Strona główna

Obrona bluzgu 1 w poprzednim numerze „Polityki”


Pobieranie 9.61 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar9.61 Kb.
Jerzy Pilch, Obrona bluzgu, POLITYKA, nr 47 (2479), 20 listopada 2004, s 114.

Obrona bluzgu

1 W poprzednim numerze „Polityki” Sławek Mizerski daje w swym Raporcie obszerne diagnozy i uzasadnia przyczyny rozległego obecnie skażenia polszczyzny, specjalnie polszczyzny mówionej, wulgarnością. Ponieważ temat jest tak otchłanny, że można w tej sprawie całe księgi (księgi przekleństw) układać – dorzucam swoje trzy grosze.

2 Otóż polszczyzna dzisiejsza ma dwa zagrożenia. Z jednej strony jest istotnie plugawa jak nigdy, z drugiej pożera ją narzecze, które jest skrzyżowaniem międzynarodowej angielszczyzny i internetowo – esemesowego slangu. Malowniczych, a niesłychanych przykładów nie podaję, bo mnie nie ekscytują. Wiadomo, o co chodzi.

Drugie zagrożenie jest znacznie groźniejsze, bo po prostu realne. O ile, bowiem, nie da się bez komicznego cudzysłowu przyjąć proroctwa, że z czasem Polacy zaczną się porozumiewać wyłącznie za pomocą przekleństw, o tyle z całą powagą można sobie wyobrazić, że w niedalekiej przyszłości prawdziwie plugawy wolapik angielskich wtrętów i internetowo – telefonicznych przekrętów zwycięży. A ile tu dochodzi rozlicznych uzasadnień dla językowego niechlujstwa! Słynne klawiatury bez polskich znaków, nicowanie ortografii, konieczność lakoniczności, co ruguje interpunkcję i rzekomo uprawomocnia barbarzyńskie skróty itd., itp.

Nadzieja, że ludy zjednoczonej Europy posługiwać się będą płynną angielszczyzną, jest tak płonna, że chyba nawet nikt jej nie wyraża. Powszechna kiedyś łacina była w językowej praktyce osobliwym konglomeratem, z wirtuozerią literacką bawił się takimi efektami Sienkiewicz, jak wszakże głębokie były ówczesne ciemności językowe – my tego nie wiemy.

3 Język wszakże oprócz zagrożeń, którym ulega i które sam stwarza – ma dar autonomicznej obrony. Ulega chorobie i produkuje przeciwciała. Wiadomo, że zarówno władamy językiem jak i język nami włada. Mówimy nim i on mówi nami. Narzuca swoje obyczaje, barbaryzmy, kalki, stereotypy, sam wybiera słowa, tak a nie inaczej każe zaczynać albo kończyć zdania itd. Język – powtarzam banały – ma potężną wewnętrzną energię. Słowem, nie da się do końca powiedzieć, że Polacy obecnie podjęli jakąś suwerenną, a masową decyzję, że kląć teraz będą na potęgę. I fazy plugastwa językowego nie da się do końca wytłumaczyć ludzkim lenistwem, potrzebą łatwej ekspresji, swoistą koniunkturą na rynsztokowe wyrazy, luzem obyczaju, modą, wolnością czy ostrym artyzmem. Wszystko to, i zapewne szereg innych jeszcze składników, są wytłumaczenia, ale niekompletne. Dlaczego obecnie Polacy mówią specjalnie plugawie? Dlaczego w polszczyźnie obecnej jest taka zgęstka przekleństw? Dlaczego nawet ci, którzy uważają, że suwerennie sterują swoim przeklinaniem, że wiedzą, kiedy tego użyć (zawsze będę bronił zdań w rodzaju: „Filharmonicy berlińscy pod dyrekcją Herberta von Karajana fenomenalnie napierdalają X koncert skrzypcowy Vivaldiego"), dlaczego nawet ci ekstatycy języka ulegają paraliżowi, a może nałogowi językowej ohydy?

4 Odpowiadam. Wymienione na początku dwa elementarne zagrożenia są zarazem względem siebie antagonistyczne. Do tego stopnia, że jedna plaga jest plagą wstanie czystym, druga (plugawa) w pewnym sensie plagą ocalającą. Wewnętrzna energia języka, jego naturalne przeciwciała budują linie obronne i skupiają się w miejscach obrony specjalnie skutecznej. Takimi miejscami są obecnie w polszczyźnie specjalnie brutalne ekspresje językowe. Wolapik angielsko – internetowy zalewa i pochłania wszystko z wyjątkiem przekleństw. Dlatego Polacy klną jak szewcy, bo podświadomie bronią korzenności. Pełne moralnej i estetycznej ohydy są przekleństwa, ale to jest niezmiernie silna i zazwyczaj prastara formacja językowa.

Pseudoeuropejskie, pseudonowoczesne i pseudofachowe słownictwo wypiera słownictwo polskie, być może wyprze je ze wszystkich dziedzin, ale tamtejsze bezbarwne fuck nigdy nie wygra z naszym wyrazistym: pierdolić. Nawet w przytaczanych obecnie obficie w gazetach stenogramach rozmaitych rozmów „biznesowych” anglicyzmów bez liku, ale przekleństwa zawsze polskie. Polak być może niebawem wprawnie będzie liczył euro casch w angielskich liczebnikach, ale jak mu się wynik nie zgodzi, zawsze zaklnie po polsku.



5 Jak powszechnie wiadomo, do każdego występku dorobić można usprawiedliwiającą teorię: bronię, zatem, bluzgu, bo on nas broni. Piękny język – owszem – broni niepodległości kraju, ale język pełen piramidalnych przekleństw – bywa – broni sam siebie.

Mizerski cytuje opinię Jacka Lewinsona (autora świetnego „Słownika seksualizmów polskich”), iż – „do końca XVIII wieku obecność wulgaryzmów w języku elit była powszechna. Z upodobaniem wulgaryzowali poeci baroku, m.in. Wacław Potocki i Andrzej Morsztyn (autor fraszki zaczynającej się od słów: „Sameś skurwysyn, kurwa twoja

żona” – osiągnięcia baroku są nawiasem mówiąc w tej mierze bardzo rozległe), a wcześniej Mikołaj Rej i Jan Kochanowski. Dopiero w XIX w. pruderia zaczęła wypłukiwać wulgaryzmy z języka. W brzydkiej polszczyźnie rozpoczął się regres”. Niewątpliwie w brzydkiej polszczyźnie jest obecnie progres i być może nawet wznosi ona jakieś sarmackie obwarowania.

Regres i progres nadzwyczaj trafnymi zdają mi się w całym kontekście kategoriami. Obyśmy – ma się rozumieć – doczekali kolejnego regresu brzydkiej polszczyzny. I oby przypadkiem – dodam dygresyjnie – regres ów nie polegał na tym, że kląć będziemy po arabsku.



Jerzy Pilch


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość