Strona główna

Marynarka wywiady I recenzje chronologicznie 17 grudnia Gazeta Wyborcza, "Co jest grane Trójmiasto"


Pobieranie 34.8 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar34.8 Kb.
MARYNARKA

WYWIADY I RECENZJE

CHRONOLOGICZNIE

17 grudnia - Gazeta Wyborcza, "Co jest grane - Trójmiasto"

Jeden z przedstawicieli trójmiejskiego establishmentu ma krew na rękach, jeden z popularnych muzyków nie może sobie poradzić z cieniem grudniowej tragedii na własnym życiu - nie, to nie fakty, to tylko osnowa najnowszej powieści Mirosława Tomaszewskiego, "Marynarka". W wywiadzie dla "Gazety" autor opowiada o tym projekcie.



Przemysław Gulda: Skąd pomysł, żeby napisać powieść obyczajowo-sensacyjną, z jednej strony współczesną, ale z drugiej - bardzo mocno zakorzenioną w tematyce wydarzeń grudniowych z 1970 roku?

Mirosław Tomaszewski: Było wiele powodów. Jeden z nich to Staszek Sieradzan, który został zastrzelony w Grudniu. On był uczniem klasy maturalnej Technikum Chłodniczego, a ja pierwszej. Nie poznaliśmy się, ale dla mnie jego duch był obecny na korytarzach szkoły. Drugi - to próba opowiedzenia historii Grudnia w sposób, który przyciągnie do lektury także młodszych czytelników. Jest wiele książek historycznych, ale obraz przeszłości najskuteczniej zostaje osadzony w świadomości społeczeństw przez działania artystyczne. Rzadko są wierne prawdzie, czasem zaledwie się do niej zbliżają, ale to one, jeśli są coś warte, zostają najdłużej i działają najsilniej. Gdyni trochę brakuje takiej mitologii literackiej i mam nadzieję, że "Marynarka" przyczyni się nieco do jej budowania.



Wszystko, co odnosi się do wydarzeń grudniowych jest w książce pokazane z bardzo dużą wiarygodnością. Jak wyglądało przygotowanie dokumentacji do tej części książki? Na ile powieść przedstawia potwierdzone dokumentami fakty, a na ile jest fabularną fantazją?

- Wszystkie wydarzenia i postacie zostały wymyślone. Prawdziwe jest tylko tło, chociaż z tym, jak to w Polsce, nie wszyscy się zgodzą. Dokumentacja polegała na lekturze dostępnych książek i artykułów. Byłem także na dwóch konferencjach poświęconych grudniowej zbrodni, uczestniczyłem w uroczystości odbywającej się 17 grudnia przy pomniku Ofiar Grudnia. Zrezygnowałem jednak z cytowania prawdziwych historii. Brałem z nich tylko pojedyncze detale, na przykład opowieść matki, która w trumnie syna poprawia krzywo zapięte guziki szpitalnej piżamy. Nie opisywałem prawdziwych postaci, bo wiązałoby się to z niebezpieczeństwem urażenia czyichś uczuć, gdyby opis nie zgadzał się zapisem pamięci rodzin. Poza tym wierzę, że wyobraźnia pozwala wykreować syntetyczną opowieść, która może być ciekawsza niż fakty. Dla mnie dochowywanie wierności prawdzie to kaganiec i krótka smycz. Opisywanie faktów zostawiam historykom.



W polskiej literaturze muzyka, a zwłaszcza współczesna muzyka rozrywkowa, niemal nie istnieje. W "Marynarce" brzmi niemal z każdej strony. Skąd taki pomysł? I skąd taki, a nie inny, dobór utworów do "soundtracku" tej powieści?

- "Marynarka" była początkowo scenariuszem filmowym, a te zwykle ładnie łączą się z muzyką. Gdy piszę, widzę obrazy i słyszę muzykę. Dobór utworów, które "grane są" w "Marynarce" to konglomerat tych które lubię, z tymi które były użyteczne jako metafory. Na przykład gdy włączam w głowie postaci "Should I Stay or Should I Go" łatwiej dostrzegamy jej rozdarcie. Kiedy główny bohater zwalnia idąc z walizką na kółkach po kostce brukowej, robi to po to, by dopasować turkotanie do rytmu psychodelicznego "Switch off" Skinny Patrini, który to utwór ilustruje jego depresję.



Nie zdradzając zbyt wiele zawiłości fabuły, żeby nie psuć przyjemności z lektury: w tej książce zbrodniarz i sędzia zamieniają się miejscami. Czy "Marynarka" jest więc tekstem rewizjonistycznym czy raczej opowieścią o przebaczeniu i o tym, że nic nie jest czarne, ani białe?

- Rewizje zostawiam sędziom i historykom. Przebaczanie, tym którzy zostali skrzywdzeni. Mnie najbardziej interesuje to, jak łatwo przypina się ludziom łatki i jak trudno jest ocenić sprawiedliwie czyjeś życie. W "Marynarce" nic nie jest takie jakie się na początku wydaje. To próba dyskusji z tymi, którzy wszystko i zawsze wiedzą na pewno, a zamiast różnych odcieni szarości widzą tylko czerń i biel, co jest objawem ślepoty.



Na ile wieloletnie doświadczenie w pisaniu scenariuszy serialowych przydało się w tworzeniu tego bardzo dynamicznego i świetnie się "czytającego" tekstu?

- Nie polecam pracy dla telewizji tym, którzy wcześniej nie pisali swoich utworów. To zajęcie, w polskiej wersji, może na zawsze zarazić estetyką sformatowaną na masowego widza. Gdy zaczynałem pisać w serialach, miałem już na koncie dwie powieści i kilka sztuk, ale współpraca z innymi scenarzystami oraz reżyserami dużo mnie nauczyła. Nie ma na żadnej uczelni takiego profesora, który wiedząc o budowaniu fabuły, postaci i dialogów tyle, co główny scenarzysta, byłby w stanie poświęcić autorowi odcinka setki godzin na korekty każdego zdania i pomysłu, tydzień w tydzień przez cztery lata. Nieocenionym doświadczeniem była także możliwość usłyszenia z telewizora swojego dialogu w wykonaniu aktorów i sprawdzenia czy suspens się udał.

Blog autora: www.tomaszewski.edumuz.pl, spotkanie promocyjne powieści "Marynarka" odbędzie się w piątek, 20 grudnia, o godz. 18 w Nadbałtyckim Centrum Kultury, Gdańsk, ul. Korzenna 33/35, prowadzenie: Krystyna Chwin, wstęp wolny.

13 grudnia 2013

DZIENNIK BAŁTYCKI – REJSY

Marek Adamkowicz: "Marynarka" to powieść, która odwołuje się do wydarzeń Grudnia '70. Trudno jednak nazwać ją powieścią historyczną.


MT: Z pewnością ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o Grudniu, powinni wybrać inne książki. Mnie o wiele bardziej interesowało to, w jaki sposób historia determinuje indywidualny los człowieka. Smutny, jeden z dwóch moich głównych bohaterów, za wszelka cenę stara się o historii zapomnieć. To dlatego swój zespół muzyczny nazwał Amnezja. Nie udaje mu się jednak uciec od przeszłości, podobnie jak Karolowi, drugiej kluczowej postaci powieści. Podobne obciążenie dotyka każdego z nas osobno i naród, jako całość, głęboko dotknięty dramatami historii. Chętniej jednak nazwałbym moją powieść psychologiczną, punk rockową, obyczajową, albo kryminalną.


MA: Pisząc tę książkę trudno było nie wracać pamięcią do tamtych grudniowych dni...

Mieszkałem wtedy blisko historycznego wiaduktu nad torami przystanku SKM Gdynia Stocznia, gdzie padli pierwsi zabici. 17 grudnia obudziły mnie odgłosy strzałów. Mama nie puściła mnie do szkoły. Nad domami latały helikoptery i rozrzucały ulotki. Groza tego dnia docierała do mnie powoli, przez lata, aż znalazła swój obraz w powieści, jako tło wydarzeń współczesnych.




MA: Opisywanie tragedii sprzed 43 lat można odebrać jako próbę rozliczenia się z przeszłością.

W Grudniu zginął Staszek Sieradzan, chłopak z Technikum Chłodniczego, do którego chodziłem. On do klasy maturalnej, ja do pierwszej. W jakiś sposób "Marynarka" jest także oddaniem hołdu starszemu koledze, którego nie dane mi było poznać. Grudzień 1970 był dla mnie największym doświadczeniem formacyjnym. W przeciwieństwie do czasów współczesnych, wtedy wybory moralne były bardzo proste. Dzisiaj w Kijowie też kształtują się postawy młodych ludzi, które zadecydują za jakiś czas o przyszłości Ukrainy. Teraz wrogowie i przyjaciele są dość jasno określeni. Potem, nic już nie będzie takie oczywiste.




MA: Rozmawiamy o przeszłości, a przecież akcja "Marynarki" w przeważającej mierze rozgrywa się współcześnie, poczynając od kwietnia 2005 r., kiedy to przeżywaliśmy śmierć Jana Pawła II.

Wybór czasu powieści wynika wyłącznie z algorytmu budowania struktury narracyjnej. Do roli Smutnego potrzebowałem bohatera, który w czasie współczesnej akcji ma niespełna 40 lat, ale ma jednocześnie, choćby niewielkie wspomnienie z Grudnia. Stąd wyniknął rok 2005. Dla tej postaci śmierć JPII nie ma większego znaczenia. Dla Karola było to wydarzenie mistyczne, po którym podejmuje decyzję będącą skutkiem targowania się z Bogiem. Dlatego rozpocząłem akcję 2 kwietnia 2005.



MA: Niezależnie od wątku kryminalno-sensacyjnego Pana powieść jest swego rodzaju portretem polskiego społeczeństwa. Widać, że kreślonego ręką scenarzysty.

Jako odrębny zawód scenarzysta filmowy w Polsce praktycznie niestety nie istnieje, więc nie mogę go skutecznie uprawiać. Oprócz wielu nienakręconych scenariuszy filmowych napisałem m.in. sztukę dla Teatru TV, słuchowiska dla Teatru Polskiego Radia i ok. 160 odcinków do seriali telewizyjnych. Między innymi do „Pierwszej miłości”, „Galerii”… Podpisywanie się pod tytułami seriali jako ich scenarzysta sprawia mi pewien kłopot, bo zawsze była to praca zbiorowa, w której nie ja byłem szefem. Gdy pytano mnie gdzie pracujesz, mówiłem - w usługach dla ludności. Wiem z jakim uśmiechem politowania spotyka się pisanie dla seriali. Niesprawiedliwie. To wymagające rzemiosło. Napisałem wiele swoich projektów, z którymi znacznie chętniej bym się identyfikował, ale nie udało się ich zrealizować. Nie chcę jednak narzekać. Wyniosłem z tej pracy dobre wspomnienia, znajomość wielu zdolnych ludzi, umiejętność pracy w zespole oraz solidne doświadczenie warsztatowe realnej współpracy na linii producent-scenarzysta-reżyser-aktor. "Marynarka" była wcześniej scenariuszem filmu fabularnego. Mam cichą nadzieję, że historia zatoczy koło i będę mógł kiedyś zaprosić czytelników do kina na film zrealizowany na podstawie książki.



MA: Jeśli to się uda, to możemy być pewni, że film ten nie będzie powtórką "Czarnego czwartku"?

“Marynarka” to opowieść współczesna, pełna zdrad, manipulacji, seksu, zbrodni, zaskakujących zwrotów akcji oraz muzyki, zupełnie inna niż historyczny „Czarny Czwartek”, całkiem zresztą niezły, a dla widzów Trójmiasta bardzo wzruszający. Szczególnie podobały mi się sceny masowe, które były kręcone przez gdyńskiego reżysera Pawła Chmielewskiego, o czym wie niewielu.



  1. BLOG: KRONIKA BŁĘKITNEJ BIBLIOTECZKI 17.04.2014

http://lotta-kronika-pachnacych-kartek.blogspot.com/2014/04/marynarka-mirosaw-to
MONIKA SJOHOLM
Niesamowicie intrygująca powieść, w której podobało mi się wszystko. Samo czytanie to czysta przyjemność- bystra narracja, jest sarkastycznie, dowcipnie, wciągający styl opowieści, wartka akcja. To nie jest powieść historyczna, zahacza jedynie o ''czarny wątek''- grudzień 1970 roku..Pisarz umiejętnie wplata ten dramatyczny epizot, który wypływa poniekąd z serc i dusz bohaterów- jest to bardzo ciekawy zabieg, bo chodzi o jednostkę, o ludzkie dylematy a nie o tendencyjne masowe informacje znane z telewizji. Bardzo podobał mi się początek- robi wrażenie- poznajemy paru ludzi, różnych, pozornie nie mających ze sobą nic wspólnego, wciąga ich historia, właściwie czułam, że idę za ich plecami cały czas, krok w krok- żaden z tych bohaterów nie był ani jednoznaczny ani aniołkowaty- i o to chodzi- są ludzcy.
Karol- szycha trójmiasta, szanowany, bogaty właściciel firmy, który nie cierpi męża swojej córki. Smutny- dawny wokalista zespołu Amnezja, zapomniany i zagubiony człowiek-dwoje głównych bohaterów, łączy tylko jedno- oboje nie umieją uciec od przeszłości choć wydaje im się, że mają ją za sobą. Ciężko opowiedzieć o tej książce- to z tych, które poprostu trzeba przeczytać by poczuć, opowiada się o wiele trudniej. Książka biegnie dwutorowo- kwiecień 2005, i grudzień 1970 we spomnieniach. Jest to super połączone, wszystko w tej lekturze płynie. Gorąco wam polecam. Ciekawa i dobra powieść.

Autorka: Dom polsko-fiński, mieszka w Irlandii.



  1. BLOG: KULTURA MAIALIS Recenzja z 18.04.2014 Dominika Brachman
    http://kulturka-maialis.blogspot.com/2014/04/ksiazka-8...
    Od przeszłości nie można uciec. Niby wszyscy znamy tę prawdę, a jednak o niej zapominamy. Przeszłość jednak ma to do siebie, że lubi upominać się o swoje...
    Karol Jarczewski jest sześćdziesięcioletnim, majętnym przedsiębiorcą. Wydaje się że poza nielubianym zięciem Witkiem, dążącym do przejęcia jego firmy, nie ma innych zmartwień. Dlaczego jednak postanawia pomóc Adamowi, byłemu wokaliście punkrockowego zespołu, obecnie imającego się wielu różnych zleceń? Okazuje się, że rozwiązanie zagadki znajduje się w historii.

    Grudzień roku 1970. Czas, który na kartach historii zapisano krwią zastrzelonych stoczniowców. Ludzi, którzy po prostu szli do pracy, ale przywitała ich ostra amunicja. W sumie w całym kraju poległo 41 osób, w Gdyni - 18. I właśnie ten czas został przez pana Mirosława przyjęty jako punkt wyjścia dla jego opowieści. Bo choć od tych wydarzeń minęło ponad 30 lat, w najbliższych zarówno ofiar, jak i oprawców czas ten ciągle jest żywy...

    Jest mi niezwykle trudno pisać o tej książce, bo mam wiele niepoukładanych dygresji i opinii, niemniej - spróbuję je logicznie ułożyć. Zacznijmy od tego, że za najmocniejszy punkt tej książki uważam właśnie jej historyczne tło i problematykę rozliczania PRLu, którą porusza. Wiele jest publikacji popularnonaukowych na ten temat, ale nie każdy (w tym ja) czuje się na siłach, żeby je czytać. Tutaj dostajemy zaś solidną porcję historycznej wiedzy, bez zbytniego moralizowania i oceniania, zamkniętą w przystępnej formie powieści obyczajowej. 
    Oprócz tego, sam pomysł na książkę jest ciekawy. Oto bowiem Witek, znienawidzony zięć, zleca redaktorowi "Głosu Bałtyckiego" napisanie książki o... wydarzeniach Grudnia. Dlaczego? Komu zostanie to zlecone? Kto z kim się dzięki temu pozna i co z tego wyniknie? I jaki wpływ będzie to miało na życie wszystkich bohaterów? Na te wszystkie pytania odpowiedź znajdziecie w książce! Do tego dochodzi nam kilku naprawdę świetnie skonstruowanych bohaterów, wśród których chyba każdy znajdzie kogoś podobnego do siebie: ambitną dziennikarkę, szukającego swojego miejsca dorosłego mężczyznę, zaradnego przedsiębiorcę, jego córkę i zięcia oraz kilku innych, z których każdy jest inny i inne wartości uznaje za najważniejsze.

    Niestety, momentami odniosłam wrażenie, że mnogość wątków, poruszanych w tej książce, jest zbyt duża i czułam się nimi przytłoczona. W mojej skromnej opinii, Autor mógł zrezygnować z kilku wątków, chociażby hotelu, stylizowanego na PRLowskie cele, a w zamian rozwinąć trochę portrety psychologiczne bohaterów, bo zagłębianie się w nie było prawdziwą przyjemnością i wzbudzało we mnie duże zainteresowanie. Na początku było mi również trudno połapać się w konstrukcji powieści, dopiero później zrozumiałam, że ten kolaż scen coraz bardziej zaczyna się z sobą łączyć.

    "Marynarka" to książka, która pokazuje, jak łatwo jest nam osądzić innych i przyczepić łatkę, której często nie da się już zerwać. Tu nic nie jest takie, jakim się wydaje na początku. Autor nie ocenia i nie próbuje wybaczać, czy rozgrzeszać. To dobrze napisana książka, która z pewnością przypadnie do gustu zainteresowanym tematami PRLu, ale także czytelnikom literatury, która pod lekką formą skrywa treść zmuszającą do przemyśleń.
    Moja ocena: 6/10
    Na imię mam Dominika, urodziłam się dwadzieścia lat temu. Obecnie studiuję dziennikarstwo i mam nadzieję, że właśnie z tym zawodem uda mi się związać moją przyszłość.


http://www.zapiski-okularnicy.pl/2014/04/mirosaw-tomas...
3. BLOG: ZAPISKI OKULARNICY
Napisała Małgorzata Maćkowiak

Marynarka to „męska” książka. Zaczynając czytać odniosłam takie właśnie wrażenie. I nie chodzi tu już nawet o to, że została napisana przez mężczyznę, po prostu idzie wyczuć taki klimat. Tytuł też nasuwa skojarzenia z męskością – chociaż akurat to ma też związek z marynarką, która jest tutaj istotnym elementem. Mirosław Tomaszewski napisał niewątpliwie dobrą książkę, która pokazuje jak czasem łatwo przykleić komuś łatkę, jak łatwo ocenić i potępić – a nie zawsze wszystko jest takie jak nam się wydaje. No i co ważne – zemsta nie zawsze popłaca – kij ma dwa końce.


Sylwester 2004 roku, Warszawa. Umierający na raka mężczyzna ogląda w samotności telewizję, kiedy do jego mieszkania włamuje się dwóch bandytów. Nie chcą pieniędzy. Szukają tajemniczej koperty ZO171270. Gospodarz nie domyśla się, dlaczego jej zawartość stała się cenna. Kiedy napastnicy dostają to, po co przyszli, zabijają świadka. 1 kwietnia 2005 roku, Trójmiasto. Wydaje się, że sześćdziesięcioletni Karol Jarczewski, właściciel prosperującej firmy Karo, szanowany mieszkaniec Gdyni, ma tylko jeden problem. Jest nim Witek, którego zatrudnił dziesięć lat wcześniej. Chorobliwie ambitny chłopak, mąż córki Jarczewskiego, wyraźnie dążący do przejęcia całego przedsiębiorstwa. Pewnego dnia redaktor naczelny ,,Głosu Bałtyckiego", erotoman i marzący o sławie niespełniony pisarz, dostaje od Witka propozycję - ma napisać książkę o wydarzeniach grudnia 1970.
Gdy tylko zaczęłam czytać "wciągnęła" mnie postać tajemniczego fotografa, który ma kiepsko zakończyć swój żywot. Wydał mi się intrygujący, realny i namacalny Jednak zuchwale autor przeszedł do innego mężczyzny i jego życiorysu. Później znów był kolejny (stąd właśnie to odczucie, o którym wspominałam na początku) i tak przechodzimy płynnie od jeden postaci do drugiej, co jest odmianą i nie pozwala za długo „nudzić się” przy jednej postaci. Mamy do czynienia z kilkoma postaciami, z ich myślami i życiorysami. Jeśli już jesteśmy przy postaciach to muszę przyznać, że są ciekawe, bardzo realistyczne, naturalne – z wadami, humorami, z planami i z przeszłością. Wszystkie postacie idealnie odzwierciedlają klimat panujący w książce i są do niej idealnie stworzone. Jeśli mam już wymieniać zalety, to od razu podkreślę, że jest ona nieprzewidywalna i zaskakuje, co mnie bardzo ucieszyło, gdyż z każdą przeczytaną stroną mogłam spodziewać się praktycznie wszystkiego. Książka została oparta na historycznych wydarzeniach, a mianowicie na grudniu 1970 roku, który zapisał się na kartach historii krwawymi literami. Całość jest naprawdę bardzo dobra i wciągająca a autor doskonale wpisał do całości wątek historyczny, dzięki któremu czytelnik może dowiedzieć się czegoś na temat tamtego jakże tragicznego dnia i wydarzeń z nim związanych. Jedno co pisarz mógł sobie spokojnie podarować, to hotel stylizowany na PRLowskie więzienie, które kojarzy mi się z pewnym filmem (którego tytułu nie pamiętam), gdzie ludzie byli poddawani eksperymentowi, podzielono ich na grupę więźniów i strażników – a od razu zaznaczam, że na dobre im to nie wyszło psychicznie i fizycznie. Do reszty nie mogę się doczepić, lubię gdy postacie coś łączy i ich losy się przecinają po drodze. Co z tego wyniknie? Jaki będą mieli na siebie wpływ? Tego dowiecie się czytając. Autor nie ocenia, nie moralizuje ani nikogo nie potępia w swojej książce. Ukazuje on jednak fakty, które są interesujące i wciągają czytelnika. Książka z pewnością zainteresuje fascynatów PRL-u. Z całą pewnością mogę ją polecić.

Recenzja napisana 24 kwietnia 2014 przez Agnieszkę Chodkowską-Gyurics na blogu POLEKTURZE http://polekturze.blogspot.com/2014/04/miroslaw-tomaszewski-marynarka.html

4 BEZ ROZLICZEŃ

OPOWIEŚĆ O POTOMKACH GRUDNIA

Im dłużej żyję, tym bardziej przekonuję się, że prawdziwą panującą w Polsce religią jest kult historii. Religia ta, z całym panteonem bóstw, tych dobrych i tych złych, rządzi naszym życiem: czasem jednoczy, czasem dzieli, ale mało kto jest wobec niej obojętny.  Odległe wydarzenia wciąż wywierają niemały  wpływ na nasze życie, bywa że przejmujemy się nimi bardziej niż tym co dzieje się tu i teraz.

O tym właśnie, o wpływie historii na nasze życie,  opowiada „Marynarka” Mirosława Tomaszewskiego.  Choć główna akcja książki – piszę „główna”, gdyż sporo jest w powieści retrospekcji – toczy się w roku 2005, to osią,  punktem spajającym fabułę są wydarzania grudniowe. Obserwujemy jak tragiczny epizod z dziejów Polski kształtował losy i postawy ludzkie. Co więcej, widzimy, że mimo upływu lat nadal je zmienia.

Czym jest Grudzień 1970 dla Polaków żyjących w XXI wieku? Dla młodego pokolenia jest  historią równie odległą jak Powstanie Styczniowe, dla trochę starszych – opowieścią rodziców, dla jeszcze starszych – mętnym wspomnieniem z dzieciństwa, a dla najstarszych bolesnym fragmentem życiorysu.

Na kartach „Marynarki” spotykamy bohaterów reprezentujących różne pokolenia i poglądy: rodziny ofiar Grudnia i tych, którzy strzelali, byłego sędziego uczestniczącego w procesach demonstrantów i lekarkę pomagająca rannym,  dziennikarkę  próbującą budować karierę sensacyjnymi publikacjami i uciekającego od przeszłości byłego punka. Co ciekawe,  żadna z postaci nie jest do końca jednoznaczna. Kreśląc sylwetki bohaterów Tomaszewski nie stosuje czerni i bieli, a jedynie różne odcienie szarości, co najwyżej przesuwa akcenty w  jedną lub drugą stronę. Autor nie dzieli swych bohaterów na tych dobrych i tych złych. Opowiada historię, bezstronnie (na ile to możliwe) pokazując  fakty i motywacje, a ocenę pozostawia czytelnikowi. W kraju, gdzie pogoń za widmami komunizmu zajmuje polityków (a i wielu „zwykłych” obywateli) bardziej niż totalna zapaść służby zdrowia, kryzys ekonomiczny, masowa emigracja czy rekordowe bezrobocie, takie wyważone podejście do przeszłości zasługuje co najmniej na uwagę. Z komercyjnego punktu widzenia, dla autora dużo korzystniej byłoby napisać kolejną „demaskatorską” pozycję, najlepiej nieco skandalizująca. Zapewniłoby to zainteresowanie prasy, a tym samym wzrost nakładu. Chwała Tomaszewskiemu za  to, że tej pokusie nie uległ i pozostał wierny swojej wizji. Dzięki temu powstała książka nieszablonowa, inna niż większość pozycji rozliczeniowych.

Marynarka” nie jest ani reportażem, ani pozycją publicystyczną. Jest powieścią i w takich kategoriach należy ją oceniać. Ma podstawową zaletę, bez której porządna powieść nie może istnieć - jest ciekawa i wciągająca. Książkę Tomaszewskiego czyta się dobrze, z zainteresowaniem, postaci i ich perypetie budzą autentyczne emocje. Do tego dodać należy niezły warsztat: język jest potoczysty, jędrny, a jednocześnie elegancki, dialogi naturalne. Co więcej, autor nie uległ paskudnej modzie na stosowanie wulgaryzmów – potrafi świetnie wyrazić emocje stosując w pełni parlamentarne słownictwo nie popadając przy tym w sztuczność. To doprawdy rzecz niełatwa.

Natomiast po stronie minusów należy odnotować nierówne tempo – kilka razy akcja „siada” zagubiona w nieco zbyt rozwlekłych niepokojach moralnych bohaterów. Nie jest to jednak tendencja dominująca, a jedynie drobna wpadka, nie wpływająca na ogólnie pozytywny odbiór powieści.

Pora na podsumowanie. „Marynarka” Mirosława Tomaszewskiego to dobra książka, może nie wybitna, ale bez wątpienia dobra, zasługująca na uwagę. Czas poświęcony na lekturę z pewnością nie będzie czasem zmarnowanym.



Moja ocena: 6/10

Agnieszka Chodkowska–Gyurics - z wykształcenia inżynier mechanik, zatrudniona jako wysokiej klasy specjalista od baz danych, jest także tłumaczką z języków rosyjskiego i angielskiego. Jako pisarka niedawno debiutowała w prasie publikacjami opowiadań. Uwielbia dobre, klasyczne kryminały - i takie też zawsze pragnęła pisać.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość