Strona główna

„Romantyczny Park” „W cieniu lipy”


Pobieranie 283.47 Kb.
Strona1/5
Data20.06.2016
Rozmiar283.47 Kb.
  1   2   3   4   5

AFISZ Nr 23 (51) kwiecień - wrzesień 2005 (Tarnobrzeski Dom Kultury)


Na stronach zewnętrznych okładki:
Elżbieta Piórecka - „Romantyczny Park” („W cieniu lipy” – tech. mieszana, 70x50; „Opowieść o lipie” – pastel suchy, 70x50 (fragment); „Lipa” – pastel suchy, 50x34.


Na stronach wewnętrznych okładki:


ELŻBIETA PIÓRECKA

Arboretum w Bolestraszycach

37-700 Przemyśl

skr. poczt. 471

tel. kom. 694 516 523

Urodziła się 12.02.1968 r. w Jaśle. W 1988 roku ukończyła z wyróżnieniem Liceum Sztuk Plastycznych w Nowym Wiśniczu o kierunku tkactwo artystyczne. W 1989 roku zamieszkała w Krakowie, z którego w roku 1993 wyjechała do Paryża. Obecnie mieszka w Przemyślu. Od roku 2002 jest członkiem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Twórczego „Wiklina”.



Udział w wystawach: 1992 – „Stara Galeria”, Kraków, rysunek; 1994 – La Celle Seint-Cloud, Francja, „Salon des Arts”, malarstwo; 1994 – Bergkhamen, Niemcy, „Textikunstaus der Region Krakau”, tkanina; 1995 – Monfort l`Aumaury, Francja, „Salon des Arts”, malarstwo; 1996 – Chambourcy, Francja, „Salon de Chambourcy”, malarstwo; 1997 – Chambourcy, Francja, „Salon de Chambourcy”, rysunek; 1997 – Vanves, Francja, „Salon de Vanves”, malarstwo; 1998 – Bastia, Corsyka, Angel Droit „Galerie Milla”, tkanina; 1999 – Chambourcy, Francja, „Salon de Chambourcy”, rysunek; 2000 – Chambourcy, Francja, „Salon de Chambourcy”, rysunek; 2001 – Chambourcy, Francja, „Salon de Chambourcy”, malarstwo; 2002 – Arboretum w Bolestraszycach, „Wystawa poplenerowa”, wiklina; 2003 – Poleski Ośrodek Kultury, Łódź, „Wystawa poplenerowa”, wiklina; 2004 – Galeria „Nowa”, Łódź, „Wiklina”, wiklina; 2004 – Instytut Wzornictwa Przemysłowego, Warszawa, „Wokół Wikliny”, wiklina.

Nagroda: 1998 – Premier Prix, „Salon des Chambourcy”, Francja, rysunek.

„Pejzaż położony na skraju lasu De Marly w pobliżu Wersalu, w całym układzie przestrzeni przedzierających się przez monumentalność drzew, światła i cienia przemykającego wśród neoantycznych budowli wtopionych w żywą roślinność jest stworzony i wyobrażony przez człowieka. Ten niewielki malowniczy świat, który powstał z udziałem „Twórcy Doskonałego”, bez którego nie mógłby zaistnieć, zdradza głęboko ukrytą w nas tęsknotę za utraconym rajem.

Le Desert de Retz – Romantyczny Park w pobliżu Paryża, zaprojektowany w XVIII wieku przez Francoise Henri Nikolas de Monville jest inspiracja i tematem moich obrazów i rysunków”. E.P.

Ponadto na stronach wewnętrznych okładki są prezentowane prace Elżbiety Pióreckiej „Poranna mgła”, pastel tłusty, 70x50 oraz „Pejzaż romantyczny”, pastel suchy, 50x34.

ELŻBIETA PIÓRECKA „Romantyczny Park” - Galeria TDK – 24.11 - 31.12.2004 r.

Tarnobrzeski Dom Kultury, ul. Słowackiego 2, 39-400 Tarnobrzeg, tel. (015) 822-21-10.


W NUMERZE:
Jan Szlęzak, Dorota Kozioł
Spacerkiem po Tarnobrzegu i okolicy
Wspomnienia o Machowie; Był Machów...
Tadeusz Zych
Powiat tarnobrzeski w latach 1944-1956
Renata Flasza

VIII Plener Artystyczny – Tarnobrzeg 2005
Maria Bobrowska
Stanisław Mityk i jego malarstwo
Katarzyna Pisarczyk
Uwolnić kolor

Iwona Łukawska



Dawna wieś sandomierska
Sylwester Łysiak
10 Konkurs Piosenki „Wygraj Sukces”
Renata Flasza
XIII Międzynarodowe Koncerty Organowe

Tarnobrzeg 2005
Sylwester Łysiak
Jubileuszowy OKR


Marek Jakubowski, Dariusz Pietrzak


Krzysztof „Kylu” Witkowski
Satyrblues po raz szósty


Tadeusz Zych
Duchaśmy nie dali
Grażyna Wianecka
Życie i działalność Marii Kozłowej
Kronika:

Blisko Ziemi; Anioły
Tadeusz Zych

W królestwie Minosa
Tadeusz Zych

Wokół „Cudu nad Wisłą”
Andrzej Wilgosz

Laureaci „Dziecięcych Interpretacji”
Sylwester Łysiak

Premiery w TDK
Bożena Wójtowicz-Ślęzak

Malujemy Pastelami


Stary Tarnobrzeg z Fotoalbumu Ryszarda Durzyńskiego – Zamek w Dzikowie (stan przed pożarem).

Wydawca:


Tarnobrzeski Dom Kultury

ul. Słowackiego 2

39-400 Tarnobrzeg

tel. (0-15) 822 21 10

tel./fax (0-15) 822 74 97
Redaktor naczelny:

Stanisław Dziubak

Wpisywanie tekstów, korekta:



Renata Flasza, Bożena Grądzka

Muzyka:


Mariusz Ryś

Teatr:


Andrzej Wilgosz

Ruch Amatorski



Sylwester Łysiak

Literatura:



Grzegorz Kociuba

Stali współpracownicy:



Elżbieta Miśkiewicz

Sławomir Stępak

Jan Szlęzak

Tadeusz Zych

Druk:


Wydawnictwo Samorządowe S.A.

Tygodnik Nadwiślański

39-400 Tarnobrzeg

ul. 1 Maja 4 a

tel. (0-15) 822 52 40

Wszelkie prawa zastrzeżone.


Przedruk tylko za zgodą
Redakcji.

ISSN 1426-2606



Zapraszamy do współpracy z naszym pismem!


SPACERKIEM PO TARNOBRZEGU I OKOLICY

Był Machów...
Smutno jest pisać, że to już ostatni materiał o Machowie autorstwa pani Doroty Kozioł.

Na przestrzeni kilkunastu lat dużo napisano o tej wsi. W dużej mierze byłem świadkiem tych wydarzeń od najmłodszych lat. Dzieciństwo i młodość pozostawiają w pamięci trwały ślad na całe życie.

Moja mama dożywszy 83 lat wspominała często: tak niedawno byłam dzieckiem, chodziliśmy do Machowa, do lasu... Wówczas pomyślałem sobie: jak niedawno? – to jakieś nieporozumienie. Teraz z perspektywy czasu przyznaję, że to prawda.

Dzisiaj, kiedy przyjeżdżam na obrzeże jeziora machowskiego od strony Kajmowa, widzę tylko po lewej stronie od Ocic wiekowe wierzby, które są punktami orientacyjnymi wyznaczającymi, gdzie były pola kajmowian, a gdzie zaczyna się jezioro. Pozostała nienaruszona Kępa Nadwiślańska. Zmienił się pejzaż. Pojawili się nowi przybysze, którzy wykupują działki, zaczynają budowę. Woda przyciąga. Dużo ludzi przyjeżdża oglądać zalew, któremu jeszcze brakuje wody.

Tylko niezmiennie góruje nad okolicą miechociński kościół. Z tego właśnie wzgórza rozciąga się przepiękna panorama na Machów, którego już nie ma...

Jan Szlęzak
***

Artykuły o machowskiej ziemi pani DOROTY KOZIOŁ, zamieszczane na łamach „Siarki” - gazety zakładowej KiZPS „Siarkopol”:
KRZAK BZU JUŻ NIE ZAKWITNIE...
Gruzu po zburzonych domach ciągle przybywało w Machowie. Na wiosnę ten gruz zarastał zielskiem, trawą, zabliźniały się zielenią wszelkie rany...

Lata 1960-1970 to dla Machowa czas powolnego umierania. Żal było patrzeć na te opustoszałe podwórka, na sady bezpańskie, ale jeszcze kwitnące i owocujące, na pola, gdzie już przestały się kołysać łany zbóż, na łąki, gdzie wiosną kwitły kwiaty... We wsi powstało kółko rolnicze, które zaopiekowało się bezpańskimi sadami, ogrodami, ziemią. Trwało to wszystko dopóty, dopóki nie przyszedł czas, że trzeba było stąd odejść na dobre... Siarka była już coraz bliżej. Kopalnia wgryzała się w wieś, wkraczała w nią coraz większymi krokami. Co pewien czas ubywało dwa, trzy domy, ktoś odchodził... Ale przecież w tej gasnącej wsi życie nie umarło nagle i zupełnie. Jakby na przekór temu wszystkiemu, jakby z uporu, działo się w Machowie wiele. Prym wiodła młodzież. Prężnie działało koło ZMW i ZMS. Młodzi kontynuowali tradycje ojców – organizowali spotkania, przedstawienia, zabawy, kuligi w zimie. Chętnie i często zbierali się w szkolnych salach po południu lub wieczorem, by pogawędzić o sprawach dnia codziennego. Kozłowa próbowała założyć kolejny zespół pieśni i tańca – za wszelką cenę, jakby się bała, że stare obyczaje, pieśni i obrzędy odjadą gdzieś na zawsze w świat taśmociągiem razem z machowską ziemią. We wsi młodzieży było coraz mniej więc próbowała wciągnąć do tego ruchu przyjezdnych – tych, którzy mieszkali na kwaterach w Machowie albo w hotelu. Było kilka prób, zdaje się, że nawet i jakiś występ, ale ci „obcy” opornie połykali „haczyk” i wkrótce ze wszystkich wspólnych artystycznych przedsięwzięć wyszły nici. Trudno się dziwić, że tym młodym, dla których Tarnobrzeg był „ziemią obiecaną”, nie przypadły do serca tańce spod chłopskiej strzechy, ten folklor, który Kozłowa za wszelką cenę chciała uratować i przekazać następcom. Kozłowa mieszkała w Machowie prawie do końca, bo aż do wiosny 1969 roku. Do końca też pracowała z młodzieżą, jakby chciała jej na tę nową drogę dać jak najwięcej z tamtego Machowa, który skazany został na zagładę i zapomnienie. I znowu, jak za dawnych dobrych czasów, w domu u Kozłów zbierali się wieczorami chłopcy i dziewczyny, śpiewali, grali, tańczyli, przygotowywali przedstawienia. Gwarno tu było zawsze, jakby ten dom był ostoją, miejscem, w którym można zapomnieć na chwilę, że Machowa prawie już nie ma...

Zbyszek Bojda i Czesiek Bojda, Kaziu Mierzwa, Józek Komza, Hania Tęczówna, Stasia Tęczówna, Zosia Kozłówna, Zosia Janikówna, Zosia Mierzwa, Stach Rutkowski, Halinka Wolak, Kazia Grębowcówna, Miecia Zbyradówna, Krysia Niezgodówna, Stefan Kozioł, Tadek i Staszek Jabłońscy – to ci, którzy w tamtych ostatnich latach wnosili do tej ginącej wsi iskierkę radości. To oni grali i śpiewali, zapraszali na przedstawienia, to oni w majowe wieczory śmiali się na ławeczkach pod ścianami domów, gdzie wokół pachniały krzaki białego i liliowego bzu... Taka to była machowska młodzież. Po ojcach jej chyba we krwi zostało, że nigdy rąk nie załamywała, że do końca pozostała pełna werwy i ambicji.

Wielu ludzi z Machowa poszło do pracy w „siarce”. Tego „nowego chleba” starczyło dla wszystkich – dla starych i młodych, dla tych, którym ziemia się znudziła, także i dla obcych. Ginął Machów – rósł Tarnobrzeg. Młodych ciągnęło do miasta. Chodzili na piechotę, jeździli do Tarnobrzegu rowerami, motorami. Jeździli też na swojej czerwonej „Jawie” Tadek Rawski i Olek Wiącek... „Cały tydzień haru, haru, a w niedzielę łup do baru... – mawiał Tadek Rawski. Bawiła się machowska młodzież w „Tapimie”, „Kaprysie”, ale najchętniej bawili się jednak w machowskiej świetlicy, w myśl zasady: nie ma to jak u siebie. Do ostatnich prawie dni wykorzystywali każdą wolną chwilę, by jeszcze coś zrobić dla tej ginącej wsi, by jeszcze czegoś się nauczyć z jej chlubnych tradycji, by zabrać to z sobą i przekazać przyszłym pokoleniom.

I tak mijały ostatnie lata. Topniał ten Machów, ginął w oczach, ustępował miejsca wielkiej siarce. Połamane krzewy bzu jeszcze kwitły wiosną, jakby na przekór. Jeszcze pachniały sady jabłoniowym kwiatem. Dziadek Kalinka wędrował prawie codziennie pod bramę kombinatu i tam wygrywał na fujarce swoje tęskne melodie, jakby chciał tych nowych ludzi oswoić z tym, co przemijało, co odchodziło w zapomnienie. Chodził też i po wsi, a echo jego muzyki niosło się daleko po pustych szerokich polach, po okaleczonych ogrodach, po bezpańskich sadach i łąkach... I chyba to granie do samej śmierci wszystkim machowiakom głęboko w sercu pozostanie. To granie, które zawsze kojarzyć się będzie z tym jednym, jedynym miejscem na świecie tak bliskim i drogim, z tym miejscem, do którego powrót jest przecież niemożliwy...

To granie kojarzyć się będzie z tym skrawkiem ziemi, na którym pod oknem domu krzak liliowego bzu nigdy już nie zakwitnie...


TRZY WYMIARY CZASU
Kiedy o siarce zaczęło się mówić serio, machowiacy przestali żyć normalnym życiem. Ich czas stał się trójwymiarowy. Ważne było to, co było, co jest i przede wszystkim to, co będzie. Przyszłość wyglądała niezbyt obiecująco zwłaszcza dla tych, którzy do ostatka trzymali się ziemi rękami i zębami, jakby mieli nadzieję, że jeszcze wszystko się odmieni. Ale przyszedł czas, że i oni musieli spakować manatki, ruszyć przed siebie na to nowe, na to obce, którego tak się bali, które odkładali na potem, choć wiedzieli doskonale, że przyjść musi...

Różnie się machowiakom powiodło, ułożyło. Jednym lepiej, innym gorzej. Nikt jednak nie przestał żyć czasem przeszłym, każdy na wspomnienie Machowa wzdycha i łzy ukradkiem ociera... W Zbydniowie, w Baranowie, w Tuszymie czy Grębowie dziwią się miejscowi, że jeszcze po trzydziestu latach zapomnieć nie można. Nie mogą pojąć dlaczego tych ludzi nie cieszą nowe domy, sady, lepsza niż w Machowie ziemia... Weźmy choćby Sabata. Do Zbydniowa poszedł. Dom piękny wybudował, murowany z centralnym ogrzewaniem, z gazem, z parkietami, z kilkoma pokojami... Obok miał sad i dobrą ziemię, i nawet wodę bieżącą dla krów w oborze. Sam się temu dziwił i mawiał, że ani jego dziad, ani matka nie mieszkali w takich luksusach. Sabat dzisiaj już nie żyje. Ale w Zbydniowie dobrze pamiętają, że kiedy zagadnęło się go o Machów – smutniał jakoś dziwnie, pochmurniał i rozmowę na inny temat kierował. O Machowie mówić nie chciał, ale czasem, jakby zupełnie przypadkowo, wyrywało mu się: „Siarka w każdej rodzinie wszystko poprzewracała. W Machowie żyły chłopy nie bardzo głupie. Wieś była ładna i bogata, każdy ją podziwiał... Na kolanach człowiek by tam powrócił.”

Na kolanach wróciłby do Machowa nie tylko Sabat. Rozmawiałam kiedyś z Michaliną Kapuśniak samotnie mieszkającą w bloku. „Straszna ta moja starość w mieście – powiedziała. – W Machowie pewnie by mi tak źle jak tutaj nie było. Siadłabym sobie na ławeczce pod ścianą, patrzyłabym na ludzi przechodzących drogą w pole, na dzieci bawiące się na Łazie... Do ogródka bym zaglądała, kurom ziarna posypała, podwórko zamiotła, o płot chruściany się oparła i z sąsiadem pogwarzyła, i dzień by jakoś zleciał. A tu tylko te betonowe bloki za oknem, tylko ten huk samochodów z ulicy, tylko te cztery ściany, w które nawet łbem bić nie wolno (choć to niby twoje), bo sąsiad usłyszy i awanturę zrobi, bo w bloku ma być spokój. Tam człowiek był taki swobodny, tam wszystko było miłe, swojskie... Może to głupie, co powiem, ale nawet ten gnój w gnojowisku mi pachniał... Czułam ziemię pod nogami. Teraz to jestem bez Machowa jak ten ptak bez nóg. Mogę wszędzie fruwać, tylko że przysiąść nie mogę ani na chwilę, tylko że nigdy już nie będzie tej słomianej strzechy, tych progów wysokich, które zawsze przekraczałam z radością, bo za nimi był zapach domu, zapach pieczonego chleba, ciepłego mleka prosto od krowy, gotowanych na wieczerzę ziemniaków z barszczem..."

Rozjechali się machowiacy w różne strony. Jedni tęsknią mniej, inni więcej, ale każdy gdzieś tam, w głębi serca, zostawił trochę miejsca dla Machowa...

Kiedyś namalował akwarelkę. Była na niej machowska kapliczka. Posłałam ten obrazek mojemu znajomemu – Stanisławowi Ordykowi „Czernikowi”. Napisał: „Kiedy patrzę na ten obrazek jawi mi się Machów jak żywy – razem z tą kapliczką, którą tyle razy jako mały chłopak jeszcze zdobiłem polnymi kwiatami lub gałęziami brzozy na Zielone Święta, rozsypywałem wokoło pachnący tatarak... Gdzie się podziały te szczęśliwe młodzieńcze lata spędzone w naszym kochanym Machowie?... Gdzie ten nasz Machów?...

W kolejnym liście do mnie Stanisław Ordyk napisał: „Powinnaś przejąć pałeczkę sztafety ludzi, którzy przyczynili się do tego, aby pamięć o naszym kochanym Machowie nigdy nie zginęła. Potrzebne to jest tym bardziej teraz, kiedy zniknęły z powierzchni ziemi przepiękne sady, zaciszne zaułki i szumiące trzcinami jeziora. Zniknęli lub rozpierzchli się po świecie jego mili, weseli i kochający swą wioskę rodzinną mieszkańcy. Powinniśmy się o to postarać, aby obok sławnego Machowa – kombinatu pamiętano również o jego byłych mieszkańcach, bo na pewno na to zasłużyli. Prześladuje mnie od pewnego czasu myśl, czy by nie zorganizować czegoś w rodzaju Klubu Machowiaków... Spotykalibyśmy się co jakiś czas, uzgadniali program działania, wspominali. Każdy z nas ma na pewno głęboko w sercu ukrytą jakąś drogą pamiątkę, jakieś wspomnienie z tego skrawka ziemi, na której się urodził, wspomnienie, którym chciałby się z kimś podzielić...”

Nie doczekał się Ordyk Klubu Machowiaków. Odszedł któregoś dnia zabierając ze sobą na zawsze ukryte głęboko wspomnienia z tego skrawka ziemi, na której się urodził, i na której potem walczył w partyzanckich oddziałach. Odeszli i inni, którym przyszło żyć w trzech wymiarach czasu. Co jakiś czas miechociński cmentarz na wzgórku łaskawie przyjmuje ich na wieczny odpoczynek. Nie ma już Kalinki, Ludwika Fudali, Stańkowskiego, Sabata, Furmana, Galka... Stach Kozioł „Pularus” nikomu już nie opowie jak umierał jego sad... A piękna to była opowieść. W każdym jego słowie był dziki, straszny ból chłopa, który ziemię ukochał bardziej niż własną skórę, dla niej żył, na niej chciał umrzeć. Ból wielki i straszny, bo człowiek był bezradny wobec rzeczywistości, bezsilny wobec losu, który chwiał nim jak wiatr wątłym drzewem... Kiedy Kozioł o tej śmierci sadu opowiadał – załamywał ręce, zaciskał pięści, by potem opuścić je bezradnie na dowód tego, że nic zdziałać nie mógł. A ręce miał spracowane, zharowane. Bruzd, pęknięć na nich było bez liku. We Francji tyrał ładny kawał czasu, by dzieci chleba nie pragnęły, a gdy wrócił – ziemię w trudzie orał, rękami ją obłaskawiał, by posłuszną i dobrą była.

Kozioł sad miał piękny, na Klonowcu. Jesień była, kiedy wjechały tam spychacze. Na drzewach dorodne jabłka, urodzaj jak nigdy. Liczył Kozioł na to, że poczekają aż jabłka zbierze, aż je każde własną ręką do skrzynki położy i do domu zawiezie. Ktoś jednak wydał „mądrą” decyzję, że z sadem trzeba skończyć natychmiast, bo miejsce pod kopalnię już potrzebne. Kozioł jabłek zerwać nie zdążył; poszły pod spychacze... „Serce mi chciało pęknąć jak patrzyłem na to – mówił – Moja praca, moja krwawica. Własnymi, tymi czarnymi od pługa rękami te drzewa pielęgnowałem, kochałem jak rodzone dzieci... W sadzie rosła stara grusza. Jakie gruszki na niej były tego roku!... Jak spychacz do niej podjechał i w pień uderzył to leciały te gruchy jak złote łzy na ziemię i spadały z jękiem... Ten płacz słyszałem w sobie. Widziałem jak ta moja gruszka zadrżała, jak się przestraszyła... Oporna była, nie zdawało mi się, że patrzy na mnie z wyrzutem, że jej nie bronię, nie ratuję, a przecież tak ją pielęgnowałem... To było gorsze niż huragan, niż pożar, powódź. Nogi mi się w ziemię zapadły i stałem jak słup soli. Ruszyć się z miejsca nie mogłem, a zdawało mi się wcześniej, że jakby mój sad ktoś tknął choćby palcem, to z siekierą, z widłami na niego się rzucę, za gardło ucapię i dusił będę, i prał, że śmiał moją krwawicę ruszyć...”

Nie ma już Kozła „Pularusa”, nie ma sadu ze złotą gruszą, nie ma Machowa... Próbuję zebrać choćby cząstkę tego, co po machowiakach i Machowie zostało. Próbuję żyć, tak jak oni, w tamtym świecie i bardzo bym chciała jak najwięcej z każdego z jego wymiarów ocalić.
NIE TYLKO SIELANKA
Kiedy na początku lat sześćdziesiątych zrealizowano reportaż o Machowie i pokazano go w telewizji – ludzie byli oburzeni. Wszystko co najgorsze pokazali – krzyczeli. – „Nędzarzy z nas robią! Czemu nie pokażą domu Kozła, Matyki, Myszki, Dąbka tylko ciągle jedną i tę sama chałupinę Kosowej?... Chcą udowodnić, że siarka nas w milionerów zmieniła, że dziady my byli galicyjskie z jedną tylko koszulą na grzbiecie, ze strzechą słomianą nad głową...”

A kiedy Stach „Koszałka” przeprowadził przez telewizyjny ekran kozę na powrózku – miarka się przebrała. „Ale kłamstwa, ale bzdury! – mówili ludzie. – Gdzie ten nasz piękny Machów, gdzie?!...”

A Stach „Koszałka” rzeczywiście kozę na powrózku prowadził przez „Piekło”, bo tak sobie pan redaktor z telewizji życzył. A że w Machowie nikt kozy nie miał – do Chmielowa na pożyczki jeździli, bo koza być musiała. A tak naprawdę to kiedyś tam w Machowie koza była, u Wójciczki. Ale kiedy ta zakończyła swoją wędrówkę po ziemskim padole, wędrówkę długą i znojną – zniknęła i koza z machowskiego krajobrazu.

Drugą sprawą, która bardzo denerwowała machowiaków były foldery, albumy o siarce. Oburzali się na nie bardziej niż na telewizyjny reportaż, bo wiadomo przecież: reportaż oglądną ludzie raz, dwa czy pięć razy i zapomną, a taki folder na wieki zostanie. A w nim zdjęcie ubogiej chatki „Kosów” i dziadek Kalinka... „Ani słowa o tym, jakie tu były sady, jacy mądrzy, zdolni ludzie – mówili – „...Stary Kozioł to najlepiej w „przesiedleniu” powiedział: Dajcie mi zaświadczenie, że wysiedleniec jestem i po żebrach chodzić mogę... Bo gospodarzem byłem przez całe życie, a przez tę siarę cholerną dziadem mi zostać przyszło. Bo dzieci ziemi nie chcą, do bloku idą. Ja sam rady nie dam, nie poradzę już czarnym skibom. A chłop bez ziemi to dziad, nędzarz i lepiej mu nie żyć. Tak i mnie na starość przyszło...

Ludzi mądrych, zdolnych w Machowie nie brakowało. „Nie można to było w takim folderze na przykład Wiącka dać? – oburzali się machowiacy. – I posłem był, i senatorem. Dużo dobrego dla Machowa i całego powiatu tarnobrzeskiego zrobił. Z karczmami walczył, szkoły po wsiach zakładał, czytelnie, żeby chłopy ciemne nie były. Instruktorów ze Lwowa, z Krakowa i Warszawy zwoził, chłopów ziemię lepiej uprawiać uczył, sady sadził. Mądry był, choć szkół żadnych nie kończył. Chłopów kochał, krzywdy im robić nie dał. A Kalinka? – Że na fujarce pięknie grał to jeszcze nie wszystko, bo i co on właściwie reprezentował?... Nawet z Machowa nie pochodził...”

Jeśli dokładniej przyjrzeć się dziejom Machowiaków, to rzeczywiście trzeba stwierdzić, że wcale tak marnie nie było ani pod względem materialnym, ani pod żadnym innym. Zaczęło się od Wiącka. Wiele siły włożył ten człowiek w to, żeby tę wieś na nogi postawić, by przekonać chłopów, że można żyć lepiej, dostatniej. Udało mu się. Pałeczkę przejęli potem młodsi. Każde machowskie pokolenie zostawiało po sobie jakiś ślad.

W ciężkich międzywojennych latach duża grupa machowskiej młodzieży skończyła szkołę średnią, a potem i studia. U Fudalów np. trzech chłopaków się wykształciło, a Franuś jest dziś znanym i cenionym lekarzem – pediatrą w Szczecinie. Z tych samych lat Machów ma także naukowca – doc. dr. hab. Józefa Podkówkę. Dziś już chyba profesorem został, w gliwickiej politechnice pracuje. Któż nie pamięta Poznańskiego?... Doktorat zrobił na Uniwersytecie Jagiellońskim, z filozofii. Z tych „powojennych” też doczekał się Machów kilkunastu wykształconych ludzi, którzy w Polskę poszli i nie wstydzą się nigdy przyznać, że z Machowa ich ród się wywodzi. Staszek Farbisz, Staszek Pokrywa, Gienek Motyka, Gienek Stala, Tadek Walski...

Nie było tak ciemno i źle w tym Machowie. Nie samym tylko chlebem ludzie tutaj żyli. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam, że ludzie omijali dom Wojtaków. Jeśli coś im tam wypadało załatwić, to robili to z wielką niechęcią, wchodzili i wychodzili pośpiesznie. Dopiero potem, po latach, dowiedziałam się, że właśnie tam, u Franka Wojtaka, odbyło się pierwsze zebranie partyjne we wsi. „Czerwoni” – mówili na nich ludzie. Wojtak, Stach Grębowiec, Stach Grębowiec „Poleczka”, Franek Motyka, Janek Sabat, Józek Niedziałek, Stach Szczytyński, Władek Niezgoda – oni pierwsi podjęli tę działalność.

Ileż w tym Machowie było sprzeczności, ile istniejących obok siebie poglądów, punktów widzenia, ile dni złych i dobrych, ile ludzkich charakterów, przyjaźni, zawiści do grobowej deski!...

A te parę lat wojny i okupacji!... „Ten był w AK, a ten w BCh... O tym w książkach piszą, a cóż on takiego zrobił?...” – komentują ludzie. Tak to już jest z ludzkimi sądami. Stach Ordyk „Czernik” książkę o swoim oddziale partyzanckim napisał – też się nie podobała. Pewnie, że nie wszystkie fakty się zgadzają, że nie zawsze było tak, jak opisane. Ot, choćby pogrzeb Baśki („Kosowej”)... Pisze Ordyk jak to miechociński proboszcz Baśki pochować nie chciał, bo pieniędzy na pogrzeb rodzina nie miała. A on, „Czernik” osobiście pofatygował się ze swoimi leśnymi chłopcami na plebanię i takie „nauki” proboszczowi dał, że ten nie tylko Mszę za darmo odprawił w intencji nieboszczki, ale i po ciało wyszedł i wszystkie świece podczas nabożeństwa zapalić polecił. A tak naprawdę – kiedy „Kosowa” umarła, dawno już „Czernik” i jego leśni chłopcy złożyli broń, dawno już przestali polować na wroga po drogach i ścieżkach tarnobrzeskiej ziemi, bo były to już lata pięćdziesiąte!...

Pomijając te i inne nieścisłości, trzeba przyznać, że jest to – jak dotąd – jedyna książka o machowskich chłopcach – partyzantach. Tylko „Czernik” zebrał cząstkę tego, co machowskie, co ocalić od zapomnienia trzeba, spisał, wydrukował.

Coraz mniej zostaje śladów po Machowie. Na zawsze odchodzą ludzie, rozmywają się w pamięci obrazy z tamtych lat, niewiele jest zdjęć w rodzinnych albumach...

Pisać o Machowie wcale nie jest łatwo. Nie tylko dlatego, że już go nie ma. Machów to przecież nie tylko sielanka, kwitnące sady, słowiki... I tu bywało gorzko, ciężko. I nie zawsze jasno świeciło słońce nad Machowem.

  1   2   3   4   5


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość