Strona główna

Przygotowano dnia: 6 października 2008 Przegląd wiadomości 10. 2008 10. 2008 Związek Nauczycielstwa Polskiego


Pobieranie 30.16 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar30.16 Kb.

BIULETYN WEWNĘTRZNY




Związek Nauczycielstwa Polskiego




Przygotowano dnia:

6 października 2008

Przegląd wiadomości 1.10.2008 - 6.10.2008
Związek Nauczycielstwa Polskiego
6.10.2008

Czy sześciolatki powinny iść do szkoły? 3

6.10.2008 Przegląd str. 3 Związek Nauczycielstwa Polskiego



Limit na profesorów 3

6.10.2008 Rzeczpospolita str. 8 Kraj Związek Nauczycielstwa Polskiego



RENATA CZELADKO

Szkolna łapanka 4

6.10.2008 Wprost str. 36 Polska Związek Nauczycielstwa Polskiego



Krzysztof Grzegrzółka Tomasz Sobola
4.10.2008

Starosta dopiekł belfrom 5

4.10.2008 Dziennik Wschodni str. 3 Blisko nas Związek Nauczycielstwa Polskiego



ALDONA IWON
Związek Nauczycielstwa Polskiego
6.10.2008

Czy sześciolatki powinny iść do szkoły?



6.10.2008 Przegląd str. 3

Związek Nauczycielstwa Polskiego

PRO

URSZULA AUGUSTYN, PO, wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży



Tak. Ministerstwo jednak powinno rzetelnie poinformować rodziców o warunkach nauczania, opieki. Już nawet trzylatek świetnie posługuje się komputerem i może pomóc mamie, roczne dzieci zaś biorą udział w kursach językowych. Współczesna oświata ma opanowane metody nauki przez zabawę, dzieci zaś są niezwykle chłonne i szybko przyswajają wiedzę, wcale nie siedząc w szkole. Największy problem jest z przełamaniem mentalności części nauczycieli i rodziców. Sześciolatki w wielu szkołach już są, np. tam, gdzie prowadzono zerówki, dziś natomiast w obliczu niżu demograficznego przyjęcie tych dzieci może być ratunkiem zwłaszcza dla małych szkół. Moment na objęcie ich nauczaniem jest więc właściwy, zresztą w większości krajów europejskich sześciolatki chodzą do szkoły.
KONTRA

WOJCIECH STARZYŃSKI, prezes Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Warszawie

System oświaty jest nieprzygotowany do wdrożenia już w 2009 r. nauczania sześciolatków w szkołach. Nie mamy odpowiedniej bazy materialnej, podręczników ani przygotowanych nauczycieli. Nie ma też odpowiedniej świadomości społecznej. W ciągu roku tych braków nadrobić się nie da. Mogę się założyć, że w Warszawie będzie kompletna klapa. Pojawiają się głosy pedagogów, psychologów, lekarzy, że rozwój dzisiejszego dziecka jest przyśpieszony, jednak nasza baza wymaga dwóch, trzech lat na przygotowanie tej operacji. Argumenty przedstawiane przez ZNP, że ta reforma pozwoli utrzymać rynek pracy dla setek tysięcy nauczycieli, wydają się niepoważne. Przecież system oświaty jest dla uczniów, a nie dla zaspokojenia potrzeb nauczycieli.


Limit na profesorów



6.10.2008 Rzeczpospolita str. 8 Kraj

RENATA CZELADKO Związek Nauczycielstwa Polskiego

JAK MEN HONORUJE


Tylko dziesięciu nauczycieli zostanie wyróżnionych przyznawanym pierwszy raz tytułem profesora oświaty. Mogło go dostać niemal 300, ale rząd nie ma pieniędzy.
- Sądziłem, że tytuł profesora oświaty dostanie od pięciu do dziesięciu nauczycieli z każdego województwa -mówi „Rz” senator Edmund Wittbrodt, były minister edukacji, który jest w składzie Kapituły do spraw Profesorów Oświaty. - Nie wiedziałem, że możemy uhonorować tak niewielu, i że zostanie narzucona formuła: wybieramy tylu nauczycieli, ile jest pieniędzy.

Dziś 16-osobowa kapituła zbiera się, by wyłonić kandydatów do honorowego tytułu profesora oświaty. To ukoronowanie kariery zawodowej nauczyciela, który przeszedł wszystkie stopnie awansu zawodowego: od stażysty do dyplomowanego. O wyróżnienie mogą się ubiegać najbardziej doświadczeni pedagodzy, którzy co najmniej siedem lat przepracowali jako dyplomowani.

Ponieważ pierwsze stopnie nauczyciela dyplomowanego nadano w 2001 roku, to na ten rok przypada debiut przyznania tytułów profesorów oświaty. W Polsce jest ok. 254 tys. dyplomowanych pedagogów. Stanowią ponad 43 proc. wszystkich nauczycieli. MEN szacowało, że o tytuł profesora oświaty będzie się mogło ubiegać ok. 270 osób.

Każdemu pedagogowi, którego wyróżni kapituła, należy się nagroda w wysokości sześciomiesięcznego ostatnio pobieranego wynagrodzenia zasadniczego (wynosi ono 2380 zł).

Tytuł nadaje minister, ale Karta nauczyciela mówi, że obowiązek wypłaty gratyfikacji spoczywa na organie prowadzącym szkołę, czyli samorządzie, na terenie którego nauczyciel pracuje.

- W roku 2008 mamy zarezerwowane w budżecie środki na wypłatę nagród dla dziesięciu profesorów oświaty. Nie wiemy, ilu profesorów zostanie wybranych przez kapitułę - mówi Justyna Sadlak z biura prasowego MEN.

Ale kapituła ma związane ręce, bo jeśli nagrodzi więcej osób, to nie wiadomo, czy samorządy będą miały pieniądze na nagrody.

- Niedobrze się stanie, jeśli rzeczywiście będziemy musieli ograniczać się do dziesięciu osób - uważa prof. Wittbrodt. - Tytuł jest przyznawany pierwszy raz i choćby dlatego na pewno jest o wiele więcej osób, które czekały na wyróżnienie i są godne. Będzie nam trudno wybrać tych dziesięciu najlepszych z najlepszych.

- Kandydatury już są bardzo wyselekcjonowane i pewnie wszystkie spełniają kryteria - dodaje Jerzy Wiśniewski, prezes mazowieckiego okręgu Związku Nauczycielstwa Polskiego, członek kapituły. - Do rozpatrzenia będziemy mieć jakieś 100 wniosków. Wybierając dziesięć, nie unikniemy subiektywnej oceny, a przytym wyrzutów sumienia, że kogoś wartościowego odrzuciliśmy.

Kandydatów do tytułu zgłaszały kuratoria. Pod uwagę brano m.in. pracę na rzecz uczniów, wpływ nauczyciela na środowisko zawodowe, np. to, czy dzieli się z innymi wiedzą i doświadczeniem. Tytuł ma być przyznany w Dniu Edukacji Narodowej 14 października.

Będzie nam bardzo trudno wybrać tych dziesięciu najlepszych z najlepszych

Foto podpis| Senator Edmund Wittbrodt

Foto autor| JAKUB OSTAŁOWSKI


Szkolna łapanka



6.10.2008 Wprost str. 36 Polska

Krzysztof Grzegrzółka Tomasz Sobola Związek Nauczycielstwa Polskiego

Skończył się pobór do wojska, zaczął się pobór do szkół. W taki sposób jeden z rodziców skomentował w Internecie pomysł przygotowywanej właśnie reformy edukacji. Zakłada ona obowiązkowe posyłanie sześciolatków do pierwszej klasy od września 2009 r. Urzędnicy MEN pomysł ten tłumaczyli dostosowaniem Polski do standardów Unii Europejskiej. Twórcy reformy nie ukrywali, że ma ona także zapewnić pracę nauczycielom, którym groziło bezrobocie z uwagi na niż demograficzny i plany rządu podniesienia pensum z 18 do 22 godzin tygodniowo.

„Nie dojdzie do masowych zwolnień nauczycieli na skutek podniesienia górnej granicy pensum. Będzie więcej pracy, bo do szkoły pójdą sześciolatki” - tłumaczyła Krystyna Szumilas, wiceminister edukacji. Pod naciskiem związków zawodowych nauczycieli rząd wycofał się z planów podwyższenia pensum. Plany wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków nadal są aktualne. Posyłając do szkoły sześciolatki, politycy nie tylko zapewniają sobie poparcie nauczycieli, którym przestaną grozić zwolnienia, ale również chcą przyspieszyć wchodzenie na rynek pracy kolejnych roczników. Dzięki temu uda im się o kilka lat opóźnić załamanie bismarckowskiego systemu wypłacania emerytur (obecnie pracujący finansują świadczenia poprzedniego pokolenia).
Fiński kontrargument

Podstawowym argumentem zwolenników wcześniejszego posyłania dzieci do szkoły jest to, że podobnie dzieje się w większości państw UE. Problem jednak w tym, że szkoła, do której chodzą pięciolatki w Wielkiej Brytanii, ma niewiele wspólnego z tą, do której mają chodzić polskie sześciolatki. Uczą się one, a właściwie bawią, w oddzielnych budynkach, które wewnątrz przypominają polskie przedszkola, a nie szkoły. Podobnie jest w Holandii, gdzie w pierwszych trzech klasach dzieci się bawią tak jak w przedszkolu, a klasy liczą nie więcej niż 20 uczniów. Oczywiście, sześciolatki są w większości zdolne do szkolnej edukacji i granica siedmiu lat jest arbitralna. Chodzi jednak o to, by na tym skorzystały, a nie tylko przebywały w szkole. Choć warto posłuchać też przeciwników takiego rozwiązania. - Posłanie sześciolatków do szkoły zaważy na ich psychice, tym bardziej że według badań naukowych, ponad 20 proc. dzieci siedmioletnich ma problemy z zaadaptowaniem się w szkole - twierdzi dr Urszula Dudziak, psycholog z Instytutu Nauk o Rodzinie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jej zdaniem, tylko rodzice są w stanie zapewnić sześcioletniemu dziecku prawidłowy rozwój emocjonalny. Nie zastąpi ich żadna instytucja, choćby była najlepiej przygotowana merytorycznie. Rok w życiu tak małego dziecka to bardzo dużo, jeśli chodzi o uczenie się i np. koncentrację. Sześcioletnie dziecko nie jest w stanie uczestniczyć w zajęciach lekcyjnych i skupić uwagi przez 45 minut lekcji.

Także argument o polepszeniu wyników w nauce dzięki wcześniejszemu rozpoczynaniu edukacji nie jest przekonujący. Najlepsze wyniki w nauce, według danych OECD, osiągają fińscy uczniowie. Ponad 90 proc. uczniów w Finlandii kontynuuje też naukę po ukończeniu szkoły podstawowej, a tylko ona jest obowiązkowa. W Finlandii, tak jak obecnie w Polsce, do pierwszej klasy posyłane są siedmiolatki.

W Polsce na sześciolatki, które pójdą do szkoły w 2009 r., czekają nie tylko nauczyciele nieprzygotowani do pracy z mniejszymi dziećmi, ale i nieprzygotowana infrastruktura. Od ławek zaczynając, na toaletach kończąc. Do tej pory nie wiadomo, ile pieniędzy szkoły dostaną na przebudowy. W czerwcu 2008 r. urzędnicy MEN informowali, że na ten cel zostanie przeznaczone pół miliarda euro z unijnej kasy. Miesiąc później zapowiedziało przekazanie na przebudowę szkół 150 mln zł. To mniej niż 60 tys. zł na gminę, czyli kilkanaście tysięcy złotych na szkołę. To wystarczy na kupno pluszaków i położenie dywanów.

- U nas już teraz dzieci uczą się na dwie zmiany, tym bardziej nie wyobrażam sobie, że od września 2009 r. liczba uczniów zwiększy się o klasy sześciolatków - mówi Anna Stróżecka-Szlachcic, dyrektorka szkoły podstawowej nr 231 w podwarszawskiej Białołęce. Jej szkoła była niedawno rozbudowywana, uczy się w niej 460 uczniów, a i tak jest za ciasna. Takich szkół, zwłaszcza w nowych osiedlach, gdzie mieszka najwięcej młodych małżeństw, jest więcej. W Warszawie aż dwie trzecie podstawówek ma za mało sal. Brakuje świetlic dla sześciolatków, w których mogłyby czekać na rodziców. Na prowincji jest jeszcze gorzej. Danuta Dziamska, ekspert zajmująca się edukacją (ma firmę kształcącą nauczycieli), zwróciła uwagę, że forsując reformę, urzędnicy MEN nie wzięli pod uwagę polskich realiów, takich jak np. klasy łączone w szkołach. Nauczycielka nauczania początkowego ma w jednej klasie dzieci z klas 1-3. - Ta nauczycielka już prowadzi zajęcia dla dzieci reprezentujących trzy poziomy rozwoju, a teraz jeszcze będzie musiała się zajmować sześciolatkami - alarmuje Danuta Dziamska.
Reforma zastępcza

Projekt reformy edukacji zakłada, że tylko przez jej pierwsze dwa lata rodzice mogliby decydować o tym, czy ich sześcioletnie dziecko nadaje się do pierwszej klasy, czy nie. Po 2010 r. sześciolatki będą musiały chodzić do szkoły, a pięciolatki do przedszkoli.

Problem w tym, że podobnie jak szkół, brakuje również przedszkoli. - Przedszkoli nie ma w co trzeciej gminie, a w miastach toczy się walka o każde miejsce. Żeby się dostać do przedszkola, rodzice często wręcz kłamią w podaniach, że np. samotnie wychowują dzieci - mówi Karolina Elbanowska, pomysłodawczyni akcji „Ratuj maluchy”. Jak zauważyła prof. Danuta Waloszek z Akademii Pedagogicznej w Krakowie, celem nowej reformy jest uwolnienie publicznych przedszkoli od sześciolatków, co pozwoli nie wydawać pieniędzy na budowanie nowych placówek.

- To nie reforma, lecz kolejna biurokratyczna zmiana - komentuje Andrzej Sadowski, ekonomista z Centrum Adama Smitha. Jego zdaniem, uczciwa reforma to taka, która oddawałaby kontrolę rodzicom nad pieniędzmi z ich podatków przeznaczonymi na edukację. Można to osiągnąć, wprowadzając bon edukacyjny. Wówczas o uczniów i ich pieniądze konkurowałyby prywatne i publiczne placówki. Na takie rozwiązanie nie zgadza się jednak Związek Nauczycielstwa Polskiego, bo oznaczałoby to odejście od premiowania nauczycieli za staż, a zaczęłoby się ocenianie ich za wyniki pracy. Lepiej więc eksperymentować na dzieciach.


Posyłając do szkoły sześciolatki, uda się o kilka lat opóźnić załamanie bismarckowskiego systemu wypłacania emerytur
Foto popis| Na sześciolatki, które pójdą do szkoły w 2009 r., czekają nie tylko nauczyciele nieprzygotowani do pracy z mniejszymi dziećmi, ale także zupełnie nieprzygotowana infrastruktura


4.10.2008

Starosta dopiekł belfrom



4.10.2008 Dziennik Wschodni str. 3 Blisko nas

ALDONA IWON Związek Nauczycielstwa Polskiego

SPÓR
Protest pedagogów trafił do kuratorium i związków


Nauczyciele Zespołu Szkół nr 1 w Puławach chcą przeprosin od Sławomira Kamińskiego, puławskiego starosty. Bo wcale nie uważają się za wypaloną kadrę, która odbębnia tylko to, co musi.
„(...) Szkoła kuleje. Wypalona kadra nie ma pomysłów, odbębnia, co musi, nie konkuruje z kadrami innych szkół. (...) Pozostałe nasze szkoły pod wodzą nowych dyrektorów – rozkwitają”. Takie wypowiedzi starosty ukazały się w Tygodniku Powiśla.

- To prawda, tak powiedziałem. Nie może być tak, że w szkole uczy tylu emerytowanych nauczycieli, którzy wzajemnie się kokietują. To patologia. Dawne metody nauczania dzisiaj już się nie sprawdzają - mówi starosta Kamiński.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. W tym tygodniu, podczas rady pedagogicznej, nauczyciele wystosowali pismo protestacyjne do Krzysztofa Szulowskiego, przewodniczącego Rady Powiatu.

Nauczyciele mają swoją teorię na temat przyczyn wypowiedzi starosty. - W zeszłym roku w konkursie na dyrektora szkoły wygrała pani Bińczak, a nie jego kandydat. To zemsta - twierdzi Marek Górski, emerytowany nauczyciel.

W tym roku szkolnym - oprócz niego - pracuje jeszcze piątka emerytowanych pedagogów. - Emeryci uczą maturzystów; pracują tylko po 3 godz. tygodniowo - mówi Barbara Bińczak, dyrektorka szkoły.

Od tego roku w szkole jest nowy nauczyciel angielskiego, polskiego, geografii i przedmiotów zawodowych.

- Żadnych rewolucji kadrowych nie będzie. Nie można wziąć wszystkich od razu po studiach, ludzie z doświadczeniem też są potrzebni - dodaje Bińczak.

- Doceniam działania pani Bińczak, są słuszne i chwała jej za to. Mówiąc o emerytowanych nauczycielach, miałem na myśli poprzednie lata - tłumaczy starosta.

Jednocześnie zaprzecza, że kieruje się chęcią zemsty. Chodzi mu jedynie o dobro uczniów. - W szkole coraz mniej osób zdaje maturę. Mieliśmy też skargi od rodziców - argumentuje.

- Nie sztuka pracować z geniuszami. Naszą młodzież trzeba zachęcić do działania, zmotywować do nauki. Naprawdę się staramy, wkładamy dużo serca w swoją pracę. A na zebraniu rodzice pytali mnie, skąd się pojawiły takie krzywdzące opinie - ripostuje Lidia Nogowska, nauczycielka z ZS nr 1.

Nauczyciele o konflikcie poinformowali już kuratorium i Związek Nauczycielstwa Polskiego. - Popieramy nauczycieli. Zostali obrażeni. Oni naprawdę dużo robią. A starosta podczas uroczystości chwali ich i gratuluje, a potem wypowiada takie niesprawiedliwe sądy - komentuje Lucjan Tomaszewski, przewodniczący ZNP w Puławach.
Foto podpis| Nauczyciele są oburzeni, że starosta nazwał ich szkołę patologią. Od lewej: Marek Górski, Lidia Nogowska i dyrektorka Barbara Bińczak

Foto autor| FOT. Paweł Buczkowski



O autorze| Aldona Iwon, redakcja@dziennikwschodni.pl



©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość