Strona główna

Na mistrzostwa nie jedziemy jako faworyci. Co więcej, po porażce w ostatnim meczu towarzyskim z Norwegami rozgrywanym w ramach przygotowań do turnieju sami czujemy nutę sceptycyzmu


Pobieranie 10.85 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar10.85 Kb.
Na mistrzostwa nie jedziemy jako faworyci. Co więcej, po porażce w ostatnim meczu towarzyskim z Norwegami rozgrywanym w ramach przygotowań do turnieju sami czujemy nutę sceptycyzmu. Mamy jednak jeden z najsilniejszych składów ostatnich lat: w bramce kontuzjowanego Buffona godnie zastępuje Toldo. Obronę tworzą Maldini, Nesta, Zambrotta i Cannavaro, który w przeddzień każdego meczu powtarza: „Zjemy ich na śniadanie!”. W pomocy grają Albertini, Stefano Fiore i ja. W ataku też jest w kim wybierać – Totti, Del Piero, Inzaghi, Marco Delvecchio… Krótko mówiąc, kawał drużyny.

Jestem w naprawdę dobrej formie i potwierdzam to w inauguracyjnym meczu z Turcją, zdobywając bramkę na 1:0. Strzelam przewrotką i do dziś uważam tego gola za jednego z najpiękniejszych w karierze. Kibice okrzykują go później najbardziej spektakularną bramką tych mistrzostw.

W drugim meczu pokonujemy 2:0 Belgów – współgospodarzy turnieju – i zapewniamy sobie awans do dalszego etapu rozgrywek. Na koniec wygrywamy ze Szwedami i  wychodzimy z grupy z pierwszego miejsca. Mkniemy naprzód.

Niestety, ćwierćfinał z Rumunią trafia na listę tych spotkań, o których chciałbym jak najszybciej zapomnieć… Mecz bez historii, po pierwszej połowie prowadzimy dwiema bramkami i spokojnie kontrolujemy sytuację na boisku. Pół godziny przed końcem spotkania porywam się na bezpańską piłkę pozostawioną w środku pola, będącą mniej więcej w połowie odległości pomiędzy mną a Gheorghe Hagim, uważanym za najlepszego rumuńskiego piłkarza stulecia. Zamiast powalczyć o piłkę, Hagi czeka z wyprostowaną nogą na mój ruch, po czym z impetem staje mi na kostce. Kiedy dociera do mnie, co zrobił, jestem naprawdę przestraszony. Kto gra w piłkę, doskonale zdaje sobie sprawę, że w ten sposób można złamać przeciwnikowi nogę. Hagi nie atakował piłki, tylko mnie. Stawiam stopę na ziemi i w jednej chwili czuję rozrywający ból.

Opuszczam boisko z kostką spuchniętą jak balon, niestety już nie o własnych siłach. Hagi dostaje tylko żółtą kartkę. Po meczu słyszę pukanie do drzwi szatni, gdzie cały czas zajmują się mną lekarze. Ktoś zagląda do środka i mówi, że na zewnątrz czeka Hagi i chce mnie przeprosić. Odmawiam i również za każdym następnym razem nie przyjmuję jego przeprosin. Wiem doskonale, że ten brutalny faul był całkowicie rozmyślny. Oczywiście czas leczy rany i złość też w końcu przechodzi. Rok później Rumun zaprasza mnie na swój pożegnalny mecz, co uważam za ładny gest z jego strony. Zatrzymują mnie jednak rozgrywki ligowe, więc ostatecznie się na nim nie pojawiam.

Badania wykazują uszkodzenie więzadeł kostki. Rezultat: kolejne dwa miesiące przerwy w grze i koniec przygody z mistrzostwami Europy. Występuję jednak o zgodę na pozostanie w Holandii z resztą drużyny – razem zaczęliśmy, więc razem powinniśmy walczyć dalej. Z ławki rezerwowych oglądam nieprawdopodobny półfinał z Holendrami. Przez większość meczu gramy w osłabieniu, tymczasem przeciwnicy w regulaminowym czasie gry dwukrotnie marnują jedenastkę. Awans do finału ma rozstrzygnąć konkurs rzutów karnych. My zaczynamy – do piłki podchodzi Di Biagio. Gol. Holandia wystawia na pierwszy ogień De Boera, jednak jego strzał świetnie broni Toldo. Drugim strzelcem w naszej drużynie jest mój przyjaciel Gianluca Pessotto. Prawdę mówiąc, to przeze mnie podchodzi do tego rzutu karnego. Po zakończeniu dogrywki Zoff szuka bowiem chętnych i tylko nieliczni wychodzą mu naprzeciw. Brakuje jednego.

Podchodzę do selekcjonera i mówię mu prawie na ucho:

– Trenerze, Pessotto jest świetny w rzutach karnych i ma stalowe nerwy.

Nikt w tamtej chwili o nim nie myślał. Zoff spogląda na mnie dosyć sceptycznie i pyta:

– Mówisz poważnie?

– Naprawdę, jest bardzo dobry – potwierdzam. W końcu to on będzie musiał strzelić karnego, nie ja!

Zoff pyta o zdanie Gianlucę, a ten stawia się do jego dyspozycji. Mówię do niego szeptem:

– Posłuchaj, Luca. To ja namówiłem na to trenera, więc teraz tego nie spartacz!

Oto, jak zgrana i szczera wobec siebie jest cała nasza grupa.

Kiedy przychodzi na to czas, Pessotto strzela przy prawym słupku bramki, podczas gdy bramkarz rzuca się w drugą stronę. Prowadzimy 2:0. Stam posyła piłkę nad poprzeczką, marnując drugi rzut karny Holendrów. Totti nieoczekiwanie strzela delikatną podcinką na 3:0, podnosząc nam przy okazji ciśnienie. Do siatki Toldo w końcu trafia Kluivert. Po chwili karnego nie strzela Maldini i przez chwilę czujemy na plecach oddech duchów przeszłości, ale na szczęście Toldo w pięknym stylu broni strzał Bosvelta, dzięki czemu awansujemy do finału rozgrywek. Tam stajemy oko w oko z drużyną Francji.

Zaczynamy niemal perfekcyjnie – prowadzimy do samego końca, jednak kiedy od upragnionego mistrzostwa dzielą nas zaledwie sekundy, po fantastycznie przeprowadzonej akcji do remisu doprowadza Wiltord. Gol ten psychologicznie rozkłada nas na łopatki. Złotą bramkę, zapewniającą Francji tytuł mistrza Europy, strzela w dogrywce młody napastnik, który już po kilku tygodniach zostaje moim klubowym kolegą: David Trezeguet.



Po finale mistrzostw świata, przegranym w rzutach karnych, przyszedł więc czas na porażkę w dogrywce finału mistrzostw Europy… Kiedy ktoś przypomina mi, że w swojej karierze wiele wygrałem, odpowiadam zawsze: „Wiele też przegrałem”. Taki sposób myślenia bardzo pomaga w tym, by cały czas nad sobą pracować.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość