Strona główna

Nikołaj rudkowski wielka węDRÓwka urodow


Pobieranie 349.07 Kb.
Strona1/6
Data18.06.2016
Rozmiar349.07 Kb.
  1   2   3   4   5   6


Nikołaj RUDKOWSKI
WIELKA WĘDRÓWKA URODOW
(komedia całodobowa)
Tłumaczyli: Jakub Adamowicz,

Beata Biesiadowska-Magdziarz, Robert Magdziarz
PROLOG. NA HINDUSKIM DWORCU
Hala dworcowa nocą. Cała podłoga, jak to zazwyczaj bywa na takich dworcach nocą, jest usłana śpiącymi ciałami w białych szatach. Dwie turystki z wielkimi i ciężkimi plecakami ostrożnie przestępują przez śpiących ludzi, czasem jednak na niektórych nadeptując.

PIERWSZA Ja tak dalej nie mogę. Już nigdzie nie chcę jechać. Teraz chcę do hotelu…

DRUGA Ostrożnie! Nie nadepnij. Głowa! Czyjaś głowa!

PIERWSZA Jeśli zaraz nie umyję głowy...

DRUGA Przecież wszystko idzie zgodnie z planem… Ręka!... Jeszcze najwyżej dwie godziny i dojedziemy.

PIERWSZA Nie. Ani godziny. Ani pół godziny. Oj. Sorry. Muszę się umyć, odpocząć. Skąd tu się wzięło tyle ludzi? Czemu nie mogą siedzieć na miejscu? Ciągle gdzieś jadą i jadą... Oj! Sorry! Sorry!... Mam już dość tych brudnych włosów, tych cuchnących pociągów, tych tuk-tuków, tych szpetnych ciał.

DRUGA Jeśli tu zostaniemy, to plan diabli wezmą.

PIERWSZA Nic strasznego. Chcę wziąć prysznic i do łóżka. A jutro, gdzie tylko sobie życzysz. Oj! Sorry!

Z drugiej strony na halę dworcową energicznie wchodzi zapłakana trzecia turystka i, przeskakując przez śpiące ciała, podbiega do dziewczyn i mówi coś do nich po francusku. One jej nie rozumieją.

TRZECIA Parlez francais?

DRUGA English.

TRZECIA No! No! (przeskakując przez leżących ludzi, biegnie na peron)

PIERWSZA (woła za nią) Jak można jeździć po świecie znając tylko francuski? Co ona sobie myśli? (patrzy na śpiących) Nie mogę na to wszystko patrzeć. (rozgląda się dookoła)

DRUGA To Indie. To tu normalne.

PIERWSZA (nadeptuje na czyjąś nogę) Oj! Sorry! To normalne?

DRUGA Jak wrócisz do domu, to zrozumiesz, jakie to szczęście…

PIERWSZA Wrócić do domu? Oj!

DRUGA Zrozumiesz, jaka jesteś w porównaniu z nimi szczęśliwa i jaka w porównaniu z nimi – nieszczęśliwa.

PIERWSZA Bardziej nieszczęśliwa od tych wyrodków?... Oj!

DRUGA Oni są szczęśliwi. Oni są inni. Sorry. Oni wszędzie widzą szczęście. A my wszędzie widzimy tylko problemiki, szczególiki. W pracy, w domu. Sorry. Irytujemy się byle czym. A oni nie.

PIERWSZA Oj! Sorry.

DRUGA Tutaj oczy każdego biedaka są przepełnione szczęściem. Oni głodują w szczęściu, podobnie kochają się i kłócą w szczęściu, płaczą ze szczęścia… sorry… szykują się do śmierci ze szczęściem!

PIERWSZA Chyba popadłaś w euforię.

DRUGA Za jakiś czas ty sama na wszystko spojrzysz inaczej. Sorry.

PIERWSZA Tak. Wyśpię się, będę czysta. Spojrzę na świat innymi oczami...

DRUGA I wtedy zobaczysz, że ich oczy są czystsze, szczęśliwsze, jaśniejsze… Sorry.

PIERWSZA Niemożliwe. Nigdy nie uwierzę.

DRUGA Kiedyś wspomnisz moje słowa.

PIERWSZA Zaczekaj. (zdejmuje z szyi aparat fotograficzny i podaje go Drugiej)

DRUGA Co?

PIERWSZA Zrób mi z nimi zdjęcie.

DRUGA Trochę tak niezręcznie bez pytania.

PIERWSZA Szybciej. (pozuje)

DRUGA Nie mieszczą się w kadrze. Ukucnij.

Pierwsza kuca przy leżących.

DRUGA Tak lepiej. Zrób szczęśliwe oczy.

Pierwsza robi szczęśliwe oczy. Druga robi zdjęcie szczęśliwym oczom.

PIERWSZA No to spróbuję jeszcze tak. (zmienia pozę) I jak? Jest w tym coś szczęśliwego?

DRUGA Coś w tym jest…

Gdy turystki wychodzą, ludzie na podłodze budzą się, śpiewają piosenkę o szczęściu i zapalają kadzidełka zapachowe. Od korzennych zapachów wszyscy stają się jeszcze bardziej szczęśliwi. Niektórzy zaczynają tańczyć. Na halę dworcową wchodzi zapłakana Trzecia turystka. Szczęśliwi tańczący ludzie w białych szatach porywają ją do swojego szczęśliwego tańca.
1. W BIAŁORUSKIEJ KUCHNI

Zwyczajna białoruska kuchnia. Jak większość z nich, oczu nie cieszy, ale da się przeżyć. Chwała Bogu albo Prezydentowi, że jest wszystko czego trzeba i nie ma karaluchów. Przy oknie stoi Wiktor i z zadowoleniem pali. Wchodzi matka Wiktora z pustymi salaterkami.

MATKA Jakie to szczęście – wszyscy znowu razem. Tak często wychodzisz na papierosa. Coś nie tak?

WIKTOR Wszystko w porządku.

MATKA Nie było cię półtora roku i nie możesz posiedzieć ze wszystkimi.

WIKTOR Przecież siedzę. Przyjdę zaraz.

MATKA I nie złość się.

WIKTOR Wcale się nie złoszczę.

MATKA Dobrze się czujesz?

WIKTOR Wspaniale się czuję. Odkąd przyjechałem, ciągle wszyscy pytacie, jak się czuję.

MATKA Ciekawość.

WIKTOR Tak więc – jestem szczęśliwy!

MATKA I my jesteśmy szczęśliwi, ojcu podnieśli emeryturę.

WIKTOR Super! O ile?

MATKA O sto tysięcy1.

WIKTOR To postęp!

MATKA A mi pensję mają podnieść.

WIKTOR Też o sto tysięcy?

MATKA O pięćdziesiąt! I tak szczęście.

WIKTOR Pewnie! Pięćdziesiąt tysięcy piechotą nie chodzi.

MATKA Tak.

WIKTOR Jakie szczęście nas jeszcze czeka?

MATKA Ina jest w ciąży.

WIKTOR Już wiem. I po co?

MATKA Co po co?

WIKTOR Po co jej takie szczęście?

MATKA Drugie dziecko – przecież to szczęście.

WIKTOR Tak samo pierwsze – szczęście. Ale trzeba ich jakoś wykarmić.

MATKA Oj tam, a cóż im trzeba w tym wieku? Najważniejsze, że wnuki są! Brat młodszy od ciebie o trzy lata, a już dwoje dzieci będzie.

WIKTOR Udało mu się. I robotę jakąś ma, i żonę jakąś ma…

Wchodzi Ina. Matka bierze duży garnek.

MATKA (do Wiktora) Chodź do stołu, gorące niosę.

WIKTOR Zaraz. Dopalę tylko.

Matka wychodzi. Ina wyciąga rękę do Wiktora po papierosa.

WIKTOR Wolno ci?

INA Oj.

Wiktor szuka papierosa w swojej kurtce, która wisi na krześle, znajduje go i podaje Inie. Ina zapala.

WIKTOR Co tam nowego, koleżanko z klasy? Jak nasi?

INA Oj.

WIKTOR Jak z pracą?

INA Oj.

WIKTOR A Kola? W porządku wszystko między wami?

Ina wydmuchuje dym.

INA Oj-oj.

WIKTOR Jasne.

Wiktor gasi niedopałek i wychodzi. Ina wydmuchuje dym, przeszukuje kieszenie kurtki Wiktora, znajduje tam pieniądze, zabiera jeden banknot. Wchodzi Kola.

KOLA Spytałaś?

INA Oj.

KOLA Tylko ojkać, głupia, potrafisz.

INA Wal się.

KOLA I walić. Pogadaj z nim szybko. Po drugiej flaszce może zbluzgać.

INA Oj.

KOLA Ja nie mogę z bratem o tym, a tobie, byłej koleżance z klasy, łatwiej.

INA Oj, wal się.

Kola gładzi jej zaokrąglony brzuch.

KOLA A-ti-ti-ti.

Ręka opada niżej. Z sali dobiega płacz dziecka.



KOLA Co tam znowu?

Ina daje Koli niedopałek i idzie do salonu. Kola dopala. Pojawia się matka z pustym garnkiem.

KOLA Co z Nastią?

MATKA A nic. Wiktora półtora roku na żywo nie widziała. Tylko na zdjęciach, gdzie on młody, z długimi włosami – aj, łysieje Witia! Obudziła się, wyszła, patrzy na niego. Mówię: „To wujek Wiktor”. A jak ona może zrozumieć, że jej wujek Wiktor brodę zapuścił, długie włosy ściął … Oj, łysieje Witia… No i w płacz.

KOLA Ina z nim nie gadała.

MATKA Nie chce – nie trzeba. Jesteście braćmi. Sami rozwiążecie swój problem mieszkaniowy. My z ojcem wszystko wam zostawiamy, dzielcie jak chcecie.

KOLA Są jeszcze testamenty i darowizny.

MATKA Są jeszcze kredyty.

KOLA Jakie kredyty?!

MATKA Ciszej! Dwójka dzieci będzie, młoda rodzina…

KOLA Jaka rodzina? Jakie kredyty?

MATKA A co ja mogę? Myślisz, że nie chcę, by miał własne mieszkanie? Co tydzień kupuję totka, by wygrać... aj!

KOLA On i tak tu nie wróci.

MATKA Przecież mieszkać gdzieś musi? Nie tu, to tam.

KOLA Wyjechał – niech tam i mieszka.

MATKA Przestań.

Wchodzi Wiktor z ciocią Walą.

WALA A gdzie solenizantka? Wszyscy czekają. Piją bez ciebie.

MATKA Idę! Lecę! (wybiega)

WALA Co tam słychać, młodzieży?

KOLA Sama nie wiesz?

Wiktor znów zapala.

WALA O! A czyja to wina? Było się uczyć w stolicy, jak twój brat, a nie żenić się z taką starą…

KOLA Gdzie ona stara?

WIKTOR Moja rówieśniczka.

WALA No, powiedzmy nie pierwszej młodości.

WIKTOR Dzięki, ciociu Walu.

Wiktor odwraca się, pali. Ciocia Wala daje znak Koli, aby ten wyszedł. Kola wychodzi.

WALA Wiktor, a u ciebie… jak … tak w ogóle?

WIKTOR Dobrze.

WALA Mhm… Głowa… nie boli?

WIKTOR Nie. (odwraca się do niej) A czemu ciocia tak powoli mówi?

WALA Najważniejsze, żebyś się nie denerwował.

WIKTOR A czego mam się denerwować?

WALA Ja tak tylko. Nie denerwuj się.

WIKTOR Przecież się nie denerwuję.

WALA Mhm… Ja wszystko rozumiem. Ciężko tam siedzieć. Wszystko wiem. Mhm. Powiedz, nie ma żadnych skutków ubocznych?

WIKTOR Jakich skutków ubocznych?

WALA Z głową? Z sercem?

WIKTOR Nic nie rozumiem.

WALA Mhm… Po szpitalu… wszystko w porządku... powikłań nie ma?

WIKTOR Jakim szpitalu?

WALA My już wszystko wiemy.

WIKTOR Co wszystko?

WALA Że byłeś w wariatkowie?

WIKTOR W jakim wariatkowie?

WALA Wszystko wiemy.

WIKTOR Co to za brednie? (śmieje się) Nie byłem w wariatkowie.

WALA To czemuś nie przyjeżdżał przez półtora roku?

WIKTOR Jasne! Nie przyjedziesz tutaj od ponad roku – już w wariatkowie? No-no!

WALA To znaczy, że nie byłeś?

WIKTOR Jasne, że nie.

WALA Mhm… Niech będzie.

WIKTOR Niech będzie.

Wiktor odwraca się i pali dalej. Wchodzi jego ojciec.

OJCIEC Walka, nie masz czym innym oddychać?

WALA Idę, idę. Nie można już sobie z młodzieżą pogadać?

OJCIEC Jak ty sobie z młodzieżą pogadasz, to potem plotek na pół roku wystarczy.

WALA Mhm!

OJCIEC Mhm-mhm.

Ciocia Wala wychodzi.

OJCIEC No i jak tam, dzielny palaczu? Wspaniale się czujesz?

WIKTOR Świetnie ja się czuję. Świetnie!

OJCIEC I u nas wszystko świetnie! A w stolicy jak? Świetnie?

WIKTOR W stolicy zawsze – wszystko – świetnie.

OJCIEC Teraz, widać w całym kraju świetnie.

WIKTOR Dokładnie.

OJCIEC Teraz wszystko dobrze.

WIKTOR Świetnie!

OJCIEC No, tak… Dobrze teraz… Kryzys minął. W sklepach półki pełne. Emerytury podnieśli.

WIKTOR A ceny?

OJCIEC Normalne.

WIKTOR Wystarcza?

OJCIEC Do szczęścia wystarczy.

WIKTOR A do pełnego szczęścia?

OJCIEC Będzie! Telewizję oglądasz?

WIKTOR Nie.

OJCIEC Gazety czytasz?

WIKTOR Nie.

OJCIEC Hm-hm… Więc, tak. Wiedz. Wszystko będzie dobrze! Znów zdrowy przyjechałeś – to szczęście! Matka obchodzi imieniny – to szczęście! Wszystko mamy! Wszystkich tu mamy! Wszystko dobrze!

WIKTOR A ile jeszcze przed nami!

OJCIEC Tak. I znowu smoczki i soczki... Ty tego… No… Pomów z matką albo z bratem. Dosyć mam użerania się z nimi. (bierze z lodówki książeczkę opłat czynszowych) To nienormalne! Założyli liczniki wody, żeby oszczędzać, a za każdym razem więcej i więcej! Ile się można myć? Oni i rano, i wieczorem. I pralkę co tydzień włączają. Co oni tam mają do prania tydzień w tydzień. A ta lafirynda ciężarna ciągle coś tam sobie szoruje. A ja za nich płacę! Po co tyle się myć? Kiedyś ludzie tylko raz w tygodniu do bani chodzili. W soboty. Czytałem w gazecie, że codzienne mycie mydłem niszczy gruczoły potowe, a człowiek musi pocić się prawidłowo, inaczej zakłócenia następują. Mówię do niej, a ona tylko: „Oj, oj”. Ojkała pieprzona!

WIKTOR Ile wyszło wody w tym miesiącu?

OJCIEC 15 000! Wyobrażasz sobie?

WIKTOR Tylko tyle?

Ojciec ze smutkiem odkłada książeczkę opłat na miejsce, podciąga dresy na brzuchu.

OJCIEC To może dla was, tylko tyle. Dla mnie 15 tysięcy – to są już pieniądze.

Wiktor szuka w kurtce pieniędzy.

OJCIEC Nie trzeba mi twoich pieniędzy! Nie trzeba! Powiedz im tylko, że nie trzeba tak często się myć i prać.

WIKTOR Powiem.

OJCIEC Takie wszystko mają poukładane – aż zazdrość bierze!

Ojciec wychodzi. Wiktor przelicza swoje pieniądze.

WIKTOR Chyba więcej było...

Wchodzi Kola.

KOLA No, co ty tu tak? Chodźmy do stołu!

WIKTOR Poczekaj. Wiedziałeś, że gadają tu, że byłem w wariatkowie?

KOLA No, mówią tak. Niech sobie mówią.

WIKTOR I ty uwierzyłeś?

KOLA Gdzie tam. Dzwonisz przecież co jakiś czas, znaczy nie z wariatkowa. A one niech sobie gadają…

WIKTOR Jakie one?

KOLA Te baby wszystkie. Czego ich słuchać? Potrafią tylko pitolić i ten… powietrze psuć. Nic nie czujesz?

WIKTOR Co?

KOLA Zapach dziwny.

WIKTOR Nie.

KOLA Ja też nie. A mama mówi, że w mieszkaniu obcy zapach czuć. Że to przez Inę. Nie wierzyłem jej, a zeszłej soboty przyszedłem w nocy od kumpli, no jak zwykle piliśmy piwo pod drugą klatką, Kostek, Sania... Przychodzę. Ina goła leży, śpi, kołdry tam nie ma. No… Zachciało mi się pocałować tam. Nachyliłem się, a ona przez sen jak puści mi gazy prosto w twarz… Jak skunks! Ot, takie one, kobiety… Tak od tej pory ja też wszystko obwąchuję. Może, to nałóg już? Nie wyczuwam jej zapachu. I ty też nie wyczuwasz. Ale wy jesteście z jednej klasy. Pewnie i ty przywykłeś do niej. Tylko mamie nie mów, dobrze?

WIKTOR Nie będę ja z nią o gazie gadać. Ja już z ojcem o wodzie pogadałem.

KOLA To dla Iny nic miłego.

WIKTOR Wiadomo.

KOLA Idziemy?

WIKTOR Poczekaj. Muszę szybko powiedzieć. Wyjeżdżam do Polski.

KOLA No i dobrze.

WIKTOR Na długo. Mam nadzieję na zawsze. Tylko nie mów mamie.

KOLA A co jak później zapyta?

WIKTOR Że ja ciągle tam. W wariatkowie jestem, jak zwykle. Tak będzie nawet lepiej.

KOLA A czego tam szukasz? Tu przecież normalnie.

WIKTOR Tak… normalnie. Dobrze. Ale czasem tęskni się za czymś gorszym.

KOLA Nie rozumiem.

WIKTOR Udręki mi brakuje. Wszystko tak dobrze, dobrze... A zimową porą słońce jest dobre tylko w łóżku.

KOLA Nie rozumiem.

WIKTOR I nie trzeba.

KOLA Nie rozumiem. Polska? Na co ci ta Polska?

WIKTOR (wzrusza ramionami) Była pierwsza z brzegu.

Wchodzi matka.

MATKA Chłopcy! Wypijemy zdrowie mamy?

KOLA Wypijemy! (wychodzi)

MATKA Czego tak stoisz? Wszystko w porządku?

WIKTOR Znowu się zaczyna! Matka, wiedziałaś o tych rozmowach o wariatkowie?

MATKA Oczywiście, że wiedziałam. I co z tego?

WIKTOR I czego mi nie powiedziałaś?

MATKA A co tu mówić? Każdą bzdurę będę przekazywać. Ot, nie było cię półtora roku, to ludzie zmyślają. Trzeba było częściej przyjeżdżać.

WIKTOR Teraz to na pewno mnie tu nie będzie ze trzy lata.

MATKA Oj! No to cię na pewno i pochowają na dodatek.

WIKTOR No dobra! Kto to wymyślił?

MATKA Lubka! Nie ma ni kuta do roboty, to zmyśla.

WIKTOR Przekaż jej, że jej język z gęby wyciągnę i…

MATKA Sam do niej zadzwoń i powiedz. Nie będzie mi tu pieprzyć przynajmniej.

WIKTOR Jaki ma numer?

MATKA 52-37-73.

WIKTOR Zaraz zadzwonię. 52-37-73?

MATKA Tak. Zadzwoń, zadzwoń.

Wiktor wychodzi. Matka z kieszeni szlafroka wyjmuje komórkę, wybiera numer.

MATKA (szeptem przez telefon) Luba! To ja. Mój Witia o wszystkim wie! Strasznie zły! Zaraz do ciebie zadzwoni! Nie odbieraj! Ani stacjonarnego, ani komórki. I nie wychodź dzisiaj z domu. I jutro do obiadu. Jak cię zobaczy, skopie ci tyłek. Koniec. Rozłącz się, siedź i ani mru-mru.

Wsadza telefon do kieszeni, wyjmuje z lodówki dwie butelki wódki. Wchodzi Wiktor.

MATKA No i co? Nawrzucałeś jej?

WIKTOR Nie ma jej w domu.

MATKA Wieczorem zadzwonisz. Chodźmy, wypijemy zdrowie mamuśki.

Wbiega ojciec.

OJCIEC Witia! Skoro jedziesz do Polski, to pamiętaj, że po polsku „uroda” – to „piękność”! (śmieje się) A u nas zupełnie na odwrót…

WIKTOR Wiem.

MATKA Jedziesz do Polski?

WIKTOR Turystycznie. Kraków – Wieliczka – Warszawa.

MATKA Oj, przecież ja z Walą kiedyś jeździłam na handel do Polski. I z ojcem raz… Oj! I w Warszawie na stadionie handlowałam!

OJCIEC Już na nim nie handlują. Do mistrzostw się przygotowują. Euro 2012.

MATKA Czego tam tylko nie było! Walce powiem! (krzyczy) Wala!!! Wala!!! (Wychodzi z kuchni)

OJCIEC Uroda! Wyobrażasz sobie? Tak więc, synku. Jeśli będą cię nazywali urodom, to się ciesz.

WIKTOR Uroda… Ja się cieszę!

OJCIEC A po wódkę będziesz do „sklepu” chodził! U nas to grobowiec, a u nich market. Trzeba za to wypić! Matka!!! (wychodzi)

Wiktor zapala papierosa. Przychodzą Kola i Ina.

KOLA Wybacz, ja Inie tylko powiedziałem. A ona, głupia, przy stole chlapnęła.

Ina odsuwa ręką Kolę.

KOLA (zza pleców Iny) Ale nie mówiłem jej, że ty na zawsze. (wychodzi)

WIKTOR To się okaże.

INA Wyjeżdżasz?

Pauza.

INA Na pewno?

WIKTOR Na pewno.

INA Ale z ciebie urod.

WIKTOR Tak. Piękny urod.

Z salonu dobiegają radosne okrzyki.

WIKTOR Co tam znowu?

Wbiegają matka i ciocia Wala.

WALA Oj! Azarenka wygrała! Azarenka – pierwsza rakieta świata!

MATKA Co za szczęście! Co za szczęście!

WALA Trzeba to oblać! Chodźcie, chłopcy!

MATKA Za zwycięstwo!

WALA Za całą Białoruś! Za Prezydenta!

MATKA Co za szczęście!

W porywie szczęścia wszyscy chwytają Wiktora i ciągną go z kuchni do świątecznego stołu.
2. W POLSKIEJ SYPIALNI
Dosyć przestronna sypialnia. Choć być może, jest to złudzenie optyczne, gdyż nie ma w niej nic, prócz wielkiego łóżka. Nawet to łóżko wygląda jakoś dziwnie, zupełnie jak nie łóżko. Leży na nim sterta tkanin.

Ktoś dzwoni do drzwi. Cisza.

Ktoś dzwoni natarczywie. Cisza.

Ktoś dzwoni nieśmiało. Cisza.

Słychać, jak ktoś otwiera drzwi. Czyjeś kroki. Do sypialni wchodzi stara kobieta, od razu spogląda na łóżko.

KOBIETA Mario, jej tu nie ma.

Stara kobieta wychodzi. Słychać kroki. Wchodzi druga stara kobieta, Maria. W odróżnieniu od pierwszej, ta podchodzi do łóżka, uważnie je ogląda i zaczyna ręką obmacywać leżącą na nim stertę.

MARIA Ona jest tutaj! Zofio!

Do sypialni wraca pierwsza kobieta, Zofia, a za nią mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. To Michał. Maria częściowo zdejmuje tkaninę, pod którą widać nagie kobiece ciało.

MICHAŁ To Agnieszka?

MARIA Tak.

MICHAŁ Żyje?

Maria stoi nieruchomo. Zofia podchodzi bliżej do kobiety i nachyla się nad nią.

ZOFIA Śpi.

MICHAŁ Trzeba ją obudzić.

Zofia potrząsa ciałem kobiety. Maria wychodzi. Michał klepie śpiącą po policzkach.

MICHAŁ Agnieszko, obudź się!

Wraca Maria z filiżanką. Nabiera wody do ust i pryska na Agnieszkę. Ta pojękuje.

MICHAŁ Powietrza!

Zofia otwiera okno.

MICHAŁ Tabletek nie ma. Strzykawki nie ma. Nic nie ma. Co z nią?

ZOFIA Może ciśnienie?

MARIA Żeby tak mocno spać z powodu ciśnienia?

ZOFIA Młodzież teraz słabowita.

MICHAŁ Tu w ogóle nic nie ma. A gdzie ubrania?

MARIA Nie wiem. Jak mi klucz zapasowy sześć dni temu zostawiła, tak nie widziałam jej więcej, ani w ubraniu, ani bez.

MICHAŁ A co ona je?

MARIA Zaraz zobaczę.

Maria stawia filiżankę na stole i wychodzi. Michał jeszcze raz próbuje ocucić Agnieszkę klepiąc ją po policzkach. Zofia przez ramię zerka na okno.

ZOFIA Może zamkniemy okno? Po krzyżu wieje.

MICHAŁ Nie. Niech pani wyjdzie albo narzuci coś na siebie.

ZOFIA Gdzie niby mam pójść? Mało to tu do roboty? A narzucić nie ma czego…

Zofia przygląda się stercie tkanin na łóżku. Wraca Maria.

MARIA Lodówka, chwała Bogu, pełna. Co sklepowa, to sklepowa. Tylko zupa jakaś taka podejrzana. Wstawiłam, żeby jeszcze raz zagotować.

ZOFIA Trzeba było wylać.

MARIA Po co? Może ona ją przed snem ugotowała. Zaraz się obudzi, zje coś gorącego.

MICHAŁ A jaka zupa?

MARIA Szczawiowa.

MICHAŁ A śmietana jest?

MARIA Nie pamiętam. Zaraz zobaczę.

Maria wychodzi. Zofia masuje sobie krzyż i szuka miejsca, gdzie by na nią nie wiało. Michał z wysiłkiem podnosi Agnieszkę i ciągnie ją do okna. Przy oknie potrząsa nią. Zofia przebiera tkaniny.
  1   2   3   4   5   6


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość