Strona główna

Recenzja spektaklu "orkiestra" titanic


Pobieranie 12.68 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar12.68 Kb.
RECENZJA SPEKTAKLU "ORKIESTRA" TITANIC

Kraków, 25 X 2008r., Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie (Scena Miniatura)

Miał przeczucie, że (…) przypadek zmieni się z ich sprzymierzeńca w śmiertelnego wroga, który ukarze oboje za próbę przejęcia steru w swoje ręce, próbę napisania własnej fabuły.”



Jerzy Kosiński „Randka w ciemno”

Tym razem nie "stoi na stacji lokomotywa"... Stacja umarła wraz z nadziejami na zmianę losu czterech głównych bohaterów:
Mety (Jerzy Światłoń), Prodana (Maciej Jackowski), Lubki (Kornelia Trawkowska) i Doka (Grzegorz Mielczarek).

ORKIESTRA "TITANIC" swą potęgą unosi nas w nieokreślone przestrzenie; wibrujemy nad fikcją miast; zawieszeni w kosmosie, tkwimy na małej stacji kolejowej dawno zapomnianego miasteczka.



Bohaterowie wypatrują pociągu przy martwej kolei życia. Pociąg podniesiony do rangi symbolu jestnie tyle celem samym w sobie, czyli przełomem w życiu Mety, Prodana, Lubki i Doka; staje się środkiem zmiany, ale tylko na chwilę... Pociąg, dla nas w świecie przedstawionym, jednocześnie funkcjonuje jako element świata wyobraźni bohaterów - jako skutek ciągłej myśli o ucieczce, samej idei ucieczki od zastanej rzeczywistości. Ich wymyślony pociąg jest potencjalną odpowiedzią na wyczekiwanie zmian.

Oni mówią, że jesteśmy z grzechu poczęci i w grzechu żyjemy. Choć jesteśmy świadomi, że grzechem jest ucieczka, że grzechem jest bierne czekanie.

Nogi tupią same, gdy aktorzy tupią. Świat wyobraźni pobudzany okrzykami i śmiechem. Śmiech ten przenika każdą warstwę pancerza człowieka. Rozluźnione ciało, bezbronne ciało jedna się z umysłem - iluzja uzyskawszy upragniony efekt rozpoczyna swe dzieło wykorzystując do tego Harry'ego (Marcin Kuźmiński), czyniąc z niego mistrza ceremonii. Można śmiało powiedzieć, że reżyser, Andrzej Domalik, wykreował z pomocą aktorów kilka płaszczyzn, połączonych z sobą tematem ulotności życia w skutek bezsensownego tkwienia w martwym punkcie. Można mówić o zabiegu, którego środkami są typowe czynności związane z manipulacją, czy wręcz pewną hipnozą. Gdyby przełożyć na język nieco bardziej dosadny, jesteśmy formatowani.

To tutaj właśnie swój "many-man show" rozpoczyna sam reżyser. Formę, język i ruch wykorzystuje do stworzenia iluzji jednocześnie mówiąc o niej. Mówienie jednak o iluzji nie w znaczeniu "wyciągnijmy z tego kapelusza królika, najlepiej białego", lecz tutaj rozumiejąc iluzję jako fikcję i ,synonimicznie, jako wymysł czy urojenie. To wymyślanie sobie życia jest efektem biernej egzystencji w stagnacji, w niezdecydowaniu, najgorszym bezczynnym czekaniu.

Jednocześnie następuje wyobrażanie, akt tworzenia nowego, pozornie lepszego świata rodem z Lewisa Carrolla: niedźwiedź sprzedający bilety, niedźwiedź prowadzący pociąg, granie na wymyślonych instrumentach w nierzeczywistej orkiestrze. Słowem Andrzej Domalik zorganizował świetne show. A dlaczego "many-man"?

Ponieważ nie tylko magik, czyli tajemniczy mężczyzna, który nieoczekiwanie pojawia się na stacji, ale każdy z bohaterów ma wpływ na tę kreację iluzji, czy raczej odpowiednie przedstawienie jej.
Zabieg ten - teatr w teatrze -  stworzył, że tak to nazwę, "iluzję rzeczywistą" w relacji aktorzy-publiczność w temacie fikcji życia, jego ulotności, przy ogólnym pytaniu o prawdziwość, namacalność egzystencji. Czy życie nie jest przypadkiem tylko snem, dalej, może jesteśmy "my-wyśnieni" - czyżby ukłon w stronę Leopolda Staffa?

Scena i scenografia dawały poczucie nierzeczywistej przestrzeni, a raczej wielowarstwowości jej postrzegania, o czym świadczy dosłowne znikanie aktorów na samym końcu przedstawienia . Wielowarstwowość życia i znikanie, czyli zatracanie się w samym sobie przez słabość i strach przed szponami, ba, prędkością pociągu życia - oto sens i clue tej inscenizacji.

Cechy bohaterów, typowe, pozwalają publiczności na utożsamienie się z nimi. Ich słowa, a raczej sposób, w jaki wypowiadali swoje kwestie (wręcz idealny; wzorcowy dla zarysu odtwarzanych postaci), uświadamiały, że każdy człowiek boryka się

z uniwersalnymi problemami.
Strata kogoś, kogo się kochało (Doko - opiekun zwierząt), niewykorzystane możliwości (Meto - niespełniony muzyk), odrzucenie przez bliską osobę (Lubka) - to wszystko kształtuje człowieka, te zdarzenia to jedna wielka lekcja życia  składającego się z drabiny doświadczeń, która "karmi" nasz krzyż.

Stacja, w znaczeniu dosłownym - jako element scenografii oraz w ujęciu metaforycznym, jako symbol marazmu, zastoju w życiu człowieka, zwykły czas refleksji po burzliwych wydarzeniach, jest także etapem przejściowym, miejscem zmiany. Jako alegoria nabiera paradoksalnego, podwójnego i przeciwstawnego znaczenia.


Wykorzystanie motywu czekania występuje tu jako sposób na krytykę uciążliwej bierności i marazmu. Z jednoczesnym wręcz panicznym wołaniem, czy raczej przypominaniem, że człowiek świata nie zmieni, dlatego też winien zmieniać się sam dla siebie, nie licząc na ingerencję siły wyższej, nieokreślone Deus ex machina, które możliwe jest tylko w teatrze.


Sumienie i ucieczka od niego w alkohol, właśnie w pozory i rzeczy banalne (bo nie jest sztuką upijać się by zapomnieć), czynią z człowieka jednostkę wypłukaną z wszelkich uczuć, dla której świat nie tyle stał się, co zawsze był i będzie jałowy.



Pociąg, a raczej jego brak funkcjonuje symbolicznie jako krytyka czekania na zmiany, które de facto same od siebie nigdy nie nadejdą.
Bohaterowie właściwie nawet nie wiedzą kiedy wyobraźnia zawładnęła nimi, przestali kontrolować swe wizje, a tym samym stali się więźniami własnego umysłu. Mylą fikcję z projekcjami własnych odurzonych umysłów.

Właśnie po przyjeździe show-mana, kiedy to każe notować mieszkańcom stacji swoje słowa gdy prowadzi lekcje, mimo woli momentalnie zapamiętujemy jego wykład. Stajemy się nagle częścią jego świata, zapominając o rzeczywistości. Jesteśmy gąbką, która nasiąka każdym wypowiedzianym przez Harry'ego słowem.




Rzeczywistość rozlewa się, rozpływa, znika. Wszystko staje się tylko doznawanym dźwiękiem i oczekiwaniem...


Forma i treść ściśle z sobą korespondują. Aktor Marcin Kuźmiński oraz Grzegorz Mielczarek, nie tyle grali, przedstawiali daną postać, co, po mistrzowsku, stali się tym typem. "Aktor nie ma grać, ma się stawać..." według teorii Stanisławskiego.

Nie bierzmy, jak oni, amorficznych instrumentów do rąk, nie udawajmy, że wszyscy słyszą jak gramy. Najważniejsze to "otworzyć się na świat i stawić mu opór" - le Goff.



Dlatego właśnie nie "many-man show", gdzie jesteśmy tylko leniwymi obserwatorami, ale właśnie "one-man show" ma sens.

Żyjemy w pełni kiedy kreujemy wydarzenia, kiedy żyjemy z całych sił, kiedy jesteśmy reżyserami i kolejarzami kierującymi na odpowiednie tory swój własny pociąg.

Marta Bartczak kl III E


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość