Strona główna

Rozdział XLIV zwycięstwo idei ks. Markiewicza I ogólne uznanie jego pracy wychowawczej. Rozwój szkoły rzemiosł


Pobieranie 33.77 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar33.77 Kb.


ROZDZIAŁ XLIV

Zwycięstwo idei ks. Markiewicza i ogólne

uznanie jego pracy wychowawczej.

Rozwój szkoły rzemiosł
Walka klasowa – wywołana w Galicji, jak zresztą w całej Europie, przez szerzący się socjalizm – obudziła wreszcie społeczeństwo polskie z dłuższego letargu i zwróciła uwagę na grożące niebezpieczeństwo. Socjalizm wyciągnął wyraźnie rękę po lud, czynił mu daleko idące obietnice i ujmował się gorąco za jego prawdziwymi czy rzekomymi krzywdami. Religię nazywał „rzeczą prywatną" i zostawiał ją na pozór w spokoju, ale za to zwalczał, przy każdej sposobności, jej stróża: Kościół i duchowieństwo. Nawet wyraźne bezbożnictwo zaznaczało się w teoriach socjalistycznych.

Wobec takiego programu twórców nowego ładu społeczeństwo nie mogło pozostać obojętne. Wszyscy zrozumieli konieczność pracy społecznej. Aby położyć tamę agitacji bezbożnictwa, uznano potrzebę zbliżenia się do ludu; postanowiono przyjrzeć się z bliska jego doli, usunąć nadużycia, naprawić krzywdy i zająć się krzewieniem oświaty ludowej. Słowem, uznano, że czas najwyższy powiedzieć szarym masom, jaka jest ich rola w życiu gminy, kraju, państwa, Kościoła, jakie mają względem nich obowiązki i jakich korzyści i opieki mogą żądać dla siebie.

W takich warunkach zakłady ks. Markiewicza urosły naraz w oczach duchownych i świeckich. Nawet ci, którzy do niedawna te zakłady lekceważyli i patrzyli na nie obojętnie lub nawet niechętnie, zmienili zdanie i zaczęli się odnosić do nich życzliwie i z uznaniem.

„Dziennik Poznański" pisał w tym czasie o zakładach ks. Markiewicza jako o ważnej instytucji społecznej. „Czas" krakowski unosił się w pochwałach dla Miejsca Piastowego i zbierał datki na jego zakłady.

Ks. biskup Pelczar nie tylko sam przysyłał hojne ofiary na zakłady w Miejscu Piastowym, ale i polecał je swoim kapłanom na różnych zebraniach dekanalnych i na synodzie w Przemyślu, a także w kronice diecezjalnej „Echo". W życzliwości swojej dla zakładu poszedł tak daleko, że polecił osiąść na stałe w Miejscu Piastowym jednemu z kapłanów, ks. Markiewicza, ks. Fr. Kołodziejowi, pod warunkiem, że otrzyma pozwolenie od swego ordynariusza na przesiedlenie się z Ameryki do Polski. Powrót jednakże ks. Kołodzieja nie doszedł do skutku. Za to nieco później ks. Józef Machała otrzymał zwolnienie ze swej diecezji w Ameryce i przeniósł się na stałe do Miejsca Piastowego.

Płynęły także hojniejsze ofiary na zakłady ks. Markiewicza od władz i pierwszych osób w kraju. Nawet rada państwa w Wiedniu zwróciła na nie uwagę i w dowód uznania dla pracy ks. Markiewicza na polu wychowawczym uchwaliła dla niego 20 tysięcy koron. Za tę samą pracę cesarz Franciszek Józef posyła mu z okazji jubileuszu „Zloty Krzyż z Koroną". Starosta krośnieński udekorował nim ks. Markiewicza wobec całego zakładu i licznej publiczności ze wsi i okolicy, nie – jako proboszcza, lecz jako dyrektora zakładu i opiekuna sierot.

Tak więc dzieło ks. Markiewicza siłą wypadków dziejowych wysunęło się na widownię i stawało się głośne w kraju i za granicą. Bo stała się istotnie rzecz dziwna! Jak w czasie pożaru matka ratuje przede wszystkim dzieci i unosi je w bezpieczne miejsce, jak podczas katastrofy na morzu rozbrzmiewa ogólny okrzyk: pierwsze miejsca na łodziach ratunkowych dla dzieci! – tak wobec bezbożnej i wywrotowej propagandy sumienie społeczeństwa zwróciło główną uwagę na młodzież i na dziatwę opuszczoną i gorączkowo zajęto się ich losem i bezpieczeństwem. Nie tylko w kraju powstaną liczne fundacje na zakłady sieroce, które ofiarowują ks. Markiewiczowi już to osoby prywatne już to rady powiatowe, ale i z Warszawy, z Lublina, a nawet z dalekiego Mohylewa proszą go kapłani i ludzie świeccy o radę i pomoc w ludziach dla urządzenia zakładów sierocych.

Ks. Markiewicz ubolewał nad tym, że nie może być wszędzie, gdzie go wzywano, ale cieszył się serdecznie, że sumienie polskie się obudziło, i że potrzebę akcji społecznej, do której on nawoływał od lat całych, zrozumiały wreszcie wszystkie warstwy społeczeństwa polskiego i pragnęły prowadzić ją po Bożemu. Modne bowiem wówczas „gniazda sieroce", powołane do bytu w niektórych powiatach, uwzględniały głównie stronę materialną dziatwy sierocej i nie cieszyły się uznaniem ani zaufaniem ogółu. Społeczeństwo katolickie żądało dla dzieci opuszczonych „chleba i nieba" i dlatego zwracało swe oczy na zakłady w Miejscu Piastowym, prosząc ks. Markiewicza, by takie same otworzył w różnych częściach kraju, albo już istniejące zakłady wziął pod swój zarząd i opiekę.

Donosiło tym wszystkim ks. Markiewicz swym kapłanom w Ameryce. Pisał między innymi: „Wypadki na świecie zwracają uwagę ludzi na konieczność naszych zakładów. Panowie świeccy z każdym dniem więcej je cenią. Dzienniki piszą pochlebnie o nas. «Czas» krakowski w numerze swoim z 5 stycznia 1905 opisuje z wielkimi pochwałami nasze zakłady w Miejscu Piastowym i w Pawlikowicach, i o członkach Towarzystwa Powściągliwość i Praca wyraża się bardzo pochlebnie. «Dziennik Poznański» w numerze 14 z 18 stycznia 1905 również nasze zakłady pochwala i stawia je na pierwszym miejscu w walce z socjalizmem".

„Dziś otrzymałem pismo od konsystorza biskupiego w Przemyślu, w którym mnie zawiadamiają, że ks. biskup Pelczar kazał wysłać dla zakładu w Miejscu Piastowym 700 koron z pieniędzy zebranych na pogorzelców".

„Opinia nasza w Polsce w tych ostatnich czasach bardzo się podniosła, do tego stopnia, że w organach niedawno nam przeciwnych jak np. w «Czasie» krakowskimi «Echu Przemyskim» osoby wpływowe złożyły na zakłady w Miejscu Piastowym i w Pawlikowicach kilkaset koron, a sam ks. biskup Pelczar przysłał nam 200 koron. Na zebraniu Związku Katolickiego, na którym był obecny i p. Jan Trzecieski, nazwał nasz zakład najlepszym zakładem w kraju”.

„Sprawa nasza u ks. biskupa stoi świetnie. Kazał na synodzie drugim, przy końcu sierpnia odprawionym w Przemyślu, czytać moje pismo i pochwalał zasady przeze mnie w nim bronione, a osobliwie nawiedzanie parafian i kolędę. Potem w dwukrotnym przemówieniu gorąco polecał zakład w Miejscu Piastowym, a nawet polecenie to wydrukował w statucie synodalnym”.

„W zakładach naszych widać nadzwyczajną opiekę Bożą. Bóg sam raczy dawać wskazówki na drodze nadprzyrodzonej. Wypadki światowe wysuwają nas na czoło społeczeństwa, mamy bowiem w ręku sprawę najwięcej piekącą".

„Popierają nas hr. Potoccy i urzędnicy rządowi z lekarzami krakowskimi. Przeważna część panów świeckich więcej interesuje się nami; np. w tym tygodniu trzy partie zapowiedziały do nas przyjazd i naradzają się, jakby nas poprzeć”.

„Księża z Warszawy i spod zaboru rosyjskiego radzi by nas mieć w różnych miejscowościach tamże. Niedawno był z Warszawy ojciec duchowny seminarium tamtejszego. W tych dniach będzie bliski krewny arcybiskupa. Jutro będzie delegat wydziału krajowego, aby nam pomóc do subwencji".

„Przedwczoraj nawet arcyksiążę z Żywca zapytywał się przez swego sekretarza, kapitana Skalskiego, pod czyim adresem ma przysłać datki pieniężne. Jutro spodziewamy się od niego daru".

„Zakłady nasze rosną pod każdym względem. Pan Bóg nam błogosławi. Zewsząd nas zapraszają do objęcia lub założenia nowych domów sierocych. W Galicji wschodniej ofiarowano nam w ostatnich dwóch miesiącach 5 zakładów, między innymi zakład w Drohowyżu, a w Rosji – 2 zakłady. Odpisałem im, że przyjmiemy, skoro sobie wyrobimy majstrów obeznanych ze swoim fachem. Do Mohylewa, stolicy metropolity wszechrosyjskiego, poślemy może już w sierpniu 2 naszych członków, bo żądają z samej katedry, skąd wychodzą księża na Białe Morze, Kaukaz, Kamczatkę i Syberię".

„Pięć sióstr naszych ma już gotowe paszporty do Rosji, aby w Lublinie pomagać ks. profesorowi Kłopotowskiemu w wychowaniu sierot-dziewcząt i w prowadzeniu domu zarobkowego".

,,W Skomorochach (pod Stanisławowem) otwieramy nowy zakład. Jadą tam brat Walenty Pomykało z towarzyszami; hrabina Mycielska ofiarowuje dom z parkiem i ogrodem na ten cel i 230 mórg pszenicznej ziemi". A nieco później o tym samym: „Ks. Machała

w imieniu naszego towarzystwa podpisał z Pomykałą umowę z p. hrabiną Mycielską w Nowych Skomorochach, która zapisała towarzystwu folwark z 230 morgami bardzo żyznej ziemi. Jest to w powiecie Rohatyńskim. Warunek taki, aby wychowywać tamże przynajmniej 50 dzieci polskich".

„Zabieramy się do założenia czwartego zakładu pod Wadowicami. Pan radca sądu krajowego, Sypowski, kupuje za 50 tysięcy koron dwór w tym powiecie dla nas. Ludzie z każdym dniem więcej czują potrzebę naszych zakładów. Nikt otwarcie nie śmie teraz wygadywać na nas, zwłaszcza że rząd nas popiera. "Tylko pokątnie i po kryjomu czasami dostaniemy jeszcze «szturchańca» ad maiorem Dei gloriam".

„Dziś przysłał biskup z Koszyc proboszcza ze swojej diecezji, aby się przypatrzył urządzeniom naszych zakładów. Bardzo prawdopodobnie sam biskup koszycki nas odwiedzi. Rad by mieć u siebie zakład według naszego systemu".

„Dzieci w obu zakładach tutejszych budują wszystkich swoim zachowaniem. Wypalamy cegłę na zakład żeński, na sto dziewcząt, który stanie na polu kupionym od p. Trzecieskiej. Dom dla dziewcząt stanie naprzeciw zakładu męskiego po prawej stronie drogi do Rymanowa”.

„Niemcy, Czesi, Słowacy i Węgrzy piszą o nas z wielkim uznaniem, tudzież polskie pisma. «Słowo Polsce» we Lwowie, organ wszechpolaków, poparł nas dzielnie jednym artykułem przychylnym naszemu towarzystwu. Ofiarność tedy ze wschodniej Galicji znacznie się podniosła. Nawet Zydzi i Rusini przysłali ofiary, którym natychmiast podziękowałem listownie". „Najwięcej zaś cieszę się ludźmi, którzy w zakładach pracują, i którzy z zakładów wyszli i w świecie zajmują zaszczytne stanowiska. Powiada Bolesław Prus (Głowacki), powieściopisarz i literat, zaraz po Henryku Sienkiewiczu na drugim miejscu stawiany, iż Polacy zbytnio wielbią poetów, czyniąc ich patriotami największymi i czcząc ich jako świętych, tymczasem największymi patriotami są wychowawcy charakterów bohaterskich. Myśmy chcieli być takimi. I rzeczywiście w tym utrafił. Tak bowiem jest istotnie. Wychować jednego bohatera i świętego jest większym szczęściem dla narodu, aniżeli zbudować

gmachy wspaniałe i utrzymywać w nich tysiące młodzieży małego ducha".

„Zakłady rosną. W Miejscu Piastowym obecnie w zakładzie męskim jest 200 chłopców, a w żeńskim, mieszczącym się w 5 chatach – 50 dziewcząt. Obecnie zbierają na budynek obszerny. W Pawlikowicach jest 170 osób, w Skomorochach – 10 w internacie, a 42 dochodzących dzieci. Jest to przedsiębiorstwo uciążliwe, a jednak idzie naprzód. Trzeba przede wszystkim w nim wielkiej wiary i wielkiej ufności w Opatrzność Boską. I to ludzie podziwiają jako rzecz niezwykłą i dla nich niepojętą. Gdy będzie świętość życia, wtedy będą i cuda. Prośmy w memento codziennym o świętych w gronie naszym – a ilekroć przychodzi oratio libera, bierzmy 8-mą, przy końcu Mszału umieszczoną «pro familia et congregatione». Bez świętości nie ma co starać się o zatwierdzenie kościelne zgromadzenia. Teraz częstą spowiedzią łatajmy nasze niedołęstwo duchowe i pokorą okazywaną w chętnymi cichym przyjmowaniu pogardy ze strony świata pochodzącej..."

Ten podziw, powszechne uznanie i wzrost dzieła ks. Markiewicza były dla niego niemałą satysfakcją w tych latach; były najlepszym dowodem, że choć zgromadzenie św. Michała Archanioła nie było jeszcze faktem dokonanym, nie otrzymało na razie uznania i zatwierdzenia władz duchownych, zwycięstwo idei zostało przy nim. Dawni klerycy ks. Markiewicza rozjechali się po świecie i kończyli swe studia teologiczne we Lwowie, w Rzymie, w Dalmacji, w Baltimore, Detroit, Montrealu, w Ameryce Północnej, albo pracowali już jako kapłani na emigracji. Ale cel zgromadzenia, wychowanie ubogiej młodzieży, zyskiwał uznanie wszystkich warstw społeczeństwa.

Ks. Markiewicz nie robił wyrzutów nikomu. Cieszył się jednak tym, że wreszcie zrozumiano potrzebę wychowania dziatwy sierocej i do tej pracy gorliwie się zabrano. „Wielu myśli – pisał wtenczas do jednego z przyjaciół – że możemy żyć dzisiaj życiem dawnym sprzed lat 50-ciu. Sądzą, że wystarczy tak pracować w winnicy Pańskiej jak się pracowało wtedy, gdy nie było na świecie fabryk. Przepadło! już do końca świata fabryki nie ustaną, ale jeszcze się wzmogą. A zatem ubodzy robotnicy będą poza domem przez cały tydzień i nie będą mogli sami zająć się wychowaniem dzieci swoich. Musimy zatem, my i pokrewne nam towarzystwa, zaopiekować się nie tylko sierotami, ale i dziećmi opuszczonymi przez własnych rodziców".

„I do tej pracy spieszyć się nam trzeba – mówił innym razem –Periculum in mora. W programie wrogów Kościoła Bożego leży: zagarnąć młodzież w swoje ręce! Dziś pracują nad tym w szkołach średnich i uniwersytetach, a nawet w niektórych szkołach ludowych. Wkrótce wymyślą fundusze, aby dać schronienie także dziatwie opuszczonej i tak, zyskując jej zaufanie, zaprzęgną ją do swoich celów. Na to nie można pozwolić – tak ze względu na zbawienie wieczne tej dziatwy, jak i na bezpieczeństwo narodu. Taki będzie wkrótce naród, jaką sobie wychowamy młodzież. Dzisiejszy «Jaś» to jutrzejszy «pan Jan». Dzisiejsza biedna sierota to może jutrzejszy «działacz społeczny», który pamiętać będzie przez całe życie, kto go w opuszczeniu przytulił, nakarmił i ogrzał – i który nie zapomni również nigdy, kto go minął na drodze życia twardy, zimny i obojętny".

Przed kilku laty miał ks. Markiewicz do tej zbożnej pracy 50 młodych, pełnych zapału i poświęcenia ludzi. Byli to dawni klerycy i bracia, którzy związawszy się samorzutnie ślubami zakonnymi, postanowili żyć z ks. Markiewiczem w powściągliwości i pracy i za jego przykładem poświęcić całe swoje życie wychowaniu ubogiej młodzieży. Później z tej karnej i dobrze zorganizowanej armii pozostała na miejscu nieduża garstka. Ale ta garstka to weterani, gotowi pracować za 50-ciu. Przy ich pomocy nie tylko prowadził ks. Markiewicz zakłady w Miejscu Piastowym i Pawlikowicach, ale otwierał nowe, a niektórych z tych członków towarzystwa wysyłał za granicę do Królestwa, aby wraz z innymi przyjaciółmi dziatwy ubogiej zakładać i tam domy sieroce pod hasłem powściągliwości i pracy.

Brak własnych kapłanów i zatwierdzenia krępuje ks. Markiewicza i nie pozwala rozwinąć dzieła według reguły św. Jana Bosko, którą przyjął za swoją. Młodzież, żądna nauki, nie mając widoków na kapłaństwo w Miejscu Piastowym, nie garnęła się do zakładu tak licznie jak dawniej, a co gorsza, wielu zdolnych i obiecujących młodzieńców po skończeniu studiów wycofywało się z pracy wychowawczej i odchodziło. Lecz ks. Markiewicz tym się nie zrażał. „Dzieło Boże nie zależy od ludzi – mówił wtenczas – Gdyby było inaczej, Pan Jezus zamiast kilkunastu prostych rybaków byłby zebrał całe legiony uczonych Żydów i pogan, aby budowali Kościół Jego i nieśli narodom światło wiary. Mógł to łatwo uczynić. Najlepszym tego dowodem – Szaweł. Tymczasem wybrał sobie «głupstwa świata» i tych wysłał z władzą, «aby nauczali wszystkie narody», aby obalili wszechpotężne pogaństwo, a na jego gruzach zatknęli Krzyż, znak nowego porządku i nowej ery". Wierzył ks. Markiewicz, że gdy przyjdzie stosowna chwila, Pan Bóg wzbudzi sobie z kamienia synów Abrahamowych. Był obojętny na to, czy ta chwila przyjdzie za jego życia czy później. Ale był przekonany, że przyjdzie, i tym się radował w duchu i pracował dalej z niezmąconym spokojem i niewzruszoną nadzieją.

Napotykając chwilowe trudności w wychowaniu duchowieństwa dla swego zgromadzenia, zwracał więcej uwagi w tych latach na warsztaty i naukę rzemiosł, aby je postawić na wysokości zadania. W tym celu wysłał kilku oddanych sobie ludzi fachowych na kursy rzemieślnicze za granicę: Kazimierza Wilkowskiego do Wiednia – na kurs ślusarski; Rocha Pownuka do Gera w Turyngii – na, kurs introligatorski, jeszcze innego na kurs krawiecki do Drezna w Saksonii, skąd powrócili z dyplomami i urządzili warsztaty na większą skalę. Pisze o tym ks. Markiewicz z entuzjazmem do jednego ze swych wychowanków w Ameryce: „Zakłady nasze w Miejscu i w Pawlikowicach rosną i rozwijają się; w Miejscu mamy mistrza ślusarskiego, który roku zeszłego skończył kurs we Wiedniu na koszt ministerstwa handlu; mamy mistrza krawieckiego, który skończył kurs w Dreźnie, w Saksonii; mistrza introligatorskiego, który skończył kurs w Gera, w Turyngii. Wszyscy trzej pracują teraz w Miejscu".

A że na przeszkodzie do pełnego rozwoju zakładów stał brak odpowiedniego pomieszczenia, rozpoczął w r. 1907 budowę gmachu przeznaczonego na szkołę rzemiosł i warsztaty.

I znowu bez funduszów, bez stałych środków do wyżywienia setek dzieci powstaje kosztowny gmach, bo obliczony na sto tysięcy koron. Był on w planie już dawno. Miał być budowany zaraz po pożarze domu drewnianego w r. 1904, ale ciężkie lata na to nie pozwoliły. Teraz budowa postępowała szybko, bo już przy końcu roku gmach był pod dachem. Więcej trzeba było czasu na wykończenie wewnętrzne, bo dopiero pod koniec r. 1909 budynek był na tyle urządzony, że zaczęto przenosić tam warsztaty. Odtąd kipiało w tym domu życie i praca od rana do wieczora. Młyn motorowy dla użytku zakładu i okolicy, obszerna ślusarnia i kuźnia, stolarnia, koszykarnia, warsztaty – szewski i krawiecki, a przede wszystkim warsztat wyrobów skórzanych i introligatornia roiły się od młodzieży, która poza szkołą spędzała czas pożytecznie przy warsztatach, ćwicząc się w gałęzi rzemiosła, która jej najwięcej przypadała do smaku, do której ich pociągała wrodzona skłonność i upodobanie.

Nieco później otrzymał ks. Markiewicz także koncesję na drukarnię. Maszyny, czcionki i inne urządzenia drukarskie sprowadzono z Wiednia kosztem 10 tysięcy koron. Opatrzność Boża przysłała mu także sumiennego drukarza w osobie p. Stanisława Trojana, który okazał się nie tylko zdolnym instruktorem młodzieży przeznaczonej do drukarni, ale i najlepszym wychowawcą w duchu ks. Markiewicza. Miał on swoją rodzinę i swoje troski, ale zakładowi i młodzieży tak był szczerze oddany, jak gdyby należał od wielu lat do zgromadzenia.

O własnej drukarni marzył ks. Markiewicz od dawna. „Musimy mieć własną drukarnię i to w najkrótszym czasie – mówił pewnego dnia – Prasa katolicka musi posiadać swoje drukarnie i swoich drukarzy. Inaczej będzie zdana na łaskę i niełaskę wrogów Kościoła. Dopóki czynniki wrogie religii trzymać będą w swoich rękach wszystko, co się odnosi do drukowania, prawda, która im się nie podoba, nie ujrzy nigdy światła dziennego. Nawet uczciwy nasz dotychczasowy drukarz musi mieć widocznie u siebie zecera niewierzącego, który co chwila «diabliki» do naszej «Powściągliwości» wprowadza".

I nie zaniedbywał ks. Markiewicz niczego, aby zamiar swój doprowadzić do skutku. W r. 1910 po dłuższych staraniach otrzymał koncesję na drukarnię, ale gorzej było z nabyciem potrzebnych maszyn. „Podaliśmy do ministerstwa handlu – pisze do ks. Kołodzieja w tym czasie – aby nam darowało z funduszów państwowych kilka maszyn potrzebnych do warsztatów w Miejscu Piastowym i Pawlikowicach, a osobliwie maszynę drukarską. Jeszcze 3 miesiące mamy czasu, aby wykonać koncesję na drukarnię. Gdybyśmy w przeciągu 6 miesięcy po otrzymaniu koncesji nie zdołali otworzyć drukarni, wtedy koncesja by nam wygasła. Ufam w Opatrzność Boską, iż przed 1 grudnia zaczniemy drukować".

Nie wiemy, jaki był skutek prośby do ministerstwa handlu, ale wiemy, że Opatrzność Boża go nie zawiodła. W miesiąc potem pisze do tego samego księdza: „Maszynę drukarską kupiliśmy we Wiedniu. Był po nią Karol Wilkowski i nasz drukarz, Stanisław Trojan. Nadejdzie dopiero za trzy tygodnie, a z nią przyjedzie monter firmy «Angerer». Tymczasem czcionki, które już mamy w domu, będą się układać w tak zwanych «kasztach». Może dopiero numer listopadowy naszej gazetki wyjdzie z drukarni naszej. Październikowy drukuje się jeszcze w Krośnie".

I wyszedł pierwszy numer gazetki „Powściągliwość i Praca" z drukarni zakładowej w listopadzie r. 1910. „Deo gratias! – rzekł wzruszony ks. Markiewicz, gdy mu podano gazetkę odbitą we własnej drukarni zakładowej – Bóg dobry i tę łaskę jeszcze nam dodał".

„Już teraz mają wszystko w zakładzie – powiedział pewien dowcipniś na wsi – brakuje im tylko maszyny do robienia pieniędzy. A przydałaby się im bardzo!” – „Dopóki żyje ks. Markiewicz, nie trzeba im takiej maszyny – odpowiedział jeden ze starszych gospodarzy Miejsca Piastowego – jego modlitwa więcej może, niż maszyna do robienia pieniędzy. Przez 18 lat patrzę na to, co się tutaj dzieje i nie mogę tego inaczej nazwać, jak cudem Opatrzności Bożej. Gdy w pierwszych latach otoczył się ks. proboszcz gromadką chłopców na plebanii, wielu z nas mówiło sobie: to nic! pójdą sobie jak przyszli, gdy tylko zabraknie im bobu w spichlerzu i żyto się skończy! Tymczasem patrzcie! Bobu im wprawdzie zabrakło, ale za to przyszła wagonami fasola, groch i kasza; wymieciono ostatnią garść żyta ze spichlerzy, ale w to miejsce przyszły koleją pełne wory najlepszego zboża... i to powtarza się przez lata całe.



Pamiętam – ciągnął dalej gospodarz – jak jednej wiosny przyszedł wagon z żytem na stację do Iwonicza. W zakładzie radość, bo już podobno przez kilka dni chleba nie było. Ale cóż? Żyta nie wolno ruszyć, dopóki przewóz nie będzie zapłacony, a brak było 200 reńskich na opłacenie «frachtu». Już kilku u nas zmówiło się, aby pomóc chłopcom zwieźć zboże, gdy dano nam znać, że aż jutro, bo dziś pieniędzy nie ma na opłacenie frachtu. «A jutro będą?» – zapytał chłopca mój sąsiad z pewnym niedowierzaniem. «Ks. rektor powiedział, że będą, to będą! O 9-tej pójdę na pocztę, to zobaczą panowie, że będą» – rzekł chłopiec, pewny siebie, i pobiegł do zakładu. Ciekawy byłem, jak dzieciak, czy to się rzeczywiście spełni. Na drugi dzień rano zatrzymałem się umyślnie o 9-tej przy kościele, aby zobaczyć, jak chłopiec będzie wracał z poczty. Patrzę, idzie, ale gdzie tam idzie, pędzi jak wiatr, cały rozpromieniony. Gdy mnie zobaczył, krzyknął z daleka: «Są!» • «Ile?» – zawołałem... «Tyle akurat, ile potrzeba!» – i wpadł do plebanii. Przeżegnałem się i poszedłem zaprzęgać konia. Poczta przyniosła równe 200 reńskich na opłatę frachtu".


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość