Strona główna

Prolog wenecja, początek marca 1796 roku


Pobieranie 41.6 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar41.6 Kb.
PROLOG

Wenecja, początek marca 1796 roku

Tego roku Republika św. Marka dożywała swego tysiącletniego istnienia, nie zaprzątając sobie tym zbytnio głowy. Francuzi właśnie gotowali się do wojny z Austrią o północne Włochy, za rok Bonaparte miał położyć kres niepodległości Wenecji, ale zamartwianie się z powodu takiej błahostki nie leżało w naturze Najjaśniejszej, która godności pozbyła się dawno temu i bez żalu.

Żwawa tysiąclatka schodziła z tego padołu bynajmniej nie w aurze cnoty i do wtóru anielskich chórów, albowiem nie bez kozery dumną ongiś Serenissimę u schyłku XVIII wieku powszechnie nazywano „oberżą Europy”. Karnawał trwał tu pół roku, a domy gry i rozkoszy, opery, teatry i najrozmaitsze widowiska przyciągały tłumy cudzoziemców. To tutaj szlifował swój uwodzicielski talent Casanova; tu incognito, po znojnym trudzie codziennej tyranii, zażywali zasłużonych wywczasów cesarz austriacki Józef II i car Rosji Paweł; tu folgowali swemu geniuszowi Goethe, Mozart, Haendel czy Wolter.

Wśród różnojęzycznych tłumów wypełniających miasto łatwo było zniknąć bez śladu, stąd Wenecję upodobali sobie nie tylko zwykli poszukiwacze przygód, ale także międzynarodowi aferzyści oraz uchodźcy polityczni ze wszystkich stron świata. Władze republiki każdemu gwarantowały azyl i swobodę działania, także szpiegom wszelkiej maści (z agentami inkwizycji na czele), od których się roiło. Skrytobójcze mordy i porwania zdarzały się niemal codziennie, wzbogacając miejscowy folklor i podnosząc atrakcyjność miasta w oczach odwiedzających.

Niepewna sytuacja polityczna bynajmniej nie spędzała Wenecjanom snu z oczu, zwłaszcza że sypiali niewiele, bowiem obecny karnawał był najbardziej szalony ze wszystkich. Zacni mieszkańcy miasta Złotego Lwa schodzili ze sceny dziejowej tanecznym krokiem i z pieśnią na ustach, a nie w huku armat i bitewnym gwarze, jak mniej od nich cywilizowane narody, na przykład Polacy. „Istny Rzym przed upadkiem”, pomyślał Andres Tupac Amaru, z pobłażliwą wyrozumiałością spoglądając na zaułki i kanały zatłoczone różnobarwną, rozbawioną ciżbą. Być może wielu Wenecjan i gości nie zdawało sobie sprawy z dramatycznego położenia republiki, ale nie on, który przeżył upadek własnego państwa i klęskę wyczuwał jak inni zmianę pogody. Los miasta nie trapił go zresztą zbytnio, ponieważ miał je wkrótce opuścić po wieloletnim, gnuśnym pobycie. Decyzję podjął pół roku temu, gdy urodził mu się długo oczekiwany syn. Jeszcze ta ostatnia wyprawa, a potem – do ojczyzny!

Apu Atoc, uważnie obserwujący swego pana, czytał w jego twarzy jak w otwartej księdze. On też cieszył się na powrót do domu, mimo iż w razie niepowodzenia czekał tam ich wszystkich topór kata, albo i co gorszego. Andres Tupac Amaru był bowiem ostatnim królem Peru z rodu Inków, od piętnastu lat przebywającym na wygnaniu w Europie. W nieudanym powstaniu, które miało położyć kres hiszpańskiemu panowaniu, zginęła prawie cała jego rodzina. Tylko on jeden ocalał i odtąd wraz z najbliższymi umykał przed siepaczami hiszpańskiej inkwizycji, równocześnie szukając sojuszników, gdzie tylko się dało. Anglicy, zawsze radzi szkodzić Hiszpanom, obiecali Andresowi swoje dyskretne poparcie dla przygotowywanego kolejnego powstania w zamian za udział w eksploatacji peruwiańskich kopalń srebra i bazy dla angielskiej marynarki. Najpierw jednak należało dotrzeć bezpiecznie do Peru, a to wymagało zgromadzenia odpowiednich środków. Właśnie po to wyprawili się dzisiaj i dlatego Apu Atoc, dowódca gwardii królewskiej, miał uwagę jeszcze bardziej napiętą niż zwykle. Zajęty lustrowaniem otoczenia nie dosłyszał pytania.

– O co pytałeś?

– Dokąd teraz? – powtórzył gondolier.

Czarna, lecz barwnie przyozdobiona i niczym się od innych niewyróżniająca gondola wpływała na szerokie wody Wielkiego Kanału na wysokości zbudowanego przez Marina Contariniego sławnego Ca’d’Oro. Złoty Pałac, ongiś chluba rodu i miasta, straszył liszajami odpadłego tynku i oblazłych złoceń, niczym podstarzały libertyn ukrywający zmarszczki pod grubą warstwą szminki. Pasowali do siebie z Najjaśniejszą jak oblubieniec do oblubienicy.

– Wpłyń w Rio di San Felice – polecił gondolierowi Andres Tupac Amaru, którego nieodmiennie bawiło nazywanie kanałów mianem „rio”, gdyż w jego ojczyźnie rio po hiszpańsku oznaczało rzekę, z reguły kilka razy potężniejszą nawet od Canale Grande.

Uśmiechnął się do przewoźnika, który oddał uśmiech. Paolo był młodym chłopcem, który rok temu zastąpił starego Giacoma, gdy ten zniknął bez pożegnania. Wszyscy od razu polubili wesołego chłopaka, jeden tylko Atoc nigdy nie zapominał zrewidować go przed podróżą, bowiem nie podobało mu się tajemnicze zniknięcie Giacoma. Stary żołnierz nie wierzył w przypadki. Taką już miał naturę, w której na życzliwość i ufność zabrakło miejsca.

W tej chwili także spod oka obserwował gondoliera. Mimo iż ani gondola, ani jej pasażerowie, chociaż ubrani w peruwiańskie barwne poncza i kolorowe wełniane czapki chullo, nie wyróżniali się z tęczowego tłumu, Atoc ani na moment nie tracił czujności. Nie życzył sobie jakiegoś nieszczęścia zwłaszcza teraz, podczas ostatniej wyprawy na północne wybrzeże, gdzie corocznie w porze ostatków, gdy szaleństwo karnawałowe sięgało zenitu, spotykali się z messer Ricardem, aby wymienić peruwiańskie rubiny i szmaragdy na bieżącą monetę. Ricardo, ceniony wytwórca szkła z Murano, traktował swój warsztat jako przykrywkę dla rozlicznych nielegalnych interesów, ale płacił dobrze i o nic nie pytał. Tym razem chodziło jednak o sumę, która mogłaby skusić nawet świętego, potrzebną na zakup i wyposażenie okrętu, którym mieli popłynąć do Peru, z przystankiem w Anglii, gdzie zamierzali uzupełnić załogę, załadować broń i amunicję.

Dopiero po wpłynięciu w boczny kanał i w miarę oddalania się od centrum miasta ich gondola zaczęła odróżniać się od pozostałych, zmierzających w przeciwnym kierunku. Im bardziej zbliżali się do laguny, tym bardziej szlak pustoszał. W końcu zostali sami. Zabudowa też rzedniała. Im bliżej wybrzeża, tym więcej rozpiętych sieci suszyło się przed ubogimi chałupami rybaków. Zima, jak zwykle w tych stronach, nie była zbyt mroźna, zwłaszcza teraz, gdy miała się ku końcowi i już czuło się w powietrzu nadchodzącą wiosnę. Tylko zmrok wciąż zapadał dość wcześnie.

Wpłynęli na wody laguny, tak spokojne, że nawet gondola utrzymywała się na nich bez kłopotów. Wymianę organizowano zawsze w innym miejscu, ale najczęściej na nabrzeżu, bo tu było najwięcej opuszczonych chałup, szop lub magazynów.

– W prawo. I trzymaj się jak najbliżej brzegu – poinstruował gondoliera Atoc.

Tylko on i król znali miejsce spotkania. Teraz obaj wypatrywali trzech zielonych świateł, znaku, że można bezpiecznie lądować.

– Od morza idzie mgła – odezwał się Andres Tupac Amaru. – Możemy ich nie zauważyć.

– Są – odparł Apu Atoc, wyciągniętą ręką wskazując migocące płomyki. – Dziwne... – mruknął. – Poruszają się, jakby były na łodzi, a przecież...

– Apu Atoc – odezwał się jeden z Indian. – Niech pan spojrzy!

Za gondolą, z oparów mgły, wynurzał się ciemny kształt dużej łodzi wiosłowej.

– Biorą nas w dwa ognie – stwierdził spokojnie Atoc, zawsze przygotowany na wszelkie niespodzianki, gasząc latarnię na dziobie. – Przygotować się do walki. A ty – zwrócił się do gondoliera – zawracaj!

Zanim ociężała gondola wykonała zwrot, nadpływająca z tyłu łódź zdążyła znacznie się przybliżyć. Z wciągniętymi wiosłami sunęła w stronę gondoli siłą rozpędu, a załoga stała przy burcie z kordelasami w rękach. Nikt nie strzelał, widać napastnikom nie zależało na rozgłosie.

– Chłopcy, czas powitać gości – powiedział Apu Atoc, w złowieszczym uśmiechu obnażając białe zęby, bo uwielbiał walkę ponad wszystko, choć nigdy bez potrzeby nie naraziłby swego pana na niebezpieczeństwo. Rzadko więc miał okazję pofolgować swym upodobaniom i dlatego teraz nie zamierzał zmarnować okazji.

Sześciu Indian z królewskiej eskorty sięgnęło równocześnie pod opończe i wydobyło stamtąd rzemienne proce. Nabili je kamiennymi kulami wyjętymi z wełnianych ładownic. Na przemian, gdy jeden ładował broń, drugi, stojąc nad nim, kołysał procą nad głową i wypuszczał pocisk. Niemal każda kula trafiała w ledwo widoczny w ciemności cel, o czym świadczyły jęki i pluski ciał wpadających do wody. Nie udało się jednak uniknąć zderzenia. Rozpędzona łódź wbiła się w bok gondoli, ale ani jeden z ocalałych napastników nie zdążył do niej wskoczyć. Indianie byli szybsi. Cicho jak duchy rzucili się na wrogów i zaczęła się rzeź, tym straszniejsza, że nie było ani nic widać, ani słychać oprócz rzężenia konających.

Atoc nie brał udziału w bitwie i to on zauważył nowe niebezpieczeństwo. Zapomniana już niemal łódź z latarniami podpływała ku walczącym, aby przechylić szalę na korzyść napastników.

– Najjaśniejszy panie – zwrócił się Atoc do króla, który wydobył szpadę i gotował się do boju. – Jeśli dasz się zabić, męstwo naszych ludzi nie przyda się na nic.

Po chwili wahania, uznawszy słuszność argumentu, władca schronił się w namiocie na środku gondoli, a Atoc opuścił za nim zasłonę i zawołał rozkazująco:

– Chuncho!

Kupka łachmanów leżąca dotąd bez ruchu zafalowała i przybrała kształt małego człowieczka w długiej do kolan, workowatej koszuli zwanej kuźmą, noszonej w peruwiańskiej Montanii przez nieposkromionych Indian z tamtejszej dżungli. Zielonkawe światło latarni wydobyło z mroku pomarszczoną, okrutną twarz, okoloną strzechą rozczochranych kudłów. Potworny gnom przytknął do ust długą rurę, po czym z błyskawiczną szybkością zaczął wypuszczać w stronę nowych wrogów jedną małą strzałkę za drugą. Każdy trafiony łapał się za szyję lub gardło, oczy wychodziły mu z orbit, rysy tężały w okropnej męce, po czym już martwy zwalał się do wody.

– Diabeł! Diabeł! – rozdarły ciszę wrzaski ostrzeliwanych.

Pół tuzina ocalałych z pogromu napastników rzuciło się do morza, by ratować życie ucieczką wpław. W kilka minut było po bitwie. Powracający Indianie przeskakiwali burtę gondoli.

– Ktoś zginął? – zapytał Atoc.

– Nikt. Tylko Kokchi ranny, ale wyliże się – odparł któryś.

– Mieliśmy szczęście – odetchnął Atoc z ulgą, która wnet przerodziła się w rozpacz, gdy okazało się, że króla w pozycji siedzącej utrzymuje kotara, przez którą przebito mu serce sztyletem bez jelca. Wydobyli go z pleców zmarłego i ułożyli z uszanowaniem ciało przedostatniego Inki na deskach pokładu.

Tymczasem Paolo, który wcale się tak nie nazywał i mimo młodego wieku cieszył się zaufaniem weneckiej komórki Supremy, czyli centrali hiszpańskiej inkwizycji, bezpiecznie dopływał do brzegu. Nie był z siebie zadowolony. Jego plan okazał się do niczego. Dopuścił do masakry swoich ludzi, a przecież ostrzegano go, jak niesłychanie niebezpieczni są ci Inkowie. Nie zdołał ich pojmać lub zabić, nie przechwycił skarbu, nie porwał królewskiego synka, co zamierzał uczynić, rozprawiwszy się wprzód z ojcem. Zabił jedynie samego uzurpatora sztyletem ukrytym w wydrążonym drzewcu drąga sterowniczego, gdzie nie wypatrzyło go nawet argusowe oko Atoca, ale wątpliwe, by Suprema uznała to za wielki sukces. Ostatecznie przecież zawiódł, a na dodatek ostrzegł zbiegów. Teraz staną się jeszcze ostrożniejsi i licho wie, ile znów upłynie czasu, nim inkwizycji uda się po raz drugi odnaleźć trop.

Przemykając w stronę ludniejszej okolicy, agent był pełen obaw o własną skórę. Suprema nie wybaczała błędów. Chyba trzeba będzie zniknąć z miasta.

Faktycznie, zniknął, acz niezupełnie tak, jak sobie umyślił. Tydzień później jego zwłoki zaplątały się w rybacką sieć. Inkwizycja hiszpańska nigdy nie tolerowała fuszerki ani też nie zapewniała ochrony bezużytecznym już zdrajcom, czego boleśnie doświadczył messer Ricardo, żywcem obdarty ze skóry przez Apu Atoca, który tego rodzaju nauczek udzielał z zacięciem prawdziwego pedagoga.
Spisz, początek marca 1796 roku

Spisz, górska kraina u podnóża Tatr, w ciągu wieków przechodził najdziwniejsze koleje losów, w wyniku czego zamieszkiwała go ludność przeróżnych nacji i religii. Od czasów średniowiecza podzielony między Węgry i Polskę, został tej ostatniej odebrany w 1769 roku, co dało początek późniejszym rozbiorom Rzeczypospolitej. W 1796 minął rok od trzeciego rozbioru, po którym Polska przestała istnieć, a dwa lata od upadku powstania kościuszkowskiego, które nie zdołało temu zapobiec. Polacy bowiem, w odróżnieniu od wyrafinowanych Wenecjan, schodzili z areny dziejowej w sposób prostacki i hałaśliwy, do wtóru armatnich wystrzałów i w kłębach prochowego dymu.

Wielu uczestników insurekcji uciekło do Francji lub ukrywało się w zaborze austriackim, nazwanym Galicją. Uaktywnili się, gdy Bonaparte rozpoczął z Austrią wojnę o północne Włochy. Wówczas pomiędzy paryską emigracją a krajowymi patriotami z Centralizacji, tajnej organizacji z siedzibą we Lwowie, zaczęli krążyć kurierzy. Przygotowywali dywersję, która odciągnęłaby Austriaków od frontu włoskiego i ułatwiła zwycięstwo Francuzom, a ci w zamian mieli pomóc Polakom wyzwolić ojczyznę.

Kurierskie szlaki przecinały całą Galicję, krzyżując się na Spiszu. Mimo pomocy rosyjskiej tajnej policji Austriakom długo nie udawało się wykryć polskiego sprzysiężenia. Sprawy nie ułatwiało im bujnie rozplenione w tych okolicach rozbójnictwo, z którym nie radzili sobie od dziesięcioleci.

Tego marcowego popołudnia wyraźnie czuło się nadciągające powoli przedwiośnie. Mróz zelżał, lód na Dunajcu popękał tu i ówdzie. Z nieba leciały wielkie płaty mokrego śniegu. W śnieżnej zadymce podążał pustym traktem szczelnie opatulony jeździec. Był tak młody, że nie przyjęto go do insurekcji kościuszkowskiej, ale jego patriotyczny zapał znalazł ujście w konspiracji. Obdarzony zaufaniem przełożonych, został wysłany z misją na Spisz, gdzie miał nawiązać kontakt z lokalnymi patriotami. Samotny w obcych stronach i przemarznięty, spieszył pod wskazany adres, plebanię w Niedzicy, gdzie miejscowemu proboszczowi miał dostarczyć akt konfederacji zawiązanej w styczniu tego roku w Krakowie. Oślepiony zacinającym śniegiem nie zauważył, że oddalił się od rzeki i wjechał na główny gościniec od stuleci łączący Polskę z Węgrami.

Dragoni kapitana Kaunitza też mieli za sobą ciężki dzień. Od rana, jak zwykle bezskutecznie, uganiali się za bandą nieuchwytnego Baczyńskiego. Osławiony watażka drwił sobie z nich od wielu miesięcy, tak że co bardziej zabobonni żołnierze byli gotowi uwierzyć w bajdy miejscowej ludności. Według ludowej legendy Baczyński przybierał postać czarnoksiężnika, który licząc sobie ponad sto lat, wygląd miał młodzieniaszka, a przy tym zmieniał go z największą łatwością. Umiał też znikać na zawołanie lub pojawiać się w kilku miejscach naraz. Podziwiano go za to, mimo iż nie miał w sobie nic z dobrodzieja ubogich, po równo grabiąc bogatych i biednych. Napadał na dwory, karczmy, plebanie, a nawet gospodarstwa chłopskie, grasował na drogach. Strach padł na całe Podtatrze. Kupcy bali się wyjeżdżać na gościńce, zamierał handel.

Starosta spiski, urzędujący w dawnym zamku Lubomirskich w Lubowli, choć nominalną stolicą cyrkułu była Nowa Wieś, miał już powyżej uszu skarg tubylców i napomnień z Wiednia. Dlatego tym razem nawet nie słuchał nieudolnych tłumaczeń Kaunitza, niedwuznacznie grożąc kapitanowi odesłaniem na front włoski w przypadku kolejnego niepowodzenia.

Dwojga imion August Aleksander von Kaunitz, potomek znacznego rodu i daleki krewny barona Kaunitza, długoletniego kanclerza Austrii za panowania Marii Teresy i jej syna Józefa II, miał o sobie wysokie mniemanie, którego nikt inny nie podzielał, a już najmniej możny krewniak. Magia wielkiego nazwiska sprawiała jednak, że choć kapitana pomijano w awansach i przerzucano z kąta w kąt, zawsze były to ciepłe kąty, odległe od linii frontu. Dlatego gdy armia cesarska zbierała cięgi od Francuzów, Kaunitz znajdował się dokładnie na przeciwległym krańcu przerośniętej monarchii. I choć uważał się za wybitnego oficera, cenił sobie święty spokój, który tym razem był zagrożony nie na żarty.

Zamordowany ostatnio przez bandę Baczyńskiego opodal Niedzicy bogaty kupiec węgierski miał szerokie koneksje w Wiedniu, więc ujęcie sprawców zbrodni stało się dla starosty sprawą prestiżową. Kaunitz nie mógł zatem liczyć na pobłażliwość z jego strony. A tymczasem, jak zwykle, nie miał żadnego konceptu na wykonanie zadania i wierzył jedynie w pomysłowość wachmistrza Chowańca. Ten pół Polak, pół Słowak od ćwierćwiecza wojował z rozbójnikami. Zaczynał jeszcze w czasach Potockiego, ostatniego polskiego starosty czorsztyńskiego, kiedy to na pograniczu polsko-węgierskim do zwalczania bandytyzmu starostowie lub sejmiki ziemskie organizowali roty pieszych smolaków i konnych harników. Urodzony na Spiszu, znał teren jak własną kieszeń i biegle władał wszystkimi używanymi w tych stronach językami: polskim, słowackim, ruskim, węgierskim i niemieckim. Starosta mu nie ufał, ale to dzięki Chowańcowi Kaunitz mógł się przynajmniej wykazać schwytaniem kilku drobnych rzezimieszków, mimo iż żaden nie należał do bandy Baczyńskiego.

Przysypiający emisariusz i zmęczeni dragoni wpadli na siebie na zakręcie traktu. Zaskoczenie było obopólne, lecz kurier zareagował szybciej i już mknął ku rzece co koń wyskoczy. Pogoń, spóźnioną z powodu sprzecznych rozkazów dowódcy, poprowadził Chowaniec, ponieważ kapitan przezornie, a zapalczywość nie należała do jego licznych przywar, zawsze w takich sytuacjach brał na siebie ciężar osłaniania tyłów.

Na dźwięk palby, która rozdarła przedwieczorną ciszę, Kaunitz poczuł się trochę niepewnie. Na wszelki wypadek wyjął z olstra pistolet i mocno ścisnął kolbę. Kiedy z kurzawy wyłonił się pierwszy jeździec, palec kapitana nerwowo zgiął się na cynglu.

– Jezus, Maria! – rozległ się przerażony głos. – Nie strzelać, swoi!

Wachmistrz podjechał do dowódcy.

– To ty? – upewnił się Kaunitz.

– A któżby inny? – burknął Chowaniec i zdjąwszy z głowy kaszkiet, demonstracyjnie przepchnął palec przez okrągłą dziurę uczynioną w czapce przez kulę. – Niewiele brakowało...

Nadjechali pozostali żołnierze, więc kapitan uznał, iż nie wychowawczo byłoby deliberować nad skutkami jego niefortunnego wystrzału.

– Co z tamtym?

– Ubilim pod nim konia. Zwalił się do rzeki i lód pod nim trzasnął, ale mam to. Odpięła się podczas upadku. – Wachmistrz podał dowódcy skórzaną raportówkę.

– Więc trup?

– Zimny – odparł Chowaniec ubawiony swoim dowcipem. – W taki ziąb w wodzie nie ma prawa przeżyć.

Kapitan zaczął grzebać w torbie i wydobył złożony papier.

– Nuże, poświeć który!

W migotliwym świetle płomyka osłanianego dłońmi dragona obaj z wachmistrzem pochylili się nad dokumentem.

– Wiesz, co to jest? – spytał kapitan, który znał tylko niemiecki i trochę francuski, a i to znacznie lepiej w mowie niż w piśmie.

– Hmm... – zamruczał niepewnie Chowaniec, który był analfabetą. – Na mój rozum wygląda tak samo, jak ta polska odezwa, co ją pan starosta pokazywał nam onegdaj... Panie kapitanie – dodał, macając torbę – tu chyba jest jeszcze coś.

Odpruł nożem podszewkę i wydobył złożoną na czworo kartkę.

– Nie wiem, co tu pisze, ale musi coś ważnego. Wie wasza miłość, co ja myślę? Myślę, że my ubili szpiega!

Po raz pierwszy od miesięcy Kaunitz i jego oddział w dobrych humorach wracali do koszar. Kapitan nareszcie miał się czym wykazać, a jeśli podejrzenia Chowańca potwierdziłyby się, widmo frontu włoskiego oddaliłoby się ostatecznie.



A dwóch wędkarzy ze Sromowiec nad Dunajcem, łowiących ryby w przerębli, przeraziło się wielce, ujrzawszy w wodzie ludzką rękę, która okazała się przynależeć do topielca dryfującego pod lodem z prądem rzeki. Intensywna reanimacja podjęta przy ognisku, głównie przy pomocy śliwowicy o mocy spirytusu, dała nieoczekiwany efekt i topielec ożył. Cudownie ocalony emisariusz, wdychając smród przepoconej derki, w którą zostało owinięte jego nagie ciało, i wsłuchując się w dzwonienie własnych zębów, solennie przyrzekł sobie w duchu już nigdy nie wdawać się w żadne awantury i czym prędzej powrócić na rodziny wytęsknione łono. Szczególnie, że nie podobał mu się jego pseudonim, dobry dla gajowego, ale nie żołnierza. Trzymając się odtąd od polityki z daleka, przetrwał dwa duże i kilka pomniejszych powstań narodowych i w dobrym zdrowiu dożył sędziwego wieku.

Dokument przywieziony przez Kaunitza rzeczywiście okazał się kopią „aktu konfederacji” wydanego 6 stycznia tego roku, w której to odezwie paryska Deputacja, jedna z polskich organizacji emigracyjnych, wzywała wszystkich rodaków do walki o niepodległość, obiecując wsparcie ze strony Francuzów i Turków. Starosta widział ją już, ponieważ wywiadowi austriackiemu udało się zdobyć taki dokument, o co nie było zresztą trudno, ponieważ pojawiły się w wielu miejscach i całą Galicję zaczęło ogarniać wrzenie. Co gorsza, miał dowód czarno na białym, że Polacy próbują rozszerzyć spisek na Spisz, o czym świadczyła znaleziona przy zabitym tajna instrukcja wystawiona na nazwisko Brzozowicz, uprawniająca posiadacza do założenia lokalnej komórki sprzysiężenia nazwanego Centralizacją. Dokument zaopatrzono w zamazaną, niestety, w wodzie pieczęć i rozmyte podpisy, które i tak zapewne były pseudonimami. Sprawa była na tyle poważna, że starosta, chcąc nie chcąc, musiał powiadomić Wiedeń. Problem bandytyzmu zszedł na drugi plan i Kaunitzowi znów się upiekło, otrzymał nawet pochwałę. Zaś dyrekcję policji w Wiedniu, jak należało się spodziewać, bardzo zaniepokoiła możliwość rozszerzenia się polskiej rebelii na obszar Spisza i już po dwóch tygodniach w Lubowli incognito pojawił się komisarz do specjalnych poruczeń z niemal nieograniczonymi kompetencjami.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość