Strona główna

Roman Daszyński, Wania bohater ze skazą


Pobieranie 28.25 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar28.25 Kb.
Roman Daszyński, Wania – bohater ze skazą, „Gazeta Wyborcza”, 08.10.2010,

W1942 r. losy Wielkiej Brytanii i całej Europy zależały od rozwoju wypadków na froncie wschodnim. Dla Churchilla polskie akcje dywersyjne na tyłach wojsk III Rzeszy miały duże znaczenie: powodowały straty, wprowadzały chaos i osłabiały morale wroga. Brytyjczycy nie szczędzili pieniędzy na ten cel. Żołnierze Wachlarza przeprowadzili na wschodzie ponad 50 skutecznych akcji sabotażowo-dywersyjnych na szlaki kolejowe. Duży udział w tym mieli ''Wania'' i ''Ponury'' (na zdjęciu ''Ponury'' - pierwszy z lewej, wśród swoich żołnierzy)


Polskie i brytyjskie dowództwo przywiązywało ogromną wagę do jakości wyszkolenia bojowego cichociemnych. W tajnych ośrodkach wojskowych na terenie Wielkiej Brytanii (głównie w Szkocji) przechodzili mordercze treningi kondycyjne i sprawnościowe, uczyli się walki wręcz i szybkiego strzelania. Nie stawali się może komandosami według dzisiejszych kryteriów, ale na pewno mieli sporą przewagę nad większością żołnierzy wroga.




''Wania'' Alfred Paczkowski. Lekarz pułku ułanów, spec od walki dywersyjnej, ma 32 lata. Wysadza transporty kolejowe, zabija konfidentów gestapo. Kilkakrotnie ranny. W Powstaniu Warszawskim przepływa Wisłę, by nawiązać kontakt z radzieckim dowództwem



Skatowany leży w celi, gdy słyszy hałas. W progu stają dwaj koledzy z partyzantki, w rękach - pistolety maszynowe. "Wo imieni Stalina wy swobodny!" - wołają, by wszyscy słyszeli






Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Więzienny dozorca podrzuca gryps do celi. "Jestem - Mały". To daje nadzieję. Skatowany Paczkowski pyta o datę. 27 grudnia. - Dokładnie rok temu startowaliśmy z Londynu do Polski - myśli. - Chyba nie po to, żeby zrobili ze mnie kotlet.

Pijany gestapowiec bez ceregieli bije go w głowę. Wali w całkowitym milczeniu, aż Paczkowski zemdleje. Niemiec wyciąga z jakiejś komórki chłopa z kilkuletnim dzieckiem i wprowadza do pokoju. Na oczach Paczkowskiego zabija oboje - strzałem z pistoletu, za kradzież z tartaku kilku desek.

- Byli to niezbyt rozgarnięci "nadludzie", łatwo wpadali w złość i żelaznym prętem bili mnie po głowie - będzie opowiadał Paczkowski po latach, z charakterystycznym poczuciem humoru. - To działało na mnie usypiająco. Wtedy polewali zimną wodą z wiadra, odzyskiwałem przytomność do następnego uderzenia. Nie sądzę, żeby się można do tego przyzwyczaić, ale głupota katów podniecała mój upór.

Niemcy są na tropie grupy dywersyjnej, która wysadza tory kolejowe. U współpracowników Paczkowskiego znaleźli broń, materiał wybuchowy, radio i zeszycik z notatkami. Domyślają się, ale nie mają pewności. "Kim jesteś?". Paczkowski konsekwentnie wciska im kit.

Trzech tajniaków niesie go przez podwórze więzienia w Pińsku, prosto do kancelarii. Stawiają przed siwym gestapowcem.

- Ile pan ma lat?

- Trzydzieści trzy.

- A ja służę w policji trzydzieści pięć i wiem, że wszystko, co pan powiedział, jest jednym kłamstwem.

Jak długo da radę wytrzymać? Regularnie wieszają go pod sufitem za związane z tyłu ręce. Ból jest taki, że lepiej uciec gdzieś myślami.

Nagłe ssanie w dołku

Listopad 1940 r. Siedzą we dwóch w londyńskiej herbaciarni Lyonsa. Rozmawiają o klęsce Francji i skąpych informacjach z okupowanej Polski: panuje głód, Niemcy nasilają represje.

Herbata jest świetna, a oni od kilku dni są na kursie dla kurierów, którzy mają przedostać się do kraju. Przez Turcję? Przez Bałkany?

- Może raczej samolot i skok na spadochronie.

- Może być i tak - Paczkowski jest zaskoczony pomysłem kolegi.

- Boisz się?

- Naturalnie, że tak.

31-letni lekarz Alfred Paczkowski czuje ssanie w dołku, choć ma Krzyż Walecznych i całą kampanię wrześniową za sobą. Walki w pułku ułanów, setki opatrzonych i zoperowanych pod ogniem nieprzyjaciela ran. Ma nawet jakieś doświadczenie z samolotami, przed wojną zaczął działać w Aeroklubie Warszawskim.

Jego rozmówca, kapitan saperów Maciej Kalenkiewicz, wszystkim tu imponuje, bo po Wrześniu nie złożył broni. Zanim trafił na Zachód, walczył u majora "Hubala", był jego zastępcą. Cieszy się sympatią generała Sikorskiego - Naczelny Wódz ma zaufanie do wszystkich, którzy kiedykolwiek sprzeciwili się Piłsudskiemu. A Kalenkiewicz jako 20-latek odmówił wykonania rozkazów, gdy jego podchorążówka - rządzona przez piłsudczyków - przyłączała się do przewrotu majowego.

Kalenkiewicz i jego przyjaciel kpt. Jan Górski mają idée fixe, by stworzyć polskie jednostki spadochronowe, które wzmocniłyby kontakt z okupowanym krajem i we właściwym czasie umożliwiły wybuch ogólnonarodowego powstania. Popiera ich grupa młodych oficerów. Są nazywani żartobliwie "chomikami". Sikorski docenia ich pomysły. Dyskutuje na ten temat z Churchillem.






Major Stacey uczy strzelać bez celowania

Trzy miesiące później Paczkowski - pseudonim "Wania" - melduje się w Inverlochy Castle, majątku lorda Aldingtona. To mały zamek w pobliżu szkockiego miasteczka Fort William. Arystokrata nieodpłatnie udostępnia posiadłość na potrzeby armii. Wokół - dzikie góry ze słabą roślinnością. Nieco dalej - Ben Nevis, najwyższy szczyt Szkocji, 1343 metry.

Polaków jest trzydziestu. Mają szkolić się w sabotażu i dywersji, nazwa kursu: "Traps and demolitions" czyli "Pułapki i zniszczenia". Przed nimi 25 polskich oficerów odbyło kurs doświadczalny.

Brytyjskim komendantem placówki jest major Stacey. O siódmej pobudka i gimnastyka. Wiecznie uśmiechnięty angielski instruktor podaje czasem komendy mylące kursantów, za gapowe trzeba płacić dodatkowymi przysiadami. Tempo ostre, potem ćwiczenia rozluźniające. Zazwyczaj na dworze, czasem w zamkowym holu.

Atrakcją są ćwiczenia na strzelnicy. Bez tradycyjnej zabawy z muszkami i szczerbinkami przy celowaniu. Strzelają z biodra. O wszystkim decyduje odpowiednie ułożenie rąk i całego ciała. Są pistolety, karabiny i lekka broń maszynowa. Major Stacey to zapalony myśliwy, który w Indiach polował na tygrysy. Uczy, jak szybko oddać pięć strzałów ze zwykłego karabinu, tak jakby to była broń automatyczna. Major daje pokaz: wbiega na leśną polanę, gdzie ustawiono tarcze z sylwetkami niemieckich żołnierzy. Strzela z karabinu, który trzyma jak gitarę. Pięć strzałów, wszystkie skuteczne. Polacy też szybko robią postępy.

Większość gustuje w karabinku maszynowym typu Brenn. Lekki, łatwy w użyciu. Do ruchomych tarcz uczą się strzelać krótkimi seriami, bo taki ogień ma największą skuteczność. Ale lufa brenna łatwo się nagrzewa i wówczas trzeba ją wymienić. Irlandzki instruktor z Dublina zrzędzi: "Za wolno, za wolno! Nawet głupi angielski lord wymieni lufę w dziesięć sekund!". Polacy dają więc radę w dziewięć.

Wrażenie robią zajęcia z kapitanem broni pancernej Antonim Strawińskim, instruktorem minerstwa. Jak używać nowego środka wybuchowego - plastiku? To miękka, żółta masa, która daje się modelować i ma większą siłę niszczenia, niż wszystko, co stosowano dotąd. Strawiński ostrzega: Jeśli spłonka saperska wybuchnie w dłoni "rwie trzy palce jak nic", po czym bierze ją i zgniata w zębach, żeby zamocować lont.

Marsze, dywersja, korzonki i "małpi gaj"

Jeden z ostatnich etapów wtajemniczenia - kursanci dostają długie, podobne do szpikulca, noże. To broń, która służy brytyjskim oddziałom wypadowym do walki wręcz. Muszą nauczyć się tak uśmiercać wroga, by nie wydobył z siebie głosu.

Po sześciu tygodniach większość uczestników dostaje przydział do brygady spadochronowej generała Stanisława Sosabowskiego. Paczkowski z Marianem Jureckim i Andrzejem Świątkowskim mają rozkaz jechać na kolejne cykle szkolenia: najpierw metody walki konspiracyjnej i marszu na orientację (Briggens pod Londynem), potem metody walki dywersyjnej z symulacją ataku na obiekty przemysłowe i napadu na bank (Hartford). Po trzech tygodniach powrót do Briggens i analizowanie sytuacji w kraju w oparciu o informacje wywiadu i analizę niemieckiej prasy.

Później cała trójka jedzie na staż do jednostki brytyjskich komandosów pod Manchesterem, gdzie czekają zajęcia sprawnościowe w terenie plus szkolenie spadochronowe. Radość z pierwszego udanego skoku. Ambicja: "czeska grupa skacze w piętnaście sekund, spróbujmy szybciej".

Kolejny krok: wyjazd do bazy Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego koło szkockiego Leven. Paczkowski z kolegami wpadają na pomysł, by poeksperymentować w górach. Biorą tylko namioty i po cztery kilogramy pszenicy na głowę. W trudnym terenie pokonują 30 km na dobę - nocą, w dzień kryją się w zaroślach, odpoczywają. Wodę piją ze strumieni. Wracają zdrowi, tylko nieco lżejsi. Generałowi Sosabowskiemu tak się to podoba, że do programu szkoleniowego wprowadza nowy punkt: "kurs korzonkowy".

Na koniec Paczkowski z kolegami melduje się w Dundee na kursie radiotelegrafistów. Błyskawiczna nauka sygnalizacji, szyfrowania, alfabetu Morse'a.

Jest początek lipca 1941 r. Mija pół roku od rozpoczęcia szkoleń, a już są gotowi do akcji. I właśnie wtedy Paczkowski uderza się groźnie w kręgosłup. W szpitalu trafia do sali, gdzie leży czterech niemłodych oficerów Brygady Spadochronowej. To ofiary toru ćwiczeń i przeszkód - tzw. małpiego gaju. Każdy ma na sobie po kilka kilogramów gipsu. Wkrótce "małpi gaj" stanie się obowiązkowym etapem przeszkolenia wszystkich cichociemnych.

Pechowy lot i krajowe niesnaski

Skaczą do Polski w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 r. - prócz "Wani" Paczkowskiego jest "Kotwicz" Kalenkiewicz, Jurecki i Świątkowski. Nawigator bombowca myli się, spadochroniarze zamiast w Generalnej Guberni lądują po drugiej stronie granicy, na terytorium Rzeszy. Jurecki i Świątkowski giną w strzelaninie z niemieckim patrolem. Kalenkiewicz zostaje ranny w rękę. Także Paczkowskiego dopada pech. Po dotarciu do Warszawy dostaje ataku wyrostka robaczkowego. Trafia pod nóż chirurga. Potem, najszybciej jak można, spotyka się z komendantem podziemia - generałem Stefanem Grotem-Roweckim. "Wania" opowiada o londyńskim sztabie Naczelnego Wodza. Mówi o tym, że generał Sikorski w bezpośredniej rozmowie z cichociemnymi podkreślił konieczność zawarcia zgody narodowej między ugrupowaniami w kraju.

- Zgody? - powtarza gen. Grot. - Z tym jest trudniej niż z bronią.

Od początku okupacji w kraju powstają grupy konspiracyjne związane z różnymi środowiskami politycznymi. Na scalenie pod dowództwem AK godzi się tylko część socjalistów, ludowców i narodowców. Akcja zjednoczeniowa pachnie fiaskiem i faktycznie - do 1944 r. poza AK będą działać dziesiątki tysięcy partyzantów, m.in. Bataliony Chłopskie i Narodowe Siły Zbrojne.

Trzeci odcinek Wachlarza działa

Paczkowski zaczyna od organizowania dywersantów do walki na odległych Kresach. AK-owcy dzielą ten obszar na pięć równych części - odcinków. Na mapie podział wygląda jak linie rozchodzące się promieniście od Warszawy na wschód. Jeden z oficerów powie, że to taki "wachlarz". Nazwa przyjmie się.

Trzeci odcinek Wachlarza ma centralę w Brześciu nad Bugiem. "Wania" zostaje tam dowódcą. Świetnie zna te tereny - Brześć to jego dzieciństwo, szkolne przyjaźnie i znajomości z żydowskich i rosyjskich domów. Paczkowski wszędzie ma przyjaciół, potrafi z każdym się dogadać. Nawiązuje kontakty z polskimi kolejarzami. Sytuację na Wschodzie czytają z ruchu pociągów, które wiozą tam wojsko. Są dni, gdy stacja Brześć przepuszcza jeden za drugim składy pełne Niemców i Włochów. Jest przełom maja i czerwca 1942 r. Hitler szykuje nową ofensywę.


Każdy pomysł na dywersję się liczy. Kolejarze mówią, że mieszanka drobnego piasku i chlorku żelaza, jeśli ją dodać do maźnic, powoduje szybkie zużycie wagonowych osi. Ludzie Paczkowskiego załatwiają całą ciężarówkę wiślanego piasku.

Ślusarze robią specjalne gwoździe, które rozrzucane są w małych miasteczkach na jezdnie, by niszczyć opony niemieckich ciężarówek.

Ludzie Paczkowskiego robią "akcje telefoniczne" - przewracają słupy na drogi. Kolejna, w lutym 1942 r., kończy się strzelaniną z przypadkową kolumną samochodów wojskowych wroga. Ginie czterech Niemców, ale też pierwszy z ludzi Paczkowskiego.

W maju jadą do Mińska i podkładają ładunki wybuchowe na ruchliwym szlaku kolejowym do Homla. Spłonki na lontach zagryzają tak, jak uczył tego w Anglii kpt. Strawiński. Torowisko zostaje zerwane w siedmiu miejscach. Potem współpracownicy "Wani" robią dziesiątki wypadów w teren. Są dość silni, by wysadzać linie kolejowe, nawet zabić hitlerowskiego dygnitarza, który bez obstawy podróżuje limuzyną.



Popisowa akcja "Ponurego"

I w końcu, po miesiącach walki - wpadka. "Wania" to kawał chłopa, wysoki, mocno zbudowany. W trakcie partyzanckiej roboty przechodzi przez jakiś strumień, załamuje się pod nim lód, lewa noga jest złamana. Biorą go Niemcy. Udaje Włocha, bo ma papiery na nazwisko Alfredo Pazotto. Początkowo robi nawet "Heil Hitler!" na powitanie, ale panom z gestapo brakuje poczucia humoru. Trafia do więzienia w Pińsku. Kiedy - skatowany - traci już nadzieję, że wyjdzie z tego cało, dostaje ten gryps: "Jestem - Mały".

"Mały" to jeden z ludzi "Wani". Rozkaz uratowania Paczkowskiego wydał osobiście gen. Grot-Rowecki.

Trzy tygodnie czekania na ratunek - nadziei, która trzyma przy życiu. 18 stycznia 1943 r. Skatowany "Wania" leży w celi, na gołej, betonowej posadzce. Słyszy hałas na korytarzu. Jest przekonany, że idą go zabić.

Drzwi otwierają się z rozmachem. W progu stają dwaj koledzy z partyzantki, w rękach mają pistolety maszynowe. "Wo imieni Stalina wy swobodny, wychoditie!" - wołają głośno. To częsta sztuczka partyzantów. Polacy dla zatarcia śladów chętnie udają Rosjan, Sowieci - Polaków.

Akcja na więzienie w Pińsku to popis brawury innego cichociemnego Jana Piwnika "Ponurego". W celach trzymane są 54 osoby, strażnicy to w większości Polacy, kolaboranci pod niemieckim dowództwem. Ludzie "Ponurego" podjeżdżają pod bramę osobowym oplem na policyjnych blachach. Partyzant ubrany w mundur oficera SS po niemiecku żąda od strażnika widzenia z jego szefem. Pierwsza brama się otwiera. Wtedy - już po rosyjsku - żądają od strażnika, by otworzył drugą bramę. Gdy ten sięga po karabin - pada trupem.

Partyzanci wjeżdżają do środka. Z budynku biurowego słychać już pierwsze strzały - to grupa, która od ulicy sforsowała pięciometrowy mur więzienia. Trzecia brama zostaje otwarta już od środka. Wszystko trwa piętnaście minut.

"Wania" jest uratowany. Prócz niego dwaj inni żołnierze podziemia - "Ryś" i "Azor". Paczkowski i Piwnik, którzy znają się jeszcze ze szkoleń w Anglii, uciekają samochodami. "Ponury" dostanie za Pińsk Virtuti Militari. Niemcy, w odwecie za śmierć niemieckiego szefostwa więzienia, wymordują w egzekucji trzydziestu mieszkańców Janowa Poleskiego.



Przez zboże, przez zgliszcza i przez Wisłę

"Wania" ma na swoim koncie śmierć kilkunastu konfidentów. Jego ludzie zabijają mieszkańców wsi, którzy biegają do żandarmów informować o ruchach partyzantów. Zdarza się, że trzeba zastrzelić kogoś z własnego oddziału - jak wtedy, gdy odkryli, że jeden z żołnierzy po noclegu w stodole wcisnął gospodarzowi kartkę z meldunkiem dla Niemców o stanie liczebnym i uzbrojeniu. "Wania" szkoli do wykonywania wyroków - teoria i praktyka. Sposób dojścia, wyznaczenie strzelca, ubezpieczenie i odskok. W marcu 1943 jest z kursantami na pętli tramwajowej na Kole - widzą szpicla z Brześcia, który szuka "wachlarzowców" przeniesionych do Warszawy. "Wania" podchodzi do niego z papierosem i prosi o ogień. Niemiec poznaje Paczkowskiego, zaczynają trząść mu się ręce. Jeden z chłopaków zachodzi go od tyłu, strzela w plecy.

Jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego "Wania" zostaje postrzelony w walce. 30 czerwca 1944 r. pod Mańczakami na Podlasiu stacza potyczkę z regularnymi oddziałami wroga. Swój oddział prowadzi do ataku przez łany zboża. Starają się strzelać krótkimi seriami, tak jak uczył major Stacey. "Wania" traci jedenastu zabitych.

W czasie Powstania - jako ranny - w walkach praktycznie nie uczestniczy. 16 września dowództwo wyznacza go do "nawiązania łączności z Armią Radziecką". Dwa dni później, w nocy, wsiada do mocno przeciekającej łódki i z kilkoma osobami przeprawia się na drugi brzeg Wisły. Dopiero stamtąd patrzy, oniemiały, jak cała Warszawa płonie. Sowieci nie zamierzają przeszkadzać w niszczeniu stolicy. Aresztują posłańca.

Wróci do kraju po czterech latach.

Po powrocie pracuje jako lekarz w stolicy, Górze Kalwarii i Żyrardowie. Otoczony legendą, szanowany, lubi towarzystwo przyjaciół i wódkę. Żeni się po raz drugi - z dużo młodszą pielęgniarką.

Jednocześnie jest inwigilowany przez ubeków - jak większość AK-owców i weteranów Sił Zbrojnych na Zachodzie. Prawdopodobnie z tego powodu traci stanowisko ordynatora. Umiera w 1986 r.

Tajny współpracownik "Jan"

Od lat 80-tych Krzysztof Tochman, historyk z Zamościa, pracuje nad słownikiem biograficznym cichociemnych. Dociera do dokumentów, z których wynika, że w 1950 r. komunistyczna bezpieka zwerbowała agenta o pseudonimie "Jan".

- Jan" dał im setki informacji o osobach, z którymi się stykał, również o cichociemnych - mówi Tochman, obecnie pracownik IPN w Rzeszowie. - Był bardzo szkodliwy. Jego nazwisko nigdzie nie pada, ale zgadza się wszystko: miejsce urodzenia, losy wojenne, miejsca pracy. Taki bohater... Nie mogłem uwierzyć, że zdradził, poczułem się oszukany. Nic nie świadczy o tym, że brał pieniądze. Zęby zjadłem na opisywaniu biografii cichociemnych i wiem już, że współpracę z komunistyczną bezpieką nawiązało około dwudziestu procent z nich. Często byli naciskani, szantażowani skrzywdzeniem dzieci, bliskich... Nie chcę ich oceniać. Nieraz myślę, jak ja bym się zachował i nie umiem odpowiedzieć, choć mam swoje zasady.

W wydanej w latach 80. autobiograficznej książce "Wania" pisze: "Niech mi będzie wybaczone pominięcie osób lub faktów zapomnianych czy ze wzglęców konspiracyjnych mało znanych, a więc otwierających pole do domysłów, których lepiej jednak nie snuć".



Korzystałem m.in. z: Alfred Paczkowski, "Ankieta cichociemnego; Jędrzej Tucholski, "Cichociemni"; Cezary Chlebowski, "Ponury


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość