Strona główna

Obecny kryzys finansowy ukróci hojność firm wobec ich prezesów. Na pierwszy ogień pójdą sowite odprawy, tzw złote spadochrony, na które często mogą też liczyć szefowie dużych polskich firm


Pobieranie 29.77 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar29.77 Kb.
http://new-arch.rp.pl/artykul/812544_Odcinanie_zlotych_spadochronow.html
Odcinanie złotych spadochronów

08.10.2008, Anita Błaszczak



Obecny kryzys finansowy ukróci hojność firm wobec ich prezesów. Na pierwszy ogień pójdą sowite odprawy, tzw. złote spadochrony, na które często mogą też liczyć szefowie dużych polskich firm

Rekordowe odprawy dla szefów

3,7 miliona euro to duże pieniądze, ale Axel Miller, żegnając się przed kilkoma dniami z posadą szefa francusko-belgijskiego banku Dexia, zapowiedział, że nie wystąpi po odprawę zapisaną w jego kontrakcie menedżerskim. Byłoby to zresztą trudne, bo rząd Francji, który wspólnie z władzami Belgii i Luksemburga uratował bank przed bankructwem, naciskał na pozbawienie Millera prawa do złotego spadochronu.

Z hojnej odprawy zrezygnował też Alan Fishman, który tylko przez kilka tygodni zajmował fotel prezesa Washington Mutual, upadłego giganta bankowości detalicznej w USA przejmowanego przez JP Morgan Chase. Miał prawo do 6 mln dolarów na pożegnanie, ale zapowiedział, że ich nie weźmie. Nie wiadomo jednak, czy odda 7,5 mln USD bonusu, który dostał na powitanie.

Z odprawami, a nawet bonusami za poprzednie lata, będzie musiała się pożegnać część kolegów Fishmana z zagrożonych upadłością firm, które skorzystają z rządowego pakietu pomocy, czyli planu Paulsona. Plan przewiduje, że państwowy akcjonariusz może domagać się zwrotu bonusów wypłaconych a konto niezrealizowanych zysków.

Rynek za mało otwarty

Kryzys finansowy sprawił, że wysokie wynagrodzenia szefów firm, a zwłaszcza złote spadochrony, czyli wysokie odprawy na pożegnanie, ponownie znalazły się w centrum zainteresowania mediów i polityków. Jak jednak ocenia prof. Wojciech Gasparski, dyrektor Centrum Etyki Biznesu, cedowanie kwestii wynagrodzeń na państwowych kapłanów etyki zwykle źle się kończy. Jego zdaniem astronomiczne wynagrodzenia zarządów części firm to efekt nie nadmiaru, a niedostatku otwartości rynku. – Tak naprawdę w korporacjach na najwyższym szczeblu mamy do czynienia z karuzelą stanowisk dostępną dla wybranych osób – ocenia szef CEB.W Polsce wysokość odpraw dla odchodzących szefów wydaje się umiarkowana w porównaniu ze światowymi stawkami. Kwoty sięgające 5 – 6 mln złotych, które inkasowali na pożegnanie członkowie zarządów dużych banków (m.in. BZ WBK, BPH czy BRE) czy TP SA robią jednak wrażenie.

Jeszcze większe emocje wywołują wysokie odprawy dla szefów spółek z udziałem Skarbu Państwa. Nawet jeśli nie są wypłacone. Tak jak ponad 6 mln zł odprawy, których domagał się Jacek Walczykowski kierujący przez kilkanaście dni 2004 roku Orlenem. W 2007 r. sąd arbitrażowy oddalił jego żądanie.

Roman Wojtala, prezes firmy doradztwa personalnego Astroman, ocenia, że to raczej zarządy spółek Skarbu Państwa, a nie dużych międzynarodowych korporacji, dostają na pożegnanie złote spadochrony.

Prywatne firmy coraz częściej wpisują w umowy z menedżerami nie tylko klauzule dotyczące wyników biznesu i efektywności pracy, ale wręcz wzór matematyczny, według którego wyliczany jest bonus roczny.Wiele jednak zależy od determinacji rozstających się stron. – Jeśli firma decyduje się rozstać z menedżerem, który nie spełniał pokładanych w nim nadziei, to bardzo często jest gotowa zapłacić wysoką odprawę tylko po to, by jak najszybciej zapomnieć, że taka osoba tam była – twierdzi Marta Kowalska-Marrodan, partner zarządzający firmy doradczej Egon Zehnder International w Polsce.

Złote L-4

Prof. Grzegorz Patulski z firmy doradczej Orłowski-Patulski-Walczak twierdzi, że w Polsce problemem są nie odprawy, ale zwolnienia chorobowe odwoływanych menedżerów. To dlatego, że w 90 proc. polskich firm członkowie zarządów są zatrudnieni na umowy o pracę zamiast umów cywilnoprawnych, typowych dla kontraktów menedżerskich. Warunki ich zwolnienia reguluje więc kodeks pracy.

Grzegorz Patulski wspomina, że wspólnie z prof. Witoldem Orłowskim zbadali sytuację 200 członków zarządów polskich spółek odwoływanych na gruncie kodeksu spółek handlowych. Tyle że prawie wszyscy mieli umowy o pracę. A tej nie można było im wypowiedzieć, gdyż, wiedząc o planach odwołania (choćby z porządku obrad walnego zgromadzenia), uciekali na... zwolnienie chorobowe.

W rezultacie nawet bez wpisania do umowy wysokiej odprawy, chorujący szef może zainkasować na pożegnanie setki tysięcy złotych.

Więcej o zarobkach polskich szefów www.rp.pl/artykul/144506.html

08.10.2008


Zarabiać jak szef



Anita Błaszczak , Cezary Adamczyk 06-06-2008, ostatnia aktualizacja 06-06-2008 04:38

Giełdowe firmy nie oszczędzają na prezesach. W zeszłym roku wypłaciły im przeciętnie po 740 tysięcy zł. Rekordziści zarobili dużo więcej, nawet po kilka milionów złotych

źródło: Rzeczpospolita



+zobacz więcej

  • Zarobki prezesów.pdf

  • Kosztowna wojna o talenty

  • Milionerzy w zarządach

  • Prezydent wetuje nowelę do "kominówki"

  • Odcinanie złotych spadochronów

Najlepiej opłacanym prezesem giełdowej firmy był w ubiegłym roku Janusz Filipiak. Właściciel krakowskiego ComArchu zainkasował ponad 6,1 mln zł, czyli prawie o 1/3 więcej niż w 2006 roku, kiedy również zwyciężył w rankingu „Rz”. Wyprzedził dwóch bankowców – byłego prezesa BRE Banku Sławomira Lachowskiego i szefa BPH Józefa Wancera, którzy zarobili po ponad 5 mln zł.

W pierwszej setce naszego rankingu nie znaleźli się natomiast szefowie takich gigantów jak PKO BP czy PGNiG. Ich zarobki wciąż ogranicza ustawa kominowa. Niektórym jednak udaje się ją obejść. Wprawdzie PGNiG wypłaciła prezesowi Krzysztofowi Głogowskiemu tylko 223 tys. zł, ale uwzględniając zarobki z tytułu funkcji pełnionych w spółkach zależnych, jego łączne wynagrodzenie sięgnęło 848 tys. zł.

Z przeanalizowanych przez „Rz” ponad 100 raportów rocznych dużych firm giełdowych wynika, że w 2007 roku przeciętne wynagrodzenie prezesa giełdowej spółki (mediana) wzrosło o ponad 20 procent. W tym czasie łączne zyski firm z naszego rankingu wzrosły o ponad 25 proc. Średni dochód prezesa w 2007 roku sięgnął 0,74 mln zł, ale 38 menedżerów zarobiło ponad milion złotych. Przeciętne wynagrodzenie członka zarządu wzrosło podobnie jak w 2006 roku o 7,5 proc. i wyniosło prawie 490 tys. zł. W podobnym tempie rosły zarobki szeregowych pracowników, ale ich średnia płaca sięgnęła 4 tys. zł brutto miesięcznie, co oznacza 48 tys. zł w ciągu roku.

W 2007 r. wynagrodzenia prezesów stanowiły niespełna 2 proc. zysków, jakie wypracowały firmy. Rok wcześniej ta relacja sięgała 2,5 proc. Ale są takie spółki, w których stosunek wynagrodzeń szefów do zysku przekraczał 10 proc. W tym przypadku rekordzistą był prezes spółki ZEG. Andrzej Bywalec zarobił w 2007 r. 386 tys. zł, czyli 35 proc. zysku firmy. Jego wynagrodzenie, podobnie jak zyski firmy, było niższe niż rok wcześniej, ale pensja szefa spadła w dużo mniejszym stopniu niż zysk spółki. Wśród firm, w których współczynnik zarobków prezesa do zysku przekracza 10 proc., znalazły się też Groclin i Forte. Jednak płace ich prezesów spadły prawie w takim stopniu jak zysk. Z kolei zwycięzca rankingu „Rz” Janusz Filipiak zarobił w ubiegłym roku o jedną trzecią więcej niż w 2006 r., choć zysk Comarchu obniżył się o prawie 20 proc. Podobnie było w przypadku szefów spółek Energomontaż Północ i Wawel. Ich zyski spadły o ponad 40 proc., a zarobki prezesów wzrosły o 60 – 70 proc. Nie wszędzie zatem obowiązują zasady dobrych praktyk, według których zarobki menedżerów powinny być związane z wynikami firm.

Tych problemów nie ma wśród dużych firm, gdzie od lat widać rozsądne proporcje między zarobkami prezesów a wynikami. Przykładem są giełdowe banki, gdzie te relacje nie przekraczają 0,4 proc.

Rzeczpospolita




Milionerzy w zarządach



Anita Błaszczak , Cezary Adamczyk 06-06-2008, ostatnia aktualizacja 06-06-2008 08:34

Janusz Filipiak, najlepiej opłacany prezes giełdowej firmy, zarobił w 2007 roku ponad 6 mln zł

autor zdjęcia: Bartosz Siedlik

źródło: Fotorzepa

Janusz Filipiak, prezes zarządu firmy ComArch



źródło: Rzeczpospolita



+zobacz więcej

  • Zarabiać jak szef

  • Kosztowna wojna o talenty

Szef firmy informatycznej ComArch i dwaj bankowcy to trójka liderów giełdowej listy płac, którą już po raz trzeci opracowała „Rz”.

Tegoroczny rekordzista, prezes ComArchu, zainkasował w 2007 r. o jedną trzecią więcej niż rok wcześniej, gdy również znalazł się na czele naszego rankingu. W dwa dni zarobił roczną średnią krajową. Drugi na liście były prezes BRE Banku Sławomir Lachowski zyskał w ubiegłym roku 5,2 mln złotych. Na trzeciej pozycji, z niewiele mniejszymi zarobkami, znalazł się Józef Wancer, prezes Banku BPH.

Z przeanalizowanych przez „Rz” ponad 100 raportów rocznych dużych giełdowych spółek wynika, że przeciętne wynagrodzenie prezesa wzrosło w ubiegłym roku o jedną piątą w porównaniu z rokiem 2006. Ale w tym samym czasie łączne zyski kierowanych przez nich firm rosły jeszcze szybciej. W rezultacie wynagrodzenia prezesów, które przed rokiem stanowiły 2,5 proc. zysków ich spółek, teraz mają niespełna dwuprocentowy udział.

Idące w miliony złotych płace giełdowych rekordzistów pozostają nadal daleko w tyle za wynagrodzeniami szefów globalnych koncernów, którzy zarabiają rocznie równowartość kilkudziesięciu milionów złotych. Jak zaznacza Bogdan Dąbrowski, konsultant z firmy doradczej Hay Group, nawet największe polskie spółki nie dorównują skalą działania światowym firmom. Trudno więc porównywać płace menedżerów polskich i zachodnich.

Czy warto tak dobrze opłacać menedżerów? Krzysztof Pawłowski, prezydent Wyższej Szkoły Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu, uważa, że wysokość płacy działa mobilizująco, ale po przekroczeniu pewnej granicy przestaje mieć tak duże znaczenie. – Zarobki członków zarządów powinny być uzależnione od wyników, bo to motywuje do pracy – ocenia Krzysztof Pawłowski.

Według obliczeń „Rzeczpospolitej” przeciętne wynagrodzenie prezesa dużej giełdowej spółki wyniosło w ubiegłym roku 740 tys. zł, czyli 15 razy więcej niż zarobki pracownika. W przypadku rekordzistów ta różnica była ponad 120-krotna.

– Przepaść między zarobkami szefów i płacami pracowników nie służy budowaniu dobrej atmosfery w firmie – ocenia Janusz Śniadek, szef NSZZ „Solidarność”.

Rzeczpospolita





©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość