Strona główna

Rak depresja hipoterapia


Pobieranie 21.83 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar21.83 Kb.
RAK – DEPRESJA – HIPOTERAPIA

Dziękuję za wszystko Panu dr Dariuszowi Morawskiemu i całemu personelowi Opolskiego Centrum Onkologicznego, Panu docentowi Przemysławowi Pydzie ze Szpitala Klinicznego nr 2 w Poznaniu oraz lekarzom i terapeutom ze Szpitala Neuropsychiatrycznego w Opolu.



Czy hipoterapia jako „lek wspomagający” może pomagać w leczeniu raka? Z pozoru niepoważne pytanie. Otóż tak, może – jestem tego chodzącym przykładem. W 1997 roku wykryto u mnie zaawansowanego raka jelita grubego. Zostałem zoperowany. Usunięto mi guza wielkości pomarańczy, 1,0m jelita i 16 węzłów chłonnych. Po dziesięciu dniach zespolenie jelit puściło, ponowna operacja, wyprowadzenie stomii i kilkunastodniowa walka o moje życie. W osiem miesięcy później kolejna operacja. Kiedy nareszcie wydawało się, że idzie ku lepszemu, nawrót choroby, przerzut na wątrobę, nieudana chemioterapia, znów operacja usunięcia zaatakowanego rakiem płata. W 2003 roku moja psychika tego nie wytrzymała. Pomimo zażywania coraz większych dawek leków uspokajających, od których się zresztą uzależniłem, przyszło załamanie. Na szczęście, moje coraz częstsze próby załatwienia sprawy za Pana Boga, po przez mieszanie alkoholu z tabletkami; dzięki żonie nie udały się. Ale wskutek tego, dla odmiany, wylądowałem w szpitalu psychiatrycznym. I tu wczesną wiosną 2004 roku po raz pierwszy zetknąłem się z bliska z końmi. Ku mojemu zdumieniu, dowiedziałem się, że konie wspomagają różnego rodzaju psychoterapie. Terapie jazdą konną, w parku przyszpitalnym, dla pacjentów szpitala z różnymi zaburzeniami psychicznymi i neurologicznymi, prowadzi od kilku lat pan Waldek, właściciel stadniny koni. Na początku, jak wszyscy chorzy, bardzo nieufnie, wręcz histerycznie podchodziłem do konia, na którego nieomal wciągał mnie Waldek. Przymusu jednak nie było, kto nie chciał nie musiał. Po kilku przejażdżkach wyluzowałem się, odczuwałem coraz przyjemniejsze odprężenie. Dotychczas moja podświadomość była nieustannie bombardowana myślami związanymi z rakiem. Po paru jazdach zdałem sobie sprawę, że zapominam o chorobie. Lekarze prowadzący mnie, onkolog i psychiatra, zachęcali bym kontynuował terapię przy pomocy konia. I tak zaczęła się moja przygoda z końmi. Po wyjściu ze szpitala nauczyłem się podstaw jazdy konnej, i wykorzystuję każdą nadarzającą się okazje, by doskonalić swoje umiejętności. Staram się jak najczęściej przebywać wśród koni. Pokochałem je. Teraz chce mi się żyć i cieszyć życiem. Od koni emanuje olbrzymia energia, ja ją czuję prawie namacalnie. Jak tylko mam jakiś niepokój jadę do stadniny po „lekarstwo”. Wystarczy, że przytulę się do tego ciepłego wspaniałego zwierzęcia, poczuję jego zapach, zapach stajni, świeżego siana i natychmiast ulatują wszystkie dolegliwości. Moje życie nabrało nowego smaku dzięki ludziom, którzy organizują i prowadza hipoterapię. Obecnie tygodniowo przemierzam konno ok. 60km pośród lasów i łąk, a konie uaktywniły u mnie naturalny system obronny, który pomógł wyleczyć mnie z ciężkiej depresji a kto wie, może całkowicie z raka. Mocno w to wierzę. A z końmi pozostanę na zawsze. Na koniec jeszcze jedna sprawa, którą chcę wyraźnie podkreślić, hipoterapia nie zastąpi leczenia prowadzonego przez lekarzy specjalistów, ona jedynie uzupełnia to leczenie, w moim przypadku znakomicie.

Janusz Opole 2004 r


Powyższy tekst napisałem i umieściłem w internecie na stronie http://www.onkolink.pl w grudniu 2004, nie wiedząc jeszcze, że rak ponownie zaatakował moją wątrobę. W kwietniu 2005r po badaniu rezonansem magnetycznym, okazało się, że mam przerzut, tym razem na prawy płat, a usytuowanie guza źle rokuje. Polecono mi jednego z najlepszych chirurgów przewodu pokarmowego w Polsce, ze Szpitala Klinicznego nr2 w Poznaniu. Pan docent zadecydował, że będzie operował. Operacja była bardzo trudna, ale jak mnie zapewniano nie takie rzeczy były w tej klinice robione. Rak wielkości 5x5cm został wycięty z trzech stron z zapasem 2cm, a z jednej strony można było wypalać techniką termoablacji tylko w granicy guza. Tym razem jak nigdy dotąd, pomimo bardzo poważnej sytuacji, do operacji przygotowywałem się z uśmiechem na ustach, będąc pełen optymizmu. Zawdzięczam to koniom. Już po siedmiu dniach zostałem wypisany ze szpitala, a badanie markerów nowotworowych było w normie!!! Lekarz z mojego centrum onkologii nie krył zadowolenia. Wszak to on stale monitoruje moją chorobę, pierwszy wykrywa wznowy i kieruje dalszym leczeniem. Zrezygnowano z planowanej chemioterapii osłonowej. Rodzina stwierdziła - cud! Ale ja wiem, że to chęć życia, którą wyzwoliły u mnie konie. Szkoda, że tak późno spotkałem je na swojej drodze, może nie miałbym żadnych przerzutów, ale lepiej późno niż wcale. Już po miesiącu od operacji zacząłem jeździć konno, jak dawniej, po kilkadziesiąt kilometrów tygodniowo. Pomagam w prowadzeniu terapii koniem. Zaznaczam, że nie jadam dietetycznie i odżywiam się jakbym był zupełnie zdrowy. Nigdy też nie stosowałem żadnych „wynalazków” typu płetwa rekina, nafta , krzem czy jakieś chińskie lub inne „cudowne” preparaty, ani też nie korzystałem z tzw. „rąk, które leczą”. Wierzę tylko w medycynę konwencjonalną, chirurgię, bez udziału której już dawno bym nie żył, i terapię psychofizyczną opartą na naukowych metodach. A taką jest, między innymi, hipoterapia. Życzę wszystkim motywacji do walki z rakiem, którą można wygrać tylko trzeba zrobić pierwszy krok. Oczywiście po zasadniczym leczeniu onkologicznym, i gdy istnieje duże ryzyko nawrotu choroby, by zmobilizować organizm do obrony. Koniecznie przy wsparciu bliskich. Może do duszpasterza, psychologa, psychiatry, do grupy terapeutycznej a może do hipoterapeuty – oni pokierują dalszym leczeniem duszy. Najważniejsze nie leżeć i nie siedzieć ze wzrokiem utkwionym w ścianę czekając na śmierć (skąd ja to znam!!). W najstarszej hinduskiej encyklopedjii Mahabharata można przeczytać; „Są dwa rodzaje choroby – cielesna i duchowa. Każda z nich wynika z drugiej i żadna bez drugiej nie istnieje.” Dodam, że oprócz raka cierpię na chorobę wieńcową, nadciśnienie, posiadam cecostomię i przepuklinę pooperacyjną, czyli można powiedzieć wrak. Ale mam „tylko” 57 lat, więc zamierzam jeszcze pożyć, dlatego - zaraz jadę do stadniny. Jeżeli jednak Bóg, mimo wszystko, niedługo odwoła mnie z tego świata, (badanie histopatologiczne złośliwości przerzutu - G2) to pogalopuję do Niego na Pegazie, spełniony i przygotowany. Również dzięki koniom.

Janusz Opole 19.06 2005r


Tekst ten w całości został ponownie zamieszczony na stronie http://www.onkolink.pl skierowanej do lekarzy, zwłaszcza onkologów i pacjentów chorych na raka i ich rodzin oraz na stronie Jeździeckiego Centrum Informacyjnego http://www.qnwortal.com , a także www.koniedzieciom.er.pl
W grudniu 2005 roku miałem szóstą operację. Tym razem jednak była to operacja także trudna, ale polepszająca komfort życia, bo przecież wyraźnie zacząłem wygrywać z rakiem. Usunięto mi mocno uciążliwą cecostomię, oraz przepuklinę, wszywając siatkę zabezpieczającą przed odnowieniem się jej, ponieważ pozytywnie rokuję na dalsze życie – tak stwierdzili również w bieżącym roku lekarze. Żeby jednak doszło do tak pozytywnych rokowań musiałem latem 2005 sam sobie pomóc, oczywiście, przy pomocy koni. Bo nie tylko jazda konna ma bardzo dobry wpływ na psychikę człowieka, ale również praca przy koniach, przebywanie wśród koni w dzień i w nocy i wszystkie emocje z tym związane. Waldek, właściciel stadniny, z którym się zaprzyjaźniłem, zaprosił mnie na dwa letnie miesiące do sezonowej stajni przy ośrodku „Peters”, nad jeziorem dużym w Turawie. Tam dopiero po raz pierwszy, mieszkając w namiocie dosłownie razem z końmi (2 metry od padoku), poznałem je nareszcie i zrozumiałem ich zachowanie, „mowę”, ich charaktery, wady i zalety każdego z osobna. To były najpiękniejsze wakacje w moim życiu. Bez porównania piękniejsze niż te w ekskluzywnych apartamentach we Włoszech czy Grecji, do której, nota bene, pojechałem w 2003 roku żegnać się ze światem. Właśnie wśród koni zdałem sobie sprawę, jak mało się robi (poza nielicznymi wyjątkami) w naszym kraju, by pomóc psychicznie i duchowo ludziom chorym w ich zmaganiach z nieuleczalnymi chorobami. Przebywając bardzo często w szpitalach, głównie na oddziałach onkologicznych, niezmiennie spotykałem się z problemem samotności w cierpieniu. A przecież tak niewiele trzeba nakładów, by przywrócić chorym nadzieję na przedłużenie życia, może nawet wyleczenie, a tym samym pobudzić organizm do walki. Dziś personel na oddziałach szpitalnych, ze względów finansowych, w mocno okrojonych stanach osobowych, słabo opłacany, nie ma możliwości by zajmować się każdym pacjentem z osobna i w sposób zadawalający. To i tak jest godne uznania, że te pielęgniarki, ci lekarze, są w stanie jeszcze się uśmiechać, zagadać w przelocie do chorego czy pożartować. Jeden psycholog na cały szpital, przychodzący raz w tygodniu, sprawy nie załatwi. Tak samo nie załatwi sprawy jeden klub pacjenta czynny godzinę, czy codzienna wizyta księdza. Chorym potrzebna jest stała opieka psychologiczno-terapeutyczna. Chorego na nowotwór, przed i po zabiegu operacyjnym, czy w czasie chemii lub naświetlań, trzeba wyrwać, nawet siłą, z tego nieustającego tragicznego przygnębienia, w którym się znajduje od czasu, kiedy usłyszał po raz pierwszy „ma pan czy pani raka”. Są, na szczęście, różne terapie i nie wszyscy pacjenci muszą i mogą być usprawniani psychicznie i fizycznie jedną metodą. Ja jednak będę zachęcał do terapii, która mi pomaga. A więc jazda konna. Wystarczy, że szpital czy inny ośrodek opiekuńczo-leczniczy lub a jakże, hospicjum (najczęściej w każdym jest większy lub mniejszy park przyszpitalny) otrzyma niewielki budżet na opłacenie koni i przez cały sezon wiosenno-letnio -jesienny może gościć uśmiech na twarzach ludzi cierpiących. A uśmiech to niby tak niewiele, a jednak wiele. Bo akurat tym chorym nie potrzebna jest jakaś skomplikowana hipoterapia. Im wystarczy oprowadzanie na koniu, może na początek dla chorych w lepszej kondycji, parę kółek jazdy samodzielnej, a przede wszystkim sam kontakt ze zwierzęciem, jakieś proste czynności przy koniu, wszczepienie miłości do koni i świadomość że, udało mi się dosiąść konia, to uda mi się zwalczyć raka. To wszystko. Ideałem byłoby, gdyby wszędzie tam mogły być wybudowane niewielkie kryte ujeżdżalnie z drewna i dwa boksy dla koni. Koszt takiej okrągłej ujeżdżalni, wybudowanej systemem gospodarczym, to według mojej oceny jakieś 12.000zł i nie wymaga zezwolenia, bo jest to, de facto, wiata tyle, że obudowana. I może służyć nie tylko do jazdy konnej, ale na przykład, do grillowania, a w zimie do pieczenia kiełbasek, do terapii śmiechem, dogoterapii, czy choćby przebywania poza salą szpitalną itd. A wtedy pobudzanie organizmu do walki z chorobą, przy pomocy konia, psa, czy klowna, może trwać cały rok. Także wolontariuszy, szczególnie młodzieży, do pomocy przy takich zajęciach na pewno nie zabraknie, tym bardziej że wielu pacjentów chorych na nowotwory to przecież dzieci i młodzież, a im ta terapia jest najbardziej wskazana.

Reasumując: Poza tym że koniom zwyczajnie po prostu zawdzięczam życie (jeszcze raz podkreślam, nie wyleczyły mnie, bo to robią lekarze, tylko pomogły przywrócić wiarę w wyleczenie) to: To dzięki koniom nie palę już papierosów i nie piję alkoholu. Dzięki koniom w bieżącym roku przeszedłem na dietę śródziemnomorską. To dzięki koniom po dziesięciu latach wróciłem do mojej pasji-fotografii. To dzięki koniom zacząłem uprawiać sport i dbać o kondycje fizyczną i o sportową sylwetkę. To dzięki koniom zniknęły wszystkie moje inne dolegliwości, jak nadciśnienie, choroba wieńcowa i parę innych. To dzięki koniom zapomniałem, co to leki na te choroby. To, wreszcie, dzięki koniom osiągnąłem porozumienie z Bogiem, z samym sobą i z moimi najbliższymi. I najważniejsze, wiem że nie dożyję późnej starości, ale dzięki koniom przestałem bać się śmierci, a każdy przeżyty dzień to dla mnie dzień zwycięstwa.

Jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, którą chciałbym poruszyć, a o którą często pytają mnie ludzie, zwłaszcza wierzący. Czy nie wystarczy głęboko wierzyć w Boga i stale się modlić a rezultaty w walce z chorobą będą takie same, a może i większe. Jako chrześcijanin i katolik odpowiadam na to jednym zdaniem; „W moim przypadku nie wystarczy, bo gdyby Bóg nie chciał, by do tej pory, dane mi było zmagać się z chorobą, przy pomocy dostępnych na tej ziemi sposobów, to już dawno nie byłoby mnie na tym świecie, i żadni chirurdzy ani żadne konie nie byłyby w stanie mi pomóc”.

I można jeszcze dodać taki pouczający żarcik – „Podczas strasznej powodzi, przypływają na łodzi ratownicy, po odciętego od świata przez żywioł, człowieka, do jego domu, by go zabrać, ale on stanowczo odmawia mówiąc, że się bardzo modli i Bóg go wyratuje. Na drugi dzień, kiedy woda sięgała już do piętra, ponownie przypływają, a człowiek mówi że się modli i Bóg go wyratuje. Na trzeci dzień zastają go uczepionego dachu, ale on dalej odmawia pomocy twierdząc, że Bóg go wyratuje. W końcu człowiek tonie. Kiedy staje przed Panem Bogiem, pełen żalu mówi; Boże tak się modliłem a Ty mnie nie uratowałeś. A Bóg na to: przecież trzy razy przysłałem po ciebie ratowników”.

Może, więc te moje konie sam Bóg przysłał mi i postawił je na mojej drodze życia by pomagały zmagać się z rakiem?!

Opole 06.10.2006 Janusz


Niniejszy tekst w formie referatu programowego wygłosiłem na III Międzynarodowym Sympozjum Hipoterapeutycznym w Opolu w dniach 28-30.10.2006
PS. Muszę odnieść się do ostatnich afer łapówkarskich w służbie zdrowia. Proszę wierzyć, że nigdy w żadnym szpitalu w którym byłem leczony, nie spotkałem się z jakimikolwiek próbami wymuszenia, lub w inny sposób zasugerowania, wręczenia łapówki. W każdym z tych szpitali, byłem otoczony wspaniałą, wręcz matczyną opieką, i całkowicie bezinteresowną. Jestem dozgonnym dłużnikiem Państwowej Służby Zdrowia.

A bomboniery, kawy, flaszki, kwiaty, będę wręczał nadal, całkowicie dobrowolnie i z wdzięcznością. I obym mógł to robić jak najdłużej!



Janusz


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość