Strona główna

Rozdział II pociągająca osobowość


Pobieranie 236.34 Kb.
Strona1/7
Data18.06.2016
Rozmiar236.34 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7

Rozdział II

Pociągająca osobowość




1. Żywa natura



- Po tylu latach nadal uważam, że w życiu i w nauczaniu księdza Prałata Escrivy co ludzkie i boskie tak bardzo stapia się ze sobą, że wielokrotnie okazuje się, iż nie jest łatwo rozróżnić pomiędzy cechami jego charakteru a tym, co było owocem jego odpowiedzi na łaskę Boga, która działa w sposób pozornie naturalny. Czy mógłby Ksiądz, na początku tego rozdziału, przywołać swoje pierwsze wrażenie, wspomnienie tego dnia, w którym Ksiądz Biskup poznał Założyciela Opus Dei.
Było to 2 listopada 1948 roku, w Ośrodku Opus Dei mieszczącym się przy ulicy Diego de León w Madrycie. Wraz z innymi członkami Opus Dei brałem udział w spotkaniu, podczas którego mówił nam o wierności powołaniu i zmianie naszego życia nieustanne apostolstwo. Potem ksiądz Escrivá, ponieważ musiał pojechać do Molinoviejo - jest to dom rekolekcyjny pod Madrytem, który właśnie został odnowiony - zwrócił się do trojga z nas mówiąc, że jeśli mamy czas, możemy mu towarzyszyć. W czasie podróży śpiewał, wskazując, że mamy powody do wielkiej radości, bo jesteśmy dziećmi Bożymi i otrzymaliśmy powołanie do Opus Dei, do służby Kościołowi i duszom. Mocno podkreślał, że wszystkie obowiązki i zadania powinniśmy podejmować z myślą o Bogu. I jako przykład dał nam piosenki, które przed chwilą śpiewał, a których słuchaliśmy zaskoczeni jego naturalnością, radością i entuzjazmem. Dodał, że w rozmowie z Panem i Matką Bożą posługuje się słowami tych piosenek.

Podczas jazdy dostałem mdłości i musieliśmy się zatrzymać, aby uprzątnąć kabinę samochodu i oczyścić moje ubranie. Marynarka była w całości zabrudzona, a on bez najmniejszego wstrętu pomagał mi ją doprowadzić do jakiegoś stanu. Spostrzegłszy moje zażenowanie, okazał mi nadzwyczajną serdeczność, a całe wydarzenie uznał za śmiechu warte. Gdy ponownie wsiedliśmy do samochodu, w trosce o to, bym miał świeże powietrze, otworzył okno, chociaż prawdopodobnie dokuczało mu zimno.

Zanim to wszystko się wydarzyło, żartował sobie, pokazując nam różne niepozorne i rozwalające się zabudowania, które pojawiały się w oddali, jakby miał to być dom rekolekcyjny. Był bardzo rozbawiony widząc nasze rozczarowane miny: Nie, to nie tamta, musimy jeszcze trochę podjechać! Natomiast potem często z troską dopytywał się o mnie: Jak się czujesz? Nie martw się, już dojeżdżamy. Nic się nie stało. Na miejscu wyczyszczą ci ubranie, dostaniesz coś na uspokojenie żołądka i lepiej się poczujesz.

Byłem zdumiony jego wręcz rodzicielską troskliwością, z jaką mnie potraktował. Zwracał się do mnie tak, jakbyśmy się już bardzo długo znali.


- A jak to było kilka lat później, gdy Ksiądz Biskup zaczął już pracować razem z księdzem Prałatem Escrivą...
Gdy tylko mianował mnie swoim sekretarzem - byłem jeszcze taki młody - zaznaczył: Wszystkie szafy i biurka, których używam, możesz swobodnie otwierać i zamykać, i oglądać wszystko, co tam mam. Zostałem wyróżniony wielkim zaufaniem, na które nie zasługiwałem, zważywszy na to, kim był on: znaną postacią, a w porządku nadprzyrodzonym - Założycielem Opus Dei.

Kiedy 1956 roku wyznaczył mnie swoim Custos, odpowiedzialnym za materialną stronę jego życia, przekonałem się o tym, co czasem od niego wcześniej słyszałem: że żyje jakby w szklanym domu, ponieważ ci najbliżsi dokładnie wiedzą, kiedy wstaje, kiedy kładzie się spać, czy jest w kaplicy, czy pracuje, kiedy je, o której godzinie wychodzi z domu i z kim przebywa. Taki sposób jego bycia tłumaczył się też tym, że był niezwykle zorganizowany, a także tym, że chciał, aby w razie potrzeby można go było natychmiast odnaleźć.

Gdy w latach pięćdziesiątych rozpoczynałem swoją pracę u jego boku, uważałem go za osobę po ludzku posiadającą wiele zalet, które sprawiały, że był miły, uprzejmy, serdeczny, pociągający, usłużny, zważający na innych, mający zdolność dostrzegania różnych potrzeb i zaradzania im we właściwych momentach; również dobrym nauczycielem, dodającym otuchy i poprawiającym błędy; widziałem w nim przełożonego, który obdarza zaufaniem współpracowników; a przede wszystkim kapłana i Ojca, który zanurzony w żarliwej modlitwie, dzień po dniu, z chwili na chwilę, poprzez swoją pracę całkowicie poświęca się Bożej służbie i duszom.
- Niektóre z tych jego cech są wymieniane także przez tych, którzy znali go, gdy był dzieckiem czy młodzieńcem. Zwraca uwagę to, że pomimo jego dość żywego temperamentu, w jego dzieciństwie czy młodości niewiele jest sytuacji, w których doszedłby do głosu jakiś przejaw gwałtowności.
Według tego, co mi sam opowiadał, od dziecka miał bardzo żywe usposobienie i na to, co się działo, reagował szczerze i natychmiast, akceptując coś albo wyrażając swoje niezadowolenie. Pomimo jednak tak impulsywnego temperamentu, dzięki przykładowi i wyrozumiałości swoich rodziców, nauczył się nad sobą panować.

W dzieciństwie zdarzyło mu się raz, że gdy podano mu do zjedzenia potrawę, której nie lubił, rzucił nią w kierunku ściany. Od razu jednak podniósł jedzenie i z powrotem je położył na talerz, przerażony, że poplamił tapetę w pokoju. Jego rodzice wobec takiego zachowania się syna, nic nie powiedzieli, ale przez dwa lub trzy miesiące na ścianie widniały brudne plamy, specjalnie przez nich pozostawione. W ten sposób, zawsze gdy je widział, czuł się zawstydzony swoim złym postępowaniem.

Tylko raz pobił się z innym dzieckiem. Opowiadał, że już wtedy zdał sobie sprawę, że takie zachowania do niczego nie prowadzą. Doskonale pamiętał, z kim się bił, kiedy i o co poszło; chodziło o pewnego chłopca, którego inni przezywali „świńskie giczoły” albo „świńskie nóżki”, ponieważ zawsze miał brudne kolana. Gdy wspominał to wydarzenie, tak je zazwyczaj komentował: Nie wiem, czy był jakiś powód, aby tak się zachować. Ale nawet jeśli go wówczas miałem, to utraciłem go już w momencie, gdy z pięściami rzuciłem się na mojego kolegę, ponieważ przemoc nigdy nie ma uzasadnienia. Od tamtej pory pozostało we mnie wielkie rozgoryczenie, które teraz powraca do mnie zawsze, gdy widzę te wszystkie waśnie pomiędzy braćmi; bo wszyscy jesteśmy braćmi.
- Po tych kilku wspomnieniach i opowieściach, co Ksiądz powiedziałby o tym, jaki był wobec innych w tamtych dawnych latach?
Był niezwykle bystry, sympatyczny, wesoły, wspaniałomyślny i łagodny. Z łatwością rezygnował ze swoich rzeczy, aby je oddać innym i sprawić im radość. Z natury posiadał wielki dar łatwego nawiązywania kontaktu z ludźmi i gotowość do służenia im. Obce mu były wszelkie podejrzenia czy urazy, chociaż zdarzały się sytuacje, że odnoszono się do niego bez szacunku i traktowano go źle.

Dzięki przykładowi, jaki otrzymał od rodziców, zawsze wyróżniały go dwie cechy: szczerość i dobre wychowanie. Nigdy nie narzekał, ani nie był w jakikolwiek sposób obłudny. Swojemu aragońskiemu pochodzeniu przypisywał szczerość w wypowiedziach, bez słownych wykrętów, i wytrwałość w realizowaniu tego, co sobie postanowił, czyli tę cnotę, którą zwyczajni ludzie nazywają uporem.

W obcowaniu z innymi był naturalny, wrażliwy i otwarty. Wychowanie, jakie otrzymał w rodzinie, sprawiło, że starał się zawierać znajomości właściwe dla swojego wieku i środowiska. Podzielał zainteresowania i zamiłowania dzieci w swoim wieku, ich sposób bycia i rozmawiania, ich zwyczaje i zabawy. Czasami w obliczu cierpienia Jego spokojne i zrównoważone zachowanie zamieniało się wtedy w gwałtowną i silną reakcję. Na ogół jednak zawsze pogodny wyraz jego twarzy zjednywał mu sympatię kolegów ze szkoły, nauczycieli i sąsiadów. Łatwo zaprzyjaźniał się. Te i inne zalety sprawiały, że jego przyjaciele z dzieciństwa przyznawali mu pewne pierwszeństwo, co było szczególnie widoczne podczas zabawy.

Jego zalety, umiejętności organizacyjne i sympatia, jaką go darzono, sprawiły, że przejawiał skłonność do przewodzenia grupie swoich przyjaciół i swojemu rodzeństwu. Po latach, już w wieku około sześćdziesięciu pięciu lat, wspominał, że nie zawsze lubił bawić się ze swoją starszą siostrą Carmen, ponieważ oboje chcieli przewodzić. Powstawały wówczas krótkie, choć niegroźne sprzeczki rodzinne. Ponieważ jednak oboje mieli także wielkie serca, szybko przezwyciężano je ustępstwem z jednej lub z drugiej strony.

Wspominając czasy swojego dzieciństwa i wczesne lata młodości, mówił, że właśnie wtedy wyryła się w jego duszy wielka potrzeba zajmowania się innymi i szczerej miłości wobec nich – takiej, jaką widział u swoich rodziców. Przypomniał sobie uwagę, którą często powtarzała mu doña María Dolores: „Josemarìo, będziesz dużo cierpiał w życiu, ponieważ w to, co robisz, wkładasz całe serce”. Zapewniam, że to matczyne przeczucie spełniło się.
- Wspomnienia ludzi, którzy przebywali z nim blisko, a przed wszystkim jego pisma, wskazują na to, że był człowiekiem o głębokiej formacji intelektualnej i kulturalnej, której korzenie wywodzą się z rodzinnego domu Escrivów.
Już od wczesnego dzieciństwa z chęcią czytał książki odpowiednie do swojego wieku. Jego ojciec, don José Escrivá, ożywiał w nim to zamiłowanie, zaprenumerował mu tygodnik zatytułowany „Chiquitìn”, który później zmienił tytuł na „Chìquilìn”. Oczekiwał na to czasopismo z dziecięcą ciekawością i napięciem i był bardzo szczęśliwy, gdy jego tatuś przynosił mu je do domu.

W tamtym czasie, choć raczej sporadycznie, przeglądał także dwa inne czasopisma, które czytało się w jego domu: „Blanco y Negro” i „La Ilustración Hispanoamericana”. Jego uwagę zwracały zwłaszcza obrazki i fotografie i zasypywał pytaniami rodziców, a szczególnie ojca don José, co oznaczają, co przedstawiają i o co w nich chodzi. Poza tym od czasu do czasu przeglądał też dziennik „ABC” z Madrytu i „La Vanguardia” z Barcelony, które dostarczano im do domu.

Don José wyjaśniał synowi wszystkie sprawy zawsze bardzo rzetelnie, chcąc rozbudzić w nim zainteresowanie tym, co w przyszłości mogłoby mu pomóc w jego edukacji. W taki właśnie sposób, aby poszerzyć jego chrześcijańskie i kulturalne spojrzenie, starał się również ożywić w nim zamiłowanie do pożytecznych lektur. Od czasu do czasu podsuwał mu, biorąc pod uwagę jego skłonności i zainteresowania, różne książki. Ksiądz Prałat Escrivá wspominał, że któregoś dnia ojciec udostępnił mu - bynajmniej nie zmuszając go do przeczytania - wydanie Don Kichota w siedmiu tomach z ilustracjami, które przeglądał wcześniej będąc małym chłopcem.

Oczywiście, zgłębiał także naukę wiary studiując Pismo Święte i katechizm.


- W okresie studiów, umiejętnie korzystając z wykładów, po zajęciach miał więcej czasu. Poświęcał go na lekturę, która wywarła przemożny wpływ na kształtowanie się jego charakteru
Nie udając nikogo ważnego, zazwyczaj mówił, że nie musi się w domu uczyć ani odrabiać lekcji, ponieważ wystarcza mu to, co mówią nauczyciele, oraz to, czego się nauczył w szkole ojców pijarów w Barbastro.

Także w Logroño z powodzeniem wystarczyły mu jedynie zajęcia lekcyjne i czas, który spędzał w szkole po południu, by odrobić wszystkie zadane lekcje i być wyróżniającym się uczniem. Nawet wymagający profesor, don Calixto Terés, wystawił mu najlepsze oceny z z wykładanych przez siebie przedmiotów, chociaż był znany ze swojej powściągliwości w tym względzie. Nauczyciele zachęcali go do rozwijania zamiłowań i pobudzali go, by zgłębiał różne przedmioty. Po latach wspominał ich cierpliwość i dobre podejście pedagogiczne; pośród innych spraw, opowiadał nam też o tym, jak uczono ich publicznego czytania, w sposób żywy i pociągający dla słuchaczy; w ten sposób nauczył się mówić i wyrażać swoje myśli z przekonaniem i przystępnie.

Przyznał, że jeszcze w Saragossie bardzo wiele skorzystał z wykładów retoryki. Wykorzystał to w późniejszym rozwijaniu swoich umiejętności głoszenia kazań: Nigdy nie improwizuję i nie sądźcie, że dobrzy mówcy czy kaznodzieje mają zwyczaj improwizować. Posiadają na tyle roztropności, aby przewidzieć różne sytuacje i odpowiednio się do nich przygotować. Pamiętam, że miałem pewnego profesora od retoryki, który był człowiekiem powszechnie znanym i podziwianym, szczególnie za swoje improwizacje. Pewnego dnia ośmiu czy dziesięciu alumnów zostaliśmy wraz z nim, rozmawiając o wielu sprawach i wtedy wyjaśnił nam: „Ani razu nie improwizowałem... Kiedy zapraszają mnie w określone miejsce, wiem, że będą proszony, aby powiedzieć parę słów, i dobrze się do tego przygotowuję. Radzę wam, abyście robili to samo”. Ksiądz Prałat Escrivá tę radę zawsze stosował w praktyce: nie interesował go osobisty sukces, ale to, by jego nauczanie zostało przedstawione ludziom w sposób możliwie najbardziej pedagogiczny.
- Również inny rys jego charakteru - zdolność obserwacji - przyczynił się do ukształtowania jego formacji ludzkiej i kulturalnej.
Z lat spędzonych w Barbastro, ze szczególnym uczuciem i wdzięcznością wspominał spacery, na które miał zwyczaj chodzić ze swoim ojcem. Przechadzali się po ulicach miasteczka lub szosą, czy drogą wysadzaną drzewami, które latem chroniły ich przed upałem, a zimą przed silnymi wiatrami Górnej Aragonii.

Don José starł się, aby jego syn był kształtowany przez to, czego nauczy się z książek, a także przez wydarzenia związane z codziennym życiem. W początkach ery lotów samolotowych, gdy przeloty pierwszych aeroplanów trwały zaledwie pięć do dziesięciu minut, w Barbastro odbył się pokaz, w którym pilot na swojej maszynie z powodzeniem wykonał lot, podczas gdy w sąsiednim Huesca nie oderwał się od ziemi. Z powodu specyficznej rywalizacji tych dwóch pobliskich miasteczek, wśród oglądających wywołało to wielki entuzjazm. Ksiądz Prałat Escrivá opowiadał o tym wydarzeniu, podkreślając entuzjazm swojego ojca, który chciał mu z bliska pokazać samolot, aby mógł go dotknąć, i aby mu uświadomić, że z czasem może to być ważny środek transportu. Również ojciec pokazał mu pierwszy samochód, który w początkach wieku krążył po Barbastro.

Wrodzona ciekawość doprowadziła go także do żywego zainteresowania się historią własnej rodziny: skąd pochodzą jego przodkowie, jakie były ich dzieje i czym się zajmowali, ich wzajemne relacje. Poznał ją tak dokładnie, że po wielu latach, kiedy już mieszkał w Rzymie, doskonale pamiętał swoich nawet bardzo dalekich krewnych.

Coraz bardziej pociągała go historia: śledził wydarzenia historyczne, angażując się w nie uczuciowo i nadając im chrześcijański wymiar, coraz głębszy, w miarę jak Pan przenikał i opanowywał jego duszę. Słyszałem, jak mówił, z niezwykłą znajomością szczegółów, na temat sytuacji krajów europejskich przed pierwszą wojną światową, w latach dwudziestych oraz trzydziestych, co dowodzi, że w Logroño i w Saragossie z wielką uwagą musiał obserwować ówczesne wydarzenia historyczne.

Bardzo interesowała go sytuacja krajów, w których rozwijał się katolicyzm. Szczególnie dobrze zapamiętał swoje modlitwy i zaniepokojenie w okresie poprzedzającym uzyskanie niepodległości przez Irlandie, ponieważ chodziło o kraj o długiej tradycji katolickiej. Pragnął dla tej ziemi sprawiedliwego pokoju. Zawsze robiła na mnie wrażenie jego zdolność łączenia wydarzeń historycznych z możliwościami rozwoju Kościoła i jego aktualnym stanem, w jakim się znajdował w różnych miejscach świata.
- Miał wielkie zamiłowanie do literatury i historii. Z książek, jakie czytał, można domyślić się – chociaż czasami wolał nie przytaczać całych cytatów – jego wielkiej zażyłości z Cervantesem,i Quevedo, Tirso czy Calderonem.
Od dwunastu lub trzynastu lat z wielkim zainteresowaniem czytywał klasyków. Ponieważ perfekcyjnie opanował język francuski, wziął się do czytania także wielu dzieł w tym języku, zgodnie ze słuszną radą swoich rodziców, którzy uważali, że ich syn powinien poznawać książki odpowiednie do jego wieku i wykształcenia.

Przeczytał prawie wszystkie powieści Juliusza Verne’a, zafascynowany przygodami bohaterów. Wspominając te lektury mówił, że miał zwyczaj przerzucać te strony, na których francuski autor opisywał przyrodę, i że bardziej go interesowało rozwinięcie tematu, bogactwo językowe, wyobraźnia literacka i wykorzystanie tego, co przeczytał, w życiu codziennym jako tematu do rozmowy i zabawy.

Nieco później z wielką pilnością zabrał się do czytania dzieł z klasycznej literatury hiszpańskiej i z historii, do których zawsze czuł wielkie zamiłowanie. W swojej późniejszej pracy kapłana - dzięki kulturalnemu dziedzictwu, które w tym czasie zaczynał zdobywać – właśnie z dzieł klasyków czerpał przeróżne przykłady, maksymy i porównania, potrafiąc przytoczyć różne powiedzonka oraz całe zdania zapamiętane z książek, które doskonale znał.

W Logroño, oprócz studiowania dzieł hiszpańskich pisarzy klasycznych, zaczął rozczytywać się w literaturze religijnej. Zwłaszcza zaprzyjaźnił się z pismami świętej Teresy od Jezusa, wobec której zawsze przejawiał wielki szacunek, tak ze względu na jej przedsięwzięcia apostolskie w służbie Kościoła, jak i jej duchową drogę powierzenia się Bogu i obcowania z Nim.

W tym czasie przeczytał Calderona de la Barca, Lope de Vega, Fray Luisa de Granada i wielu innych wielkich pisarzy. Niezwykle pociągała go poezja i dzięki swojej niezawodnej pamięci z nadzwyczajną łatwością uczył się na pamięć całych wersetów, które potem cytował. Poznał zarówno wielkich poetów, jak i tych mniej znanych, których utwory ze względu na ich wartość estetyczną zaliczał do nieudolnych czy nawet bardzo słabych, ale które pomagały mu w rozmyślaniach, w głoszeniu kazań i w kierownictwie duchowym.

Spośród wielu dzieł poruszały go Cantigas Alfonsa X Mądry, które zawierają wątki ludowych podań i legend o różnych duszach, które pragnęły być blisko Boga. Zachwycało go Miłosierdzie Boga, który z wielką hojnością nagradzał ludzkie wysiłki.

Jego naturalne upodobania do studiów humanistycznych oraz nauka, jaką otrzymał w Logroño, pomogły mu rozwinąć głębokie zamiłowanie do literatury i historii. Wspominał także mądrość i przejrzystość, z jaką prowadził swoje lekcje z etyki i podstaw prawa, z psychologii i logiki wspomniany już ksiądz Calixto Terés.
- Później natomiast, całkowicie poświęcił się studiom nauk teologicznych, do których nieustannie powracał.
Nie zaniedbywał ani lektury pisarzy klasycznych, ani książek z dziedziny wiedzy religijnej, wykorzystując bezsenne noce, a nawet krótkie chwile – na przykład dziesięciominutowe przerwy pomiędzy jednym zajęciem i drugim. Był wielkim miłośnikiem traktatów z teologii dogmatycznej. Pociągała go także patrystyka, z którą zapoznał się już we wczesnej młodości i z której tak chętnie czerpał w swoim nauczaniu.

Jedną z rad, jakich udzielał kapłanom, było to, aby przygotowując swoje kazanie, korzystali z tekstów Pisma Świętego i Ojców Kościoła. Zachęcał ich też do korzystania z literatury pięknej, aby mogli odnosić do codziennej rzeczywistości życia duchowego to, co zostało napisane w celu popularyzacji lub z czysto estetycznym zamiarem.

W chwilach odpoczynku lubił czytać biografie świętych, aby dogłębnie poznać ducha, jakim żyli. Nigdy nie widziałem, aby przeszedł obojętnie nad którąś z tych książek. Ponadto, jeśli były dobre z punktu widzenia duchowego, historycznego, literackiego, polecał je innym osobom, by zapoznali się z nimi, poznając życie tych, którzy całkowicie poświęcili się służbie Bogu.

Chciał, aby lepiej poznano życie świętych czczonych przez Kościół i często podpowiadał swoim dzieciom dziennikarzom, mającym dobre pióro, aby pisali artykuły o konkretnych świętych, by w ten sposób upowszechnić ich przykład.


- Innym jego zamiłowaniem była architektura.
W czasach Logroño wielokrotnie mówił rodzicom o swoim pragnieniu zostania architektem, zwłaszcza że z wielką łatwością przyswajał sobie matematykę i rysunek. Faktycznie, kiedy wracał pamięcią do czasów studenckich, wspominał, że bardzo lubił zajęcia z matematyki i że otrzymywał z niej bardzo dobre oceny.

Wykazywał również duże zdolności w rysunku, zarówno w artystycznym, jak i technicznym. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak ze zdumiewającą łatwością i szybko interpretował plany. Żartował sobie mówiąc, że ma kamicę, zatem, by rozwijać dzieło Opus Dei na świecie, musi inicjować różne budowy. Widziałem go, jak wraz z architektami pracował nad projektami, sugerując, aby jeszcze lepiej uchwycili to, czego sobie życzył. I wielokrotnie, mając wielką wizję przyszłości, miał przed oczyma te budowle, nie dysponując nawet wstępnym projektem. Później, we właściwym czasie, potrafił wyrazić swoją koncepcję w krótkim zarysie, w taki sposób, że architekci mogli ją doskonale przełożyć na projekty techniczne.

Swoje zamiłowanie do architektury wykorzystywał przy okazji podróży w różne miejsca. Oceniał przydatność i piękno oglądanych budowli i czerpał z nich nowe pomysły dla projektów budynków przeznaczonych dla dzieł apostolskich, zwracając uwagę nawet na najmniejsze praktyczne szczegóły.

Byłem także świadkiem jego apostolskiej gorliwości w tej dziedzinie; wielu sławnym architektom – którzy otrzymywali poważne zlecenia od Rządu czy wielkich korporacji – zalecał, aby wykonując plany mieli na względzie wielką odpowiedzialność, jaką ponoszą za rozwój rodziny w sensie chrześcijańskim. Cierpiał oglądając ogromne blokowiska, z małymi mieszkankami, w których gnieździło się wiele osób. Sprzeciwiał się wszelkim rozwiązaniom, które naruszały intymność rodziny, a małżeństwa zmuszały do ograniczania liczby dzieci, stawiając je wobec poważnego niebezpieczeństwa sprzeciwiania się prawom Bożym.


- Jak najkrócej mógłby Ksiądz Biskup podsumować charakter i osobowość księdza Prałata Escrivy.
Był osobą zdecydowaną, odważną, wyrozumiałą i wielkim optymistą. Zawsze działał w sposób odpowiedzialny, wspaniałomyślny, pełen zapału wobec dusz, ale był nieustępliwy, jeśli chodziło o wierność doktrynie wiary, i święcie ustępliwy w odniesieniu do ludzi. To człowiek nieustannej pracy, szczery, lojalny i wypróbowany przyjaciel. Wobec każdego, nie robiąc żadnej różnicy, okazywał ducha pełnego oddania, odwagi i miłości.

Do tej charakterystyki trzeba dodać cechy właściwe dobremu kapłanowi. Był pobożny, kulturalny, wykształcony, identyfikujący się ze swoją posługą. Wielki kaznodzieja i kierownik duchowy; gorliwy, umartwiający się, oderwany od siebie samego i swoich zajęć. Opanowany, posiadający nadprzyrodzone spojrzenie; pokorny, pełen pasji w tym, co dotyczy Boga, Najświętszej Dziewicy, Papieża i Kościoła. Posłuszny, utwierdzony w doktrynie, praktykujący cnoty teologalne i kardynalne, każdego dnia coraz bardziej kochający swoje powołanie, które pozwalało mu zbliżać się do Pana i przez Pana do dusz.

Miał gorący temperament i myślę, że zauważało się to szczególnie, kiedy mówił o Najświętszej Maryi Pannie lub gdy przedstawiał swoją nadzieję na widzenie Boga twarzą w twarz. Cała jego istota tchnęła radością kogoś, kto z pewnością otrzyma skarb, ponieważ jego Ojciec już mu go przygotował. Pełne wyrazu było jego głębokie spojrzenie, jasne i pewne; przemawiał również do innych swoim tonem głosu, przekonującym, ciepłym, dającym prawie namacalne bezpieczeństwo; swoimi gestami, pozwalającymi przeczuwać owo zjednoczenie z Bogiem, w którym miał już udział.

Potrafił zapanować nad swoją skłonnością do podejmowania szybkich decyzji – wynikającą z przenikliwości i ostrości swojego umysłu – aby nie pognębiać innych. Byłem świadkiem cierpliwości, z jaką całymi latami formował nas, którzy byliśmy zgromadzeni wokół niego, licząc się z możliwościami i wadami każdego z osobna, szanując nasz sposób bycia, nie domagając się od nikogo, aby dostosowywał się do jego upodobań czy sposobu pracy.

Właśnie dlatego, że był obdarowany wielką wrażliwością charakteru i miał szczególny umysł, dostrzegał znaczenie i transcendencję wydarzeń, które działy się wokół niego, w środowisku Kościoła lub w społeczeństwie. W obliczu tych wydarzeń nigdy nie tracił nadprzyrodzonego spojrzenia; zachowywał spokój, szanując innych, niczym się nie niepokojąc i starając się pomagać tym, którzy mieli jakieś trudności. Zachęcał nas do walki ze słabościami, ponieważ jak mawiał: Z mięczakiem nic nie da się zrobić. Ale w swoim zapale był niezwykle naturalny i ludzki.

Przez to, że praktykował ducha wyrzeczenia, bardzo trudno było nam zorientować się w jego upodobaniach. A kiedy próbowaliśmy odgadnąć, co mogłoby mu sprawić przyjemność, by mu to ofiarować, niczego nic chciał przyjąć, dobrowolnie rezygnując z możliwego udogodnienia. To nie znaczy, że był jakimś mrukiem; wręcz przeciwnie, w bardzo miły sposób okazywał swoją wdzięczność, jednakże powtarzał: Non veni ministrari sed ministrare! („Nie przyszedłem, aby mi służono, lecz aby służyć”; por. Mt 20,28).

Nieustannie ćwiczył się w oczyszczaniu swoich uczuć. Starał się być uprzejmy, czuły, życzliwy, uważny na potrzeby innych, szczególnie swoich córek i synów. Stanowczy charakter, jaki otrzymał od Pana, służył mu do wytrwałego podejmowania walki ascetycznej i zachęcania do niej innych, jednakże bez naprzykrzania się komukolwiek. Nie krył swojego silnego temperamentu, który często sprawiał, że dużo wymagał od siebie i od innych. Wypływało to jakby z samej jego natury. Ale walczył o czystość intencji: Pan posługiwał się także moim „caratteraccio” (charakterkiem) – stwierdzał z humorem – aby rozwijać Opus Dei.

  1   2   3   4   5   6   7


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość