Strona główna

Ostrzał twierdzy ipn


Pobieranie 36.24 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar36.24 Kb.
Ostrzał twierdzy IPN















 Andrzej Rzepliński 03-12-2004 , G.W.

Dzięki dokumentom SB wiemy dziś bez porównania więcej m.in. o studenckim oporze Marca 1968, o gestach solidarności robotników. Ta wiedza zaklęta w raportach denuncjatorów byłaby jeszcze dziesiątki lat niedostępna dla badaczy. Jedni historycy wykorzystają tę wiedzę mądrzej, inni mniej mądrze. Wolność badań naukowych nie znosi żadnych dobrych rad zatroskanych ciotek dobrych obyczajów - pisze Andrzej Rzepliński

Od połowy sierpnia (artykuł Antoniego Pawlaka w "Gazecie Wyborczej" z 17 sierpnia br.) trwa ostrzał z ciężkiej artylerii Instytutu Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Twierdza jest to wraża i czarnosecinna. Dzięki spiskowi Ciemnogrodu 9 kwietnia 1999 r. udało się mimo weta prezydenta RP uchwalić ten prawniczy potworek z piekła rodem. Kto brał udział w tej kompromitującej akcji? Jest oczywiste, że tym spiskiem kierować mógł tylko Janusz Pałubicki. Tylko po to został ministrem ds. służb specjalnych, aby szkodzić. Szkodził, wymuszając na oficerach policji bezpieczeństwa służbę tylko prawu i tylko państwu; szkodził, dobierając sobie wiadomej proweniencji ekspertów do napisania projektu ustawy o IPN, szkodził, nie ubierając się jak wszyscy inni.

Projekt ustawy napisało dwóch prawników - Witold Kulesza i Andrzej Rzepliński - przy udziale historyka Andrzeja Paczkowskiego. Projekt preambuły do ustawy napisał Andrzej Rzepliński. W trakcie prac w komisji sejmowej projekt nie zostałby uchwalony bez pracy i lobbowania przez zasmucającą koalicję posłów: Marka Biernackiego, Jana Lityńskiego i Stefana Niesiołowskiego. Próby wrzucenia granatów do tekstu ustawy nic nie dały, poza jednym - w Senacie przeszła poprawka o zaprzestaniu po wejściu w życie ustawy o działalności IPN w dotychczasowym kształcie do czasu zaprzysiężenia pierwszego prezesa wybranego przez Sejm. Dzięki temu choć na pół roku ustało ściganie rzekomych sprawców zbrodni "nazistowskich" oraz "komunistycznych".

Pewnie wskutek jakiegoś kolejnego spisku prezesem IPN wybrany został prawnik, który w III RP nie brał udziału w żadnych "interesach". Leon Kieres z uporem baczy, aby w pracy IPN było w pełni respektowane prawo osób pokrzywdzonych do dostępu do wytworzonych na ich temat informacji przez organy policji politycznej. A chodzi o informowanie pokrzywdzonych o zachowanych i znalezionych efektach codziennej pracy w piątek i w świątek w latach 1944-89 setek tysięcy czekistów i współpracujących z nimi mitarbajterów, pospołu oszukujących jak wszyscy (według poetyki pana Pawlaka) ile wlezie kolejnych pierwszych i ich lokalnych namiestników w raportach, analizach i w wydobywanych ciężkim fizycznym wysiłkiem zeznaniach przesłuchiwanych warchołów.

Ku rozpaczy artylerzystów prezes IPN baczy, aby nie było mniej i bardziej honorowych czekistów, mniej i bardziej zasłużonych mitarbajterów. Wszyscy oni są równi wobec prawa. Taki skandal. Żadnego ubolewania, że niesłuszny uczony, niezdrowo podniecony odkryciem tego, co po wielekroć miało być już obrócone w perzynę, korzystając z wolności akademickich, zrobi niepolityczny użytek z jakiegoś odkrytego przez siebie dokumentu w artykule czy książce. Żadnego ubolewania, że niesłuszny prokurator IPN otworzy śledztwo w politycznie niepoprawnej sprawie, urażając obojętnie czyje uczucia bądź interesy.



Pod znakiem negacjonistów

Co napisał generator debaty o ustawionym do bicia IPN Antoni Pawlak? Ano napisał, że "W PRL kłamały roczniki statystyczne, wedle których byliśmy dziesiątą potęgą przemysłową świata. Kłamały sprawozdania z referendum w 1946 r. Kłamały podręczniki szkolne, literatura, prasa. Ale w wielu z nas gnieździ się przekonanie, że nie kłamią dokumenty otrzymane w spadku po SB". Piękny strzał, dwa głupstwa i nieprawdy w jednym. Skąd to Antoni Pawlak wie, że np. "kłamały sprawozdania z referendum w 1946 r."? Wygląda na to, że nie wie, skąd to wie. Ja to wiem z... kłamliwych według pana Pawlaka tysięcy raportów UB, skwapliwie propagowanych przez niezdrowo podnieconych historyków IPN. Skąd wiemy, że prasa kłamała? Ano wiemy m.in. z opublikowanej poza cenzurą, najpewniej kłamliwej relacji skruszonego cenzora. Wiemy o tym z dokumentów przejętych po byłym urzędzie przy ulicy Mysiej i jej 49 ekspozyturach. Po byłym KC PZPR i po byłej SB. Papiery te według Pawlaka łżą. Łżą o łgarstwach prasy kontrolowanej przez cenzurę, partyjnych aparatczyków i policję bezpieczeństwa.

Poetyka Antoniego Pawlaka jest poetyką negacjonistów. Papiery UB/SB to łgarstwa. Jeżeli tak, to skąd wiemy, że to były jakieś papiery UB/SB? Proszę to udowodnić. Bez dowodu tylko ostatni moralny menel będzie szukał w papierach policji politycznej choćby strzępów informacji o 45 latach historii Polski. Taki punkt wyjścia prowadzi nas do zakwestionowania czegokolwiek. Skoro PRL była jednym wielkim kłamstwem, to jaki jasnogrodzianin śmiałby twierdzić, że PRL w ogóle istniał?

Negacjonizm zbrodni tajnych służb państw zbójeckich niejedno ma imię. Podobnie harcują ze zdrowym rozsądkiem chłopcy spod znaku negacjonistów ludobójstwa niemieckich nazistów. Proszę na stół dowody, wołają, że można było przepuścić tyle i tyle osób dziennie przez komory gazowe! Proszę udowodnić te kłamstwa propagandy antyaryjskiej! Tylko naiwny historyk zainfekowany nienawiścią do idei Wielkich Niemiec uwierzyłby w te bajki.

A Katyń? Pamiętam rozmowę delegacji IPN w siedzibie Naczelnej Prokuratury Wojennej Federacji Rosyjskiej w sierpniu tego roku. Rosyjscy prokuratorzy dowodzili nam, że władze sowieckie zrobiły bardzo dobrze polskiej elicie ziem przyłączonych znów do rosyjskiej macierzy po 17 września. Internowały tylko około 14 tys. polskich oficerów wojska, policji i innych służb mundurowych i wywiozły do odległych wschodnich prowincji imperium tylko około 300 tys. obywateli polskich wrogo nastawionych do legalnej władzy radzieckiej z odwiecznie rosyjskich miast zachodnich rubieży. Wskutek technicznej pomyłki zmarło dość nagle 21 856 oficerów i urzędników, ale żeby zaraz mówić o zbrodni ludobójstwa? Dowody proszę! Macie wyrok sądu radzieckiego? A poza tym, kto by wierzył dokumentom NKWD?!

Gratuluję towarzystwa, panie Pawlak.

Wciskanie czytelnikom przekonania, że dokumenty UB/SB to jedno wielkie kłamstwo, to jeden z filarów rysowania wirtualnej wrażej fortecy: IPN strażnikiem kłamstwa, w którym taplają się obślinieni niezdrowymi emocjami archiwiści, historycy i prokuratorzy. Marność ludzi IPN to drugi argument Antoniego Pawlaka. Gdyby pan Pawlak pofatygował się i przeczytał choć kilka książek opublikowanych w wydawnictwie IPN i w innych wydawnictwach, to by się przekonał, że dostępne badaczom od 2002 roku dokumenty są tylko jednym ze źródeł ich badań. Czasami źródłem najważniejszym, czasami pomocniczym, źródłem krytycznie analizowanym i opracowywanym. Dzięki dokumentom SB wiemy dziś bez porównania więcej m.in. o studenckim oporze Marca 1968. Oporze w całej Polsce, o gestach solidarności robotników. Ta wiedza zaklęta w raportach denuncjatorów byłaby jeszcze dziesiątki lat niedostępna dla badaczy. Jedni historycy wykorzystają tę wiedzę mądrzej, inni mniej mądrze. Wolność badań naukowych nie znosi żadnych dobrych rad zatroskanych ciotek dobrych obyczajów.

Co to jest dzika lustracja?

Zaraz potem do ostrzału twierdzy IPN przystąpił utytułowany artylerzysta Andrzej Romanowski, historyk XIX wieku i przewodniczący kolegium redakcyjnego prestiżowego "Polskiego Słownika Biograficznego". Z jego artykułu wynika, że nie czytał w całości potworka prawnego. I słusznie. Dzięki temu wyszedł piękny tytuł - "IPN - bezprawie i absurd". Istna Polska.

Kluczowym pojęciem pana Romanowskiego jest "dzika lustracja". Nie wiem, co to dzika lustracja. Mogę dyskutować o lustracji nielegalnej. Nielegalna to taka, którą prowadzi organ władzy publicznej bez podstawy ustawowej. Kiedy wrogowie lustracji mówią o lustracji, to zaczynają od Macierewicza. Można, a nawet wypada nie lubić Macierewicza. Kłopot w tym, że zrobiona przez niego lustracja nie była nielegalna. Miała podstawę w uchwale Sejmu. Została niestarannie i w wielkim pośpiechu wykonana i dlatego z kilkoma błędami. Koszty tych błędów poniósł pan Macierewicz, słusznie, nie tylko z tego powodu, odtąd politycznie marginalizowany.

Pozaustawowe lustracje uwielbiają przeprowadzać redakcje gazet, także tych poważnych, i chwała im za to. Do takich lustracji, nazwijmy je "dzikimi", dziennikarze nie potrzebują żadnego przyzwolenia ustawowego. Wystarczy im przyzwolenie konstytucyjne i - jeszcze ważniejsze - przyzwolenie społeczne, aby informować wyborców o każdym błędzie w życiorysie krajowego czy lokalnego polityka, urzędnika, sędziego, prokuratora, adwokata, przedsiębiorcy działającego na styku z sektorem publicznym i w ogóle każdego aktywnego w życiu publicznym albo każdego, kto wszedł w konflikt z prawem karnym.

Dzięki "dzikim lustracjom" gazet czuję się bezpieczniej. Czyż "na dziko" "Gazeta" nie zlustrowała przeszłości ówczesnego ministra sprawiedliwości p. Marka Sadowskiego? Znałem go i szanowałem jako dobrego organizatora, świetnego legislatora. A tu taka bomba. "Gazeta" pisała o nim, zanim sąd rozstrzygnął cokolwiek o winie. Trzymając się rygorów pana Romanowskiego, należało pisać co najwyżej o domniemanym wypadku drogowym, domniemanym w nim udziale pana Sadowskiego. Ewentualny proces sądowy może przecież wywrócić wszystko do góry nogami. A "dzika lustracja" Szeremietiewa przez "Rzeczpospolitą"? Czyż nie była przykra dla tego zasłużonego stratega? I co, czyż był on wówczas skazany, czy będzie kiedykolwiek? Prawdopodobnie nie i nie zmartwiłoby mnie to wcale, bo każde uniewinnienie po rzetelnym procesie świętuję jako zwycięstwo rządów prawa.

Teraz sprawa Karkoszy. Romanowski pisze: "Na ludzki rozum Karkosza jest dziś człowiekiem pokrzywdzonym". Na ludzki rozum będzie pokrzywdzony, jeśli wygra proces lustracyjny, czego mu serdecznie życzę. Osobiście bardzo bym sobie winszował, gdyby owe 100 tys. tajnych współpracowników SB i WSW w latach 80. udało się zredukować do zera, wykazać, że nikt nie współpracował. Pewnie jakiś mol archiwalny wyliczy, ilu ludzi demokratycznej opozycji od początku albo od pewnego momentu pracowało dla drugiej strony. Po co nam taka wiedza? Co to kogo obchodzi? Jeszcze po drodze kogoś skrzywdzimy. Esbeckie dokumenty to przecież jedno wielkie łgarstwo!

Nie kupuję tej optyki. Konstytucja potwierdza, że "każdy ma prawo dostępu do dotyczących go urzędowych dokumentów i zbiorów danych". Wiedzę tę możemy wykorzystać dowolnie. Tak też jest z dokumentami różnych policji politycznych PRL.

Osoby pokrzywdzone przez różne formy i techniki tajnego zbierania informacji przez policję polityczną PRL rzadko żądają ujawnienia nazwisk krzywdzicieli. Gdy domagają się od archiwistów IPN identyfikacji i gdy IPN po sprawdzeniu - co zawsze oznacza sprawdzenie w kilku źródłach - jednoznacznie określa dane personalne czekisty lub jego mitarbajtera, rzadko dzielą się tą wiedzą z opinią publiczną. Najczęściej bowiem otrzymają nazwisko oficera SB. Ono pokrzywdzonemu i tak nic nie mówi. Ale nazwisko tajnego współpracownika po latach też często niewiele mówi. A nawet jeżeli mówi, to tylko niektórzy z tych niektórych kontaktują się z denuncjatorem i żądają wyjaśnień. Mają do tego pełne konstytucyjne prawo. Jednak stresują tym byłych delatorów. Bo było przecież tak pięknie. SB padła, przez tyle lat był spokój. Przecież to było 20, 25, 40 lat temu. Jak z tym uczelnianym psychologiem na Uniwersytecie Kopernika, który denuncjował swoich pacjentów, kolegów z uczelni ("GW" z 14 października). Teraz, gdy dopadła go ciężka przeszłość, jest zdziwiony. I oczywiście nie był mitarbajterem. "Oni" chcieli, to on "nie wyklucza", że ich informował. Kogo teraz informuje w sposób tajny o zdrowiu swoich pacjentów, może firmę ubezpieczeniową? Przecież takie firmy dobrze płacą za wrażliwe informacje. Takie psie życie. Ale co nam, pokrzywdzonym i historykom, do tej wiedzy, przecież w raportach denuncjator kłamał - powie artylerzysta. Poza tym te raporty pewnie pisał nie psycholog, lecz jego oficer prowadzący. A tu, w optyce Romanowskiego, żeby jeszcze pokrzywdzony krzywdził rzekomego denuncjatora i informował opinię publiczną? Toż to potworna zbrodnia wyrosła z potworka prawnego! Lustracyjna dzicz.

Czy ustawa państwa prawnego może chronić informacje zbierane w sposób bezprawny o ludziach, których jedyną przewiną był sprzeciw wobec władzy pozbawionej demokratycznej legitymizacji? Czy konstytucyjna byłaby ustawa, która chroniłaby przed pokrzywdzonym dostęp do informacji o ludziach, którzy złamali mu życie, nie dopuścili na studia, pozbawili atrakcyjnej pracy, zmusili do wegetacji na marginesie, zmusili do emigracji? Dla mnie jako obrońcy praw człowieka to retoryczne pytania.

W konflikcie interesów interes pokrzywdzonego przeważa. Krzywdziciel zna nazwisko krzywdzonego. Czyż nie ma takich przypadków, że przez 15 lat wolnej Polski denuncjator albo esbek podaje "swojemu" pokrzywdzonemu rękę, udziela przyjacielskich porad? Jeden, ten silniejszy, wie, drugi, ten pokrzywdzony, nie. Ustawa o IPN jedynie wyrównuje szanse.

Pan Romanowski, podobnie zresztą jak i dwaj kolejni krytycy potworka prawnego, panowie Zbigniew Hołda i Jan Widacki, myli pojęcie równości wobec prawa z zakazem dyskryminacji. Ustawa o IPN rzeczywiście dyskryminuje ludzi związanych z tajnymi policjami PRL. Dyskryminuje świadomie. Rzecz jednak w tym, że w państwie prawnym dopuszczalna jest dyskryminacja osób będących w nierównej sytuacji. Dyskryminujemy negatywnie niewidomego, nie dając mu prawa jazdy. Dyskryminujemy pozytywnie w procesie karnym pokrzywdzonego, nakazując "takie ukształtowanie postępowania karnego, aby uwzględnione zostały prawnie chronione interesy pokrzywdzonego" (byłem autorem tego przepisu). Uznajemy te formy dyskryminacji za oczywiste. Pokrzywdzony w procesie karnym ma (i musi mieć) lepszą pozycję niż oskarżony. Pokrzywdzony ma ochronę władz państwa. Oskarżonego przed pochopnym skazaniem chronimy, dając mu równą pozycję z oskarżycielem, kierując się zasadą domniemania niewinności, ale proces karny jest skierowany przeciwko niemu i na rzecz pokrzywdzonego. Tak samo jest z ustawą o IPN. Zgodnie z preambułą wolna Polska ma powinność zadośćuczynienia pokrzywdzonym przez państwo łamiące prawa człowieka; jest to "wyraz naszego przekonania, że żadne bezprawne działania państwa przeciwko obywatelom nie mogą być chronione tajemnicą ani nie mogą ulec zapomnieniu".

Nie znam przypadku, aby ktoś nieuwikłany w funkcjonowanie policji politycznych PRL został pomówiony wbrew jednoznacznie brzmiącym zapisom w kilku źródłach. Pewnie kiedyś błąd zostanie popełniony. Jestem przekonany, że stwierdzi to wówczas sąd. Ja nie chcę zamykania instytucji, która realizuje jedno z podstawowych praw człowieka, a której może przytrafić się błąd. Romanowski domaga się zamknięcia takiej instytucji. Albo idealnie, albo wcale. A ponieważ idealnie jest niemożliwe, to wcale. Zamknijmy też sądy karne, rocznie do aresztów trafiają setki ludzi, o których winie prokuraturze nie udaje się potem przekonać sądu.



Zbrodnia komunistyczna

Kolejny, jeszcze poważniejszy zarzut Romanowskiego to pojęcie zbrodni komunistycznej. Z tym jest rzeczywiście kłopot, podobnie jak z pojęciem zbrodni nazistowskiej. Bo do czego to podobne, aby ścigać kogoś za to, co w państwie prawnym prawo karne traktuje jako występek i co ulega względnie szybko przedawnieniu. Co z tego, że bez legalnej podstawy tajniacy państwa bezprawia prześladowali kogoś z przyczyn politycznych, rasowych czy religijnych, wybili raptem parę zębów, więzili bez zgody prokuratora albo prokurator podpisał policji politycznej in blanco druk postanowienia o aresztowaniu, albo sędzia skazał za udział w legalnym strajku na głupie cztery lata. Co z tego, że to nie było ścigane, skoro się przedawniło. Ciemnogród idzie dalej i sięga, niestety, do prawa międzynarodowego. Oto w traktacie rzymskim ustanawiającym Międzynarodowy Trybunał Karny na długiej liście zbrodni przeciwko ludzkości znalazła się "zbrodnia apartheidu". Też mi zbrodnia - powie przeciwnik takich potworków prawnych - przecież to ledwie administracyjne rozdzielenie. Higieniczne, nieprawdaż?

Kolejną salwę oddaje pan Romanowski w budzące jego wstręt połączenie w jednym instytucie funkcji badawczych ze śledczymi. Zlikwidować. Nic to, że w instytucjach poprzedzających IPN od 1945 r. to połączenie było obecne. Instytuty badawcze istnieją w ramach każdego resortu sprawiedliwości w państwach Unii. Romanowskiego bardzo denerwuje istnienie wyspecjalizowanej prokuratury ścigającej zbrodniarzy nazistowskich i komunistycznych. Przecież mamy prokuraturę powszechną. Ostatecznie ona by te głupstwa załatwiła. Może by załatwiła, ale ja bym się bardzo zdziwił, gdyby załatwiła. Pokazały to lata 90. I wcale nie chodzi o niechęć prokuratorów "powszechnych" do ścigania takich zbrodni. Jeżeli jednak ktoś codziennie zasypywany jest napływem nowych spraw o przestępstwa właśnie popełnione, to jasne, że nimi będzie się zajmował w pierwszej kolejności. Sprawy tzw. historyczne odkładane były na półkę. Trzeba było entuzjastów, jak prokurator Stefan Szustakiewicz, aby doprowadzić do końca sprawę Humera czy sprawę Gurowskiej. Istnieli co prawda prokuratorzy delegowani do dawnej Głównej Komisji, aby przygotowywać wstępnie śledztwa dla prokuratury, ale w głównej mierze byli to dekownicy. Za nic nie odpowiadali, nic nie musieli robić. Kolejni ministrowie sprawiedliwości nie robili nic, aby Komisja zaczęła naprawdę pracować. Rozkładali ręce, jak Zbigniew Dyka czy Wiesław Chrzanowski, i mówili, że chcieli, ale wszystko i tak wychodziło jak zawsze. Sytuację zmieniła dopiero Hanna Suchocka. Okazało się, że jak się chce, to można - np. zacząć całą serię śledztw.

Obecnie prokuratury IPN prowadzą 1515 śledztw, w tym 400 w sprawach zbrodni nazistowskich, 1029 w sprawach zbrodni komunistycznych oraz 86 w sprawach innych zbrodni wojennych i przeciwko ludzkości. Andrzej Romanowski chce to zamknąć jako szczególnie odrażający wykwit potworka prawnego. Przy okazji zamknijmy dwie inne odrębne prokuratury specjalne - wojskową oraz lustracyjną, oraz dwie silnie wyodrębnione prokuratury w ramach prokuratury powszechnej - do spraw przestępczości zorganizowanej oraz do spraw przestępczości gospodarczej.

Pan Romanowski martwi się też o biednych archiwistów IPN. Mają tyle roboty, tyle dziesiątków kilometrów akt zrabowanych z archiwów UOP, WSI, policji i jeszcze nastają na więcej kilometrów akt Archiwum Akt Nowych, niż ono posiada. Toż to jedna rozpacz. Dodajmy od siebie, że przejęte w fatalnym stanie technicznym i biologicznym nieuporządkowane zbiory archiwiści IPN ratują dla przyszłych pokoleń. Stworzyli z niczego najlepsze i najnowocześniejsze archiwum w Polsce, porównywalne z izraelskim Yad Vashem. A przecież te pieniądze można by przeznaczyć na jakieś zbożny cel, np. na dopłaty do diet poselskich.

Powołując się na Jana Widackiego, Andrzej Romanowski szydzi: "Ustawa, która z Hilarego Minca czyni pokrzywdzonego przez komunizm, a z Tadeusza Mazowieckiego funkcjonariusza komunistycznego państwa, nie jest chyba dobrą ustawą". To celny strzał w wirtualną twierdzę. Jednak nawet historyk XIX wieku powinien wiedzieć, że Widacki bałamucił naiwnych. Bałamucił w świetle swojej wiedzy i jako były wiceminister spraw wewnętrznych z okresu, gdy UOP był jego częścią, i jako adwokat, którego niebłahą część klienteli stanowią smutni panowie z byłych służb z kłopotami prawnymi w wolnej Polsce. Widacki przecież dobrze wie, że Minc był jednym z capo di tutti capi przestępczej Firmy, która się nazywała Biuro Polityczne. Jako takiego "zabezpieczali go kontrwywiadowczo" podporządkowani Firmie żołnierze. Podobnie bałamutnie wrzucił do tego worka Widacki Tadeusza Mazowieckiego.



Jak stworzyć lepszy IPN

Znakomicie swoje armaty narychtowali również Zbigniew Hołda i Jan Widacki ("GW" z 16 października). Obaj autorzy się nie patyczkują i do chwiejącej się już pod ciosami Pawlaka i Romanowskiego oraz Pawła Smoleńskiego (w wywiadzie z Leonem Kieresem z 2 października) wirtualnej twierdzy IPN walą z grubej berty. "IPN poza sądową kontrolą" - obwieszczają dwaj adwokaci, którzy prowadzą w sądach w imieniu swoich mandantów procesy z IPN.

Pretekstem dla obu autorów jest kazus Henryka Karkoszy. Ich zdaniem IPN nie jest w stanie ustalić jednoznacznie, że np. agent "Beta" to Jan Maliniak. Z adwokacką wirtuozerią, kastrując wypowiedź Leona Kieresa odnoszącą się - co ważne - do odwrotnej sytuacji, obwieszczają, że IPN nie może mieć prawa do informowania pokrzywdzonego o danych personalnych osoby go denuncjującej. Chyba że denuncjator zostanie uprzednio o tym powiadomiony, by móc się do tego odnieść. Ciekawy pomysł. Pod warunkiem że esbek lub jego agent zostaną wyłączeni z kategorii "funkcjonariusz publiczny" bądź z kategorii "osoba działająca na zlecenie funkcjonariusza publicznego". Jeśli nie, to w imię czego, zaglądając do dokumentów jakiejś współczesnej sprawy (np. o przetarg publiczny) i ustalając przekręt jakiegoś funkcjonariusza publicznego, badacz, dziennikarz albo najzwyklej w świecie osoba pokrzywdzona przekrętem nie musi informować owego przekrętacza przed ujawnieniem innym osobom zebranych danych?

Potworek prawny - ustawa o IPN - także dzięki staraniom posła Lityńskiego zapewnia szczególną ochronę cywilnoprawną domniemanego esbeka czy jego agenta w razie pomyłki archiwistów IPN. Gdyby autorzy pofatygowali się i przejrzeli całą potworną ustawę, to natrafiliby na przepis idealnie pasujący do kazusu pana Karkoszy, jeżeli wygra proces lustracyjny: "Za szkodę wyrządzoną obywatelowi przez pracownika Instytutu Pamięci w związku z działalnością Instytutu ponosi odpowiedzialność Skarb Państwa na zasadach ogólnych" (art. 32.4). Najlepszym sądem do ochrony praw takich osób jest nie sąd administracyjny, ale sąd lustracyjny. Konstytucja zapewnia każdemu z nas prawo "do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej. Ustawa nie może nikomu zamykać drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw".

Puentę do tego dopisał już 28 października sąd lustracyjny, przyjmując wniosek Karkoszy o lustrację. Sąd zachował się jak sąd państwa prawnego. Prawo do sądu zapewnia każdemu konstytucja, a ustawa lustracyjna nie zamyka drogi do sądu lustracyjnego osobom będącym w sytuacji Karkoszy. Bardzo się z tego cieszę, bo postępowanie lustracyjne zapewnia mu silną pozycję procesową (domniemanie niewinności!). Proces zapowiada się ciekawie, bo rozumiem, że po stronie prokuratora lustracyjnego będą mieli prawo wystąpić ze swoimi pełnomocnikami pokrzywdzeni denucjacjami wybitni działacze krakowskiego SKS-u - panowie Sonik i Wildstein. Jestem pewien, że będzie to proces jawny.

W ostrzale twierdzy IPN ostateczny cios zadał pan Andrzej Romanowski, domagając się w reakcji na tekst pana Stefana Niesiołowskiego napisania nowej ustawy o IPN. Ludzkie panisko, byłem przekonany, że prochy po potworku zechce rozsiać nad Morzem Chińskim. A tu proszę! Oferuję panu Andrzejowi Romanowskiemu swoją usługę. Ustawa powinna być krótka i jednoznaczna. Oto moja propozycja:

Ustawa o Nieszkodliwym Instytucie Pamięci Narodowej

Art. 1. Znosi się pojęcie zbrodni nazistowskich i zbrodni komunistycznych.

Art. 2. Znosi się Główną Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Zatrudnionych tam prokuratorów pozbawia się dożywotnio prawa wykonywania jakiegokolwiek zawodu prawniczego.

Art. 3. Znosi się Biuro Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów. Wszelkie dokumenty przejęte przez IPN podlegają przekazaniu do wytwórni papieru w ciągu trzech dni od wejścia w życie przepisów ustawy.

Art. 4. Znosi się Biuro Edukacji Publicznej. Historykom zatrudnionym w tym Biurze nadaje się dożywotni tytuł "Byłego Historyka IPN".

Art. 5. Tworzy się Kolegium NIPN w składzie: trzech negatywnie zweryfikowanych funkcjonariuszy SB, trzech kłamców lustracyjnych oraz trzech członków WRON. Kolegium powołuje na 15 lat przewodniczący WRON.

Art. 6. Kolegium powołuje na dziesięć lat prezesa NIPN. Kandydaci muszą spełniać następujące warunki: być specjalistami historii XIX wieku, mieć co najmniej pięcioletni staż pracy na najstarszym polskim uniwersytecie oraz mieć doświadczenie w pełnieniu funkcji przewodniczącego kolegium redakcyjnego wydawnictwa periodycznego publikującego biogramy wybitnych Polaków.

Art. 7. Instytut nie może zatrudniać więcej niż pięć osób, w tym kierowcę Prezesa.

Art. 8. Ustawa wchodzi w życie z dniem ogłoszenia.

Pamięć narodowa nie znosi białych plam rzeźbionych przez ciotki poprawności politycznej. IPN-KŚZpNP został powołany do zbadania i udostępnienia wszystkim obywatelom najbardziej tragicznych kart w naszej całej historii, do ścigania sprawców zbrodni przeciwko najbardziej podstawowym prawom i wolnościom człowieka. To instytucja spraw trudnych i beznadziejnych, jak mawia Leon Kieres. Badając czarne karty naszej historii, ludzie IPN odkrywają zarazem karty piękne, bez których w wolną Polskę weszlibyśmy znacznie gorzej przygotowani, znacznie dotkliwiej pokaleczeni.

Nie mam jednak złudzeń, czarne karty historii mało kogo tak naprawdę interesują. Dlatego chylę czoło przed zdominowanym przez centroprawicę Sejmem trzeciej kadencji, który uchwalił ustawę o IPN i uchwalił pierwszy jego budżet. I dlatego chylę czoło przed zdominowanym przez lewicę Sejmem czwartej kadencji, który łoży pieniądze na kolejne budżety Instytutu. To bardzo dobrze, że posłowie rozumieją, że pamięć narodowa nie ma koloru politycznego, że trzeba przyjmować fakty z pokorą. "Katharsis, oczyszczenie - pisał Karl Jaspers - jest warunkiem wolności politycznej. Dopiero bowiem ze świadomości winy wyłania się świadomość solidarności i współodpowiedzialności, bez której nie ma wolności".

Boję się jednak, że mało nas, Polaków, obchodzą nawet najpiękniejsze momenty w naszej historii. 11 listopada obszedłem moje niewielkie osiedle domków szeregowych (90 numerów) na warszawskim Ursynowie. Zobaczyłem tylko dziewięć flag narodowych (na trzech domkach były jeszcze dodatkowo flagi Unii). A pozostali? Na pewno krzywdzące byłoby stwierdzenie, że 90 proc. interesują tylko własne pełne brzuchy. Ale co z pozostałymi? Dlatego dobrze wróżę negacjonistom.



*** Andrzej Rzepliński - wykładowca i obrońca praw człowieka

Andrzej Rzepliński


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość