Strona główna

Motoiberiada’15 Ostatniej jesieni byliśmy w Mołdawii


Pobieranie 60.34 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar60.34 Kb.
motoIBERIADA’15

Ostatniej jesieni byliśmy w Mołdawii, a tego roku pojechaliśmy na półwysep Iberyjski. Stąd nazwa wyprawy – motoIBERIADA. Wsadziliśmy trzy motocykle na lawetę i zaciągnęliśmy do Valencji, w środkowej Hiszpanii. Dalej Bogdan, człowiek od samochodu, woził nam bagaże, a my śmigaliśmy na luzaka po górach. Rozpoczęliśmy we trzech, ale Przemek odłączył się dość szybko od peletonu. Formuła – o świcie orka, po południu butelka, a noc w krzakach – nie odpowiadała jego potrzebom. My przyjechaliśmy do Hiszpanii i Portugalii, aby się maksymalnie wyjeździć w terenie. Bez zwiedzania, wyjątek Lisbona, bez plażowania, bez udawania radosnych dyziów na wakacjach, bo odpoczywać będziemy w domu. Mimo wcześniejszych ustaleń, jak i co ma być, i tak pojawiły się tarcia i nieporozumienia. Jednakże ja z Tomkiem, realizowałem plan walki z terenem i psującym się KTMem. Ten ostatni dał mi się we znaki, mimo porządnego serwisu przed wyjazdem. Ale po kolei...

Sypiemy Volkswagenem T4 z lawetą na zmianę, z Dolnośląskiego aż za Barcelonę. Wyszło coś pod 28 godzin. Najpierw zaatakowaliśmy pierwszy, lepszy kemping. Ale cena mnie i Bogdana odepchnęła na tyle daleko, że wylądowaliśmy na ziemi niczyjej, czyli w korycie wyschniętej rzeki, a konkretnie w krzakach. Potem oficjalnie otwarliśmy bal inauguracyjny. Każdy odkorkował to co wcześniej wynalazł na promocji w Lidlu, a że głowy niewyspane i nieobyte z egzotycznymi trunkami, to szybko zaczęły dymić. Całe szczęście, że Bobek włączył grzanie wody na prysznic, zanim zatankowaliśmy procenty. Rano przynajmniej dupska były czyste, bo po zamroczeniu napitkiem, na automacie zostały umyte.

Skoro świt ruszamy dalej na południe. Jesteśmy umówieni z Ablem vel Abdullah. Tu zbliżenie na metrykę i dokonania. Abla poznałem w Paryżu na imprezie, jest szefem wielkiej firmy handlującej wszystkim co jest okrągłe i ma pomarańczowy kolor. Wieziemy mu prawdziwy żeńszeń, bo ma zaraz 50-te urodziny, aby wigoru dymania panienek mu nie zabrakło, oraz pigwę z procentem, aby miał czym te panienki obezwładniać. Niestety Abdullah wyjechał w ostatniej chwili w interesach i nie mogliśmy uroczyście przekazać prezentów, za to zostawiliśmy na jego firmie lawetę na przechowanie. Przemek wpadł na pomysł aby zaszczycić Abla firmowymi smyczami. Coś ala film „Wyjazd integracyjny”, albo lądowanie turystów na Hawajach. Abel skłania głowę na przywitanie, a Przemek uroczyście zawiesza mu smycz na karku, jak jakiemuś medaliście olimpijskiemu, potem wtyka w butonierkę firmowy długopisik. Trzeba iść po bandzie. Chociaż Hiszpan, czuły na swoim punkcie jak żaden inny Europejczyk, mógłby aluzji nie poniać. Mam nadzieję, że strony zainteresowane wykażą się odpowiednią dozą dystansu i poczucia humoru, albo w ogóle tego czytać nie będą. W każdym razie ja wyznaję zasadę – pokazać goły tyłek cesarza – znaczy prawdę walimy i się nie obrażamy.

Najważniejsze, że jest ciepło, nawet gorąco, w drugiej kolejności, że KTM odpalił, a w trzeciej, że szmal na paliwo się znalazł i Lidel, aby było co zjeść i wypić wieczorem. Ruszamy pełni nadziei na lepsze jutro i dziesięć dni jazdy motocyklami. Bogdan dostał koordynaty, gdzie mniej więcej będziemy szukać noclegu w krzakach, więc poszedł bombom i tyle go było widać. Przemek zapomniał zatankować w Polsce, więc szukał stacji w Gandii, ale kto bogatemu zabroni. Tomek zanabył litra whiskey, a ja litra wina stołowego w cenie 0.54EUR. Możemy ruszać w góry.

Ruszyliśmy w rejon rzeki Jucar i wioski Jalance. Najpierw jednak musieliśmy wydostać się z zabudowanego wybrzeża. Plantacje pomarańczy i domy nie kończyły się nawet po godzinie jazdy na skróty. Trochę asfaltem, trochę szutrem, trochę autostradą i wjechaliśmy w serpentyny. W końcu minęła godzina i zatrzymaliśmy się aby tyłki odpoczęły od siedziska. To znaczy mój od KTMa i Tomka od DRZty. Przemek na BMW GS650 Dakar nie miał powodu do narzekań. No chyba tylko na zbyt dziurawe i wąskie szutry. A... jeszcze po drodze wybuchła mi bomba z pianką do łatania dętek. Mam ją zamocowaną trytytkami w okolicy lag przedniego zawieszenia. Chyba pasy mocujące moto do lawety przesunęły pojemnik, który zaczął ocierać o półkę i w końcu się przedziurawił. Osrał pianą wszystko co było w pobliżu, więc było niesympatycznie.

Zatrzymaliśmy się na napój orzeźwiający w małej tawernie ulicznej, w Bicorp. Tutaj turyści nie przyjeżdżają, więc pan tawerniarz nie rozumiał co my do niego po angielsku gadamy, a my nie rozumieliśmy co ma wypisane kredą na tablicy ‘menu’. Piwo i pepsi to łatwe, ale zagrycha już trudniej. Wybraliśmy z Tomkiem na chybił trafił. Dostaliśmy prawdziwe fryty, nie takie polskie, z mielonki, oraz krewety.

Dalej zaczęły się szutry z widokami. W końcu zjechaliśmy serpentynami z obrywu płaskowyżu do miejscowości Jalance, a stamtąd puściliśmy się wzdłuż rzeki Jucar, aby rzutem na taśmę znaleźć opuszczony klasztor, albo wioskę, w kanionie rzeki, obok wioski Casa de Usero. Krążyłem potem godzinę po okolicy aby złapać zasięg na komórce i wysłać SMSem Bogdanowi namiar na miejsce noclegowe. Przy okazji przejechałem przez ciekawą tamę z elektrownią i dwoma tunelami, odwiedziłem kościół na występie skalnym, pojechałem kanionem po ścieżce trekingowej, dalszy jej ciąg wydawał się nader interesujący, aż nogi świerzbiły by zawdziać sandały i pójść z rana na długi spacer. Wpadłem też do jakiegoś tunelu. Według mnie wywierconego w celu przemieszczania wody dla elektrowni, ale mogła by doń wjechać ciężarówka i jechać ponad kilometr zakosami w górę. Mnie zdjęła trwoga nieznana grotołazom, więc zawróciłem. KTM pompował hałasem powietrze ciemnej jamy jak bębniarz pracę wioślarzy-niewolników na galerze. Wystraszyłem się, że te góry nie słyszały w swym brzuchu takiego owsika-dudnika od zarania dziejów Ziemi, więc mogą się wkurzyć i przygnieść go bebechami, a mnie wraz z pomarańczowym gównem. Zawróciłem i pojechałem rozkładać namiot w opuszczonym domu.

Przydałby się nam taki nocleg następnego wieczoru, kiedy w deszczu rozkładaliśmy namioty, piekliśmy mięso z Lidla, opróżnialiśmy jakąś flaszkę i kłóciliśmy się z Bogdanem w temacie ‘bagażowy’. Znaleźliśmy nocleg w Reserva Nacional de Cijara. W Polsce by nas za to powiesili za jaja w visitor’s center, w głównej siedzibie parku, dla przestrogi wszelkim mętom, pokroju crosiarzy, quadowców i terenowców. A tu w Szpanielsku, jak mawiają nasi przyjaciele Czesi, luz, maniana i freestyle. Nocowaliśmy w samym centrum rykowiska. Nieszło głowy złożyć do poduszki z powodu seksualnych achów i ochów jakiś parzystokopytnych rogaczy. Przemek oczywiście obawiał się ataku napalonego sierściucha na swój namiot. Już widział jak go rogami zahaczył o fluorescencyjne linki i ciągnie przez las obijając o pnie. Wiadomo... parzystokopytne nie rozróżniają kolorów i linek nie zauważą. Najważniejsze aby jeleń nie pomylił któregoś z nas, z jelenicą, znaczy łanią. Bo dupsko by bolało bardziej niż od siedziska enduro sprzęta.

Ale znowu wyprzedzam epokę. To było wieczorem, a najsampierwej wyjechaliśmy we mgle i ziąbie, jak z jesiennej Polski, z opuszczonej wioski/klasztoru w kanionie. Szyba w kasku paruje od środka, mgła osadza się od zewnątrz. Podgrzewane manety palą dłonie od środka, a mroźny wiatr je krystalizuje od zewnątrz. Niedopięty suwak pod szyją wpuszcza lodowe palce wokół szyi i na plecy. Po prostu dla moto-mazgajów totalny kanał. Ale nie takie warunki przyszło nam znosić w przeszłości. Już siwy włos na skroni i wspomnień ze szlaku zbyt wiele aby to wszystko spamiętać. Więc zaciskam zęby i pruję mgłę na pewniaka, po kamienistym szutrze... odpoczywać będę wieczorem, teraz trzeba wziąć się do roboty i jechać na przełaj wzdłuż rzeki Jucar, mimo że na tym chujowym Garminie jest biała plama.

Oraliśmy ile się dało. Były skoki przez góry żwiru i próby zmierzenia się ze ścieżką dla trekingowców, wzdłuż rzeki. Ale hard-enduro to nie trial. Trzeba było zawrócić. Przemek wbił sobie gałąź w oko, ale dał radę. Podziwiam... takim gównianym sprzętem w prawdziwy teren... to trzeba być zdesperowanym, nieświadomym, albo mieć hart ducha. Gdzieś tak po drodze pieprzony KTM zagotował wodę. Może zaśniedziały styki na czujniku temperatury, albo sam czujnik temperatury. Wiadomo, że to gówno, więc zepsuć się musi. Tomek już dawno zrezygnował z KTMa, bo ciężki i z gówna zrobiony. Suzuki się nie psuje. Przemek nie rozumie idei KTMa. Próbuję mu parę dni później wytłumaczyć, że KTM to jak specjalistyczny sprzęt, wrażliwy na niewłaściwe użytkowanie i zaniedbanie. Wiadomo od początku, że zawiedzie, ale wiadomo też, że jak pojedzie, to da radość z jazdy. To bezkompromisowy sprzęt, który można było zbudować lepiej, ale austriackim inżynierom się nie chciało.

A... spotkaliśmy też w jakiejś wiosce zabudowanej w kanionie, jakby wklejonej w wapienne ściany kanionu, takiego niepełni-sprawnego gostka na rowerze. Miał taki przymus intelektualny, aby w tą lodowatą mgłę chłodzić sobie zadek podczas jazdy kolażówką, zdejmując gacie do żywego. Kto jak kto, ale Przemek od razu zauważył gołą dupę i odpowiednio skomentował. Ale w ogóle nie o to chodziło. Jechaliśmy kanionem dość długo i mijaliśmy ciekawe wioski wtopione w ściany kanionu jakby to skały napierały na domy i zalały je swoją masą. Do jam wydrążonych w wapieniu dobudowano fasady, małe ogródki, płotki i doklejono drogę. W łożysku rzeki, kiedy poziom wody jest niski, znalazło się miejsce na uprawy rolne. Polecam kanion rzeki Jucar, na wschód od miasteczka Valdeganga, czyli po polsku WaldkaGanges.

Nic to... wypadamy na główną, pod kobaltowe chmury i walimy autostradą do La Roda i potem jeszcze do Tomelloso, aby nadrobić stracony czas, ten którego szukaliśmy w kanionie i po krzakach, kiedy ścieżka się skończyła, kiedy zrobiło się zbyt trudno na nasze umiejętności, bo my są z miasta, nigdy na Wiejskim Sprzęcie Kaskaderskim nie ćwiczylim. Za młodego w liceum się zakochiwaliśmy, a na studiach migaliśmy od wojska. Nie było czasu na sprawdzanie męskości w wyczynach kaskaderskich, więc na stare lata nie mamy doświadczenia i nie wiemy jak ryzykować, aby przejechać zwaloną do rzeki ścieżkę, na 15cm szeroką. Na to trzeba większych chojraków, z większymi jajami. A przynajmniej tak dużymi jak głowa, aby je mogli pomylić z rozumem.

Dygamy asfaltem, bo to przecież dojazdówka do Portugalii. Przemek się cieszy, ja walczę z wiatrem w kasku z daszkiem, a Tomek myśli jaką whiskey na wieczór kupić w Lidlu. A Lidla znaleźliśmy w Tomelloso. Mięso do teflonowego garnka, na kuchenkę benzynową się znalazło. Wino i woda sodowa do mieszania też. Można jechać dalej. Ale przed Horacjo zaskoczyła nas ulewa. Była taka nadzieja, że się uda ją minąć, ale się nie udało. Trzeba wyciągać ortaliony i wbijać się w nie jak faraon w bandaże przed mumifikacją. Przemek vel Twardy nic sobie z deszczu nie robi, ma super wdzianko. Ja mam ośmioletniego HeinGerickea, co zwiedził świat i już robi pod siebie. Tomek firmowy strój KTMa, z czasów kiedy jeszcze wierzył w lipny marketing austriackiego producenta bubli. Te konfekcje męskie i motocyklowe już mają dość, chłoną wodę jak suchotnik, więc straciliśmy dziesięć minut na wdzianie na siebie folii. Trzeba było zwolnić, bo kostka na wapiennym asfalcie ślizga się jak na lodzie, ale w Horacjo przestało lać.

Wjechaliśmy w okolice Reserva Nacional de Cijara. Minęliśmy obserwatorium dla turystów. Zbudowane na wysokość kilku pięter, aby przyglądać się sępom, krążącym ponad okolicą. Potem szukaliśmy noclegu w lesie.

Po kolacji, kłótni z Bobkiem i libacji kładłem się spać z niesmakiem spowodowanym nieciekawą okolicą jaką przejeżdżaliśmy od Tomelloso, aż po Horacjo i dalej. Puste przestrzenie, ograniczone drucianymi płotami, zagrodami dla wołowiny na hiszpańskie stoły. Płasko, chmurzyście, wysoko, ostre powietrze, całkowity brak cywilizacji, mijane wioski to grupa domków sypialnianych dla robotników na ogromnych ranczach. Brak sklepów, aby zrobić nawet podstawowe zakupy. Brak ludzi aby zapytać o drogę. Tylko pusta przestrzeń, co jakiś czas kamienna brama po środku niczego, bez sensu, tak aby zaznaczyć wjazd do posiadłości obszarnika. Nie znam pampasów, ani pogranicza Meksyku, ale z westernów oglądanych w dzieciństwie, kojarzy mi się to z Dzikim Zachodem i innymi realiami życia. Musiał minąć czas abym docenił to co widziałem tam, w środkowej Hiszpanii. Wtedy mi się to nie podobało.

Następnego dnia walczyliśmy z drucianymi płotami, które pocięły pampasy. Zupełnie jak cowboye na filmach z lat ’60-tych. Walczyliśmy o swobodny przemarsz enduro... i przegraliśmy. Wielcy ranczerzy wygrali. Ale po kilku dniach inaczej ten czas wspominałem. Pokazał mi się dzikością w Europie. Mam takie szczęście, że udaje mi się znaleźć dzikość rodem z dalekiej Azji, w centrum Europy. Tym razem ją znalazłem i nawet tego nie zauważyłem. Pamiętam wioskę, w której się zatrzymaliśmy na postój pod kościołem, na którego wieżycy sępy zrobiły trzy gniazda. Nowoczesne domy, brak samochodów, a co najważniejsze brak sklepu z bateriami do latarki na wieczór. Nic się nie dzieje, wiatr przewala krzaki przez asfalt zasrany błotem i kurzem. Wtedy mi się to nie podobało, ale teraz, po paru dniach wspominam ten czas jakbym oglądał zdjęcia z dzieciństwa, zauważam zupełnie inne rzeczy niż te, które wtedy były ważne. Dystans, zmiana perspektywy postrzegania, może zmienić odbiór rzeczywistości nawet o 180 stopni. Przemek nawet po dwóch tygodniach wspomniał ten czas w środkowej Hiszpanii jako stracony. Może potrzebuje więcej czasu aby nabrać dystansu, a może dostrzega coś co mi się wymyka.

Grunt, że wieczorem czekaliśmy na Bogdana i czekaliśmy, i nic się nie wydarzało. Nawet ktoś przejechał w oddali podobnym samochodem, więc się puściłem galopkiem za nim, ale serpentyny, zanim wdziałem ubranko, i... mi umknął. Wróciłem i czekaliśmy. Wcześniej specjalnie pojechałem na przełęcz aby wysłać SMSa z namiarem GPS na nocleg. A po zmroku, kiedy znowu zaczął padać deszcz, zrozumiałem że się pomyliłem w SMSsie i wysłałem Bobkowi namiar na miejsce, z którego wysyłałem SMSa, a nie miejsce gdzie będziemy nocować. Chłopaki poszły pod most, aby deszcz im fryzur nie popsuł, a ja pojechałem szukać Bobka w lesie. Goniłem za jakimiś zwidami, które okazały się uciekającym Mercedesem Vito, pętliłem po serpentynach, aż w końcu trafiłem na Bogdana zmieniającego po ciemku koło, bo rozciął oponę zawracając w krzakach i szukając nas czekających na niego. Dalszy ciąg wypadków opisałem wcześniej. Miło nie było, ale wesoło na pewno tak. Taki motocyklowy paradoks sytuacyjny.

Nocowaliśmy w górach Dehesilla, a rano puściliśmy się przez Lobera i Rinconada. Kamienista szutrówka wytrawiła nasze zawieszenia z możliwości. Jak każdy zgadnie KTM wygrał, ale i przegrał. Po południu siadł na amen. Radość z jazdy trwa krótko. BMW wygrywa środkiem. Nie ma radości z jazdy w terenie, ale jest komfort pewności, że dojedzie do celu.

Długo szukaliśmy drogi, jaką sobie wyznaczyłem ze zdjęć satelitarnych, spędzając dziesiątki godzin przed komputerem, w zeszłym roku. Chłopaki pewnie tego nie czują, wydaje im się, że to jedna wielka improwizacja, jadą za moimi plecami i jest cool. Ale ja obłożyłem się informacjami GPS zdobytymi w ciężkiej pracy i nie improwizuję. Jedynie dobieram odpowiednią trasę do możliwości. Tym razem jednak, zdjęcia satelitarne nie wystarczyły. Wielkie rancza ogrodziły pastwiska dla bydła drutem kolczastym, który ograniczył swobodny przepęd enduro. Na zdjęciach satelitarnych nie widać drucianych płotów. Kombinowaliśmy jak się dało, a i tak nic z tego nie wyszło. Z początku zwątpiłem kiedy wjechaliśmy na pastwisko byków większych od ciężarówki. Ale to jednak płochliwe bydlęta, tylko krótkowzroczne. Jak się do nich podjedzie na trzy metry, to uciekają aż im jaja o udźce się obijają. Te byki na areny, do corridy, to chyba z innego surowca zrobione. Może na kokainie pędzone.

W Miajadas wpadliśmy w cywilizację. Miasto zaludnione, są restauracje i sklepy, ruch uliczny, itp. Nie widzieliśmy tego przez poprzedni dzień. Jednak ujechaliśmy kilkanaście kilometrów dalej, do Arroyomolinos i KTM padł na pysk. Coś gruchnęło, a że akurat miałem pod nosem chodnik z ławką i cieniem drzewa, więc zaparkowałem. Trzeci dzień wyprawy. Kolana pode mną się ugięły. Mówię chłopakom – wy sobie jedźcie, macie trasę gotową, a ja tu sobie namiocik rozbiję, jak mi go Bogdan dostarczy i będę kombinował jak wrócić piechotą do Valencji. Zaprzeczali... niby jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Ale pewnie tak samo jak ja nie wiedzieli co dalej zrobić w tej sytuacji.

Przede wszystkim Bobka szukającego nowej opony się zawołało, aby przyjechał, bo sytuacja podbramkowa. Po drugie ciśnienie było takie, że już strach przed rozkręcaniem silnika gdzieś umknął i wzięliśmy się do roboty. A nóż szczęście w nieszczęściu i łatwo naprawimy. Skąd ja to znam. Nie ma wyprawy która by się bez tego obyła.

Przemek się przyglądał, bo nie rozumie mechaniki. Biadolił – złóżmy się i kupmy Mariuszowi jakiś porządny motocykl aby już nie było takich sytuacji na przyszłość. O nieświadomości! Dałbym nerkę za lepszy sprzęt, ale nie robią takich. Tomek coś słyszał od swoich mechaniorów, co robić w takiej sytuacji, ale ma więcej odwagi niż rozumu. Też bym miał, gdybym piąte piwo walił od rana. A mnie już jest wszystko jedno. Wyprawa się dla mnie skończyła. Kupa szmalcu, którego nie mam, poszła w pizdu i cały misterny plan też w pizdu. Co mi szkodzi trupa rozkręcić. Mam jednego KTMa na własność, którym dojechałem do Nepalu i też nie umiałem go naprawić, a po latach już nie ma sensu go naprawiać. Stoi pod krzakiem w Mahendranagar. Więc obaliliśmy trupa na chodnik i odkręciłem lewy dekiel. Od razu jasność nas poraziła. Wałek balansowy wyrwał się z uwięzi, bo łożysko się rozleciało. To łożysko co jem sprawdzał przed wyjazdem i które mi fachowiec od LC4 poradził – eee... jeszcze jest OK. Nie było czasu aby zamówić nowe. Ledwie wróciłem z Kaukazu i Bałkan i miałem dwa tygodnie aby ruszyć w motoIBERIADĘ.

Pomni porad fachmanów, że niby sportowcy bez balansu jeżdżą i jest git! Wyrzuciliśmy rozwalony balans do pobliskiego kosza na śmieci. Do tego samego kosza zanurkowałem, Tomek trzymał mnie za nogi, po pusty pojemnik po płynie Perwoll, aby było do czego olej zlać i po stare spodnie dresowe, aby było co wkręcić w tryby, by nakrętkę odkręcić. Spodnie były osikane, więc mam kotwicę w głowie na tą naprawę, związaną ze smrodem uryny. Przemek pojechał kilkanaście kilometrów do Miajdas po olej i klucz 27mm. Ale tak sobie siedzimy przy rozpieprzonym KTMie, na ławce o który jest oparty, obok plamy oleju na chodniku, zamaskowanej igłami z sosny, i widzimy jak sobie traktor pogina ulicą wioski. Tomek wpadł na pomysł aby za nim pogonić i zapytać o odpowiedni klucz. Pyta czy ja chcę jechać jego Suzuki. Ale ja nie chcę, bo Tomi Lee Jones lepiej załatwia takie sprawy niż ja. Pojechał i przywiózł klucz. Pierwszy klucz. Potem pojechał po następny i następny i tak dopóki nie wydobyliśmy wałka balansującego, aby go wypieprzyć do kosza. Tymczasem przyjechał Przemek z olejem i Bogdan do towarzystwa. Zrobił się wieczór i pojechaliśmy do Lidla w Merida, a potem na nocleg gdzieś w krzaki, nad rzeką Guadiana.

Co było robić. Wymęczyłem chłopaków czekaniem na chodniku, więc kupiłem w Lidlu dobry rum i czarną polewkę do mieszania, na wieczór. Jasny gwint, ten Lidl powinien lokować produkt, swoją markę w tej wyprawie, i zasponsorować nowy wałek balansujący i łożysko do niego. Jak łatwo było się spodziewać, ubzdryngoliliśmy się na całego. Ale rano dyscyplina, wyjąwszy Bobka, o ósmej powstań, spakuj namiot i w drogę. Jak się ktoś wyłamie to zostanie. Bogdan w pidżamie przyszedł z wielkim kubkiem kawy w ręku i patrzył z politowaniem jak składamy namioty.

Czas straciliśmy, więc po autostradzie popędziliśmy. Przemek się cieszył, a my z Tomkiem walczyliśmy z hałasem i wiatrem aby utrzymać minimum 100km/h. Dojechaliśmy tak do Portugalii i wjechaliśmy do Lisbony płatnym mostem ponad rozlewiskami rzeki Tejo. Widzieliśmy brodzących w błocie poławiaczy małży i wjechaliśmy w najpiękniejsze miasto Europy, jakie znam. Zahaczyliśmy oczywiście o Lidla, aby mieć co zjeść. Przemek wprawdzie przywiózł, za pośrednictwem Bobka, z Polski kupę żarcia, co to jest niezdrowe i tak samo tanie jak w Lidlu na półwyspie Iberyjskim, ale my z Tomkiem żywimy się tym co nam Lidl miejscowy przyniesie na świeżo.

Zlądowaliśmy na kempingu, niedaleko centrum. Jedyny taki kemping. Ogoliliśmy się patrząc w prawdziwe lustro, bo w lesie można tylko patrzeć w toń jeziora. Wiem, że dla ciebie, czytającego to absurd, ale ja znam życie w krzakach z o wiele dalszych wypraw niż ta. Pamiętam jak w 2008 jechaliśmy 44 dni do Indii i nie było lustra po drodze. Znam też o wiele dalsze wyprawy ze swoich wspomnień... jak to dziś jest daleko... Wczoraj byłem po raz pierwszy od wielu lat w McDonald’sie we Wrocławiu. Czułem się obco, nie wiedziałem co i jak, pytałem gdzie odnieść tacę ze szklanką po czekoladzie. Jak jakiś emeryt w składzie z I-phonami. Wolę krzaki, tam się czuję jak w domu, z dala od tej cywilizacji jaka dla ciebie jest pewnie codziennością. Tam, nikt kogo znam, nie jest lepszy ode mnie. A przecież o konkurencję chodzi. Jak się gubisz przy zamawianiu czekolady na gorąco w McDonald’sie, to jesteś poza głównym nurtem, kręcisz się jak pusta puszka po piwie w zakolu rzeki, a awangarda wali środkiem, jak kiedyś barki na Warcie. Sęk w tym, że z im większej perspektywy to oceniasz, tym bardziej ambiwalentnie do tego podchodzisz.

Na kempingu dali nam miejsce niedaleko huczącej autostrady. Ale zaraz pojechaliśmy autobusem do centrum, na zwiedzanie. Lisbona jest dla mnie jak ziemia obiecana. Byłem tu trzy razy i czułem się wspaniale. Nie jak u siebie, ale jak dziecko w DisneyLandzie. Zaprowadziłem chłopaków na krótki obchód centrum, taki standardowy. Po drodze wpadliśmy do jakiejś tawerny. Wszyscy prócz mnie, wyszli na miasto na głodnego. Ja nawpychałem się jajek, aby nie być głodnym i nie wydawać pieniędzy. Ale owczym pędem, zamówiłem gambras, czyli krewety za 6EUR. Dla mnie to duży wydatek. Trzeba było zamówić wina za 5EUR i patrzeć jak inni jedzą. Ale nie... poniosło mnie i w sumie skasowali mnie na 16EUR. Wolałbym głodować, a nie kupiłbym za tą cenę nawet napitku bogów z Olimpu. Oczywiście Bogdan tego nie rozumie, on przedkłada zmysły dostarczające przyjemność ponad oszczędzanie na podróże. Przemek nie rozumie bo go stać na wszystko. A Tomisław ma jak zwykle to wszystko w dupie.

W poczuciu przegranej schodziłem w dół po schodach starówki. Pokręciliśmy się jeszcze z godzinę. Pooglądaliśmy czym żyje miasto i świat bogatych turystów. Potem wróciliśmy ostatnim autobusem na kemping.

Rano Przemek pojechał w swoją stronę, szukać lepszych dróg i miejsc na świecie. A ja z Tomkiem umówiliśmy się, nie bez przeszkód, z Bogdanem, na wieczór na plaży, gdzieś na południe od Lisbony i pojechaliśmy szukać swojego Pacanowa. Poprzedni off-road był niczem w porównaniu do dygania w piachu po wybrzeżu Portugalii. Najpierw zaatakowaliśmy w pobliżu Alcacer i po 500 metrach polegliśmy. Dwie rynny piachu, jak dwie koleiny od samochodu terenowego, wygrały a my zawróciliśmy. Tomek na powrocie jeszcze się obalił. Było 1:0 dla mnie.

Objechaliśmy piachy po asfalcie i zaatakowaliśmy w miejscu, gdzie płoty wreszcie się skończyły. Od kilku lat wybrzeże się opłotowuje. Chyba nawet tu przyszła moda na quady i crossy. Trafiliśmy na budowę super kurortu z polem golfowym i... siedmioma kilometrami brukowanej kostką bazaltową drogi, pośród eukaliptusów. Tak wyjechaliśmy w nadbrzeżne piachy i ciągnęliśmy dalej na południe, w stronę słońca. W końcu znaleźliśmy plażę z marzeń, w dodatku tylko dla siebie. Kotlina otoczona wydmami i lasami eukaliptusów, z twardym podłożem i cieniem od drzew. Obok klif pomarańczowych piargów schodzących na bezludną plażę. Można się kąpać na golasa. Woda w Atlantyku lodowata, więc potrzeba wiele determinacji aby do niej wejść. Na lewo, po horyzont nie widać nic innego niż piasek i klif, na prawo tak samo. Jesteśmy sami. No wieczorem przyjechało dwóch wędkarzy i walczyło na brzegu z rybami do rana. Dziwni ludzie.

Następnego dnia zaczął się prawdziwy off-road. Puściliśmy się klifami i brzegiem Atlantyku. Głównie to była walka z piachem i wydmami, na które nie można się wspiąć, kiedy dwójka w piachu zdechnie. Potem trzeba fizycznie zwalić sprzęt z powrotem w dół i zaatakować ponownie... jeśli nie ma się tyle rozumu aby dane miejsce objechać po asfalcie, albo innej piaskowni, bardziej płaskiej. Całe wybrzeże to park narodowy, ale nie ma obostrzeń, jak na razie, co do jeżdżenia sprzętem terenowym. Trzeba jednak uważać na piechurów z plecakami, którzy penetrują wspaniałej urody klify od Lisbony po Sagres. Trasy są opisane i oznakowane. Wiele tu kamperów, z których wyruszają wycieczki na podbój szlaków. My też nocowaliśmy na dzikiej plaży, wraz z innymi utracjuszami, na emeryturze niemieckiej i na luziku serfingowym, a także na wygnaniu od tej całej cywilizacji facetbuka, sushi, korporacji, PITów, wyborów do sejmu, TVN24 i tradycyjnych więzi rodzinnych. Ja jestem z tego właśnie świata, aspołeczników, niebieskich ptaków i wrzodu na dupie społeczeństwa wierzącego w wartości rodzinne. Jestem imigrantem z nowohipisowskiego świata negacji przywiązania do konsumpcji, do świata zasad moralnych, ram obyczajowych i wizji przyszłości opartej na ciągłym wzroście PKB, a malejącym kursie Franka. Wolną miłość z lat ’60-tych zamieniłem na asekurację skrobanki. Nieświadomość następstw ćpania, na balansowanie, na krawędzi alkoholizmu. A wartości miłości bliźniego, zamieniłem na przekonanie o potrzebie zapobiegania przeludnienia Ziemi. Dawni hipisi chcieli egzystować w komunach wielbiących naturalny, wręcz przyrodniczy porządek rzeczy. Dzisiejsi ponad wszystko wielbią indywidualizm i modlą się do boga JA. Przybywam do świata normalnego na chwilę aby zdobyć fundusze i wracam do siebie, do świata bytu pozamaterialnego, pozakonsumpcyjnego, aby tam trwać w ułudzie wolności od wszystkiego. W Portugalii, poza sezonem i poza szlakiem turystycznym, można spotkać takich bitników XXI wieku. Chociaż może to za dużo... tu nikt się nie buntuje przeciwko czemukolwiek. Tu każdy chce znaleźć swoje, osobiste miejsce, z dala od systemu. Ukryć się, tak aby system, stonka turystyczna, policja egzekwująca zakaz nocowania na dziko, inni utracjusze, nie przeszkadzali w kontemplacji samotności.

Na plażę przyjechał Niemiec, wraz ze współmałżonką. Rozłożyli automatyczną antenę satelitarną, wielkości mojego motocykla i ugotowali obiad. Igor okazał się być Polakiem, który w 1979 uciekł z Polski do NRF. Tak się ucieszył na widok krajan, że zamęczał nas do nocy przygrywaniem na gitarze i fałszowanymi piosenkami Połomskiego, Santor i innych dansingowców dla emerytów. Od dwóch miesięcy jeździ sobie kamperem po Portugalii i nie zamierza wracać na północ. Zżyma się na rząd Niemiec, że imigranci dostają 640EUR miesięcznie, darmowe mieszkanie, darmowy kurs niemieckiego i do wyboru kurs zawodowy, a jego żona ma 450EUR renty. Ale i tak mu zazdroszczę. W jego wieku już by mnie nie kręciły kobitki ani motocykle. Niedługo bym kopnął w kalendarz i miał to wszystko z bani. A tak muszę kombinować, szarpać się aby zebrać fundusze na następną podróż, z której wrócę i znowu zęby w ścianę. Potem kolejne kombinacje finansowe i tak do zajebania. Może lepiej emigrować na Syberię. Wykopać ziemiankę, nałowić ryb na zimę, nagonić samogonu, oskórować sobole aby wymienić na solara do komputera i opłatę za interent satelitarny... i jakoś się prześliznąć do śmierci.

Najlepszy jest Bobek. Przejechał sto kilometrów i na rajskiej plaży poszedł spać. Obudził się po zmroku i niewiele zobaczył. Najważniejsze, że wyciągnął dwa litra domasznej pigwy. Myślał, że to na tydzień, a w jeden wieczór poszło.

Następnego dnia puściliśmy się przez góry Monchique, czyli całe pogórze Algarve. Było pochmurnie i jakoś nijako. Niby ciepło, ale wilgotno i mgliście na szczytach. Walczyliśmy z zapomnianymi nawet przez tubylców i drwali, leśnymi duktami w górach. Raz zapędziliśmy się w taki trójkąt, że nahałasowaliśmy i nakręciliśmy po krzakach i kamieniach, a wróciliśmy z powrotem do rzeki, przy której stała pani z pieskiem i pytająco podnosiła brwi. Ja jej również mową ciała odpowiedziałem konsternacją, dezaprobatą i pojechaliśmy na okrętkę. W tych lasach nie ma śladu crossowców ani quadowców. Te nygusy chyba w ogóle nie korzystają z możliwości upalania po terenie. Dlatego nikomu nie przyjdzie na myśl aby robić szlabany i zakazy. My korzystamy i się bawimy do woli. A jest co robić aby te góry na przełaj przejechać.

Gdzieś po środku, wpadliśmy do wioski i do minimarketu. Tu się mówi minimercado. Tomek zakupił czarną jak smoła kiełbasę lokalną, za małe pieniądze. Zjadł, resztę wypieprzył w krzaki i poszedł od razu uwolnić czarnego ogórka. Coś z enzymami w jego żołądku nie zadziałało. Ja kupiłem drogi ser owczy i zajadałem się do wieczora. Szczególnie smakował do białego wina za 0.54EUR. Za ten ser mógłbym kupić osiem litrów takiego wina. Ale Bogdan cały czas nas męczy aby skosztować lokalnego folkloru, pójść do restauracji na jakieś lokalne danie. Kupić lokalny wyrób pamiątkarski i destylat. Zobaczyć nieodkryty przez wysłanników przewodnika Pascala, monumet. Kupić souveniry dla rodziny wyprodukowane w Chinach, ale z metką z Portugalii i paragonem z Hiszpanii. Przelecieć lokalną dziewczynę i napić się lokalnego piwa, koniecznie w barze, bo piwo lokalne z Lidla się nie liczy. Ja mam te jego namowy generalnie w dupie. Ale ser owczy to ja kupię nawet drogo, bo w tej konserwatywnej, chrześcijańskiej Polsce, to tylko wieprz i Gouda z krowy.

W innej wiosce zatrzymaliśmy się na zimny napój. Na przyniesionym z domu stołku siedział obok jakiś wioskowy emeryt, który nie mógł się zamknąć i cały czas zaczepiał nas po portugalsku, w nieustającej nadziei, że w końcu coś załapiemy. Chodziło mu o silnik KTMa, że hałasuje jakby mu panewka wyskoczyła. Tak sobie dopowiedziałem i domyśliłem. A ja mu na to, że z tą panewką, czyli ośrupanym trybem od sprzęgła to już 2000km przejechałem i jest git. Gadał ślepy do obrazu, a obraz do niego ni razu. Ale musiał być jakiś ważny gościu, bo co samochód przejedzie, to kierowca pozdrawia naszego dziadka. Może był przez 60 lat mechanikiem wioskowym, a na stare lata przyszło mu tłumaczyć turyście, że silnik ma na ukończeniu. Przez ten czas przejechały po drodze dwie furmanki jednoośowe. Ciągnęły je muły, miały wielkie, drewniane koła, a burty pstrokato pomalowane. Wyładowane były tobołami jakby na przeprowadzkę. Na obu siedzieli chłop z babą, a lica mieli jakieś takie czerstwe, jakby oderwane z kawałka tych piargowych wzgórz. Nie pasowali nie tylko środkiem lokomocji, ale także swoim jestestwem. Cyganie jacyś portugalscy, czy co. Zwolnili lekko na śpiącym policjancie, bo furmanki miały sztywne jak kołek resory, a potem dali po grzbietach ciągników i poszli galopkiem dudniąc po asfalcie. Prawdziwki wyjęci z dawnych czasów.

Noclegu szukaliśmy w Szpanielsku, w okolicy Huelva. Dziś niedziela, więc nygusy chłopo-robotnicze, lewicowcy w dupę kopani nie pracują. Odpoczywają w pubach i na wolnym powietrzu. Trudno było zdobyć coś do jedzenia na wieczór, łatwiej coś do picia. Noclegu szukaliśmy na nasze nieszczęście na długiej na kilkanaście kilometrów mierzei Isla de Saltes. Jest tu park krajobrazowy, są ścieżki pośród bagien, aby obserwować ptaki. Są też plaże z parkingami i pełno wędkarzy. My ukryliśmy się na końcu, pośród piachu i porzuconych, stalowych rur. Chwilę wcześniej Tomek przemielił tylnim kołem własnym bagaż. Bomba do łatania dętek wybuchła i zapianiła całe moto, a spodnie od ubrania przeciwdeszczowego poszatkowały się jakby wpadły w zęby rekina. Ja się wywaliłem w piasku, a potem przyszedł deszcz i trzeba było się ukrywać w stalowych rurach, do czasu przybycia Bobka z bagażami.

Oglądaliśmy więc majestatyczne tankowce na ropę i gaz, jak defilują tuż obok nas, wąskim kanałem do portu Huelva i czekaliśmy na Bogdana. W końcu przyjechał, więc rozbiliśmy namioty pod rozgwieżdżonym niebem i wzięliśmy prysznic z gorącej wody. W nocy jednak pogoda się zmieniła. Przyszedł wiatr, który kładł mi na twarz dobry namiot, a deszcz nie pozwalał wyjść na zewnątrz aby umocować go lepiej w gruncie. Rano w końcu przestało na chwilę padać, więc wyskoczyliśmy z Tomkiem i zwinęliśmy namioty w błocie, po czym pojechaliśmy w deszczu w stronę Sevilli. Dopiero w okolicy Carmony doczekaliśmy na nieczynnej stacji paliw, aż ulewa się skończy. Potem nadrabiając czas puściliśmy się przez Marchena i Osuna, w okolice Sierra del Valle de Abdalajis. Znaleźliśmy opuszczony dom na nocleg, chociaż wieczorem, spoza deszczowych chmur, wyszło słońce.

Następnego dnia wzięliśmy bagaże na motocykle, bo Bogdan pojechał zwiedzać Granadę i nie planował spotkać się z nami wieczorem. Szkoda, bo mieliśmy dziś trudny etap przez góry. Najpierw minęliśmy zaparkowane samochody i kampery pod bramą do Garganta del Chorro. To taka ścieżka zawieszona na pionowej skale, na metalowych wspornikach. Kiedyś zniszczona, ale dostępna dla wszystkich. Dziś odnowiona, a wstęp jest reglamentowany i płatny. Pod tymi samymi skałami biegnie tunel kolejowy. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wypatrując słońca w chmurnym niebie puściliśmy się przez Sierra de Chimenea. Próbowaliśmy pokonać w tym paśmie ścieżkę pieszą, ale urwisko schodzące do rzeczki Arroyo de la Dehesa zatrzymało nas na dobre. Poszliśmy na piechotę sprawdzić czy nasze umiejętności powożenia wystarczą do tego zjazdu zakosami prawie dwieście metrów w dół. Ale tylko się nachodziliśmy i trzeba było zawrócić. Z tego powodu nie mogliśmy podziwiać pełnej krasy parku wokół szczytu Torcal. Ale i bez tego mieliśmy co robić. Przejechaliśmy szutrami pod autostradą Granada – Malaga i wjechaliśmy w kolejne pasmo Sierra de Camorolos, a potem Sierra de Alhama i Sierra de Tejeda, aż w końcu wpadliśmy w kręte, kamienne ścieżki Sierra de Almijara, w Parque Natural de las Sierra Alhama y Almijara. Były zakazy wjazdu, a jakże! Ale je w pełni rozmyślnie, zwyczajem polskich quadowców, zignorowaliśmy. Mieliśmy tyle roboty z utrzymaniem pionu i omijaniem większych kamieni zagrażających naszym felgom, że nie myśleliśmy o zakazach. Ścieżka pięła się stromo pod górę z wioski Salares, kręciła zakosami i nie chciała dać odpocząć.

Gdzieś tam w górze, na ponad 1600m n.p.m., zrobiliśmy postój regeneracyjny. Mogliśmy już podziwiać widok na wybrzeże. Daleko za szczytami gór, granatowe niebo zlewało się z morzem, jakby chmury podwijały się pod ląd. Pachniało igliwiem i wilgocią opadającej mgły. Było dość zimno. Trzeba było teraz ruszać w dół, na drugą stronę łańcucha szczytów. Dobrze, że tędy nie podjeżdżaliśmy, bo chyba byśmy nie dali rady. Na zablokowanym, tylnim hamulcu zsuwaliśmy się ostrożnie grzebiąc rynny pośród rumowiska kamieni. Potem był piach, a potem już dobra szutrówka zbierająca wszystkie ścieżki, jak strumienie i pędząca w dół pięknym kanionem do wioski Foroes.

Zrobiło się późno, a Lidla na GPSie nie widać w okolicy. Coś trzeba kupić do żarcia na wieczór, ale gdzie? Pojechaliśmy najpierw do Padul, a potem do Durcal. Bez sensu kręciliśmy się po wąskich uliczkach wiosek, burząc ich spokój hałasem nie do wytrzymania. Ściany domów aż rozsuwały się odpychane falą dźwiękową i puszczały ją w górę, pod słońce palące teraz nasze kaski. W końcu, w nerwach, udało się znaleźć jakiś mały supermercado. Dziś na śniadanio-obiado-kolację będą jaja z mrożonymi warzywami. A nocleg znaleźliśmy w gaju pomarańczowym, na obrzeżach jakiejś wioski. Niestety jesienią pomarańcze ani nie kwitną słodkim zapachem, ani nie dojrzewają by je zerwać. Za to nie musieliśmy czekać na nasze bagaże, bo mieliśmy je ze sobą. Przemek pewnie się gdzieś lansuje na costa del sol, chłodne piwko w cieniu pije, a my tu w krzakach jak cyganie. Powiedział kilku chłopakom – pass – i ma święty spokój.

Następnego dnia już nie walczyliśmy z przeciwnościami drogi. Czas nas gonił i trzeba było grzać na wschód, jak najbliżej Cartagheny. Pojechaliśmy jednak krętą jak diabli drogą u południowego podnóża Sierra Nevada. Liczyłem, że będziemy nie tylko walczyć na ostrych zakrętach ze śliskim asfaltem, ale także podziwiać panoramy gór schodzących do morza. Niestety widoczków było mało, jedynie biała jak śnieg ścianami wioska Pampanira, na tle brązowych stoków, w długim kanionie, przykuła na dłużej uwagę. W Busquistar próbowaliśmy zjechać jeszcze do zabytkowego mostu kamiennego, stromo w wąski kanion, ale okazało się to zbyt trudne. Zakąsiliśmy więc lokalnym przysmakiem, suszonym mięsem ze sklepiku przykościelnego i pojechaliśmy dalej.

Pięknie, tak majestatycznie, było jeszcze na drodze 348, tuż przed wjazdem na 347. Monumentalne, różnokolorowe piarżyska otaczały nas i zamykały, a droga wiła się u ich podnóża jakby chciała uciec przed zwalistymi olbrzymami.

Ciekawie było jeszcze tuż przez wyjazdem na autostradę E15. Zjechaliśmy z gór i gdzieś, na jakiejś, górce zobaczyliśmy morze folii. Cała nizina, na południe od Campo de Dalias, szeroka na ponad 30km i schodząca do morza na około 15km, była pokryta namiotami foliowymi, wylęgarniami warzyw dla północnej Europy. Przemek powiedział nam później, że Hiszpanie mówią, że podobno ich szare, postrzępione folie widać nawet z Kosmosu. Chińczycy mają swój mur, a Szpaniele swoją folię.

Do wieczora walczyliśmy z autostradą i wylądowaliśmy na dzikiej plaży z tawerną i całą zgrają kamperów koczujących tygodniami po krzakach, za free. Lokalesi nastawiali znaków „NO CAMPING”, ale nikt się tym nie kłopotał. Francuzi zapewnili nas, że znaki sobie, a życie sobie i można kempingować tutaj bezustannie. Plaża była rajska. Ograniczały ją z dwu stron skały, więc można było snorklować, a po środku był piasek. Można się było czuć całkiem swobodnie i miło. Woda zdatna do kąpieli nawet na początku października, a na rozdekoltowane wieloryby można po prostu nie zwracać uwagi.



Bogdan znalazł nas już nieźle wstawionych winem i kąpiących się w morzu. To całkiem przyjemny sport extremalny. Ale nie skorzystał z ostatniej szansy wykąpania się w tym roku. Za to zaczął od biadolenia, że za ciepło, że musiał zboczyć z obranej drogi, aby nas znaleźć, że w Granadzie pozwiedzał tylko ładne studentki, a na zabytki nie było czasu, czy pieniędzy, już nie pamiętam. Ucieszył się za to na wieść, że jutro mają być ulewy, bo mu klimatyzacja wysiadła i w tym słońcu to gorąco w samochodzie. Prawdziwy hedonista z Boba, pewnie my wydajemy się mu zadręczającymi się bezustannym wigorem lekkoduchami. Na wakacjach się leży i odpoczywa, czasami pójdzie na kolację złożoną z lokalnych przysmaków, czasami zwiedzi jakiś zabytek. To co my z Tomkiem robimy?

Następnego dnia przejechaliśmy całkiem nudny i również miejscami zafoliowany Parque Regional de Cabo Cope-Puntas de Calnegre. Ale ci Szpaniele mają długie nazwy. To ta ich egzaltowana manieryczność. Ale nic to, wpadamy na autostradę i walimy na Murcię, a tuż za miastem stajemy na stacji by zatankować. Odpoczywamy i uzupełniamy płyny, bo dziś jednak słonecznie. Potem z fajerą wyskoczyłem ze stacji na autostradę... trójka, czwórka, piątka i... KTM zdechł. Trzeba było pokornie zapchać moto z powrotem, pod prąd, na stację. Samochody trąbią i migają światłami, ale coś trzeba zrobić zanim przyjedzie policja. Już na nas czekała w liczbie czterech radiowozów, na stacji. Ale w ogóle się nami nie przejmowali. Przyjechał marokański autokar, więc wywalili wszystkich i wszystko na parking, a potem zaczęli szukać narkotyków. My rozbebeszyliśmy gaźnik w KTMie i znaleźliśmy przetartą i złamaną iglicę. Coś tam kleiliśmy, kombinowaliśmy, ale silnik nie chciał na tych naszych patentach normalnie pracować. Gdyby była poxilina, papierek ścierny, to by się naprawiło. Ale w zasadzie zostało 171km do mety. Więc Bogdan pojechał po lawetę i wrócił po nas, już z Przemkiem, promieniejącym radością ze spędzenia tygodnia na costa del sol. Dalej już było standardowo. Jazda, jazda, jazda, aby nie zasnąć wytrzeszczamy gały jak pies próbujący wysrać pestkę brzoskwini i znaleźliśmy się w mroźnej, pochmurnej i zamglonej rzeczywistości polskiej jesieni. Mojej ulubionej pory roku.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość