Strona główna

Sąd nie chce pomnika ofiar komunizmu


Pobieranie 92.19 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar92.19 Kb.

Sąd nie chce pomnika ofiar komunizmu

Przemysław Jedlecki

Władze Bytomia chcą przed Sądem Rejonowym postawić pomnik Ofiar Terroru Komunistycznego. Sędziowie nie chcą się jednak na to zgodzić. Tłumaczą, że pomnik w tym miejscu może zakłócić pracę sądu i zagrażać jego pracownikom


Na pomysł uczczenia mieszkańców Bytomia, którzy cierpieli w 1945 roku po wkroczeniu do miasta Rosjan, wpadli 10 lat temu działacze Towarzystwa Miłośników Bytomia. Uznali, że górnikom, których przymusowo wywożono na Wschód do pracy w kopalniach węgla i uranu, należy się pamięć i szacunek. Jednak TMB i lewicowe władze miasta nie potrafiły się dogadać, gdzie pomnik powinien stanąć. TMB chciało, by znalazł on miejsce przed Sądem Rejonowym. Sędziowie nawet zgodzili się, ale miejscy urzędnicy woleli cmentarz. W efekcie gotowa, odlana z brązu tablica wciąż jest przechowywana w Muzeum Górnośląskim.

Gdy jesienią zeszłego roku prezydentem Bytomia został Piotr Koj z Platformy, wydawało się, że nie będzie już żadnych przeszkód, by postawić pomnik przed sądem w centrum miasta.

Jednak w kwietniu Koj otrzymał z Sądu Rejonowego pismo, z którego wynika, że jego prezes nie zgadza się na taką lokalizację. Tłumaczy, że stwarza ona "realne zagrożenie osób uczestniczących w rozprawach i pracowników Sądu, może też zakłócać pracę Sądu". Na czym owo zagrożenie miałoby polegać, sąd nie wyjaśnił. Z kolei Sąd Okręgowy w Katowicach podtrzymał to stanowisko i stwierdził, że udzielona przed laty zgoda jest już nieaktualna.

Sędzia Krzysztof Zawała, rzecznik Sądu Okręgowego, wyjaśnia, że pomnik Ofiar Terroru Komunistycznego na pewno będzie wywoływał emocje. - Może się zdarzyć, że będą pod nim demonstrować zarówno jego zwolennicy, jak i przeciwnicy. To może utrudnić np. dowiezienie do sądu oskarżonego czy spokojne wysłuchanie zeznań świadków. Sąsiedztwo sądu musi być w miarę bezpieczne. Jestem pewien, że w mieście są inne godne miejsca na ten pomnik - mówi Zawała.

Koj nie zamierza jednak zmieniać miejsca pomnika. - To pismo jest kuriozalne. Dzisiaj wysyłam list do ministra sprawiedliwości i posłów PiS-u w tej sprawie, bo takie stawianie sprawy jest sprzeczne z przyjętą powszechnie metodą upamiętniania naszej bolesnej historii. Nie dostrzegam też żadnych zagrożeń, które mógłby powodować ten pomnik - mówi Koj.

Zaskoczony stanowiskiem sędziów jest też prof. Jan Drabina, prezes TMB: - Potraktowano nas jak małe dzieci. Wystarczy przecież pójść pod sąd i zobaczyć, że tu nie ma żadnych niebezpieczeństw.



http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,4381611.html

Czy Czeski Cieszyn zmieni swoją nazwę?

mac

Władze Czeskiego Cieszyna otrzymały wniosek, aby zmienić nazwę miasta na Cieszyn. Urzędnicy są jednak sceptyczni.


O zmianę nazwy miasta wystąpił Karol Cieślar, architekt mieszkający w Czeskim Cieszynie. Argumentuje, że obecna nazwa - Eeský T'š~n - to relikt przeszłości. - Sztuczna nazwa nadana części miasta po jego podziale w 1920 roku. Przypomina nieciekawe czasy, gdy odcinano się od sąsiadów. Zmiana nazwy na T'š~n byłaby powrotem do normalności. Poza tym Cieszyn nie leży w geograficznych Czechach, tylko na Śląsku - mówi Cieślar.

Wnioskodawca dodaje, że nazwa Cieszyn bez dodatku "Czeski" już od dawna funkcjonuje w języku codziennym. - Mamy przecież T'š~nské divadlo (Teatr Cieszyński), Muzeum T'š~nska (Muzeum Cieszyńskie), nawet adres internetowy brzmi www.tesin.cz - mówi Cieślar. Dorota Havl~ková, rzeczniczka prasowa Urzędu Miejskiego w Czeskim Cieszynie tłumaczy, że wniosek wpłynął oficjalnie, dlatego rada miejska zajmie się nim we wrześniu. Przyznaje jednak, że władze miasta uważają tę inicjatywę za chybioną. - Miasto powstało w 1920 roku właśnie jako Czeski Cieszyn. Nie miało wcześniej żadnej innej nazwy. Dlatego nazwa Czeski Cieszyn też jest historyczna - mówi Havl~ková. Dodaje, że zmiana niosłaby za sobą duże utrudnienia dla mieszkańców. - Musieliby wymieniać dowody osobiste, paszporty, pieczątki. To wszystko kosztuje - mówi rzeczniczka.



Władze Cieszyna po polskiej stronie granicznej Olzy podchodzą do sprawy ostrożnie. - Niczego nie należy wykluczać, ale najpierw trzeba się skupić na współistnieniu obu organizmów. Dlatego podejmujemy z Czeskim Cieszynem wiele wspólnych inicjatyw i projektów dla dobra obu miast. Czas pokaże, czy trzeba myśleć o zmianie nazwy - mówi Włodzimierz Cybulski, zastępca burmistrza Cieszyna.
http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,4381636.html

Michael von Matuschka - Śląski Świadek Wiary




Wpisał: Piotr Długosz   

11.08.2007.

Czy Śląsk doczeka się kolejnej beatyfikacji? We wrześniu na ołtarze wyniesiona zostanie Maria Merkert z Nysy. Ale w przygotowaniu jest wniosek o beatyfikację kolejnego Ślązaka. Grupa wiernych ze wschodnich Niemiec zwróciła się do biskupa Berlina, Georga Sterzinsky, o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, Michaela von Matuschka, ostatniego opolskiego starosty przed przejęciem władzy przez nazistów. Biskup Berlina zwrócił się do wnioskodawców o zebranie dowodów świętości Matuschki oraz poprosił o materiały potwierdzające pamięć o Matuschce na Śląsku, gdzie całe swe życie działał. Do Ruchu Autonomii Śląska dotarła więc prośba pana Ferdinada Elbel z Haale (Saale) o wsparcie procesu beatyfikacyjnego tego Śląskiego Świadka Wiary.

 

Kim więc był hrabia Michael von Matuschka, że zasługuje na świętość?Matuschka urodził się 22 września 1888 roku w Świdnicy. Pochodził  ze starego, katolickiego rodu szlacheckiego (ze wschodniomorawskimi korzeniami), któremu w 1747 r. nadano tytuł hrabiowski. Po ukończeniu studiów prawniczych rozpoczął w 1919 r. pracę w starostwie powiatu pszczyńskiego jako urzędowy asesor. W 1921 r. został przeniesiony do Lublińca, gdzie pełnił rolę radcy w starostwie. Po podziale Górnego Śląska  został 16 V 1923 r. starostą (landratem) powiatu opolskiego. W zmienionych realiach politycznych powiat opolski był w rejencji pod względem powierzchni największy, lecz zarazem najsłabiej zaludniony. W powiecie mieszkała liczna grupa Ślązaków o opcji  polskiej, która póki mogła miała swoich reprezentantów we władzach samorządu (np. w 1928 r. mniejszość polska miała 7 miejsc w 32 osobowej radzie powiatu). Z pewnością nowemu staroście przydała się jego dobra znajomość gwary śląskiej, którą nie tylko rozumiał, ale i potrafił w tej gwarze dobrze mówić. Jako starosta opolski Michael von Matuschka zdobył sobie duże uznanie. Był mocno zaangażowany w sprawy socjalne i kulturalne. Wspierał budowę mieszkań i nowych szkół, w pruskim Landtagu wstawiał się za pomocą materialną dla swego powiatu,  apelował o zmniejszenie kosztów żeglugi po Odrze i zmniejszenie cen na nawozy sztuczne.  W działaniach tych wspierali go ksiądz prałat Carl Ulitzka, wybitny reprezentant chrześcijańskiej demokracji, oraz Hans Lukaschek, od 1929 nadprezydent prowincji górnośląskiej.  Sprawy kultury w regionie były mu szczególnie bliskie: był m.in. prezesem „Die Oppelner Eichendorff-Gemeinde” („Opolskiej Gminy Eichendorffa”) – stowarzyszenia mającego za cel zapoznanie współczesnych z kulturą Śląska (dziś do tradycji tej organizacji nawiązuje „Konserwatorium im. Josepha von Eichendorffa”), protektorem śląskiego muzeum (Heimatmuseum) w Krapkowicach. Krótko po przejęciu władzy narodowi socjaliści odwołali niewygodnego dla nich hrabiego Matuschkę z urzędu (7 VII 1933 r.) i przenieśli go w stan spoczynku. Wyjechał do Wrocławia, gdzie znalazł nowe zatrudnienie w urzędzie nadprezydenta J. Wagnera i gdzie nawiązał kontakt z działaczami opozycji antyhitlerowskiej skupionymi w tzw. Kręgu z Krzyżowej (Kreisauer Kreis). W okresie dyktatury hitlerowskiej związany z opozycją antynazistowską, aresztowany i stracony w 1944 w dniu Podwyższenia Krzyża Świętego (14 września). Nigdy nie zwątpił w słuszność przeciwstawiania się złu, nawet za cenę oddania swego życia. W drodze na egzekucję miał powiedzieć: „Jakie to szczęcie móc być powieszonym w dniu Podwyższenia Krzyża”. Praktykujący katolik, pracę urzędniczą traktował jako posługę dla regionu i jego mieszkańców (bez względu na ich narodową przynależność). Pracując na Górnym Śląsku szczególnie ukochał Górę św. Anny gdzie co roku pielgrzymował w Dniu Podwyższenia Krzyża. Jego religijność zdumiewała najbliższych współpracowników. Miejmy nadzieję iż wkrótce doczekamy się wszczęcia procesu beatyfikacyjnego tego śląskiego świadka wiary. Także każdy z nas może się przyczynić do procesu beatyfikacji hrabiego Michaela von Matuschka. W czwartek, 13 września 2007, o godz. 17.00 zostanie odprawiona w opolskiej katedrze Msza św. w intencji rychłej beatyfikacji Michaela von Matuschka. Prosimy Państwa o liczny uczestnictwo w tym wydarzeniu. Zbierane są także podpisy wiernych pod wnioskiem o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego tego Śląskiego Świadka Wiary. W akcji tej bierze kilka działających na Śląsku organizacji oraz osób prywatnych, a o listy do zbierania podpisów można pytać m.in. przewodniczących lokalnych kół Ruchu Autonomii Śląska.  Modlitwa:Wszechmogący Wieczny Boże, Ty dałeś nam przykład życia czcigodnego sługi Twojego Michaela von Matuschka jako wiernego świadka Ewangelii w życiu osobistym i społecznym. Daj nam prosimy, abyśmy biorąc przykład z jego życia zawsze kierowali się nauką Chrystusa i Twoją Świętą Ewangelią. Ufamy, że zgodnie z Twoją wolą, Czcigodny Michael von Matuschka zostanie rychło włączony w poczet Twoich świętych w niebie, abyśmy mogli cieszyć się jego orędownictwem. Amen.

http://www.rasopole.org/index.php?option=com_content&task=view&id=233&Itemid=2

Ziomkostwa grożą Powiernictwu Polskiemu



Niemiecki Związek Wypędzonych (BdV) wezwał Powiernictwo Polskie (PP) do natychmiastowego zaprzestania rozpowszechniania plakatu, sugerującego związki przewodniczącej BdV Eriki Steinbach z ideologią narodowego socjalizmu - poinformował rzecznik BdV Walter Stratmann.

Niemieckie ziomkostwa zażądały zaniechania kolportażu ulotek do godz. 18 w miniony piątek, grożąc skierowaniem sprawy do sądu - wyjaśnił rzecznik. Od strony prawnej sprawą zajmuje się kancelaria adwokacka Gernota Lehra w Bonn.

- To prywatny atak na szefową BdV, sugerujący, całkowicie bezpodstawnie, jej związki z nazizmem i naruszający jej dobra osobiste - powiedział Stratmann. Zastrzegł, że nie wie, czy PP uwzględniło w czasie weekendu protest BdV.

Protestując przeciwko zaplanowanej na 18 sierpnia dorocznej uroczystości niemieckich ziomkostw "Dzień stron ojczystych", Powiernictwo Polskie rozsyła, w ramach "ofensywy informacyjnej" do niemieckich polityków i instytucji, plakat żołnierza z insygniami SS na hełmie, którego rysy podobne są do Steinbach, a także podobnego do niej średniowiecznego rycerza.

Pod wizerunkami widnieje napis, który według PP jest parafrazą wypowiedzi Adolfa Hitlera z 29 września 1938 roku (na konferencji w Monachium, gdzie zawarto układ zezwalający Niemcom na aneksję części Czechosłowacji) i - jak napisano w oświadczeniu - doskonale wpisuje się w obecną politykę tzw. niemieckich wypędzonych.

Napis głosi: "Pozostaje jeszcze jeden problem, który musi zostać rozwiązany i z pewnością rozwiązany będzie. Są to nasze ostatnie roszczenia majątkowe (w wersji oryginalnej, według PP, »roszczenia terytorialne« - PAP), które postawiliśmy w Europie, ale są to żądania, z których nie zrezygnujemy".

Jak tłumaczyła szefowa PP, senator PiS Dorota Arciszewska, zadaniem akcji ulotkowej jest zwrócenie uwagi organizacjom niemieckim, że imprezy w rodzaju "Dnia stron ojczystych" pogarszają stosunki polsko-niemieckie.

Tegoroczne spotkanie ziomkostw odbędzie się w najbliższą sobotę w berlińskim centrum konferencyjnym ICC. Gościem honorowym będzie przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering. Główne przemówienie wygłosi premier Hesji Ronald Koch, zdeklarowany zwolennik budowy w stolicy Niemiec Centrum przeciwko Wypędzeniom. W ubiegłych latach gośćmi zjazdu byli m.in. prezydent Niemiec Horst Koehler i kanclerz Angela Merkel.

W opublikowanym wywiadzie dla agencji AP Steinbach wyraziła przekonanie, że forsowane przez nią Centrum powstanie przed następnymi wyborami do Bundestagu w 2009 roku. Wyjaśniła, że powodem jej optymizmu jest rozmowa z kanclerz Angelą Merkel, do której doszło w połowie lipca. - Pani kanclerz podkreśliła, że chce ten projekt sprawnie posunąć do przodu. Wychodzę z założenia, że wkrótce znalezione zostanie odpowiednie miejsce dla tej placówki i rozpocznie się jej budowa - powiedziała Steinbach AP.
http://wiadomosci.onet.pl/1587827,12,item.html

Prawne upiory przeszłości w nieruchomościach


10.08.2007

Mamy bałagan w księgach wieczystych, gdzie nadal widnieją jako właściciele nieruchomości obywatele Niemiec, często nieżyjący od lat. Mamy też problem decyzji wydawanych błędnie w przeszłości, a dotyczących przejmowania majątków poniemieckich. Teraz są one kwestionowane w sądach. Za ten bałagan odpowiada nie kto inny, jak polska administracja. Powiedzmy więc brutalnie szczerze - w dużej mierze to państwo polskie zabagniło sytuację części swoich obywateli.

Rozmowa z dr hab. Wojciechem Cieślakiem z Uniwersytetu Gdańskiego, adwokatem



- Mamy w mediach prawdziwy natłok informacji o roszczeniach wynikających z historii - spory o nieruchomości, dzieła sztuki, dyskusje o odszkodowaniach. Czy mamy się czego obawiać?

- Z jednej strony nie możemy prawa traktować wybiórczo. Nie do pomyślenia jest sytuacja, w której ktoś powołując się na rzekomy interes narodowy mówi: "prawo własności jest prawem, ale nie dla Niemców czy osób narodowości żydowskiej". Skoro weszliśmy do Unii, to musimy przestrzegać w tym zakresie europejskich standardów.



- Mamy więc spokojnie patrzeć na np. niemieckie roszczenia majątkowe?

- To jest właśnie druga strona tej sprawy. Pozostawianie mieszkańców np. Mazur, sam na sam z roszczeniami, które uderzają w ich interesy, jest absolutnie niedopuszczalne. Ale przez ostatnie 17 lat żaden polski rząd nie zrobił nic, aby realnie pomóc osobom zagrożonym tego typu roszczeniami. Nasi obywatele mogą mieć słuszne pretensje do swojego państwa.



- Trzeba było uchwalić ustawę regulującą wszelkie kwestie własnościowe na korzyść naszych obywateli?

- To jest jedna sprawa. Ale są też problemy bardziej przyziemne - np. bałagan w księgach wieczystych, gdzie nadal widnieją jako właściciele nieruchomości obywatele Niemiec, często nieżyjący od lat. Mamy też problem decyzji wydawanych błędnie w przeszłości, a dotyczących przejmowania majątków poniemieckich. Teraz są one kwestionowane w sądach. Za ten bałagan odpowiada nie kto inny, jak polska administracja. Powiedzmy więc brutalnie szczerze - w dużej mierze to państwo polskie zabagniło sytuację części swoich obywateli. I ci obywatele powinni uzyskać od państwa realną pomoc w zakresie obrony swoich praw.



- Na czym ta pomoc mogłaby polegać?\

- Chociażby na darmowej pomocy prawnej, której koszty ponosiłby Skarb Państwa. W skali kraju byłby to koszt symboliczny, a jak się patrzy na problem od strony konkretnej rodziny, zagrożonej stratą domu, wydatek związany z zatrudnieniem pełnomocnika może być ponad ich możliwości.



- Część obywateli z nadzieją liczy, że polska administracja nie da ich skrzywdzić. Tymczasem ze strony administracji widać głównie bierność, a najgłośniej wypowiadają się politycy...

- Część polityków wykorzystuje tę sytuację do własnych celów, do siania propagandy, nakręcania spirali strachu, wskazywania mniej lub bardziej urojonych wrogów. A jednocześnie nie robi się nic lub prawie nic, aby realnie pomóc obywatelom.



- Poza wspomnianą darmową pomocą prawną, co państwo może zrobić jeszcze dla swoich obywateli?

- W każdej prokuraturze istnieją komórki, zajmujące się sprawami administracyjnymi i cywilnymi. Moim zdaniem trzeba je natychmiast wzmocnić, np. poprzez skierowanie do nich większej liczby prokuratorów. Jednocześnie trzeba szybko przeprowadzić, drobne zresztą, zmiany w procedurze cywilnej, tak aby ci właśnie prokuratorzy mogli wspomagać naszych obywateli, a przynajmniej uczestniczyć w postępowaniach przed sądami.



- Część środowisk politycznych nawołuje do twardego stawiania sprawy - żadnego oddawania majątku osobom narodowości niemieckiej.

- Czyli znowu wracamy do tezy "prawo dla wszystkich, ale nie dla Niemców"? Pamiętajmy, że każda z takich spraw jest w jakiejś mierze indywidualna, niepodobna do wszystkich innych. I tu jeszcze jedna uwaga - czasami są to trudne powroty tych, którzy chcą tu znowu zamieszkać, żyć, być obywatelami Rzeczypospolitej, a jednocześnie w przeszłości zostali po prostu skrzywdzeni.



- Nie można realizować tych powrotów w jakiś cywilizowany sposób? Bez wyrzucania polskich rodzin z zajmowanych od lat nieruchomości?

- Przepisów regulujących tę materię jest niewiele - tu też można mówić o zaniechaniach polskich władz i to nie tylko przez 17 ostatnich lat, ale też w okresie PRL. A przecież przez wieki całe do Polski imigrowano i z niej emigrowano, zmieniały się granice naszego kraju, jego skład narodowościowy. W ciągu niespełna dziesięciu lat, od 1939 do 1948 roku, granice Polski przesunęły się ze wschodu na zachód o kilkaset kilometrów. W późniejszym okresie także nie brakło wielkich „wędrówek ludów”, dość przypomnieć emigrację po 1956 r. i równoczesne powroty z Europy Zachodniej i USA, emigrację osób, głównie pochodzenia żydowskiego, z lat 1968-1969, emigrację polityczną początku lat 80’, czy wreszcie ogromną w skali emigrację zarobkową, która nieprzerwanie trwa przez ostatnie 20 lat. Kłopoty dotyczące pozostawianych majątków tych ludzi trzeba było przewidzieć. Nie przewidziano i mamy kłopot.



- Kłopot, który dotyka głównie obcokrajowców.

- A właśnie, że nie tylko. Znam historię z Powiśla, gdzie obywatele polscy dochodzili zwrotu majątku po swoim przodku. Człowiek działał w partyzantce i został na początku lat 40. zamordowany przez Niemców. Jego majątek przejęła Rzesza Niemiecka. Po wojnie trafił w ręce państwa polskiego. I gdy spadkobiercy chcieli odzyskać ziemię, polska administracja blokowała ich starania, odmówiono zwrotu ziemi. Wygrali sprawę dopiero w sądzie.



- W potocznym przekonaniu największe zagrożenie to roszczenia osób wypędzonych w latach 1945-46.

- A właśnie nie. Problematyka dotycząca tych osób i ich nieruchomości stosunkowo najszerzej uregulowano w polskim prawie. Wobec tych osób, oraz np. takich, które wpisały się na volsklistę i nie zostały zrehabilitowane, stosowane było przymusowe wywłaszczenie bez odszkodowania.



- Te środowiska liczyły i nadal liczą na pomoc rządu niemieckiego w dochodzeniu swoich roszczeń.

- Ostatecznie, co do tych ewentualnych roszczeń, jasne stanowisko w imieniu Republiki Federalnej Niemiec zajął w 2004 r. kanclerz Gerhard Schroeder. 27 września 2004 stwierdził jasno, że „nie może być już miejsca dla roszczeń restytucyjnych Niemiec” oraz że „problemy majątkowe nie są już tematem dla obu rządów w stosunkach niemiecko-polskich”. To oznacza, że również Polska nie powinna występować z roszczeniami restytucyjnymi w stosunku do Niemiec.



- Skąd więc fala roszczeń i odzyskiwane przez niemieckich spadkobierców majątki?

- Problemem są późniejsze wyjazdy osób, które czuły się Niemcami. Aktem prawnym mogącym budzić wątpliwości co do sytuacji tzw. „majątków poniemieckich” jest ustawa z 14 lipca 1961 r. o gospodarce terenami w miastach i osiedlach. Art. 38 ust.3. tej ustawy stwierdzał, że osoby, którym przysługiwała, na mocy dekretu o majątkach opuszczonych i poniemieckich, własność nieruchomości, które uzyskały obywatelstwo polskie, a następnie utraciły je w wyniku z wyjazdu z kraju, traciły ów majątek z mocy prawa na rzecz Skarbu Państwa. Pojawiła się jednak wątpliwość, czy ustawę tę należy stosować także do spadkobierców właścicieli. Sąd Najwyższy 13 grudnia 2005 roku wyraził pogląd, iż zapis ten dotyczy tylko tych konkretnych osób.



- Co to oznacza w praktyce?

- W sytuacji, gdy po wojnie własność pozostała przy osobie, która potwierdziła swą polską narodowość, a potem wyjechała, to spadkobiercy mogą przejąć tę własność w drodze dziedziczenia, nawet jeśli nie są obywatelami RP. Stąd m.in. fala pojawiających się ostatnio spraw tego typu. I w sprawach tego typu spadkobiercy mogą wygrywać kolejne sprawy. Stąd potrzeba pomocy naszym obywatelom. Bo sprawy tego typu są naprawdę poważne.



- Ale ostatnie tygodnie to różne wiadomości o kolejnych roszczeniach - szczególnie dotyczących dzieł sztuki. Niemieckie media nagłaśniają sprawę sporu o sławną bibliotekę, tzw. Berlinkę.

- Ten ostatni problem jest faktycznie ostatnio żywo dyskutowany, przy czym argumenty wszystkich stron - w przypadku całej dyskusji o dziełach sztuki - polskiej, niemieckiej czy rosyjskiej są podobne i polegają wyłącznie na wzajemnym przedstawianiu przez polityków rzeczywistych czy urojonych rachunków krzywd. Z punktu widzenia prawa, taka dyskusja nie ma żadnego znaczenia. A problemy są ogromne - bo o ile państwa mogą porozumieć się w jakiś sposób na temat wymiany tych dzieł, to np. obrazy będące w zbiorach prywatnych są prawie nie do ruszenia. Trzeba by wytaczać procesy przed obcymi sądami o każde dzieło sztuki. A wynik procesu byłby niestety niepewny.



- Czy to wyczerpuje listę kłopotów z przeszłości?

- W kolejce czekają kwestie bądź to nieunormowane bądź też pomimo istniejących unormowań jeszcze nierozwiązane, jak np. wypłacanie wysokich świadczeń emerytalnych czy rentowych przebywającym za granicą funkcjonariuszom służb bezpieczeństwa czy prokuratury, w tym - jak Helena Wolińska-Brus - osobom, o których wydanie ubiega się polski wymiar sprawiedliwości. Dla mnie jest niepojęte, że osoba, która brała udział w skazaniu generała Emila Fildorfa "Nila" przez tyle lat brała specjalną, wysoką emeryturę. Są też inne problemy - jak zwrot mienia pozostawionego przez repatriantów z Kresów Wschodnich, którzy już tak długo czekają na choćby częściowe zaspokojenie roszczeń.



- Niektórzy snują analogie między ówczesnymi wyjazdami, a obecną emigracją zarobkową. Czy też będzie kłopot z majątkami porzuconymi przez Polaków wyjeżdżających np. do Irlandii?

- Można tu dojrzeć pewne podobieństwo z sytuacją majątkową osób, które na stałe opuszczają kraj. Z roku na rok liczba tych osób rośnie, a tym samym rośnie też liczba majątków opuszczonych. Oczywiście - zakładamy, że ludzie ci będą chcieli pozostać właścicielami pozostawianych obecnie majątków. Ale czy wszyscy? Za około dziesięć do piętnastu lat możemy spodziewać się pewnej ilości nieruchomości „leżących odłogiem”, do których ani Skarb Państwa, ani osoby fizyczne, czy prawne pozostające w kraju nie będą miały żadnych uprawnień. I taki brak właściciela będzie to pewien kłopot np. przy realizowaniu inwestycji, czy uchwalaniu planów zagospodarowania. I prawdę mówiąc o potencjalnych kłopotach trzeba myśleć już teraz.



Od autora:

Im więcej lat mija od zakończenia wojny, tym gorętsze stają się spory majątkowe. A setki polskich rodzin pozostają na "placu boju" praktycznie bez wsparcia własnego państwa.



Artur Kiełbasiński  -  Dziennik Bałtycki
http://gdansk.naszemiasto.pl/wydarzenia/758578.html

"Erika Steinbach chce nas zastraszyć"



Niemiecki sąd zakazał Powiernictwu Polskiemu rozpowszechniania plakatu z Eriką Steinbach. Jak pisze "Newsweek" za dalsze rozpowszechnianie kontrowersyjnego plakatu zarządowi Powiernictwa Polskiego walczącego z niemieckimi roszczeniami grozi ćwierć miliona euro kary lub pół roku aresztu.

Chodzi o plakat Powiernictwa, na którym szefowa Związku Wypędzonych pojawia się w jednym szeregu z esesmanem i germańskim rycerzem. Pod spodem widnieje napis, będący parafrazą słów Adolfa Hitlera. Plakat w formie ulotki rozesłano do najważniejszych osób i instytucji państwowych w Niemczech oraz mediów. Jest to reakcja na zbliżający się Dzień Stron Ojczystych - coroczną imprezę niemieckich ziomkostw, na której w sobotę ma przemawiać przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Pöttering.

Na wniosek adwokatów Steinbach sąd ustanowił wczoraj tzw. zabezpieczenie tymczasowe. Chodzi o instytucję, która pozwala zapobiec możliwemu pogłębieniu naruszenia dóbr osobistych, zanim jeszcze zapadnie orzeczenie w procesie cywilnym. W tym wypadku chodzi o dobra Steinbach, które w opinii jej adwokatów zostały przez Powiernictwo poważnie naruszone. Powiernictwo może się odwołać od decyzji sądu.

Senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk uważa, że niemieckie ziomkostwa i środowiska związane z Eriką Steinbach próbują ją zastraszyć.

Twórczyni Powiernictwa Polskiego oświadczyła, że - jak to określiła - "nie da sobie zamknąć ust". Zaznaczyła, że nie wyklucza wysłania zakazanej w Niemczech polskiej ulotki, dotyczącej działalności Eriki Steinbach i niemieckich roszczeń majątkowych, do najważniejszych instytucji unijnych, tak by tą kwestią zajęto się na forum Wspólnoty.

Senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk poinformowała, że w ostatnich dniach otrzymała pismo z kancelarii prawnej reprezentującej Erikę Steinbach z ostrzeżeniem i wezwaniem do zaprzestania działaności do 15-go sierpnia, do godziny 17.00. Otrzymała też do podpisania wzór oświadczenia w tej sprawie. Zaznaczyła, że w tym samym czasie niemiecki sąd wydał - jak to określiła - "orzeczenie zabezpieczające". Dziś sąd krajowy w Kolonii zakazał rozpowszechniania ulotki Powiernictwa Polskiego, na której widnieje podobizna Eriki Steinbach, żołnierza Waffen-SS i niemieckiego średniowiecznego rycerza. Jest tam również cytat z przemówienia Adolfa Hitlera dotyczący roszczeń wobec Polski . Ulotkę Powiernictwo Polskie rozesłało do najważniejszych polityków i organizacji w Niemczech. Akcja miała wyprzedzać obchody Dnia Stron Ojczystych zaplanowanych w Berlinie w najbliższą sobotę.

Dorota Arciszewska-Mielewczyk powiedziała, że Związek Wypędzonych nie będzie jej dyktował form przekazu, jakimi ma się w swojej działalności posługiwać. Wezwała Erikę Steinabach do oczyszczenia Związku Wypędzonych i odcięcia się od nazistowskiej przeszłości. Zaznaczyła, że na takie powiązania Związku wskazywały także media niemieckie.
http://wiadomosci.onet.pl/1590206,11,1,0,120,686,item.html

PP: nie naruszyliśmy dóbr osobistych Steinbach



Powiernictwo Polskie (PP) uważa, że nie naruszyło dóbr osobistych Eriki Steinbach, szefowej niemieckiego Związku Wypędzonych, kolportując ulotkę z postacią Steinbach oraz oficera SS i rycerza w tle. PP nie zamierza zaprzestać kolportażu tych materiałów, czego domaga się Związek Wypędzonych.

Powiernictwo Polskie poinformowało, że otrzymało od niemieckiej kancelarii prawnej, reprezentującej interesy Związku Wypędzonych, pismo, w którym polska organizacja wzywana jest do zaprzestania rozpowszechniania ulotki oraz do tego, aby szefowa PP senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk złożyła oświadczenie potwierdzające naruszenie dóbr osobistych Eriki Steinbach.

Związek Wypędzonych grozi Powiernictwu Polskiemu procesem sądowym w razie niezastosowania się do przedstawionych w piśmie żądań.

Dorota Arciszewska-Mielewczyk w oświadczeniu podkreśliła, że nie zastosuje się do żądań strony niemieckiej. Zaznaczyła, że do pisma strony niemieckiej nie ma dołączonych pełnomocnictw Związku Wypędzonych, Zjednoczenia Ziomkostw i Eriki Steinbach co uniemożliwia Powiernictwu Polskiemu formalne odniesienie się do pisma.

"Jednocześnie chcąc uniknąć zarzutów, iż uchylam się od zajęcia stanowiska w związku z kolportowaną przez Powiernictwo Polskie ulotką przedstawiającą m.in. Erikę Steinbach, oświadczam kategorycznie, że zarówno szata graficzna, jak i zawarte w ulotce stwierdzenia nie naruszają w jakikolwiek sposób dóbr osobistych Eriki Steinbach"- napisała w oświadczeniu szefowa PP.

Dorota Arciszewska-Mielewczyk powołuje się m.in. na artykuł 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z 1950 roku gwarantujący prawo do swobodnego wyrażania opinii i wolność prasy.

"Chcę podkreślić, że Erika Steinbach formułuje i rozpowszechnia wypowiedzi, w tym roszczenia, które oceniam jako wymierzone przeciwko Polsce. A jako przewodnicząca Powiernictwa Polskiego nie mogę na to nie reagować. Przedstawienie Eriki Steinbach na ulotce przygotowanej w związku z uroczystością tzw. ziomkostw (organizacji tzw. wypędzonych), zaplanowaną w Berlinie na dzień 10 sierpnia 2007 roku, na tle oficera SS i rycerza zmierzało do ukazania w sposób jaskrawy, że jej dążenia są wyrazem niemieckiej filozofii "Drang nach Osten" - napisano w oświadczeniu.

Chodzi o ulotkę, którą Powiernictwo Polskie przygotowało w ramach protestu przeciwko zaplanowanej na 10 sierpnia dorocznej uroczystości niemieckich ziomkostw i organizacji wypędzonych "Dzień Stron Ojczystych". Materiał został rozesłany - jak informowało wówczas PP - do "najważniejszych osób i instytucji państwowych" w Niemczech.

Na ulotce znajdują się wizerunki Eriki Steinbach, żołnierza z insygniami SS na hełmie, którego rysy są podobne do rysów Steinbach, oraz średniowiecznego rycerza również przypominającego szefową Związku Wypędzonych.

Pod wizerunkami widnieje napis, który - według PP - jest parafrazą wypowiedzi Adolfa Hitlera z 29 września 1938 r. (na konferencji w Monachium, gdzie zawarto układ zezwalający Niemcom na aneksję części Czechosłowacji) i - jak uważa PP - "doskonale wpisuje się w obecną politykę tzw. niemieckich wypędzonych".

Na ulotce napisano: "Pozostaje jeszcze jeden problem, który musi zostać rozwiązany i z pewnością rozwiązany będzie. Są to nasze ostatnie roszczenia majątkowe (w wersji oryginalnej, według PP, "roszczenia terytorialne" - PAP), które postawiliśmy w Europie, ale są to żądania z których nie zrezygnujemy".

Powiernictwo Polskie zostało zarejestrowane w styczniu 2005 r. w Gdyni. Głównymi celami organizacji są: pomoc prawna dla polskich obywateli, którzy chcą domagać się odszkodowań za szkody wyrządzone przez III Rzeszę oraz edukacja historyczna.


http://wiadomosci.onet.pl/1590063,11,1,0,120,686,item.html

Cztery telewizje chcą nadawać z Bytkowa

Tomasz Głogowski

Aż czterech nowych nadawców stara się o wolną częstotliwość na Śląsku. Walka zapowiada się emocjonująco, bo nasz region to kilka milionów potencjalnych widzów.


Do konkursu na nadawanie naziemne z Bytkowa zgłosiło się sześć stacji, ale jak poinformował wczoraj branżowy portal Presserwis, dwie z nich - TV Biznes i Superstacja - nie spełniają warunków formalnych. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zastrzegła bowiem, że o prawo nadawania na Śląsku mogą się starać tylko nadawcy naziemni, a obydwie telewizje są stacjami satelitarnymi.

Na placu boju pozostały więc cztery telewizje: TVN, Puls, TV4 oraz Telewizja Odra. Choć nadajnik w Bytkowie ma małą moc - zaledwie 1 kW - rywalizacja zapowiada się bardzo interesująco. Zwycięska telewizja będzie docierać do około jednej trzeciej mieszkańców Śląska, głównie na północy regionu. - Zależy nam na zwycięstwie, bo to oznacza dotarcie do kilku milionów Ślązaków, którzy nie mają ani satelity, ani telewizji kablowej - mówi Mariusz Walkiewicz, wiceprezes TV 4, którą obecnie na Śląsku można oglądać tylko z satelity.

Naziemnych nadajników na Śląsku nie mają też Puls i Telewizja Odra. Ta ostatnia może w ogóle odpaść z rywalizacji, bo trwa właśnie postępowanie w sprawie odebrania jej koncesji: Rada zarzuca Odrze, która jest telewizją regionalną, że nadaje za mało programów lokalnych oraz że nie poinformowała o zmianie właściciela.

Ewentualna wygrana TVN-u oznaczałaby, że stacja będzie miała dwa nadajniki w naszym regionie. TVN korzysta teraz z nadajnika w Kosztowach o mocy 30 kW, który działa na południe od Katowic. Stacja wykorzystywała kiedyś z nadajnik w Bytkowie, ale zrezygnowała z niego na rzecz Kosztów, by dotrzeć do większej liczby widzów. Powrót do Bytkowa oznaczałby, że telewizję TVN za pomocą tradycyjnej anteny mogliby odbierać m.in. mieszkańcy Gliwic i okolic, którzy teraz nie mają takiej możliwości.

KRRiT nie poinformowała, kiedy konkurs na nadawanie z Bytkowa zostanie rozstrzygnięty, choć specjaliści przypuszczali, że jeszcze w tym roku. Sprawę mogą jednak skomplikować przyspieszone wybory, które oznaczają też zmiany w Radzie.
http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,4394748.html

Prezes SN: Kaczyńscy szkodzą wymiarowi sprawiedliwości

(...) Zdaniem Gardockiego, premier Kaczyński mylił się potępiając sądy za to, że odmówiły odrzucenia pozwów obywateli Niemiec w sprawie odzyskania ziemi na terenach należących przed II wojną światową do państwa niemieckiego.

- Zdecydowanie nie zgadzam się z politykami, którzy naciskają, by sądy wydawały wyroki zgodnie z narodowym interesem, czyli korzystnym dla Polaków. To jest nie do zaakceptowania. Wyroki muszą być orzekane zgodnie z prawem - podkreślił Gardocki. (...)



http://wiadomosci.onet.pl/1590761,11,item.html

Ślązacy mają dość Warszawy i tworzą związek

Przemysław Jedlecki
2007-08-16, ostatnia aktualizacja 2007-08-17 08:06

Jan Czogała, biznesmen pochodzący z Katowic, postanowił założyć Związek Ślązaków. - Trzeba odbudować tożsamość regionu - mówi. Wspierają go Jerzy Gorzelik z RAŚ i senator Kazimierz Kutz.


Do Związku może należeć każdy, kto czuje się Ślązakiem. Nie ma znaczenia, jakiego jest wyznania, narodowości i do jakiej partii należy. - To wszystko jest nieważne. Liczy się tylko to pierwsze kryterium. Członkowie Związku muszą chcieć pomagać regionowi, starać się odbudować jego tożsamość i kulturę - zapowiada Jan Czogała. Dodaje, że Związek jest już zarejestrowany w Lichtensteinie i Katowicach, a gdy zostanie uznany w Niemczech i Austrii - tam też będzie się można zapisywać.

- Teraz się zbieramy i liczymy. Myślę, że będzie nas 200-300 tysięcy. Chcę też zmobilizować młodych ludzi, którzy czują się Ślązakami. Chociaż wyjechałem stąd w latach 50., to cały czas śledzę, co się tu dzieje i widzę, że do tej pory byliśmy, jak to mawia Kutz, trochę dupowaci - dodaje Czogała.

Do tej pory był bardziej znany jako opozycjonista i biznesmen. Z wykształcenia jest inżynierem lotnikiem i ekonomistą. Przez 28 lat pracował w WSK Świdnik. W 1976 r. został dyrektorem naczelnym. Potrafił załatwić rzeczy niemożliwe. Mimo całkowitego zakazu sprzedaży Polsce nowoczesnych amerykańskich technologii nawiązał współpracę z Airbusem, Bellem, Sikorskym. Interesy załatwiał w Zakopanem - przy ognisku, lampce wina. Każdy sposób był dobry, by przekonać kontrahenta.

Ze Świdnika odszedł z twarzą. W grudniu 1981 r. został w zakładzie razem z protestującą załogą. Zwolniono go dyscyplinarnie. Potem zajął się biznesem. W połowie lat 90. był na 28 miejscu listy najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost". Jego najpoważniejszym przedsięwzięciem jest firma spożywcza Agrohansa.

O swoich planach Czogała już opowiedział senatorowi Kazimierzowi Kutzowi i Jerzemu Gorzelikowi, liderowi RAŚ. Obydwaj przyklasnęli jego pomysłom.

Kutz od dawna twierdził, że rządząca do niedawna Polską koalicja z PiS-em na czele lekceważy Śląsk i traktuje go jak kolonię. - Nie należy się tym przejmować. Ślązacy muszą działać we własnej organizacji i porządkować swój świat bez partii politycznych. I niedługo tak będzie - mówi senator. Dodaje, że Związek powinien zacząć działać jesienią.

- To będzie ruch, który może startować w wyborach samorządowych i zakładać komitety dla swoich kandydatów na posłów. Pozwoli też Ślązakom na radosne życie. Jeśli ktoś chce śpiewać sobie po niemiecku, to niech śpiewa. Czas, żeby podziały wśród mieszkańców regionu przestały istnieć - dodaje Kutz.

Gorzelik jest podobnego zdania. Dla niego ważne jest, by Ślązacy poczuli potrzebę odpowiedzialności za region. - Z tym ciągle jest źle. Region cierpi na słabość własnych elit. To może się zmienić - dodaje.

Nie brakuje jednak osób, które sceptycznie patrzą na plany budowy nowej organizacji. Andrzej Złoty, prezes Związku Górnośląskiego: - Po pierwsze Ślązacy nie są dupowaci. Nasza organizacja istnieje już od 19 lat i jej szeregi są dla wszystkich otwarte. Powoływanie kolejnych organizacji nie ma sensu. To tylko rozdrobni scenę polityczną Górnego Śląska.

Józef Musioł, prezes Towarzystwa Przyjaciół Śląska w Warszawie, przyznaje, że na Śląsku wiele można zmienić. Nieszczęściem regionu jest, że jego przedstawiciele w parlamencie nie współpracują ze sobą. Interes partyjny jest dla nich ważniejszy. Kutz, jako senator na pewno to widzi. Jeżeli zatem nowa organizacja ma pomagać Śląskowi, to my też będziemy z tego zadowoleni - mówi.

Piotr Pietrasz, rzecznik PiS-u w okręgu katowickim, nie obawia się, że Związek odbierze wyborców partiom. - Eksperymenty z ugrupowaniami regionalnymi już były i kończyły się niepowodzeniem. Wątpię zatem w znaczenie tego tworu podczas wyborów parlamentarnych. Co do wyborów lokalnych, taka organizacja może zaistnieć. Mam jednak pewne obawy, ponieważ pan Czogała nie jest znany z działalności politycznej - mówi Pietrasz.
http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,4394755.html

Oślizło opowiada, jak wyrolował Legię




Tydzień temu przytoczyliśmy ciekawy, choć nieco szokujący artykuł w "Dzienniku", w którym przedstawiciele śląskiego środowiska futbolowego wystawiali Warszawie rachunek krzywd. Było to o tyle dziwne, że - jak sami przyznali - do lat 80. to właśnie wspierane przez ciężki przemysł kluby śląskie zdobywały większość tytułów mistrza kraju. Może więc antywarszawskość, która apogeum osiągneła na jednym z meczów międzypaństwowych, w których zgromadzona na Stadionie Śląskim tłuszcza wygwizdywała Kazimierza Deynę, ma inne źródła niż rzekome krzywdy?

Tym bardziej, że - jak czytamy w dzisiejszym "Przeglądzie Sportowym" - śląscy piłkarze sami mają wiele za paznokciami. Stanisław Oślizło opowiada bowiem o meczu Górnika Zabrze z Ruchem Chorzów, jaki odbył się 23 czerwca 1968 r. Mecz zgromadził na Stadionie Śląskim aż 80 tysięcy kibiców. - To był niezapomniany widok, jedną połowę stadionu wypełnili kibice z Zabrza, drugą połowę kibice Ruchu - wspomina Oślizło, który zdradza po latach, że zwycięskie 3:1 Ruchu było wynikiem układu. - To jest stara sprawa i prokuratura nie będzie się nas czepiać - śmieje się Oślizło, który chętnie mówi o zmowie śląskich piłkarzy. - Chodziło o to, by uniemożliwić Legii zdobycie tytułu. Nie mieliśmy praktycznie szans na mistrzostwo, więc pomogliśmy Ruchowi. Trzy dni później spotkaliśmy się ponownie na Stadionie Śląskim w finale Pucharu Polski. Ruch dał nam puchar w zamian za mistrzostwo Polski i wszyscy, no może poza Legią, byli zadowoleni.

Mistrzem w sezonie 1967/68 został Ruch Chorzów, z przewagą trzech punktów nad Legią Warszawa.






http://www.legia.com.pl/pl/index.php?view=2&nID=16324

Jurek: wypędzeni Niemcy są jak Palestyńczycy



- W Europie sprawa wypędzonych nie ma analogii, podczas gdy na świecie jest taka analogia – to kwestia palestyńska – powiedział w TVN 24 Marek Jurek z Prawicy Rzeczypospolitej.

- W Niemczech państwo wspiera obecnie pokolenie wnuków wypędzonych. Ja rozumiem nostalgię, tęsknotę do stron rodzinnych, bo to problem ludzki, ale to wszystko pojawia się w atmosferze oskarżeń - powiedział Jurek. - Niemcom chodzi o rewizję historii i moralności – dodał.

Zbigniew Chlebowski z PO ocenił dzisiejszy ton wypowiedzi Eriki Steinach i Hansa-Gerta Poetteringa jako "bardzo wyważony". – Teraz potrzebny jest spokój i przywrócenie dobrych stosunków z Niemcami, bo to ten rząd, a szczególnie minister Fatyga, zepsuli stosunki polsko-niemieckie. Te stosunki są dziś złe, a potrzebne jest zrozumienie i rozwaga – powiedział poseł PO. Według niego "kanclerz Merkel traktuje Polskę jak dobrego sąsiada, teraz należy odbudować zaufanie we wzajemnych relacjach". - Kwestia roszczeń musi być załatwiona, ale w przyjaznej atmosferze – podkreślił. - Niemieckie roszczenia to kwestia niechlujstwa prawnego PRL, dzięki czemu istnieją możliwości wygrywania spraw o zwrot mienia wypędzonym przed polskimi sądami – powiedział poseł PiS Zbigniew Girzyński. Odpowiadając na oskarżenia Chlebowskiego o zepsuciu stosunków polsko-niemieckich przez PiS Girzyński stwierdził, że "to przecież europarlamentarzyści PO są we frakcji pana Poetteringa". Jego zdaniem "Poettering swą obecnością na zjeździe ziomkostw legitymizuje niemieckie roszczenia wysuwane pod adresem Polski".
http://wiadomosci.onet.pl/1591121,11,item.html

"Polska nie rabowała dóbr kultury, lecz uratowała je"



Polska nie zrabowała po II wojnie światowej pochodzących z Niemiec dóbr kultury, lecz uratowała je i zabezpieczyła, a dziś zbiory te są dostępne i służą wszystkim, którzy są nimi zainteresowani - napisał we "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pełnomocnik ministra spraw zagranicznych ds. restytucji polskich dóbr kultury - Wojciech Kowalski.

Od połowy lipca "FAZ" zamieścił na swoich łamach serię materiałów, których autorzy domagali się od Rosji i Polski zwrotu dzieł sztuki, przemieszczonych w wyniku wojny. Gazeta powoływała się na szacunki niemieckich muzealników, według których w obu krajach znajduje się około 180 tysięcy dzieł sztuki pochodzących z Niemiec. "FAZ" zarzucała stronie polskiej niechęć do kontynuowania rozpoczętych w 1992 roku rozmów na temat problemu przemieszczonych dzieł sztuki i archiwaliów. Zdaniem gazety, Polska blokuje od dwóch lat te negocjacje. Domagając się zwrotu m.in. zbiorów dawnej pruskiej biblioteki państwowej, strona niemiecka powołuje na IV. Konwencję Haską, która zakazuje rabunku dzieł sztuki w czasie wojny.

W materiale dla "FAZ" Kowalski podkreślił, że polska armia nigdy nie zajmowała się rabunkiem dzieł sztuki w Niemczech. - Zbiory pozostawili naziści, a Polacy znaleźli je - tłumaczy pełnomocnik. Podstawą przejęcia przez Polskę niemieckich dzieł sztuki pochodzenia był dekret z 1946 r., opierający się o postanowienia mocarstw alianckich dotyczące Niemiec. Forma tej regulacji jest ostateczna - podkreśla przedstawiciel MSZ, dodając: "Wysuwanie roszczeń co do zwrotu tych dóbr kultury jest bezprzedmiotowe".

Kowalski zaznacza, że dyskusja na temat dóbr kultury nie może toczyć się bez uwzględnienia polskich strat wojennych. Przytacza szereg przykładów świadomego niszczenia przez okupantów polskich zbiorów, m.in. spalenie 8 sierpnia 1944 r. biblioteki Zamojskich. Zniszczeniu uległo wówczas 90 procent rękopisów.

Pełnomocnik MSZ przypomniał w konkluzji, że w polsko-niemieckim traktacie o współpracy z 1991 roku jest mowa o rozwiązaniu problemu dóbr sztuki i archiwaliów w duchu porozumienia i pojednania. - To oznacza, że Polska dysponuje w tych ramach wystarczającą podstawą do domagania się rekompensaty za doznane straty - stwierdził na zakończenie Kowalski.
http://wiadomosci.onet.pl/1590964,11,1,0,120,686,item.html
Benedykt XVI pobłogosławił zjazd ziomkostw

Papież Benedykt XVI przekazał uczestnikom organizowanego przez Związek Wypędzonych (BdV) "Dnia stron ojczystych" błogosławieństwo i zapewnił ich o swej "duchowej bliskości" z nimi.

"Motto »Strony ojczyste są prawem człowieka« podkreśla, że człowiek ma prawo do cennego dobra, jakim jest jego mała ojczyzna" - napisał papież w telegramie, którego treść udostępnili dziennikarzom w sobotę organizatorzy.

"Strony ojczyste są elementem współtworzącym tożsamość osoby ludzkiej i wymagają ochrony" - podkreślił papież, dodając, że prawdziwa mała ojczyzna jest czymś "nieporównywalnie większym" niż tylko ziemia, język i kultura.

Zdaniem papieża, znajduje się ona w ścisłym związku z fundamentalną ludzką postawą wzajemnego przyjmowania i solidarności. Dzięki temu rodzinny dom mogą znaleźć także ci, którzy utracili w tragiczny sposób swoją pierwotną ojczyznę - napisał Benedykt XVI w telegramie.

Papież wyraził przekonanie, że władze państwowe i wspólnota międzynarodowa będą skutecznie broniły prawa do stron ojczystych.

Telegramy z pozdrowieniami dla uczestników dorocznego spotkania niemieckich ziomkostw wysyłał także poprzednik Benedykta XVI na Stolicy Piotrowej, Jan Paweł II.


http://wiadomosci.onet.pl/1591046,12,1,0,120,686,item.html

Steinbach: Hitler nie jest usprawiedliwieniem dla wypędzeń



- Nazistowski terror w Europie w okresie II wojny światowej nie może być pretekstem do usprawiedliwiania masowych wypędzeń Niemców i odrzucania współczucia wobec ofiar - powiedziała przewodnicząca niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV) Erika Steinbach otwierając w Berlinie "Dzień stron ojczystych".

Największe doroczne spotkanie niemieckim ziomkostw odbyło się w tym roku pod hasłem "Mała ojczyzna jest prawem człowieka".

- Nasz los poprzedziły straszne wydarzenia. Hitler otworzył puszkę Pandory - mówiła Steinbach. "Kardynalnym błędem" jest jednak nadużywanie "strasznego nazistowskiego panowania" w Europie do usprawiedliwiania masowych wypędzeń i odrzucania współczucia. Szefowa BdV zwróciła uwagę, że przymusowe wysiedlenia Niemców miały miejsce tylko w krajach, które znalazły się za "żelazną kurtyną", chociaż inne kraje, takie jak Belgia, Dania czy Francja, miały takie same powody, by wziąć odwet na Niemcach.

- Stalin był protektorem grozy. Pierwotna inicjatywa w tym kierunku była jednak decyzją krajów wypędzających. Aby doprowadzić do wypędzenia Niemców sudeckich, (prezydent Edvard) Benesz sprzedał Czechosłowację Stalinowi - powiedziała Steinbach. Zaznaczyła, że wysiedleniami objęto także Niemców, którzy byli przeciwnikami nazizmu.

Przewodnicząca BdV podkreśliła, że w ciągu minionych lat zmieniło się podejście niemieckiego społeczeństwa do problematyki wypędzeń. Z mediów niemal całkowicie znikła teza o "sprawiedliwej karze", jako spotkała Niemców. Wzrasta zainteresowanie i współczucie dla ofiar, także wśród młodzieży - twierdzi Steinbach. Dodała, że problematyka ta jest elementem niemieckiej tożsamości. - Naród bez pamięci jest jak roślina bez korzeni - mówiła.

Steinbach wskazała na rolę, jaką w procesie wprowadzenia problematyki wysiedleń do dialogu w Niemczech odegrała powołana w 2000 roku przez BdV fundacja Centrum przeciwko Wypędzeniom. - Byliśmy i jesteśmy siłą napędową - oceniła. Jej zdaniem, powstanie w Berlinie placówki ukazującej losy Niemców przymusowo wysiedlonych z Europy Środkowej i Wschodniej jest konieczne. - Taka placówka nie może powstać ponad głowami samych zainteresowanych. Do tego nie dojdzie - zapewniła.

Pod naciskiem BdV oraz partii chadeckich CDU/CSU koalicyjny rząd Angeli Merkel wpisał jesienią 2005 roku do umowy koalicyjnej postulat utworzenia "widocznego znaku", poświęconego ofiarom wysiedleń. Steinbach protestowała na początku tego roku przeciwko pomijaniu jej organizacji przy pracach nad tym projektem. Jak twierdziły niemieckie media, po interwencjach Steinbach pierwotne założenia placówki odesłano do ponownych konsultacji.

W przemówieniu w Berlinie Steinbach podkreśliła, że "pani kanclerz i ona" są zgodne co do tego, że BdV oraz fundacja Centrum przeciwko Wypędzeniom muszą zostać włączone zarówno do planowania, jak i późniejszej działalności placówki.

Realizacja tego projektu spowoduje, że losy wypędzonych nie ulegną zapomnieniu i znajdą poczesne miejsce w zbiorowej pamięci Niemców - podkreśliła Steinbach, długo oklaskiwana przez uczestników "Dnia stron ojczystych".
http://wiadomosci.onet.pl/1591061,12,1,0,120,686,item.html

Dni Pszczyny
Zespół Voo Voo był gwiazdą rozpoczynających się Dni Pszczyny. Na dwa dni park zamieni się w wielką estradę. Będą koncerty, dużo muzyki, występy folklorystyczne, wystawy, imprezy sportowe i pokaz kolarstwa ekstremalnego, a na zakończenie pokaz laserowy i sztuczne ognie.
Imprezę połączoną z obchodami "Śląskich Godów" rozpoczęła o 10-tej msza święta w intencji 750 – lecia śmierci św. Jacka Odrowąża oraz 15-lecia Kurkowego Bractwa Strzeleckiego w Pszczynie koncelebrowana pod przewodnictwem Arcybiskupa Metropolity Katowickiego Damiana Zimonia.
Jutro dalszy ciąg atrakcji wśród których m. in. koncert zespołu KOMBI.

Radio Katowice juszkiewicz@radio.katowice.pl



Średniowieczne klimaty w Chudowie
Manewry, strzelanie z trebusza, konny turniej łuczniczy, widowisko rekonstruujące Oblężenie Odolanowa, pokaz serbskiej grupy Svibor czy średniowieczne kramy to tylko niektóre atrakcje VIII Jarmarku Średniowiecznego jaki oficjalnie został dzisiaj otwarty na Zamku w Chudowie.
Największą atrakcją corocznych jarmarków jest warowny obóz rycerski. Rok temu w 70 namiotach zamieszkało prawie 300 osób. Rekonstrukcja czasów średniowiecza jest zawsze na wysokim poziomie. Organizatorów wspierają w tym historycy i archeolodzy. Na średniowiecznych kramach można zarówno zapoznać się z technikami wytwórstwa jaki i kupić wyroby, stanowiące wierne rekonstrukcje średniowiecznych sprzętów. Nie brakuje także muzyki rodem z średniowiecza. Wysłuchać można zarówno melodii związanych z dworami jak i tych charakterystycznych dla środowisk plebejskich. Dla gości Jarmarku cały czas otwarta jest wieża zamkowa, w której prezentowane są wystawy, związane z historią i archeologią chudowskiego zamku. Tegoroczny Jarmark zakończy się w niedzielę.
Radio Katowice juszkiewicz@radio.katowice.pl


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość