Strona główna

P nn. „Xxxxxxxx” an Wincenty [1]


Pobieranie 30.59 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar30.59 Kb.




7

2006


?


P
NN.

Xxxxxxxx”


an Wincenty [1]


P
Antonio Sicari

Nowe Portrety Świętych” – św. Wincenty a Paulo

tłum. Jerzy Kąkol
odobno słyszy się czasem zarzut, że przypisujemy Bratu Albertowi słowa, które on zapożyczył od św. Wincentego a Paulo. Nie wiem czy jest napisana praca,
w której starano by się zbadać, na ile Brat Albert znał duchowość wincentyńską i korzystał z idei wypracowanych przez tego geniusza miłosierdzia. Na ogół przeciwstawiamy heroiczną posługę w Ogrzewalni działalności filantropijnej panów z Konferencji św. Wincentego. Jest faktem, że w 1888 r. Brat Albert należał do Konferencji
i co tydzień chodził na zebrania, gdzie zlecano członkom zbadanie sprawy poszczególnych osób potrzebujących, a po rozeznaniu ich sytuacji przydzielano odpowiednią pomoc. Możemy nawet sprawdzić, jak się nazywali biedacy, do których był posyłany z ramienia Konferencji, bo było to starannie odnotowywane w protokołach z zebrań (które przez pół roku są pisane ręką Brata Alberta, bo w czerwcu został sekretarzem Konferencji). Jest też faktem, że tego typu działalność nie była w jego oczach wystarczającą odpowiedzią na to, co zobaczył w miejskiej Ogrzewalni. Ale nie ulega też wątpliwości, że obraz pracy charytatywnej krakowskiej Konferencji z końca XIX w. nie daje pojęcia o prawdziwym duchu dzieła św. Wincentego, którego chyba zbyt mało znamy. Antonio Sikari twierdzi, że dotąd napisano ok. 1500 biografii tego Świętego...! W oparciu o jego artykuł spróbujemy przybliżyć tę niezwykłą postać, a następnie (w następnym numerze) wyłowić idee, które wydają się pokrewne naszemu charyzmatowi.

Nazywano go z szacunkiem i uczuciem: Pan Wincenty, Monsieur Vincent. Ale Wincenty nie urodził się „panem”. W wioseczce liczącej 15 chałup od 6 roku życia pasał świnie i przemyśliwał, jak uciec od świata biedy. Okazja się nadarzyła, gdy jakiś przejezdny pan zainteresował się inteligentnym chłopcem i namawiał rodziców, by wysłać go na naukę. Gdy się to udało, chłopak do tego stopnia chciał zapomnieć o swym pochodzeniu, że raz nawet zdarzyło się, że wstydził się przyznać, że ten biedak, który go przyszedł odwiedzić, jest jego ojcem. Do końca życia po wielokroć opowiadał to z płaczem, nazywając swój postępek „wielkim grzechem”.

Mając lat ok. 18, w 1600 r. został wyświęcony na księdza, z zamiarem... robienia kariery. Wincenty będzie później zakładał pierwsze seminaria – w sto lat po Soborze Trydenckim, który nakazywał ich tworzenie. Tak, dla ubogich chłopców stan duchowny to była jedyna droga wspięcia się wzwyż w społecznej hierarchii. Dla bogatych – szansą lepszej posady; biskupstwa bywały przedmiotem transakcji handlowych (w 1643 r. Wincenty został członkiem Rady Sumienia, czyli instytucji będącej jakby ministerstwem do spraw religii, gdzie przez 9 lat walczył o prawidłowe nadawanie godności kościelnych; we Francji w tym czasie przemożny wpływ na rządy mieli ludzie Kościoła będący bardziej politykami niż chrześcijanami).

Nierzadko szlacheckie rodziny oddawały na służbę Kościołowi „nadmiar” swych dzieci. W ten oto sposób wyświęcano wielu kapłanów bez minimum powołania (łącznie z tymi, którzy nie umieli czytać ani pisać; Wincenty znał księdza, który na wszystkie okoliczności odmawiał „Zdrowaś Maryja”, bo to była jedyna modlitwa, którą umiał). Natomiast w rozległych środowiskach nędzarzy, zdeprawowanych przez wojny i chaos w kraju (30-letnia wojna domowa), pozbywano się dzieci z okrucieństwem mrożącym krew w żyłach. Nie brakowało tzw. „dzieci grzechu”, które podrzucano pod drzwi kościołów, a zajmowanie się nimi (co czyniły później „panie” św. Wincentego) uważano za nieprzyzwoitość. Żebracy kupowali „znajdy” za 8 soldów i łamali im kończyny, żeby budziły litość przechodniów, potem zostawiali na śmierć głodową. Asystenci państwowej instytucji socjalnej usypiali je środkami farmakologicznymi. Które dożyły późniejszego wieku, trafiały do więzień i na galery. „Panie Miłosierdzia” św. Wincentego w samym Paryżu w 1647 r. zebrały 820 dzieci-„znajd”.

Francja pierwszej poł. XVII w. była krajem, w którym „największa bieda spotykała się z największym splendorem”. „Pan Wincenty” pisał do papieża Innocentego X, prosząc o interwencję: „Czy mam przedstawić ubóstwo i oczywiście najbardziej godny pożałowania stan naszej Francji? Dwór królewski jest podzielony przez niezgodę; lud rozbity na przeciwstawne partie; miasta i prowincje zdewastowane przez wojny domowe; miasteczka, wsie i zamki powywracane, zdewastowane i spalone; chłopi nie są w stanie zebrać tego, co zasiali i zasiać na przyszłe lata. Żołnierze pozwalają sobie bezkarnie na zadawanie wszelkich udręk. Lud narażony jest nie tylko na kradzieże i rozboje, ale także na mordy i wszelkiego rodzaju udręki z ich strony: chłopi są torturowani albo przyprawiani o śmierć; dziewice pozbawiane honoru; zakonnice narażone na działania rozpustne i gwałty; kościoły sprofanowane, ograbione, zniszczone; te które pozostały, w większości opuszczone przez swoich pasterzy, a zatem – lud jest prawie pozbawiony sakramentów... Szkoda słuchać lub czytać o tym, trzeba to zobaczyć i przekonać się na własne oczy”.

Instytucje gromadzące nieszczęśliwych przedstawiały widok nie lepszy od krakowskiej Ogrzewalni z końca XIX w., a przerastały ją wymiarami. Oto opis tzw. „szpitala”, do którego Wincenty posłał swoje siostry szarytki: „20 sal mieszczących 50 miejsc każda, ale w rzeczywistości wypełnione do 250 osobami. Zachowały się groteskowe opisy legowiska mieszczącego sześciu chorych, trzech   jednej, a trzech z drugiej strony, mieszanina kłócących się żywych oraz rzężących w agonii. W kulminacyjnym momencie, jaki zdarzył się w roku 1636, gdy rozprzestrzeniała się zaraza dżumy, stał się on piekłem. Zakonnice przeznaczone do kierowania szpitalem były... dokładnie […] za klauzurą i musiały nim kierować "na dystans". Usiłowano wtedy zmobilizować wszystkie męskie wspólnoty zakonne Paryża, ale bez powodzenia. Wincenty najpierw wysłał tam setki Pań miłosierdzia (liczba dochodziła do 620, włączając Królową), aby w sposób zorganizowany, ale tymczasowy, niosły posługę w systemie zmianowym, a następnie umieścił w szpitalu swoje "córki miłosierdzia" na stałe.”

Zanim do tego doszło, Wincenty musiał przejść długą drogę. Jak już wspomniano, Francja była wówczas miejscem największej biedy, ale i największego splendoru. Nie chodzi tylko o bogactwo dworów, ale o bogactwo ducha, bogactwo świętości. Odnowę życia katolickiego zapoczątkował św. Franciszek Salezy, a po nim zaczął dominować obraz wspaniałego kardynała Pietro de Berulle, który nosił miano "doktor wielu światłych i mistrz wielu świętych". Pod jego to wpływem młody ks. Wincenty zaczął odkrywać sens i piękno służby kapłańskiej. Dzięki niemu znalazł się w parafii, gdzie pośród zwykłej pracy duszpasterskiej poczuł się tak szczęśliwy, że pisał: „Nawet Papież nie jest szczęśliwszy ode mnie!” Dzięki niemu też dostał się następnie na dwór rodziny Gondi jako kapelan. Zakosztowawszy już jednak pracy z prostymi, ubogimi parafianami, uciekł z dworu, by stać się proboszczem w pewnej biednej miejscowości. Tam właśnie wydarzył się znamienny w skutki epizod:

„Pewnego dnia rozpoczynał niedzielną Mszę Świętą, gdy oto przyszedł ktoś, aby mu powiedzieć, że w jednej z zapomnianych chat umiera cała rodzina z powodu zupełnego ubóstwa: wszyscy są ciężko chorzy i nie mogą sobie wzajemnie pomóc. Wincenty wszedł na ambonę i opowiedział o tym fakcie, zawierzając sercom swoich chrześcijan tych opuszczonych ludzi. Oto co się stało – opowiada z pewnym uśmiechem sam Wincenty, który mógł osobiście udać się tam dopiero po południu – "Po Nieszporach, wziąwszy ze sobą pewnego wspaniałego człowieka, mieszczanina, udaliśmy się w drogę by odwiedzić tych biedaków. Po drodze spotykamy kobiety, które wyprzedziły nas, inne które powracały. A ponieważ było lato i gorąco, te dobre kobiety siadały przy drodze, aby odpocząć i ochłodzić się: było ich tak wiele, że można by powiedzieć, że szła procesja". Obraz był poruszający, ale Wincentego trochę poirytował: miłosierdzie było ogromne, lecz niezorganizowane. Po całej tej obfitości – jedzenia i pomocy – następowały szybko dni zaniedbania i braków.

Tak oto, zaprosił wszystkie swoje "panie" do stowarzyszenia się. Dał im regułę, która, według historyków, była "małym dziełem sztuki organizacji i delikatności", a w której przewidział wszystko: jak podejść do potrzebującej rodziny; jak i według jakiego porządku zagwarantować, w sposób rotacyjny, pomoc; jak zapewnić sobie potrzebną pomoc i prowadzić rachunki; jak służyć chorym dla miłości Jezusa; jak dawać im jeść; jak w sposób rozumny wykorzystywać przeznaczony czas...”. To pierwsze laickie stowarzyszenie nazwał: "Caritas".

„Pan Wincenty”, którego życiorys obfituje w niezwykłe doświadczenia (takie jak oskarżenie o kradzież, czy też intensywne pokusy przeciw wierze) oraz przygody (m.in. był porwany przez piratów, a sprzedany jako niewolnik, nawrócił swego pana; był też później kapelanem galer), z małego świniopasa stał się „Ojcem Ojczyzny”, jak go nazwali Francuzi, i wielkim świętym. Założył:

Zgromadzenie Misji, troszczące się o życie religijne prostego ludu i formację kapłanów; jego „misjonarze” głosili według opracowanej przez niego metody tzw. misje ludowe, czyli jakby rekolekcje parafialne; choć także, już za życia Wincentego, wyjeżdżali do krajów misyjnych;

– Siostry Miłosierdzia (siostry szarytki), pierwsze czynne zgromadzenie żeńskie; dotąd wszystkie siostry musiały być klauzurowe, a próba wyłamania się spod tej reguły nie udała się nawet św. Franciszkowi Salezemu, założycielowi wizytek;

– bractwa Miłosierdzia, zrzeszające ludzi świeckich, którzy w sposób zorganizowany spieszyli z pomocą potrzebującym; wśród jego „pań”, posługujących własnoręcznie w szpitalach, były i księżniczki, m.in. przyszła królowa Polski Maria Gonzaga.

W 1833 r. w Francji powstało Towarzystwo św. Wincentego á Paulo, z inicjatywy grupy studentów z Paryża, z bł. Fryderykiem Ozanamem na czele. Św. Brat Albert należał do Towarzystwa przez rok – do Konferencji im. św. Jana Kantego.

W 1885 r. św. Wincenty został ogłoszony Patronem wszystkich Stowarzyszeń Miłosierdzia działających w Kościele Katolickim. [cdn.]

napisała s. Agnieszka Koteja

W jednym z naszych domów pewna baaaardzo już podeszła w latach Mieszkanka oburzała się na pytania zadawane jej przez siostrę pielęgniarkę. „Kto to widział” – tak to mniej więcej brzmiało – „żeby pytać o takie rzeczy! W moich czasach nikt się takimi sprawami nie interesował!” Nagle jednak stwierdziła: „Chociaż, racja! Lepiej mówić o kupach niż obmawiać swoich bliźnich!”

Ciekawe, czy znała życiorys św. Franciszka napisany przez bł. Tomasza Celano, w którym czytamy: „Zdarzyło się, że jednego razu pewien brat, imieniem Barbaro, ubliżył przykrym słowem innemu bratu, wobec pewnego szlachcica z wyspy Cypru. Spostrzegłszy, że w tym sporze słownym obraził nieco brata, zapragnął wymierzyć sobie karę. Wziął ośle łajno i włożył do swych ust, by pogryźć, mówiąc: „Język, który wypluł jad gniewu na swego brata, niech posmakuje łajna”. Rycerz, zobaczywszy to […] odszedł bardzo zbudowany […]. Święty [Franciszek] radował się z takich zdarzeń, słysząc, że jego synowie dają z siebie przykłady świętości... (Życiorys drugi, r. CXV).



a
a

r

c

h

i

w

u

m
lbertynskie
list napisany po niemiecku; Brat Albert prosi o darowiznę: sól z Wieliczki dla przytulisk – br. Marek

Wysokie Ministerstwo

Powołując się na odnośny dekret wysokiego Ministerstwa Finansów z dnia 10 lipca 1895 L 22746 stosownie do najwyższej decyzji Jego Cesarsko-Królewskiej Mości z dnia 3 lipca 1895 prosimy z wielkim oddaniem o przedłużenie nam na następne 3 lata przyznanego nam łaskawie bezpłatnego sprowadzania 1500 kg soli z Wieliczki.

Ponieważ jednak przy obecnym wzroście naszej wspólnoty wymieniona wyżej ilość soli wystarcza zaledwie w jednej trzeciej, ośmielamy się prosić o zwiększenie tej soli – jałmużny do 5000 kg, a mianowicie dla dwóch domów dla ubogich we Lwowie 3000 kg, dla dwóch w Krakowie 1500 kg, dla dwóch domów ubogich braci na wsi


500 kg.

W domach dla ubogich dla mężczyzn i kobiet w Krakowie znalazło w 1897 r. schronienie 616 osób, zostało rozdzielonych ok. 167.000 porcji żywieniowych. W schroniskach dla ubogich we Lwowie: 1200 osób, porcji 339.000. W domach wiejskich przebywa stale około 30 osób.

Zwracamy uwagę Wysokiego Ministerstwa na wcześniej wzmiankowane cyfry, na których opierając się ośmieliliśmy się na tą wielce uniżoną prośbę.

Z poważaniem

Brat Albert z Trzeciego Zakonu św. Franciszka, przełożony Braterskiej Wspólnoty dla opieki nad ubogimi.

Kraków


___________________________________________________________________________________

_________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Z

GOŚĆ
W DOM...

okazji ślubów braci na Kalatówkach w tzw. hoteliku nocowała rodzina jednego z neoprofesów. W nocy mamę budzi jakiś hałas. Pomyślała, że może to jakiś złodziej. Zaniepokojona wygląda przez okno i nie może wyjść ze zdumienia: „Cóż to za dziwny złodziej - zamiast się cicho zachowywać, żeby go nikt nie nakrył, to on próbuje wyrwać sztachety w płocie, a na dodatek w taką ciepłą noc przyszedł w kożuchu? Wkrótce się wszystko wyjaśniło: nie był to żaden złodziej lecz…. niedźwiedź.


___________________________________________________________________________________

_________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Odpowie- s. Agnieszka Koteja, a-koteja@tlen.pl [0-18/20-125-49]

dzialni br. Marek Bartoś, bratmarek.alb@zakon.opoka.org.pl [0-12/42-95-664]





©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość