Strona główna

Opowieści z czasów II wojny światowej


Pobieranie 424.51 Kb.
Strona1/9
Data18.06.2016
Rozmiar424.51 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9
Gabriela Hornung

Opowieści z czasów

II wojny światowej
o szkole w Gulczu

tłumaczenia z języka niemieckiego na polski

dokonał emerytowany lekarz z Czarnkowa

Pan Przemysław Ożegowski


Gulcz, luty 2008 roku



1

Miałam trzy życzenia:

Mieć dziecko,

Zasadzić drzewo,

Napisać książkę.

Ostatnie spełniło się dopiero po sześćdziesiątce. Jak każdy nowicjusz, chodziłam z rękopisem długą drogą, od wydawnictwa do wydawnictwa. Bezskutecznie.

„Czterdzieści lat później” wydało mi się, że powinnam wdać się w nową przygodę próby założenia własnego wydawnictwa. Zaczęłam kalkulować, prezentować się na odczytach, poprawiać, ilustrować, finansować i reklamować.

1 maja 1985 książka została wydana. Nakład 1000 rozchwytano w ośmiu miesiącach.

Łatwo się mówi, ale to była ciężka praca. W tym czasie nie potrafiłam napisać ani jednej rozsądnej linijki. Codziennie jednak uczyłam się czegoś nowego.

Znalazłam wielu pomocników, bez których przedsięwzięcie spaliłoby się na panewce. Szukałam kontaktów i pozyskiwałam przyjaciół. Zakończyło się to wszystko wydaniem książki, co nie tylko uszczęśliwiło mnie, lecz także wzbudziło echa nadbiegające ze wszystkich stron.

Pełna wdzięczności powierzam z ulgą drugi nakład wydawnictwu i żywię nadzieję, że znajdę nowych przyjaciół.

Notka biograficzna

Gabriela Hornung urodziła się 1922 roku w Berlinie, tam też spędziła młodość. Studiowała w Wyższym Seminarium Nauczycielskim w Lipsku. Pracowała jako nauczycielka ludowa w Berlinie, Kreuzbergu, w Regencji Poznańskiej, a po ucieczce w Regencji Kassel. Obecnie mieszka w Hessji. Zamężna, posiada trójkę dorosłych dzieci.
Notka od wydawcy
Autorka na podstawie dziennika opowiada, jak mając dwadzieścia lat przyszła z Berlina do Poznańskiego i tam nauczała w jednoklasowej szkole wiejskiej oraz w internacie.

Jest to opowieść z małego prowincjonalnego zakątka, ale znalazła się w wielu miejscach obszaru określonego tytułowym heksametrem: „W Śremie lub Środzie, w Babimoście lub Międzyrzeczu, Krotoszynie lub Trzciance czy w


2

Wieleniu. Krajobraz i dzień powszedni szkoły przedstawiono żywo i – przy całej powadze – także z humorem. W każdym razie, głównym tematem są

dzieci. Opisane zostały, z doskonałym rozeznaniem, skomplikowane powiązania między Volksdeutschami, przesiedleńcami, Reichsdeutschami i Polakami. Opis kończy się ucieczką w styczniu 1945.

Książka jest przyczynkiem do przemyślenia przeszłości z przed czterdziestu

lat, a także próbą przedstawienia młodemu pokoleniu, z całą otwartością, wiadomości o życiu między wielkimi zdarzeniami.

Autorka ( 1943 - ? )



Gabriele Hornung

Śrem,

Środa,

Babimost…

To nie jest powieść




4

Starożytni przekazali nam epigramat opisujący, jak najpiękniejsze z miast greckich wiodły spór o to, któremu z nich winien przysługiwać zaszczyt bycia rodzinnym miastem Homera, a więc bycia kolebką poezji, bycia skarbnicą mądrości i piękna.

W czasach Cesarstwa Niemieckiego heksametr ten sparafrazowano na zgryźliwe porzekadło o siedmiu małych, nieważnych miasteczkach w Poznańskiem, w których chodzono spać z kurami. Skierowanie tam jakiegokolwiek pruskiego urzędnika równało się z zesłaniem na banicję.

Po przerwie trwającej od 1918 do 1939, powróciły one znów do Niemiec. Mnie także tam oddelegowano, ale teraz to było niewątpliwym wyrazem uznania. Tam, niejako pięć minut przed dwunastą, poznałam skrawek ziemi, który, choć nie był moimi stronami rodzinnymi, powoduje, że jeszcze dziś budzę się ze snów, w których odczuwam nostalgię za czymś bezpowrotnie utraconym.

Chcę więc, nim Wielka Rzeka oderwie ostatnie kartki z kalendarza, pojechać do Śremu, Środy, Babimostu, Międzyrzecza, Krotoszyna, Trzcianki, Wielenia…



5

I

Tego z kolejki miejskiej nie zobaczysz”



( Porzekadło berlińskie )
1.
W tamtych czasach, odznaczenia i awanse przyznawano najchętniej 9 listopada i 20 kwietnia. To, że moje przeniesienie do Regencji Poznańskiej otrzymałam w mojej szkole podstawowej Berlin-Kreuzberg właśnie 20 kwietnia 1942 ( dzień ur. Hitlera – przyp. tłum. ), było niewątpliwie zbieżnością przypadkową. Do dziś pismo to przechowuję w moich papierach: „ Z dniem 1. 5. 1942. zostaje Pani przeniesiona do szkoły podstawowej w Brzeźnie w powiecie Czarnkowskim.

Zechce się Pani zameldować u powiatowego radcy szkolnego w Czarnkowie w dniu 1. 5. 1942… Równocześnie zarządza się Pani przeprowadzkę.”

To ostatnie zdanie nadaje papierkowi formatu A5 szczególne znaczenie. Wskutek tego, po roku 1945, stałam się osobą wypędzoną i otrzymałam legitymację uciekiniera. Za utracony majątek przeprowadzkowy wypłacono mi dwukrotnie po 750 DM, a na budowę domu udzielono 5.000 DM

niskooprocentowanego kredytu dla uciekinierów. Niewielka reszta – nie umarzalna ! – ciąży na nim do dziś. Ostatnia rata zostanie niebawem spłacona i materialne ślady tego dokumentu znikną.

Nie było możliwości niepodporządkowania się przeniesieniu czy też zaprotestowanie. Jaki był koniec ? Tej mroźnej zimy, przemęczona nocnymi alarmami lotniczymi, które trwały dłużej, niż było to rzeczywiście potrzebne, jednego tygodnia rano, a następnego w południe ( praca była dwuzmianowa ) pędziłam S-Bahn’ą do bramy Anhalt, a stąd U-Bahn’ą do bramy Halle. Na moście przez Landwehrkanal smagał mnie ostry wiatr wschodni. A podobnie świszczał na Kreuzberg’u. I tak było zawsze. Na ołowianym niebie: Mewy.

Szkoła znajdowała się na zapleczu księgarni ludowej, wypchana po brzegi uczniami i uczennicami z dwu kompletnych szkół podstawowych. Próbowała egzystować. W nieludzko gorącym i mrocznym pokoju nauczycielskim, grono nauczycielskie spędzało przerwy. Byli przeważnie starsi ode mnie o całe pokolenie. Dzieci, jak to dzieci, rozbiegały się na przerwach wszędzie.

O tym co się zaczynało, nie miałam zielonego pojęcia. Rozeznanie moje kończyło się na Schwedt nad Odrą i na Tempelburg’u na Pomorzu. To też w małym sklepiku z mapami, na narożniku Neukirchstrasse i Mittelstrasse, było wszystko, czego potrzebowałam, kupiłam mapę Czarnkowa z jego otoczeniem.

6

Przestudiowałam położenie Brzeźna ( majątku i wsi ) na Wzgórzach Gorajskich, które pod Czarnkowem opadają ku Noteci.


Wydawało się, że jest to przyjazna, pogodna okolica: Mieszane lasy, łąki, wody. Mapa miała jeden mankament, kończyła się w tym miejscu, w którym Noteć dokonuje ostrego zwrotu i z przebiegu północ-południe zmienia bieg na wschód-zachód. I tak to nie potrafiłam zobaczyć gdzie leży Gulcz, miejscowość do której skierowano mnie, a która administracyjnie należy do Wielenia. Jest to całkiem płaska, bezkresna równina, leżąca wzdłuż doliny Noteci, nie mająca w sobie nic, zupełnie nic, z uroków przyrody. Powinnam dysponować połuniowo-zachodnim arkuszem mapy. Inna rzecz, że do Brzeźna nigdy nie dotarłam, nie tylko dlatego, że z chwilą mojego przyjazdu radca szkolny zadysponował inaczej, ale także dlatego, że później wydarzyły się i inne sprawy.

2.
Drugi etap przygotowań do przeprowadzki polegał na zapakowaniu wszystkich rzeczy wydających się niezbędnymi i „ awaryjnymi” do „zamorskiego kufra”. Była to przedziwna mieszanina, do której później stale coś dochodziło. Podczas każdego urlopu wygrzebywano skądś coraz więcej jakichś rzeczy dla uchronienia przed nalotami lotniczymi.
„ Zamorski kufer ” to potwór z najsilniejszej wulkanizowanej fibry, z mocnymi drewnianymi listwami, zabezpieczonymi metalowymi okuciami. Przenosić go musiało, za skórzane uchwyty, dwu silnych mężczyzn. Nadano go na pociąg i, oczywiście, do Berlina już więcej nie wrócił, jak wszystko.

Dalszy krok w przygotowaniach – wyszukanie połączeń kolejowych – powierzyłam ojcu, „rodzinnemu fachowcowi od rozkładów jazdy”.

Jedynie on potrafił, z pedanterią pruskiego urzędnika, ustalić trasę z uwzględnieniem wszystkich połączeń: Berlin – Kostrzyn – Gorzów – Krzyż ( przesiadka ) - Bzowo ( przesiadka ) -- Czarnków.

O tym, że była to prawdziwa „droga przez mękę”, przekonałam się dopiero później, kiedy zobaczyłam, jak rzadką jest sieć kolejowa w przygranicznym obszarze między Prusami Niemieckimi, a Prusami Polskimi. Istniało oczywiście dogodniejsze połączenie do Czarnkowa: Z Krzyża należało jechać dalej do Piły, a stąd w kierunku południowym do Bzowa.


Droga była rzeczywiście dłuższa, ale w istocie mimo to, krótsza. By dotrzeć do mojego późniejszego miejsca pracy w szkole w Gulczu, musiałam
7

jednak korzystać z „ drogi przez mękę ”, na której był „rozkoszny”, nieunikniony pięciogodzinny postój w Krzyżu i to najczęściej nocą.

Nie można jednak było z tego powodu czynić wyrzutów „fachmanowi od rozkładów jazdy”, gdyż, zresztą, jak my wszyscy, nie często korzystał z podróży pociągami. Ponieważ wybuchła wojna, nie dało się zrealizować wielkiego projektu berlińskiego: Wybudowania centralnego dworca w pobliżu południowej prostopadłej do odcinka południowego. Tak więc, zależnie od rodzinnych związków i zamierzonych planów urlopowych, byliśmy , już to bardziej, już to mniej, „zaprogramowani” na takie, a nie inne dworce. Ja byłam związana z dworcem Anhalt. Dworzec Anhalt był bramą wypadową na wakacje w górach, do całkowitej wolności; później do studiów w Lipsku. Dworce: Lehrt, Szczeciński i Gorlicki, były praktycznie nieużyteczne.

W tych ostatnich trzech latach korzystałam z kolei miejskiej. Nawiązałam przyjaźń z wąską trasą, tuż za dworcem przy Fridrichstasse, skąd można było zaglądać do pokoi na zapleczu, a nawet uścisnąć ludziom rękę. Nauczyłam się kochać sylwetkę katedry i wyspę Muzeum. Przy każdym odjeździe rodził się niepokój: Czy zastanę je jeszcze niezbombardowane ?

Krótkie pożegnanie u radcy szkolnego okręgu, dobitne słowa, nic nieznaczące. Widocznie nikt nie uważał za konieczne, choćby w najogólniejszych zarysach, przygotować mnie do tego, czego mogę się spodziewać. Prawdopodobnie nikt tego nie potrafił.

3.
A potem? Potem nadszedł dzień wyjazdu „ tam”. Po południu, 30 kwietnia 1942 roku, ruszyłam na Wschód. W Krzyżu pięć godzin mojego postoju przespałam, z głową na stole, w poczekalni drugiej klasy.

Ramionami przyciskałam bagaż ręczny. Wcześnie o świcie odchodził pociąg do Rogoźna przez Wieleń. Przesiadka w Bzowie. Wszystko wydawało mi się dzikie i puste. Byłam przemęczona i być może stąd ubytki w mych wspomnieniach.

Do południa u radcy szkolnego w Czarnkowie: okaz wspaniałego mężczyzny z którym można było się od razu dogadać. Powiedział, że wiejskie powietrze dobrze mi zrobi. ( Po mojej nocnej podróży musiałam wyglądać, jak wielkomiejski wymoczek ).

Szkoła była taka sobie, a mieszkanie nauczycielskie nawet umeblowane. Było to w Gulczu, a nie w Brzeźnie. Radca szkolny zmuszony był , niestety, dokonać zmiany. Poprzedniczka moja, na własną prośbę przeniosła się niedawno do innego powiatu.



8

Czy potrafię należycie opanować naukę zintegrowanego czytania? Nie miałam o tym bladego pojęcia. Ale z tym nie będzie wielkiego problemu, bo w pobliżu mieszka bardzo miła koleżanka, a on poprosi ją, by na początek w tym mi pomogła. Nie była to jednak dlań wielka sztuka, bo, jak się wkrótce dowiedziałam, koleżanka to jego, dobrze utajona przyjaciółka. Natomiast moja poprzedniczka „ odeszła ” gdyż jawnie utrzymywała związek ze starostą.

Miejscowi urzędnicy, do których już dawno zjechały żony, jedni mniej, drudzy więcej, wykorzystywali sprzyjające okazje i świeże „ wschodnie powietrze ” dla uprawiania wesołych polowań. Wiele młodych nauczycielek na zapadłych wioskach, po prostu narzucało się im.

Poza tym, wszystko było należycie przygotowane: Z dworca w Gulczu zabrano mnie końmi. Miejscowy sołtys Schendel, na dwie pierwsze noce przygotował mi kwaterę i „Pomyślności! Wkrótce zajrzę tu”.

Byłam pewna, że i tu przysłano mnie bez jakiegokolwiek politycznego (czytaj: narodowosocjalistycznego) powodu, bo wiedziałam, że nie należałam do pierwszego aktualnego garnituru, gdyż byłam po prostu zwykłą zapchajdziurą, którą nikt sobie szczególnie nie zawracał głowy.
Wieczorem, wracając torem, którym rano przyjechałam, zupełnie niepotrzebnie, dotarłam na dworzec w Gulczu. Ale co ja gadam: Jaki dworzec, jaka linia kolejowa? Był jeden tylko tor, z dala od jakichkolwiek osiedli. Mijanki znajdowały się daleko od leżących w piaskach osiedli. Mijanki te były tylko w Rogoźnie, Rosku i Wieleniu, bo , ze względu na niewielkie nasilenie ruchu, nie było obaw o zderzenie pociągów. A dworzec? Dworzec, to właściwie trochę większy przystanek kolejki miejskiej, opustoszały. Jedyna ławka pod zadaszeniem. Ktoś tam musiał mieć klucz do pomieszczeń w których odprawiano przesyłki i towary: Ani razu tam nie byłam.

4.
Tego wieczoru po równinie świszczał wiatr, a ja wdrapywałam się do staroświeckiego wagonu. Lało, jak z cebra. Przy dworcowej budzie, tak, jak obiecano, czekał woźnica z wozem zaprzężonym w konia. Nie pytałam się wiele, nałożyłam futrzaną czapkę i władowałam się z moimi manatkami. Woźnica mruknął: Wio, i ruszyliśmy czymś, co miało być szosą, a było rozmokłą polną drogą. Po jakichś czterech kilometrach, obniżyła się, stwardniała, minęła mostek, minęła nieckowate zagłębienie między pobudowanymi tarasowato na zboczu chatami. Para wyleniałych kundli ujadała na konia. Potem znaleźliśmy się na wzgórzu we „wsi”, wóz skręcił na podwórze gospodarstwa.

9

Przywitała mnie postawna blondyna, piękna izba, skórzany fotel, jasna lampa naftowa, kłopotliwe milczenie, przerywane tykaniem stojącego zegara. Dopiero przy wieczerzy, kiedy przyszedł także gospodarz i jego dwaj synowie, nastrój stał się swobodniejszy. Do stołu podano wszystko, czym gospodarstwo dysponowało, dla zwykłego wygłodniałego szarego obywatela, były to wspaniałości. Gdy jadłam, obje rodziców zaczęło opowiadać – niezwykle dużo i zawile. Niewątpliwie, tego wieczoru opowiedziano całą kronikę wsi.

Nie była to wesoła opowieść: Kłótnie, zawiść, arogancja. Ta małżeńska para wieśniaków miała się za coś trochę lepszego, dlatego nie posyłała do wiejskiej szkoły razem z przesiedleńcami, ale codziennie zawoziła ich do sąsiedniego Roska, gdzie czynna była wielooddziałowa szkoła. Gospodyni, której rodzina posiadała to gospodarstwo, była rodowitą Niemką, jej mąż Polakiem i w dodatku byłym kapitanem armii polskiej po roku 1919.
Podobnie negatywnie zabarwione były opowieści o wsi i jej mieszkańcach, jakich nasłuchałam się, niechcący, z różnych stron, w następnych dniach. Były one wyrazem zarówno poglądów, jak i charakterów opowiadających. Dobry duch podpowiadał mi, bym przysłuchiwała się w milczeniu, co, zważywszy na moje dwadzieścia lat, najbardziej mi przystawało.

Podczas tego wieczoru u Niklasów, ogarnęło mnie wielkie znużenie. Przed sobą widziałem wszystko jak gdyby we mgle, to też uradowałam się, gdy w jednym z pokoi, na miękkim łóżku, mogłam się położyć do snu.

Nazajutrz rodzina, jeszcze raz, częstuje, czego nie zapomnę, pieczonym faszerowanym gołąbkiem. Zdało mi się, że jestem w Krainie Pasibrzuchów. Później rodzinę tą spotykałam jedynie tylko na drodze. Pozdrawialiśmy się, ale nie było między nami jakiejkolwiek zażyłości. Gościnność pierwszych dni zawdzięczałam jedynie zazdrości z jaką Niklasowie spoglądali na sołtysa Schendel’a: Moją poprzedniczkę traktował on jak własne dziecko. Dawało to „wielkim” gospodarzom we wsi powód do wielu plotek, że Schendel chciał

po prostu teraz Niklasom dokuczyć.

Obiecywali sobie widocznie, że czerpać będą z tego jakieś korzyści; ale tak się stało, że i ja późnej także oczywiście stałam się„pupilką” w gulczyńskim młynie, który wspominam z tęsknotą i wdzięcznością – ale o tym potem.
5.

Nazajutrz rano po moim przyjeździe -- była to niedziela – 2 maja – ciągle zimno i nieprzyjemnie. Przy mojej filiżance kawy leżały już klucze do szkoły. To Schendel przysłał je wczesnym rankiem. I tak to wyszłam na odkrywanie mojej wsi i mojej szkoły.

Gospodarstwo Niklasów przy ogromnym pastwisku, prawie tak wielkim, jak

10

pół boiska piłkarskiego, wyglądało też podobnie: łyse z resztkami kępek trawy na środku, poza tym bez żadnego drzewa, bez jakiegokolwiek krzaczka, bez kościoła.

Na skraju polna droga wiodła przez mostek, ten sam przez który przejeżdżaliśmy wieczorem, jadąc z dworca. W kierunku odwrotnym prowadziła w kierunku Bzowa i Czarnkowa. Skoro minęliśmy wioskę, stała się utwardzona w dwóch trzecich tłuczniem, a reszta była nieutwardzona.

Wokół pastwiska kilka zagród, remiza strażacka i gospoda z zagraconym sklepikiem. Nie wyobrażałam sobie czegoś wstrętniejszego. Milej, a nawet trochę romantyczniej, wyglądał zjazd do niecki przez którą płynął strumyk zasilający młyn w Gulczu. Dalej płynął w kierunku Roska, a jeszcze dalej do Noteci. Oficjalnie zbocze z małymi domkami nazywało się „Dolna Wieś” (Unterdorf). Tu mieszkali wyłącznie Polacy i nazywali ją „Karpaty”.

Po każdej stronie, w kierunku Czarnkowa, trzy lub cztery gospodarstwa, mniejsze lub większe. Ostatnie gospodarstwo po lewej, było wielkie, za nim szkoła, a za nią nie było niczego, prócz rozległej pustki.

Szkoła była ogrodzona płotem ze sztachet pomalowanych na zielono z białymi czubkami. Z obszaru, który zajmowała szkoła, można by chętnie i z pożytkiem utworzyć wielkie gospodarstwo chłopskie. Podwórze, na którym dzieci spędzały przerwy, miało około 100 metrów szerokości i 200 metrów długości. Za płotem domek z WC.

Olbrzymi gmach z szyldem „ Volksschule ” ( Szkoła ludowa ) miał cztery sale lekcyjne, pokój nauczycielski i strych. Szerokie drzwi wejściowe otwierały się na sień, wyłożoną płytkami ceramicznymi, prowadzącą prosto na podwórze. Po prawej ręce, kilka stopni były stopnie na górę do podestu z drzwiami do części mieszkalnej.
Były tam w sumie trzy mieszkania dla nauczycieli: będzie każde mające 3½ pokoju oraz obszerną kuchnię ze spiżarnią. Wyżej, na strychu, mała mansarda, która niewątpliwie przeznaczona została na mieszkanie praktykanta nauczycielskiego.

Okna pokoi mieszkalnych wychodziły na ogród, tak jak to można widzieć w całych Niemczech: Płoty, z krzewów bzu, otaczające ogródki z kwiatami, kilka drzew owocowych przy domu, który oddzielony jest od rozległych pól tylko płotem. I jeszcze ogródki działkowe. Pompa, której trzeba będzie później poświęcić jeszcze kilka specjalnych linijek, stała za domem, między drzwiami a drewutnią, wypełnioną po brzegi, porąbanym drewnem. Ogromna stodoła oddzielała od uprawnej roli, „ prywatny” ugór.



11

W mieszkaniu na piętrze zastałam proste meble do pokoju mieszkalnego i do sypialni. Postarała się o nie moja poprzedniczka, zanim musiała wyjechać. Tego się w ogóle zupełnie nie spodziewałam.

A więc mój start okazał się o wiele łatwiejszy, niż wielu moich koleżanek w ubiegłym roku.

W kuchni piętrzyły się garnki i patelnie i wszystkie niezbędne sprzęty. Obok zlewu, bez kranu do wody, na prostej drewnianej ławie stały trzy puste wiadra na wodę – tak więc problem kanalizacji od razu się wyjaśnił. Piec kuchenny był monstrum po pradziadkach. Spoglądałam nań pełna nieufności, która, jak się później okazało, całkowicie bezpodstawna. Pozostałe pokoje miały piece

kaflowe, dawnej dobrej jakości i łatwe w obsłudze. I co najważniejsze, z czego początkowo nie zdawałam sobie sprawy, szkoła miała oświetlenie elektryczne !

Z gulczańskiego młyna, który wytwarzał je samodzielnie i doprowadził je do szkoły. W razie konieczności, mieliśmy przygotowane lampy naftowe, takie, jakimi we wsi musieli się zadowalać inni.


W tym „ gmaszysku ”, w którym mogłoby się bawić w „chowanego” więcej niż tuzin dzieci bez przeszkadzania sobie, musiałam mieszkać samiuteńka. Gmach zbudowano około 1900, kiedy liczba mieszkańców wynosiła w całości 1000. Niemcy i Polacy, traktowani jako Prusacy, byli liczeni wspólnie i wspólnie nauczani. Często próbowałam sobie wyobrazić, jakie wesołe życie musiało wówczas panować w szkole. Obecnie do szkoły uczęszczało 36 dzieci z tutejszych rodzin niemieckich i mieściły się w jednej klasie na parterze.

Za moich czasów w Gulczu żyło jeszcze 700 Polaków, których dzieci uczyły się w Rosku zaledwie dwa razy tygodniowo.


Uczył ich rachować i pisać stary nauczyciel Niemiec z przed roku 1939.

200 Niemców nie potrzebowało tak wielkiego budynku szkolnego. Okropnie przygnębiało mnie niesłychane marnotrawstwo pomieszczeń, zwłaszcza w latach kiedy u nas uciekinierzy odczuwali ogromny brak mieszkań. Odczuwałam jako bolesne przeżycie, gdy nocami śniłam, że przygotowywuję gulczańską szkołę do zamieszkania i lokuję w niej rodziny.



6.

Pierwszego poranka przywieziono z kolei moje manatki, mogłam więc zacząć się urządzać.

Stałam właśnie wśród moich skrzyń i pudeł i wtedy usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Smukła, czarnowłosa Polka o bladej twarzy i pięknych granatowych oczach, uśmiechała się nieśmiało. Była to Pelasia.

12

Codziennie sprzątała w szkole i od razu w wzruszający sposób przylgnęła do mnie. To przy jej pomocy udało się całkowicie urządzić mieszkanie już w ciągu jednego dnia. Do domu poszła dopiero wtedy, kiedy wszystkie firany zostały pozawieszane, a każdy obraz umieszczony na swoim miejscu.

Kiedy tego niedzielnego wieczoru wychodziła, uścisnęłam jej dłoń i podziękowałam. Tak to zaczęła się nasza przyjaźń, w której ofiarowała mi tyle, że nie potrafiłam się tak samo odwdzięczyć. Często zastanawiam się, ile zostałam jej wdzięczna. Nie tylko dlatego, że dziś już nie pamiętam, ile płaciłam jej za te prywatne usługi, ani ile w ogóle otrzymywała. Na pewno jestem jej winna za to, co z młodzieńczą niefrasobliwością od niej przyjmowałam i ile dawała mi ze swego przyjaznego i dobrego serca. Nie miała z tej pracy żadnych osobistych korzyści, mam podstawy, by sądzić, że jej ziomkowie z tego powodu raczej dokuczali. Ona natomiast po prostu opiekowała się mną i o wszystko troszczyła się. Dopiero kiedy, mając męża, dzieci i przedsiębiorstwo, nabyłam doświadczenia na temat pomocy domowych, zaczęłam pojmować, ile dała mi ona.

Pelasia była ode mnie starsza zaledwie dziesięć lat i była już mężatką. Jej mąż został służbowo ( ! ) wysłany do jednej z fabryk w Rzeszy. Pisywał do niej rzadko. Po niemiecku mówiła słabo, gdyż należała do rocznika, który w latach 1919 – 1939 uczęszczał do polskiej szkoły. Mimo to, zawsze dogadałyśmy się.


Po szkolnym gmachu przemykała się jak piękna, smutna ćma i tylko oczy uśmiechały się w sposób poruszający serce. Każdego popołudnia szorowała, na kolanach, drewnianą podłogę w klasie, w której odbyła się lekcja. Gromadziła drwa, układała w piecach, tak, że nazajutrz wystarczało podłożyć rozpałkę. Dla mnie targała z pompy na górę codziennie, tyle pełnych wiader wody, ile ich było potrzeba, starała się o drewno, a w zimie zajmowała się piecami i sprzątała moje mieszkanie, aż błyszczało.

Od niej też dowiedziałam się, zaraz na początku, czego nie wolno mi robić:

Nie chodzić do polskich domów, nie siadać do posiłków z Polakami, nie zaprzyjaźniać się z Polakami.
Tak to, moje uściśnięcie dłoni było już moim pierwszym „ błędem ”. Teraz to było na pewno już za późno! Teraz już była tu, teraz zabierała moją brudną bieliznę, odnosiła wypraną i wyprasowaną, Jakaś stara kobieta dorabiała sobie na tym parę fenigów. Pewnego dnia Pelasia stwierdziła, że powinnam mieć parę nowych butów. Namówiła jakiegoś polskiego szewca, by na podstawie odpowiedniego kopyta, wykonał proste skórzane sandałki. Zapłaciłam za nie tylko parę marek.


13

To jej zawdzięczałam, że w tym wielkim gmaszysku czułam się bezpieczna. Na pewno nie musiałam obawiać się Polaków.

Kiedyś pojechałam na wakacje nie mogąc uporządkować ogrodu. Kiedy wróciłam, kilkoro polskich kobiet pod kierunkiem Pelasi, pieliło i porządkowało ogródek. Nie zdążyłam im podziękować, bo już ich nie było.

Pewnego razu zachorowałam. Przychodziła wówczas każdego ranka i pozostawała przy mnie tak długo, aż po lekcjach moja przyjaciółka nauczycielka z Mikołajewa, przejęła opiekę. Opiekowała się mną, bo jeszcze nie czułam się całkiem zdrowa. Przynosiła mi nawet jedzenie, jeśli sama w ogóle coś miała.

Pewnego razu wróciłam z wakacji zapluskwionym pociągiem – co wówczas było częstą sprawą -- to ona wszystkie moje rzeczy wytrzepała na podwórzu, w słoneczny dzień, a ja w kuchni, w cynowej wannie kąpałam się w wodzie, którą ona naniosła i zagotowała. Żadna pluskwa nie przeżyła.
Pelasia umiała szyć. Stale myślała o moich sukniach. Miałam ich niewiele, potrafiła z dwu zrobić jedną. Bardzo dbała, żebym ładnie wyglądała. Szyła mi bluzki także z polskich map i niewątpliwie wiedziała skąd materiał pochodził.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość