśnie rzeczywistością zachęca nas w tych dniach św. Jan głębokimi i bogatymi w treści słowami. Wysłuchaliśmy ich przed chwilą.

Umiłowany apostoł Pana podkreśla, że «rzeczywiście jesteśmy dziećmi» (por. 1 J 3,1). Nie jesteśmy tylko stworzeniami, ale dziećmi; w ten sposób Bóg jest nam bliski; przyciąga nas do siebie w momencie wcielenia, stając się jednym z nas. Rzeczywiście należymy zatem do rodziny, której Ojcem jest Bóg, bo Jezus, Jednorodzony Syn, przyszedł postawić swój namiot wśród nas – tym namiotem jest Jego ciało – aby zgromadzić wszystkie narody w jedną rodzinę, rodzinę Boga, która rzeczywiście uczestniczy w życiu Bożym; w jeden lud, jedną rodzinę. Przyszedł, aby objawić nam prawdziwe oblicze Ojca. I jeśli teraz wypowiadamy słowo «Bóg», to ze świadomością, że nie odnosi się ono już do rzeczywistości, którą znamy jedynie z daleka. Znamy oblicze Boga: jest to oblicze Syna, który przyszedł, by przybliżyć nam i ziemi rzeczywistość nieba. Św. Jan pisze: «W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował» (1 J 4,10). W Boże Narodzenie rozbrzmiewa w całym świecie proste i przejmujące orędzie: «Bóg nas kocha». «My miłujemy Boga – mówi św. Jan – ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował» (1 J 4,19)”6.


Zbawcza miłość Chrystusa
Miłość Boża w życiu i działaniu Chrystusa objawiła się na wiele sposobów. Przede wszystkim, jako wyzwalająca moc mądrości Jego Ewangelii. Chrystus przyniósł ludziom pełną prawdę o Bogu. Uwolnił ludzkie serca od lęku przed Ojcem, zastępując go synowską bojaźnią. Zniósł mnogość szczegółowych przepisów Prawa, wracając do tego, co istotne – przykazania miłości. W swoim nauczaniu Chrystus odsłaniał obraz Boga miłosiernego, przebaczającego, pełnego łagodności, gotowego pojednać się z grzesznikami.

Zwłaszcza w przypowieściach ewangelicznych, których wiele znajdujemy u św. Łukasza, odsłaniał obraz Boga, którego moc miłości odsłania się w przebaczeniu i pojednaniu. Bóg kocha i szuka człowieka. Jest jak dobry pasterz, który niepokoi się o los zagubionej owcy. Jest jak kobieta, której zagubił się drobny pieniążek i nie przestała go szukać, aż znalazła. Jest jak mądry i spokojny Ojciec, który umie czekać na powrót syna marnotrawnego.

Boża miłość ukonkretniała się w licznych sytuacjach, w których Jezus odpuszczał grzechy i wypędzał złe duchy. Spotkanie z człowiekiem sparaliżowanym jest typową manifestacją Bożej miłości, przebaczającej i obdarowującej nowym życiem. Jezus uzdrawiał chorych i pocieszał znękanych na duchu. Był blisko zasmuconych, dzieląc ich cierpienie. Prawdziwie spełniło się dzięki Niemu prorocze słowo, że Bóg stanie się «Emanuelem», to znaczy «Bogiem z nami» (zob. Iz 7,14).

Oblicze miłującego Ojca wyłania się nie tylko z nauk Chrystusa, ale także z czynów, którymi je potwierdzał. Zaświadcza Ewangelista: „Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza” (Mt 9,35–36).

Jezus sam o sobie powiedział w synagodze w Nazarecie, że jest obiecanym Mesjaszem, który przyszedł objawić światu koniec gniewu Bożego i czas miłosierdzia. „Potem powrócił Jezus w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich. Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: «Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana». Zwinąwszy księgę, oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: «Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli». A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego” (Łk 4,14–22).

W sposób szczególnie wyraźny miłość Boża ukonkretniała się w solidarności Chrystusa z grzesznikami. Jezus czuł się lekarzem, którzy przyszedł przede wszystkim do chorych. Kiedy faryzeusze oskarżali Go o bratanie się z grzesznikami, Jezus wytłumaczył im, że „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary». Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,12–13). 

Do ludzi słabych, zmęczonych, pozbawionych perspektyw lepszej przyszłości, skazanych na porażkę, obarczonych cierpieniem, Jezus kierował słowa otuchy i zachęcał: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,28–30).

Najczytelniejszym znakiem Bożej miłości wobec człowieka stał się krzyż Chrystusa i Jego ofiara z samego siebie. Chrześcijanie od samego początku widzieli w krzyżu Chrystusa ołtarz, na którym On sam złożył siebie, niczym niepokalanego baranka w ofierze za zbawienie świata. Jego śmierć miała miejsce o godzinie, w której zabijano w świątyni paschalnego baranka. Krew i woda wypłynęły z Jego przebytego włócznią boku, gdy krew baranków zmieszana z wodą spływała z boku świątyni. „Na rozlegające się we wszystkich częściach ziemi wołanie, spowodowane przez przelew krwi, Bóg odpowiada krwią swego Syna, który za nas oddał życie. Chrystus na zło odpowiedział nie złem, lecz dobrem, swoją nieskończoną miłością. Krew Chrystusa jest rękojmią wiernej miłości Boga do ludzkości. Patrząc na rany Ukrzyżowanego, każdy człowiek, nawet w warunkach największej nędzy moralnej, może powiedzieć: Bóg mnie nie opuścił, kocha mnie, oddał za mnie życie – i to pozwala mu odzyskać nadzieję”7.

Bóg przyjął ofiarę swego Syna, dokonaną w duchu całkowitego posłuszeństwa i miłości – i poprzez wskrzeszenie z martwych Chrystusa objawił Jego pojednawczą, uzdrowieńczą moc. Okazało się, że miłość Boża jest potężniejsza od śmierci.
Podsumowując:
Nie kocham Cię dlatego, mówi Bóg,

że jesteś kimś pięknym

mądrym

wiernym


masz dobre serce

starasz się pełnić Mą wolę

żyjesz uczciwie.
Nie dlatego Cię kocham, mówi Bóg,

Że tak wiele dla Mnie robisz:

oddałeś Mi swoje życie

zrezygnowałeś dla Mnie z tak wielu rzeczy

ofiarowałeś Mi swe serce.
Także Twoja pokora

Delikatność, pobożność, posłuszeństwo

nie skłaniają Mnie do kochania Ciebie
Wiesz dlaczego Cię kocham?

Dlatego, że jestem Miłością.

Konferencja II

Golgota – Góra Cierpiącej Miłości


Jednym z najświętszych miejsc chrześcijaństwa jest wzgórze Golgoty. Tutaj stanął krzyż Chrystusa, na którym dokonało się misterium zbawienia (zob. Mk 15,22–24). To miejsce, straszne samo w sobie, gdyż nosiło piętno miejsca kaźni, stało się miejscem uświęconym miłością Syna Bożego. Stało się Górą Błogosławieństwa, na którym objawiła swą potęgę życiodajna miłość Boża. Golgota – z wieńczącym ją krzyżem Chrystusa – stała się niemym świadkiem prawdy, że miłość Boga do człowieka nie jest gołosłowna. Bóg kocha człowieka aż po krzyż swego Syna. Krzyż jest sphragis – znakiem, pieczęcią miłości, która nie ulękła się cierpienia i śmierci. Dlatego Wzgórze Golgoty i znak krzyża są tak bardzo drogie naszym sercom.
Słowa i czyny miłości
Nie trzeba specjalnie znać się na ekonomii, by wiedzieć, że to, co wartościowe, kosztuje. Drogocenna rzecz ma swoją cenę. Nie można jej nabyć okazjonalnie, za kilka groszy. Chyba, że ktoś oszukuje nieświadomego sprzedawcę. Jeśli chcemy nabyć wartościowy zegarek, biżuterię, dzieło sztuki, lub jakąkolwiek inną rzecz, która jest cenna – musimy liczyć się z poważnym wydatkiem.

Podobnie to, co niezwykle cenne w relacjach ludzkich, również nie przychodzi bez wysiłku, bez pracy lub wysiłku. Tylko w poezji zdarzają się „wielkie improwizacje”, nagłe olśnienia, które pozwalają stworzyć artyście coś genialnego. Zwyczajnie jednak artysta musi się wiele uczyć i trudzić.

To samo prawo, które rządzi bezwzględnie ludzką ekonomią i życiem społecznym, obowiązuje w tym, co dla człowieka jest najważniejsze, co się liczy najbardziej – w miłości.

Do natury ludzkiej miłości należy to, że nie jest gołosłowna, ale wyraża się w słowach i czynach.

Do istoty miłości należy słowo. Ono ją objawia, utożsamia, nadaje jej imię. Słowo miłości – obietnica, zapewnienie, pytanie, stwierdzenie, wyczekiwanie odpowiedzi – sprawia, że miłość może wybrzmieć. Przestaje być niema.

Do istoty miłości należy też czyn. Miłość potrzebuje wyrazu, działania, gestu, aktu. Nie zamyka się jedynie w słowach, które łatwo podważyć i które można wypowiadać lekkomyślnie, kłamliwie. Miłość żyje gestami oddania. Miłość rodzi się wtedy, gdy się uzewnętrznia w spojrzeniu, poświęconej uwadze, w słowie skierowanym do osoby kochanej. Zaczyna się od deklaracji, ale szybko dojrzewa do potwierdzeń. Kochający potwierdzają jej autentyczność nie w słowach, obietnicach, zapewnieniach o wierności, ale w postawie, którą wobec siebie zajmują. Ci, którzy kochają, wiedzą, że miłość trzeba weryfikować. Autentyczna miłość wyrazi się w konkretnych działaniach.

W ciągu wieków ludzie wypracowali sposoby weryfikowania prawdziwej miłości. Jednym z nich jest gotowość poświęcenia się, oddania kochanej osobie, lojalność i wierność w każdej sytuacji. Miłość okazuje się prawdziwa, gdy jest trwała, odporna na pokusy i trudności. Okazuje się prawdziwa, gdy wytrzymuje życiowe burze i zawieruchy.

Największym znakiem autentycznej miłości jest gotowość cierpienia, oddania życia za osobę kochaną. Miłość nierozłącznie więc wiąże się z poświęceniem i oddaniem. Z Ofiarą. Ten, kto kocha, zapomina o sobie tak bardzo, że gotów jest żyć tylko dla osoby kochanej, pragnąć jej integralnego dobra. Miłość zatem prowadzi do daru z siebie. Ma charakter oblatywny. Dlatego św. Tomasz z Akwinu uczył, że „kochać, to znaczy stać się darem dla osoby ukochanej”. Miłość, niezależnie od tego, czy mówimy o miłości małżeńskiej, rodzicielskiej, czy też jakiejkolwiek innej, uzdalnia do daru z siebie naznaczonego krzyżem. Rodzice, kochając swe dzieci, umieją dla tej miłości poświęcić wiele ze swego życia osobistego. Kto kocha Ojczyznę, potrafi nawet – gdy trzeba – oddać życie w jej obronie.


Znaki Bożej miłości
Czy możemy to samo, co do tej pory powiedzieliśmy o ludzkiej miłości, odnieść do miłości Bożej? Czy ona również wyraża się i weryfikuje nie tyle w Bożych obietnicach, ile w Bożych darach i czynach?

Biblia jak najbardziej upoważnia nas do dania odpowiedzi twierdzącej. Miłość Boga do człowieka nie jest gołosłowna. Potwierdzają ją Boże działania. Pierwszym znakiem miłości Bożej jest samo dzieło stworzenia. Bóg ukochał świat, a w nim człowieka, dlatego powołał go do istnienia. Ilekroć patrzymy na wspaniałe dzieło Boże, jakim jest nieogarniony kosmos, ilekroć zastanawiamy się nad cudem życia, nad naszym istnieniem, tylekroć możemy odczytać dzieło stworzenia jako znak miłości Boga, który w sposób całkowicie wolny obdarzał istnieniem. Autor Księgi Mądrości, zachwycony światem stworzonym, który Bóg nieustannie podtrzymuje w istnieniu, nazwał Go „miłośnikiem życia” (Mdr 11,26).

Jan Paweł II, komentując stwierdzenie św. Jana, że „Bóg jest miłością” (1 J 4,16), zauważył, że prawda ta jest obecna w całym objawieniu Bożym, rozświetlając „objawioną rzeczywistość stworzenia i rzeczywistość przymierza. Jeżeli stworzenie ujawnia wszechmoc Boga – Stwórcy, to wszechmoc ta ostatecznie tłumaczy się przez miłość. Stworzył – bo mógł, bo jest wszechmocny, wszechmocą jednak kierowała mądrość i miłość”8.

Znakiem stwórczej miłości Boga jest nie tylko akt powołania do istnienia, ale również nieustanne udzielanie życia stworzeniu. Podtrzymywanie go. Prawdę tę wyznawał Psalmista:

„Jak liczne są dzieła Twoje, Panie!

Ty wszystko mądrze uczyniłeś:

ziemia jest pełna Twych stworzeń.

Oto morze wielkie, długie i szerokie,

a w nim jest bez liku żyjątek

i zwierząt wielkich i małych.

Tamtędy wędrują okręty, i Lewiatan,

którego stworzyłeś na to, aby w nim igrał. 

Wszystko to czeka na Ciebie,

byś dał im pokarm w swym czasie.

Gdy im udzielasz, zbierają;

gdy rękę swą otwierasz, sycą się dobrami. 

Gdy skryjesz swe oblicze,

wpadają w niepokój;

gdy im oddech odbierasz,

marnieją i powracają do swojego prochu.

Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha

i odnawiasz oblicze ziemi” (Ps 104,24–30).


Biblii więc nieobca jest myśl, że Bóg kocha swe stworzenie i dzięki tej miłości cieszy się ono szczęściem istnienia. Bóg objawia swą miłość w działaniu dla ocalenia swych stworzeń. „Potężnie działać zawsze jest w Twej mocy i któż się oprze potędze Twojego ramienia? Świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali, kropla rosy porannej, co spadła na ziemię. Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia!”9. Jan Paweł II zauważył: „Im bardziej wczytujemy się w pisma wielkich Proroków, tym bardziej odsłania się w nich oblicze Boga–Miłości. Oto Pan mówi ustami Jeremiasza: «Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość» (hebr: hesed) (Jer 31,3).

A oto słowa Izajasza: „Mówi Syjon: «Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał». Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,14–15).

Jakże znamienne jest w słowach Boga to odwołanie do miłości matczynej: miłość Boża daje się poznać nie tylko przez ojcostwo, ale również przez niedoścignioną czułość macierzyństwa! I jeszcze raz słowa Izajasza: „Góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość Moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się Moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad Tobą” (Iz 54,10)10.

W dziejach przymierza stopniowo objawiała się Boża miłość. Najpierw jej adresatem był Naród Wybrany, potem cała ludzkość. Znakiem miłości Bożej było bez wątpienia nadanie przykazań. Bóg uczył swój lud prawdy o dobru i złu. Przestrzegał przez grzechem i jego skutkami. Dzięki Bożej pedagogii lud nie błądził w poszukiwaniu prawdy i dobra. Poznawał, czym jest sprawiedliwość, którą należy kierować się w relacjach z bliźnimi i prawda, którą trzeba żyć. Miłość Boża przejawiała się w cierpliwym korygowaniu błędnych postaw i niewierności. Bóg wielokrotnie okazywał się wobec swoich wybranych w pełni swej łagodności, cierpliwości i miłosierdzia. Dlatego Psalmista mówiąc o pokoleniach swoich rodaków, opiewał Jego dobroć dla grzeszników:

„Przekazują pamięć o Twej wielkiej dobroci

i radują się Twą sprawiedliwością.

Pan jest łagodny i miłosierny,

nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.

Pan jest dobry dla wszystkich

i Jego miłosierdzie ogarnia wszystkie Jego dzieła” (Ps 145,7–9).

Odkupieńcza miłość Boga do ludzi znalazła swe apogeum w zbawczym dziele Chrystusa. W tajemnicy Jego krzyża.
Miłość Ukrzyżowana
Ewangelista Jan zostawił nam wielką mowę Jezusa z Ostatniej Wieczerzy. Rozpoczynając narrację, Jan podaje duchowe okoliczności pożegnalnej uczty z uczniami. „Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1). Jezus, gotowy na śmierć odkupieńczą za wszystkich ludzi, przepełniony miłością Ojca do grzeszników, niejako sam wyznaje, co jest probierzem tej miłości. Zwracając się do swoich uczniów, Jezus powiedział: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Rzeczywiście, jeśli miłość mierzy się ofiarą i oddaniem sprawie ukochanej osoby, to nie ma większej miłości, od tej, która każe oddać swe życie.

Św. Paweł, komentując ofiarę krzyża, napisał do Rzymian: „Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy jeszcze byli bezsilni. A nawet za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością. Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni. Jeżeli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie. I nie tylko to – ale i chlubić się możemy w Bogu przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego teraz uzyskaliśmy pojednanie” (Rz 5,6–11).

Paweł rozumiał krzyż jako znak Bożej miłości. Dla Apostoła był potwierdzeniem zbawczej woli Boga, Jego niezgłębionego miłosierdzia i hojności w przebaczaniu.

Patrząc na krzyż nikt nie może powiedzieć, że miłości Boża jest gołosłowna, że nic nie kosztuje Boga. Tajemnica Golgoty odsłania ogrom Bożej miłości. Syn Boży dla zbawienia człowieka gotów był cierpieć i umierać. Przyjąć haniebną śmierć i odrzucenie, którego była znakiem. Trzeba pamiętać, że krzyż dla Żydów miał szczególne znaczenie. Był nie tylko narzędziem okrutnej śmierci, znakiem ponadludzkiego cierpienia. Krzyż miał złe konotacje religijne: był jawnym dowodem, że skazanego potępia sam Bóg. Św. Marek opisując godziny konania Jezusa na Golgocie mówi o tym, że „ci , którzy przechodzili obok, przeklinali Go, potrząsali głowami, mówiąc: «Ej, Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, zejdź z krzyża i wybaw samego siebie!» Podobnie arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie drwili między sobą i mówili: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Mesjasz, król Izraela, niechże teraz zejdzie z krzyża, żebyśmy widzieli i uwierzyli»” (Mk 15,29–32). Nie bierzmy tego opowiadania jedynie za relację wydarzeń. Ma ona głębszy, teologiczny sens. Urągający Jezusowi rozumieją krzyż jako znak odrzucenia przez Boga. To, że Jezus na nim wisi i kona, jest wystarczającym zaprzeczeniem wszystkiego, co mówił o jedności z Ojcem. Wiszący na krzyżu Jezus doświadcza okrutnej samotności. Potępiony i skazany przez ludzi, wisi zawieszony między niebem i ziemią, jakby w próżni. Ziemia Go nie chce. I zdaje się również, że nie chce Go niebo. Jezus doświadcza samotności, a znakiem jej jest skarga, którą wypowiedział resztkami sił: „O godzinie dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Eloi, Eloi, lema sabachthan»i, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mk 15,34).

Ale właśnie w tym opuszczeniu i ekstremalnej samotności Jezus wypełnia do końca wolę Ojca. Oddaje Mu swego ducha w akcie całkowitego posłuszeństwa i zawierzenia. „A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają, nazwany przez Boga kapłanem na wzór Melchizedeka” (Hbr 5,8–10).

Tego posłuszeństwa i zawierzenia zabrakło Adamowi i Ewie w raju, gdy posłuchawszy podszeptów szatana złamali Boży zakaz (zob. Rdz 3,6). Nieposłuszeństwo Adama wprowadziło śmierć na świat (zob. Rz 3,19). Posłuszeństwo Chrystusa dało człowiekowi nowe życie (zob. Rz 5,14-17).

Syn Boży i zarazem Syn Człowieczy, Jezus zawsze posłuszny Ojcu, pozostał takim również w godzinie największej ciemności. Wyszedł z tej ostatecznej próby zwycięsko.

„Bóg nie odkupił świata mieczem, lecz krzyżem. Jezus umierający wyciąga ramiona. Jest to przede wszystkim znak męki, w której On pozwala się przybić za nas do krzyża, aby dać nam swoje życie. Lecz wyciągnięte ręce są zarazem postawą modlącego się człowieka, pozycją, jaką przybiera kapłan, gdy w modlitwie rozkłada ręce: Jezus przemienił mękę – swoje cierpienie i swoją śmierć – w modlitwę, i w ten sposób przemienił ją w akt miłości do Boga i do ludzi. Dlatego rozłożone ramiona Ukrzyżowanego wyciągają się także do uścisku, którym On przyciąga nas do siebie, pragnie zamknąć w objęciach swej miłości. I tak jest On obrazem Boga żyjącego, samym Bogiem, możemy Mu zaufać”11.

Krzyż jest pieczęcią Bożej wierności. Pocałunkiem, który Bóg złożył na czole każdego człowieka. Zadatkiem zbawienia i łaski.

Ilekroć człowiek zadawać będzie sobie pytanie, ile jest wart w oczach Bożych, tylekroć znajdzie odpowiedź w krzyżu z Golgoty. „Jesteś wart w moich oczach – zdaje się mówić Ojciec – tyle, ile warta jest męką i krew Mego Syna, Jezusa”.

Jeśli człowiek będzie pytał Boga, «na ile Ci na mnie zależy?» – krzyż Chrystusa podpowie Mu, jak bezgraniczna jest miłość Boża mu ofiarowana. Odkąd krzyż stanął na Wzgórzu Golgoty i został obmyty niewinną krwią Chrystusa, Bóg inaczej nie patrzy na swe stworzenie, jak przez pryzmat krzyża swego Syna.
Krzyż Chrystusa – Jego wolnym wyborem
Chrystus stał się dobrowolnie męczennikiem miłości. Golgota nie została Mu narzucona. Czytając opis Męki Chrystusa, począwszy już od Ostatniej Wieczerzy i nocnej modlitwy w Ogrójcu, łatwo dostrzeżemy, że Chrystus jest świadomy wszystkiego, co się dzieje, że „nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca” (J 13,1). Postępował jak Dobry Pasterz: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca” (J 10,14–18). 

Z postaci Jezusa bije majestat królewski, synowski, Boży. To nie ludzie zmuszają Go do śmierci krzyżowej. To On sam siebie składa w ofierze przebłagalnej za grzechy świata. Wszystko, co się wydarzyło w mrocznych godzinach Wielkiego Piątku, chociaż zdawało się być triumfem szatana, było świadomym wyborem Jezusa, podyktowanym przeogromną miłością do Ojca i ludzi. Chociaż Jezus wiedział o swej śmierci, trudno doszukać się w Nim jakiegoś uczucia wymuszonej rezygnacji, bezsilności wobec nieuchronności wypadków, ducha fatalizmu. Nie! Jezus jest wolny od wewnętrznego przymusu. Świadczą o tym słowa wypowiedziane do uczniów: „Oto nadchodzi godzina, a nawet już nadeszła, że się rozproszycie – każdy w swoją stronę, a Mnie zostawicie samego. Ale Ja nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną. To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,32–33). 

Krzyż był obecny w ziemskim życiu Jezusa niemalże od początku. W Betlejem zarysował się jako skrajne ubóstwo i odrzucenie (zob. Łk 2,7). W ucieczce do Egiptu dopełnił jako prześladowanie (zob. Mt 2,13). W późniejszych latach Jezus doświadczył życia pełnego wyrzeczeń i ubóstwa (zob. Łk 9,58). Był źle osądzany przez przywódców religijnych (zob. Mk 2,16; J 7,30). Przywódcy żydowscy uknuli przeciwko Niemu spisek i szukali sposobności, by Go zgładzić (Mk 14,1). Podobnie i herod chciał Jego śmierci (zob. Łk 13,31).

Jezus liczył się z rzeczywistością krzyża. Zapowiadał swą śmierć ze spokojem i ufnością. W Ewangelii mamy trzy uroczyste zapowiedzi Męki. Jedna z nich przypadła po cudownym rozmnożeniu chleba i wyznaniu Piotra, że Jezus jest Mesjaszem. „Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: «Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». Potem mówił do wszystkich: «Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa»” (Łk 9,21–24). Za każdym razem, gdy Chrystus mówił o swej śmierci, spotykał się z oporem ze strony Apostołów. Nie mogli wyobrazić sobie, by krzyż stał się udziałem ich Mistrza. Mateusz pisze, że Chrystus bardzo mocno zganił Piotra, za to, że odwodził Go od myśli o krzyżu. „Odtąd zaczął Jezus wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie». Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: «Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie». Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” Mt 16,21–24).

Chrystus nie ukrywał też, że krzyż, w takim lub innym kształcie, stanie się treścią życia Jego uczniów. Ostrzegał przed ucieczką przed krzyżem: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?  Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mk 8,34–37).

Obecność krzyża w życiu i nauczaniu Chrystusa staje się zrozumiała, jeśli odkryjemy jego sens symboliczny, religijny. Chrystus nie ukochał cierpienia dla cierpienia. Krzyża dla krzyża. Ukochał go jako drogę pojednania i przebaczenia. Jako znak miłosierdzia i łaskawości Bożej, która naprawia to, co człowiek zniszczył przez grzech.

Zbawcza moc ukrzyżowanej miłości jest tak wielka, że Paweł Apostoł postanowił „nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego” (1 Kor 2,2). Dlaczego tylko Ukrzyżowany?

„Miłość Boga do nas, której początkiem jest stworzenie, stała się widzialna w tajemnicy krzyża, w owej kenozie Boga, w owym ogołoceniu i upokarzającym uniżeniu Syna Bożego, o którym mówi wspaniały hymn Apostoła Pawła na cześć Chrystusa, zawarty w Liście do Filipian, wysłuchany przez nas jako pierwsze czytanie. Tak, krzyż objawia pełnię Bożej miłości do nas; miłości ukrzyżowanej, która nie ustaje wobec skandalu Wielkiego Piątku, a osiąga swój szczyt w radości zmartwychwstania i wniebowstąpienia i w darze Ducha Świętego, Ducha miłości, którego mocą również dziś wieczór grzechy zostaną odpuszczone i otrzymamy przebaczenie i pokój.

Miłość Boga do człowieka, która w pełni wyraża się na krzyżu, można określić mianem agape, czyli «ofiarnej miłości, która zabiega wyłącznie o dobro drugiego», a także mianem eros”12.
Krzyż – Chrystus po naszej stronie
Podczas rozmowy z nuncjuszem na Haiti, abp Bernardito Auza, zapytałem go o to, w jaki sposób ludność tego jednego z najuboższych państw Ameryki Łacińskiej przeżywa tragedię trzęsienia ziemi. Na początku stycznia 2010 roku silne wstrząsy ziemi zniszczyły niemalże całkowicie stolicę kraju, dwa miliony ludzi utraciło dorobek całego swego życia. Wielu z nich żyło w slumsach, w niewyobrażalnej dla Europejczyka nędzy. Trzęsienie ziemi zabrało im także to «niewiele», jakie posiadali. Zabrało im kawałek ziemi i nadzieję, że ich życie może się zmienić.

Poprosiłem o komentarz religijny całej sytuacji. Jak poszkodowani tłumaczą sobie to, co się stało? Jaki jest ich stosunek do Boga po tej tragedii. Wiemy, że tak straszne nieszczęścia sprawiają, iż ludzie szukają wyjaśnienia ich. Pytają o przyczyny ostateczne. O Boga – w całej tej tragedii. Arcybiskup na początku był nieco zmieszany. Zwykle słyszy pytania o rozmiary katastrofy, o to, ilu ludzi przeżyło, co można dla nich zrobić? Kiedy ktoś pyta go o przyczyny, to raczej w kontekście: kto zawinił, że nie ostrzegł mieszkańców, dlaczego przez wiele dni nie funkcjonowały żadne służby państwowe?…

Ale arcybiskup Bernardito Auza nie uchylił się od tego pytania. Po chwili powiedział, że Haitańczycy mają gorącą, wręcz żywiołową wiarę. Potrafią się modlić, śpiewać, świętować. Nie oskarżają nikogo, zwłaszcza Pana Boga o to, co się stało. Są przyzwyczajeni do bardzo trudnych warunków życia. Cierpienie ich nie przeraża i nie osłabia wiary.

Nuncjusz przytoczył pewien znamienny fakt. Tuż po katastrofie jeden z dziennikarzy amerykańskich zagadnął kobietę stojącą pośrodku ruin katedry. Z kościoła nie pozostało prawie nic. Zapytał ją: „Gdzie jest Bóg?” Kobieta odpowiedziała mu wskazując na duży krucyfiks, jedyny, który ocalał bez najmniejszego śladu draśnięcia, uszkodzenia: „On jest tutaj. Cierpi razem z nami”.

Patrząc na każdy krzyż, możemy powtórzyć to samo, co ta mądra kobieta. On jest tutaj. Pośrodku naszego cierpienia, niepewności, obaw, zwątpień, nadziei. On – Syn Boży, stał się prawdziwym człowiekiem i nie uchylił swych ramion od krzyża.

Każdy może w Jego krzyżu odnaleźć cząstkę siebie samego. Jego krzyż jest wielką mozaiką naszych mniejszych krzyży.

Chrystus nie pozostał obojętny wobec oceanu cierpienia na ziemi. Wszedł w niego i dał cierpiącym nadzieję. Dlatego tak ważna jest obecność krzyża nad szpitalnym łóżkiem, w hospicjum, czy w domu spokojnej starości. „Chrystus na zło odpowiedział nie złem, lecz dobrem, swoją nieskończoną miłością. Krew Chrystusa jest rękojmią wiernej miłości Boga do ludzkości. Patrząc na rany Ukrzyżowanego, każdy człowiek, nawet w warunkach największej nędzy moralnej, może powiedzieć: «Bóg mnie nie opuścił, kocha mnie, oddał za mnie życie, i to pozwala mu odzyskać nadzieję»”13.

Chrystus niewiele mówił o cierpieniu, o jego sensie, przydatności do czegokolwiek. On je przeżył. On go doświadczył. On stał się cierpiący, jak miliony cierpiących na ziemi.

„On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich. Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. Po udręce i sądzie został usunięty; a kto się przejmuje Jego losem? Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących; za grzechy mego ludu został zbity na śmierć. Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi, i w śmierci swej był na równi z bogaczem, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy i w Jego ustach kłamstwo nie postało. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. Po udrękach swej duszy, ujrzy światło i nim się nasyci. Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu, ich nieprawości On sam dźwigać będzie. Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy, i posiądzie możnych jako zdobycz za to, że siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców. A On poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami” (Iz 53,2–12). 
Konferencja III

Trzy Góry Miłości


Cała historię zbawienia, zawartą w Starym Testamencie, poczynając od pierwszych stron Biblii, zawierających opis stworzenia świata i człowieka, możemy odczytać przez pryzmat Bożej miłości, która objawiła się i zamanifestowała we wszystkich wydarzeniach. Stworzenie, historie patriarchów, zawierane przymierza, wyjście z niewoli egipskiej, okres sędziów, proroków i mędrców – są czasem, w którym Bóg mówił o swej miłości, ofiarował ją Narodowi Wybranemu, kierował nią w postępowaniu wobec Niego.

„Gdy nadeszła pełnia czasu” (Ga 4,4) Bóg odsłonił ostatecznie swą miłość poprzez swego Syna, Chrystusa. On stał się jej wiarygodnym świadkiem. Tym, w którym miłość Boża osiągnęła swą pełnię.

Chcąc dostrzec głębię i mądrość Bożej miłości, wybierzmy z całego bogactwa historii świętej tylko trzy momenty. Trzy wydarzenia, poprzez które Bóg powiedział człowiekowi swe „kocham cię”. Dokonały się one na górach. Pierwsze wydarzenie miało miejsce na Górze Synaj, nazywanej również Horebem – to nadanie Dekalogu (Wj 20,2–17). Drugie wydarzenie miało miejsce w Nowym Testamencie, ale również na Górze – to Kazanie na Górze Ośmiu Błogosławieństw (Mt 5,1nn). Trzecie wydarzenie, jakie pragniemy rozważyć jako znak miłości Bożej, to Góra Tabor, na której dokonał się cud przemienienia Chrystusa (Mt 17,1nn).
Czy przykazania są znakiem miłości?
Przeciętnemu (obojętnemu) wyznawcy jakiejkolwiek religii, a także ateistom lub agnostykom, rzeczownik „przykazanie” kojarzy się negatywnie. Przykazania przecież ograniczają swobodę działania. Stanowią pewne ramy, w których trzeba się zmieścić. Mówią stanowczo: „nie wszystko jest dozwolone”.

Współcześnie ludzie są bardzo wyczuleni na punkcie swej wolności. Bywa, że nie znoszą dobrze żadnych ograniczeń. Pragną, aby życie społeczne było wolne od zakazów i nakazów, aby każdy żył tak, jak chce. Także w sferze religijnej wiele osób kontestuje konieczność narzucania jakichkolwiek zasad działania. Słyszy się często, że przecież każdy ma sumienie i powinien kierować się wyłącznie jego wskazówkami. Popularnym sloganem, który od czasu do czasu daje się usłyszeć w środowiskach niechętnych chrześcijaństwu, jest frazes: „Twoja religia zabrania ci czegoś? – Zmień religię”.

Wielu ludziom judaizm i chrześcijaństwo kojarzą się z obowiązkiem podporządkowania się rytuałom, normom moralnym i obyczajowym, zasadom postępowania wobec Boga i innych, których symbolem jest Dekalog. Dziesięć przykazań, które Mojżesz otrzymał od samego Boga na Górze Synaj, zapisane na kamiennych tablicach, nie są jedynym obowiązującym zbiorem praw i obowiązków ludu Bożego Starego Przymierza, ale są zbiorem najbardziej znanym. Dzięki Kazaniu na Górze, rozwiniętemu w Ewangelii św. Mateusza (Mt 5–7), dzięki wczesnemu chrześcijaństwu, które dużą rolę przywiązywało do prawa moralnego wyrażonego w Dekalogu, dziesięć Słów Boga zakorzeniło się bardzo mocno w świadomości moralnej nie tylko katolików, ale i chrześcijan innych wyznań. Zachowywanie Dekalogu stało się synonimem życia moralnego, wierności wyznawanej wierze i świętości.

Niemniej jednak, wielu współczesnych wierzących uważa Dekalog bardziej za ciężar, niż za dar Boży, wypływający z Bożej miłości. Wydaje się, że patrzymy na kamienne tablice, próbując zgadnąć, ile ważą i współczując zmęczonemu ich dźwiganiem Mojżeszowi. A powinniśmy raczej starać się odczytać słowa pisane palcem Bożym.

Czy nakazywanie komuś czegoś, albo zabranianie, i to w sposób apodyktyczny, nie dopuszczający możliwości „dogadania się”, „dopasowania do własnych potrzeb” – jak ma to miejsce w przypadku Dekalogu – może być znakiem miłości?

Jeśli na Dekalog popatrzymy tak, jak małe dzieci, odrzucając potrzebę jakichkolwiek uregulowań w naszym życiu, to z pewnością powiemy: „Dekalog nie ma nic wspólnego z Bożą miłością do nas. Przeciwnie, jest «kaprysem» silniejszego, który narzuca nam, co mamy robić i jak myśleć!”

Patrząc na Dekalog oczyma zbuntowanego dziecka, któremu rodzice ograniczają możliwości wydania kieszonkowego tylko do rzeczy zdrowych i pożytecznych, będziemy widzieli w nim jedynie granicę, którą Bóg zawęża świat naszych możliwości.

Kiedyś, prowadząc lekcję religii wśród gimnazjalistów, zadałem im pytanie: „Komu łatwiej jest żyć we współczesnym świecie: ateistom czy chrześcijanom?” Niemalże jednogłośny chór poinformował mnie, że z pewnością jest łatwiej i lepiej być ateistą, niż wierzącym. Dlaczego? „Bo nie trzeba chodzić do kościoła”, „bo nie trzeba się modlić”, „bo można kłamać i nikomu z tego się nie tłumaczyć”. Moi rozmówcy wysuwali wiele argumentów za tym, że bycie wierzącym jest mniej atrakcyjne niż bycie ateistą. Zasadniczo te argumenty sprowadzały się do … konieczności zachowania Dekalogu – i nakazów, i zakazów, które podtrzymuje Kościół. A przecież – jak argumentowali moi młodzi rozmówcy – świat się zmienił, poszedł naprzód, a przykazania pozostały niezmienione, jak za czasów Mojżesza.

Ale i dzieci, zainteresowane ocaleniem własnej niezależności przyznają, że nie można żyć bez przykazań (zasad postępowania) w społeczności. Podczas rekolekcji rozmawiałem z małymi dziećmi o Dekalogu. Na początku nie były entuzjastycznie nastawione do idei przykazań. Jakiekolwiek ograniczenia wydawały im się niepotrzebne. Przecież jak ktoś się bawi ulubioną zabawką – mówiły – to wie, kiedy przestać. Podobnie jest, gdy siedzi przed komputerem i gra w fantastyczną grę. Poprosiłem dzieci, by wyobraziły sobie życie bez jakichkolwiek zasad, które by obowiązywały nie tylko je, ale i dorosłych. Dla ułatwienia ograniczyłem rozważaną rzeczywistość jedynie do jej fragmentu: do ruchu drogowego. Co byłoby, gdyby nie było żadnego „dekalogu” na drogach? Żadnych nakazów i zakazów. Dzieci szybko odkryły, że nie byłoby to dobre dla użytkowników dróg. „Wszyscy by się pozabijali”, „strach byłoby wyjść z domu”, „ulica stałaby się niebezpieczna”, „nikt by nie dojechał do celu”.

Zostawmy na boku infantylne obiekcje co do tego, czy prawa, zakazy lub nakazy są nam potrzebne, gdyż za ich istnieniem opowiada się samo życie. To ono uczy nas, że wolności nie niszczą sprawiedliwe prawa, ale ludzka samowola. Nikt rozsądny nie będzie kwestionował konieczności zachowania przepisów ruchu drogowego, zasad współżycia społecznego, etycznych i religijnych nakazów lub zakazów. Są one potrzebne, gdyż ich zadaniem jest chronienie naszego dobra.

Bóg zawsze, kiedy ustanawiał jakieś przykazania, chciał dobra człowieka. Tytułem przykładu wspomnijmy pierwsze przykazanie, jakie – jeszcze w raju – ofiarował człowiekowi Stwórca tuż po dziele stworzenia go jako kobiety i mężczyzny: „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie

  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość