Strona główna

Nemo, otwórz okno! Nie wytrzymam dłużej w tym zaduchu


Pobieranie 26.93 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar26.93 Kb.
Przemysław Domański

KRĄŻENIE
- Nemo, otwórz okno! Nie wytrzymam dłużej w tym zaduchu...

Młody, czarnoskóry mężczyzna jednym susem doskoczył do okna i otworzył je na oścież. Po kilku sekundach stał już przy drzwiach gabinetu, czekając na kolejne rozkazy. Umięśniony, lekko przygarbiony olbrzym wyglądał dość zabawnie. Ogromna postura zupełnie nie pasowała do jego, jakże specyficznego, wyrazu twarzy. Każdy, kto spojrzał w te czarne, lekko podkrążone oczy, odnajdywał w nich wielką dobroć i niebywałą pokorę. Twarz Nemexasa mówiła o nim wszystko. Taki właśnie był. Taki się urodził. Niezwykle wrażliwy, litościwy i pomocny, uosobienie spokoju. Niezbyt urodziwy, ale z piękną duszą...

- A teraz idź i przygotuj samochód, za dziesięć minut ruszamy.

Nemo podszedł do parapetu przy oknie, które wcześniej otworzył, i chwycił kluczyki swoją ogromną dłonią. Niestety zrobił to tak niezdarnie, że klucze z wielkim hukiem spadły na podłogę.

- Szybciej, ofermo!

Czarnoskóry młodzieniec bez słowa podniósł kluczyki i pędem wybiegł z gabinetu.

Pułkownik Jimenez odprowadził wzrokiem "ofermę", nerwowo poprawił krawat i zabrał się do składania kolejnych podpisów na śnieżnobiałych kartkach administracyjnego papieru. Rzeczywiście, w gabinecie było bardzo gorąco. Tego dnia słońce świeciło jeszcze mocniej niż zwykle. Koniec czerwca to czas, gdy w Chile panują niewyobrażalne upały...

Minęło dziesięć minut. Jimenez wstał z fotela i podszedł do pozłacanego barku wysadzanego wieloma drogocennymi kamieniami, wyciągnął butelkę whisky, wlał odrobinę do szklanki i wypił duszkiem. Był doprawdy przystojnym mężczyzną. Kruczoczarne włosy zaczesane na bok, starannie wygolony zarost oraz nienagannie wyprasowany mundur, sprawiały, że już na pierwszy rzut oka Jimenez wyglądał na urodzonego perfekcjonistę. Zawsze czysty, pachnący, zwarty i gotowy do działania. Można by rzec - "człowiek idealny". Ale czy rzeczywiście tak było? Perfekcjonizm cechował wszystkich katów i tyranów, którzy na przestrzeni wieków niszczyli naszą planetę, zapisując się na czarnych kartach historii świata. Jednym z nich był pułkownik Jimenez...

Stał teraz dumnie, wpatrzony w wiszący na przeciwległej ścianie portret generała Pinocheta. Westchnął głęboko... To właśnie dzięki takim ludziom jak Jimenez junta zdołała przed dwoma laty przejąć władzę w Chile i obalić komunistyczne rządy Salvadora Allende. Pinochet nigdy nie zapomniał o zasługach swojego rewolucyjnego przyjaciela i często okazywał mu wdzięczność. W ubiegłym roku mianował Jimeneza szefem policji rządowej zajmującej się niszczeniem jakichkolwiek przejawów działalności chilijskich komunistów. Policji, która szybko zasłynęła niebywałym okrucieństwem...

Wyszedł przed budynek. Nemo czekał już na niego, siedząc za kierownicą pięknego, świeżo wypolerowanego Cadillaca. Pułkownik wszedł do auta i wygodnie rozsiadł się na tylnej kanapie. Nemexas, niczym wytresowany pies, powitał swojego pana skinieniem głowy i uruchomił jego ulubioną stację radiową. Jimenez poprawił krawat i oznajmił:

- Do domu.

Ruszyli. Cel podróży nie był zbyt daleki - dom i biuro Jimeneza dzieliło zaledwie dwadzieścia minut jazdy samochodem. Niestety w piątkowe wieczory droga była o wiele dłuższa, jazdę przerywały wszechobecne korki. Słońce świeciło bardzo mocno i dodawało miastu uroku. Na chodnikach aż roiło się od spacerujących par, rodzin, a nawet grupek mężczyzn, którzy w piątkowe wieczory często spotykali się w okolicznych barach i pubach.

Jechali w milczeniu. Jimenez nucił tylko pod nosem jakąś mało znaną piosenkę. Właśnie minęli najbardziej ruchliwe skrzyżowanie. Nemo ucieszył się, z ulgą przyciskając pedał gazu.

- Zatrzymaj wóz! - krzyknął nerwowo Jimenez.

Nemexas natychmiast wykonał polecenie i zaparkował samochód przy chodniku. Zastanawiał się, o co chodzi, dlaczego przykazano mu się zatrzymać. Spojrzał w lusterko wsteczne. Jimenez ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się czemuś za oknem, raz po raz poprawiając swój krawat.

- Czekaj tu na mnie!

Wyszedł z auta i pobiegł w stronę słupa ogłoszeniowego, przy którym stał młody chłopak ubrany w o wiele za szeroką marynarkę. Jimenez spojrzał najpierw na słup, potem na winowajcę. Chłopiec w prawym ręku trzymał mokry pędzel. Na słupie ogłoszeniowym widniał świeżo namalowany napis: "RAZEM POKONAMY PINOCHETA!". Dookoła zebrała się grupa ludzi, którzy byli świadkami całej sytuacji. Przerażony chłopiec, stojąc w bezruchu, patrzył bezradnie na urzędnika wojskowego.

Jimenez był znany w całym Chile, wszyscy wiedzieli, że cała ta sytuacja nie skończy się dobrze. Patrzyli na niego, jedni ze strachem , a inni z podziwem w oczach, czekając na reprymendę, jakiej udzieli małemu sabotażyście. On jednak nie powiedział nic. Sięgnął tylko do kabury, wyciągnął pistolet, ale szybko przypomniał sobie, że w magazynku nie było nabojów, a swój zapas zostawił na biurku w gabinecie.

Tłum zamarł z przerażenia.

- To tylko chłopiec, proszę mu tego nie robić! - odezwał się jakiś głos.

- To jeszcze dziecko, pewnie nawet nie wie, jak wielkie przestępstwo popełnił! - zawtórował mu kolejny.

- Panie pułkowniku, proszę go ukarać, ale, na Boga, niech pan nie odbiera mu życia... - przekonywał starszy mężczyzna stojący naprzeciw Jimeneza.

Ten jednak nie odpowiadał. Odchrząknął nerwowo, poprawił krawat, wyprostował się i zmierzył całą gromadę surowym wzrokiem. Wszyscy zamilkli. Jimenez gwałtownym ruchem rozwiązał swój krawat, po czym zdjął go z szyi. Jeszcze raz spojrzał na tłum i mruknął półgłosem:

- Niech to będzie nauczką dla was wszystkich...

Podszedł do pobladłego ze strachu chłopca, który przez cały ten czas stał nieruchomo, kurczowo ściskając pędzel, chwycił go za kark i przyciągnął do siebie, po czym zacisnął mu na szyi swój ciemnozielony krawat. Winowajca nie wyrywał się nawet, charczał tylko przez chwilę, potem jęknął bezradnie, upuścił pędzel i zsunął się na ziemię. Zapanowała cisza. Przerażeni ludzie spoglądali raz na martwego chłopca, raz na Jimeneza, który zdjął właśnie swój krawat z szyi ofiary. Pułkownik spojrzał jeszcze raz na tłum, odwrócił się i odszedł bez słowa, nie oglądając się.

Nemexas przyglądał się całej sytuacji przez boczną szybę Cadillaca. W jego czarnych oczach pojawiły się łzy. Jimenez wsiadł do auta, spojrzał na swojego sługę i powiedział spokojnym głosem:

- Jedziemy, Nemo.

Kierowca jednak nie zareagował. Patrzył tylko przed siebie, a w jego oczach na miejscu wcześniejszej żałości pojawił się niewyobrażalny gniew. Odwrócił się i spojrzał przenikliwym wzrokiem prosto w oczy pracodawcy, tak, że Jimenez poczuł nagły respekt do swojego niewolnika. Pułkownik szybko jednak opamiętał się, poprawił nerwowo swój krawat i krzyknął:

- Ruszaj!

Nemexas ciągle patrzył na Jimeneza. Ten wzrok znaczył więcej niż tysiąc słów...

Mijały minuty. Rozgniewani mężczyźni bez słowa patrzyli sobie w oczy. Jimenez nie wytrzymał:

- Ruszaj, psie! Ja tu wydaję rozkazy. A ty nic nie znaczysz, ścierwojadzie, rozumiesz!? Od dwóch lat cię żywię, od dwóch lat śpisz pod moim dachem! A teraz tak mi się odpłacasz? Żałujesz tego komunisty? Pytam, szkoda ci go!?

Nemexas nie odpowiadał.

- Jesteś moim psem, rozumiesz? A wiesz, co robi się z nieposłusznym psem, czarnuchu!?

Nagle czarny Cadillac ruszył z piskiem opon.

Nemo prowadził samochód w ciszy. Jego oczy znów zalały się łzami. Wbrew podejrzeniom Jimeneza, nie płakał nad losem uduszonego chłopca. W myślach użalał się nad swoim panem... Wiedział, że całe zło, które na dobre już wsiąknęło w duszę pułkownika, doprowadzało go do popełniania strasznych czynów, których następstwa zniszczą tego wspaniałego człowieka. Przecież taka jest kolej rzeczy...

Nemexas od zawsze podziwiał swojego pracodawcę za to wszystko, co zdołał osiągnąć w swoim życiu. Jimenez nigdy go przecież źle nie traktował... A to, że czasem nie przebierał w słowach?... Każdemu może się zdarzyć, w tych czasach wszyscy są nerwowi... Płakał. A swój żal potęgował, śpiewając w myślach refren pewnej piosenki, znanej mu od dziecka:
"To wszystko krąży wciąż,

wiruje wokół nas,

dostaniesz jutro to,

co innym dzisiaj dasz..."
Dotarli na miejsce. Dom Jimeneza stał w samym środku najbogatszej dzielnicy miasta. Słońce już zachodziło. Pułkownik wysiadł z samochodu, wszedł do domu i udał się do swojego gabinetu. Tam, na biurku, obok sterty dokumentów, czekała na niego kolacja przygotowana przez kucharkę oraz butelka jego ulubionej szkockiej. Zdenerwowany Jimenez usiadł w fotelu, wlał sobie szklankę whisky i wypił duszkiem. Potem drugą, trzecią i czwartą...

Nagle spojrzał przed siebie. Nemexas stał dumnie, patrząc mu prosto w oczy. Nie płakał już. Jimenez odpalił cygaro, podrapał się po głowie i powiedział cicho:

- Wyjdź stąd, czarnuchu. Nie chcę cię więcej widzieć. Jeżeli jeszcze raz przestąpisz próg mojego domu, zabiję cię...- po czym odłożył cygaro i wypił kolejną szklankę whisky.

Nemo nie odpowiedział. Odwrócił się i wyszedł bez słowa. Pijany Jimenez został sam. Poczuł głód i zabrał się za jedzenie kolacji. Przez otwarte okno z widokiem na drogę zobaczył Nemexasa niosącego plecak ze swoimi rzeczami. Podszedł do okna, przeżuwając duży kawałek kotleta i krzyknął:

- I więcej mi się tu nie poka... - nie dokończył. Zadławił się. Poczerwieniał, zaczął głośno kaszleć, desperacko próbując odkrztusić pochłonięty pokarm i zaczerpnąć powietrza. Wiedział jednak, że sobie nie poradzi. Ostatkiem sił zdołał wystawić głowę przez okno i zawołał:

- Nemo!...- po czym jeszcze raz głośno odkaszlnął i zsunął się po ścianie na podłogę.

Nemexas jednak nie zareagował na krzyk Jimeneza. Spojrzał tylko w niebo, mruknął coś pod nosem, i przyśpieszył kroku.

*

*



*

*

"To wszystko krąży wciąż,



wiruje wokół nas,

dostaniesz jutro to,

co innym dzisiaj dasz..."


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość