Strona główna

Sejmiki 2012 Dobry był poziom artystyczny Sejmiku


Pobieranie 200.4 Kb.
Strona1/4
Data20.06.2016
Rozmiar200.4 Kb.
  1   2   3   4
Sejmiki 2012
Dobry był poziom artystyczny Sejmiku.... – tak zaczyna się końcowa część jednego z komunikatów i to stwierdzenie można odnieść do całej edycji 2012. Komisje Artystyczne podkreślały wysoką jakość widowisk, rosnące kompetencje ich realizatorów, zauważały śmiałość poszukiwań repertuarowych, umiejętności
w zakresie tworzenia scenariusza, aktorskie talenty wykonawców. Oczywiście – wytykały również braki i pomyłki, niejeden spektakl doczekał się surowej krytyki, ale pozytywne oceny zdecydowanie przeważały. A co było wartością najcenniejszą? Co należy wypunktować jako szczególny dorobek sejmikowego roku?

Zacznijmy od widowisk określanych jako obrzędowe, bo przecież


w tegorocznych założeniach programowych wskazywaliśmy, by naszym twórczym poczynaniom towarzyszyła pamięć o Jędrzeju Cierniaku, przypominaliśmy (w 70. rocznicę jego męczeńskiej śmierci) znaczenie stworzonej przez niego koncepcji teatru ludowego. Było widowisk obrzędowych – jak zawsze – dużo. Najwięcej inscenizacji robót domowych i polnych. Kopanie ziemniaków, pieczenie chleba, kiszenie kapusty, pranie, skubanie pierza – to wybrane przykłady. Druga grupa to przedstawienia należące do cyklu dorocznego: Wielka Sobota, Gromniczna, a przede wszystkim różnorodne ujęcia dnia wigilijnego, aż pięciokrotnie obecne na sejmikowych scenach. I jeszcze ważna grupa widowisk związanych z obrzędami i zwyczajami weselnymi. W tym bogactwie i różnorodności były – co ogromnie raduje – dokonania wybitne. Na takie miano zasłużyło Kopanie ziemniaków z Wiślicza, Poprawiny Zespołu „Leśnianie” z Leśnej – Kamiennej Góry, Kupiec z kurpiowskiej Carni. Wybitne to znaczy wierne obyczajowi, znakomicie uscenicznione, na wysokim poziomie wykonawczym, czyli takie, o jakich marzył Jędrzej Cierniak.

Bardzo ciekawie było w nurcie spektakli dramatycznych. A najciekawiej wtedy, gdy na scenie pojawiały się przedstawienia autorskie – obrazki dramatyczne stworzone przez kierowników, z dużym udziałem całych zespołów. Można zauważyć, że dwa tematy okazały się najbardziej frapujące. Pierwszy to sprawy rodziny,


a dokładniej: rodziny i jej najbliższego otoczenia – raz będzie to krąg znajomych
i przyjaciół, kiedy indziej mała lokalna społeczność. Piękna opowieść Wchodne zespołu z podlaskiej Orli o pogodnej jesieni życia małżeńskiej pary, a jakby z drugiej strony - nie pozbawiony smutnej refleksji o zmieniającym się świecie i gorzkiej obserwacji tego co niesie dzień dzisiejszy Zespołu Śpiewaczo-Obrzędowego z Ożarowa (woj. łódzkie) obrazek Co za czasy. Temat drugi to – środowisko. Własne, a więc najbardziej znane. W nim tkwimy, czasami jesteśmy na nie skazani. A wtedy możemy demonstrować swoją niechęć czy obojętność, albo próbować zrozumieć
i nie zgadzać się na bierność, bezczynność. Tę drugą postawę wybrali Włyniaki (Śpieszmy się kochać ludzi...) oraz Twój Teatr z Praszki (Maliczkowie głupoty gadają). Postawę obywatelską – manifestowaną przez wypowiedź teatralną. Sprawa jest na tyle ważna, że w tym miejscu przywołujemy refleksję Komisji Artystycznej, zapisaną po sejmiku w Ożarowie.

„... spektakle autorskie – oparte na własnych scenariuszach – były śmiałymi i udanymi próbami odniesienia się do naprawdę współczesnych, trudnych problemów. Ważne, że teatry mówiły tu o swoich sprawach, o znanym sobie środowisku, jego kłopotach, wadach, potrzebach. Posiadły dar bacznej obserwacji, dzięki temu w ich wypowiedziach dominował konkret. Były krytyczne, ale nie stawiały siebie w sytuacji osądzającego, czy wiedzącego lepiej – relacjonowały i analizowały wspólną rzeczywistość. Charakterystyczne i cenne, że te teatralne wypowiedzi narodziły się


w środowiskach określanych jako „małomiasteczkowe”. Cenne, że te zespoły skupiają młodą inteligencję tych środowisk – ludzi, którzy nie chcą ograniczać się do narzekania, którym nie jest wszystko jedno. Czyżby teatr amatorski wracał do swoich pięknych tradycji, do zadania integrowania elity? Będziemy z uwagą obserwowali takie próby i w miarę możliwości starali się je wspierać.”

*

Na koniec tej pośpiesznej i skrótowej syntezy – „wprowadzenie do statystyki”. Wydarzeniem niezwykłym, nie mającym precedensu, jest liczba uczestniczących województw. W tym roku było ich 16, czyli wszystkie! Wprawdzie kilka miało tylko jednozespołowa „reprezentację”, ale ważne, że wszędzie przynajmniej tli się płomyk wiejskiego teatru. Drugi statystyczny element to liczba zespołów. Wygląda na to,


że odrabiamy straty poniesione 2 – 3 lata temu, kiedy to wzięło udział mniej niż
50 teatrów. W tym roku było ich 53, ale przedstawień na sejmiki było gotowych więcej – niestety, 5 nie mogło dotrzeć na przeglądy. Gdyby nie perypetie: awaria autokaru, zimowa aura, osobiste i rodzinne problemy aktorów, zbliżylibyśmy się do najlepszych rezultatów obecnej dekady (rok 2005 – 61 zespołów).

I jeszcze statystyka „teatralna” - formy i gatunki scenicznej wypowiedzi.


Tu obserwujemy proces malejącej dominacji widowisk obrzędowych. W 2012 roku stanowiły one tylko 38% całości. Spektakle o charakterze dramatycznym to 36%, a pozostałe (małe formy i przedstawienia, których gatunek trudno określić) – 26%. może ktoś zapytać: a co z Cierniakiem? Co z jego ideą usceniczniania obrzędów, zwyczajów? Czy od niej się odwracamy? Otóż – nie! Dzieje się coś bardzo cennego, a mianowicie obrzęd, zwyczaj zostaje udramatyzowany, staje się punktem wyjścia do zbudowania akcji, postaci, konfliktów. Tak jak to się dzieje w Wielkim praniu
u Bartosów
Teatru Obrzędowego z Ożarowa (woj. świętokrzyskie); trudno tu rozstrzygnąć czy to bardziej inscenizacja pracy, czy oryginalny obrazek dramatyczny, więc po prostu stwierdzamy – świetny autorski spektakl. Teatr wiejski rodzi – to też proces – swój własny dramat. Bardzo to optymistyczne.

Statystyczny obraz Sejmików 2012
Tab. 1 Sejmiki 2012 – udział zespołów i województw





zespoły

województwa

Tarnogród

14

4

Kaczory

7

4

Stoczek Łukowski

13

4

Ożarów

9

4

Bukowina

10

3

Razem

53

16*


*Regulamin pozwala zespołowi wybrać przegląd bliżej położony, teatry z 3 województw (lubelskie, mazowieckie, podkarpackie) wstąpiły więc w dwóch sejmikach.
Tab. 2 Udział zespołów i województw w latach 2005 – 2012





2005

2006

2007

2008

2009

2010

2011

2012

zespoły

61

53

52

57

49

49

51

53

województwa

13

12

12

12

15

13

14

16

Tab. 3 Sejmiki 2011 – formy teatralne







Tarnogród

Kaczory

Stoczek Łukowski

Ożarów

Bukowina Tatrzańska

Razem

Obrzędowe

7

3

6

1

3

20

Dramatyczne

5

2

3

4

5

19

Małe formy

-

1

2

2

1

6

Kabaret

1

-

1

-

-

2

Inne

1

1

1

2

1

6




14

7

13

9

10

53


Komunikat

Komisji Artystycznej

XXXVII Międzywojewódzkiego Sejmiku Wiejskich Zespołów Teatralnych

w Tarnogrodzie
W dniach 3 – 5 lutego 2012 roku, na tarnogrodzkiej scenie prezentowało swój dorobek 14 wiejskich teatrów z 4 województw: lubelskiego (4), mazowieckiego (2), podkarpackiego (5), świętokrzyskiego (3). Występy oglądała, oceniała i poddawała analizie w toku warsztatowych spotkań, Komisja Artystyczna w składzie:

- Piotr Dahlig – etnomuzykolog

- Bożena Suchocka – reżyser

- Lech Śliwonik – teatrolog, przewodniczący

- Edward Wojtaszek – reżyser.

Zgodnie z tradycją i regulaminem Sejmików, Komisja odnotowuje poniżej swoje obserwacje w formie syntezy przekazanych teatrom uwag i porad.

*

Nie pierwszy już raz Sejmik otworzył wielokrotny jego uczestnik, Zespół Obrzędowy z Hańska (woj. lubelskie, pow. włodawski). Tym razem pokazał spektakl o intrygującym tytule – Przyducha. Rzecz rozpoczyna się w wiejskiej izbie, pięć kobiet przędzie na kołowrotkach, rozmawiają, któraś z nich intonuje pieśń Zwijaj się niteczko. Przychodzi sąsiadka Pituchowa i wnosi spore ożywienie dynamiką zachowania. Mówi, że na dworze zrobiło się całkiem ciepło, co potwierdza przybyły za parę chwil gospodarz. Słychać hałasy i rżenie koni. Z okrzykiem „przyducha”! pojawiają się sąsiedzi, zabierają kosze i okrycia, prawie wszyscy wychodzą. Kobiety niebawem wracają do swoich zajęć i wtedy dowiadujemy się co to jest tytułowa przyducha. Otóż szybkie przedwiosenne ocieplenie powoduje, że pod lodem zaczyna brakować powietrza. To najlepszy moment na łowienie ryb, które wprost koszykami można wydobywać z przerębla. Kobiety spożywają posiłek, „wzmocniony” okowitą; śpiewają piękną pieśń o młodym rybaku i leśniczego.



Znowu zjawia się Pituchowa z koszykiem, tuż za nią Żyd – kupiec. Okazuje się, że zapłacił za ryby, ale został okradziony. To Pituchowa uznała, że ryba jest niczyja skoro nikt jej nie bierze. Dochodzi do awantury i kłótni. W końcu gospodyni rozstrzyga, ze rybę należy oddać biednej wdowie i w ten sposób przedmiot sporu zniknie, a obie strony zrobią dobry uczynek.

Mamy zatem na scenie obrazek dramatyczny – dość zręcznie pomyślany i na ogół dobrze wykonany, choć zbyt krótki, by postaci mogły już nawet nie rozwinąć się, ale chociaż wyraźnie zaistnieć na scenie. Największy kłopot z tytułem – „przyducha” jest tu jedynie incydentem, ubocznym zdarzeniem. Zresztą inaczej być nie mogło, bo nie sposób wyobrazić sobie spektakl o łowieniu ryb w przerębli, bo to by przypominało piłowanie drzewa na Huculszczyźnie. Skutek jest wszakże taki, że widz otrzymuje coś innego niż mu obiecano.



Zespół WIŚLICZANKI z Wiślicza (woj. świętokrzyskie, pow. buski) przedstawił widowisko Kopanie ziemniaków. Pierwszy obraz ukazuje mieszkańców wsi najętych przez gospodarza do pomocy w kopaniu ziemniaków. Są tu mężczyźni
i kobiety; jedna z nich przyniosła na pole niemowlę. Przygotowana przez zespół scenografia jest bardzo prosta; wykonana z naturalnych elementów: oto ułożone
w rzędy suche badyle ziemniaków przedstawiają bruzdy, po obu stronach sceny przygotowane są kosze na ziemniaki, w rękach wieśniaków widzimy motyki. Kopacze rozpoczynają pracę od wspólnej modlitwy. Na polu zjawiają się następne postacie spektaklu: gospodyni od Antka, Stachu i dwóch innych gospodarzy – przychodzą z prośbą o pomoc przy kopaniu na ich kartofliskach, ktoś inny z informacją, że „Hanka rodzi". Wspólna praca jest pretekstem do zaśpiewania kilku pieśni, wśród nich pojawia się też piękna kołysanka Uśnij mi, uśnij... Przychodzi pora odpoczynku i posiłku. Na polu pojawiają się gospodarze z poczęstunkiem. Przynoszą ser, jajka, placki, racuchy, wódkę. Na środku sceny rozesłana zostaje płachta, zastępująca stół. Kopacze obsypują gospodarzy ziemniakami, życząc żeby im niczego nie brakowało. Rozpalają ogniska (te zbudowane są również z wysuszonych łodyg ziemniaków), pieką ziemniaki i śpiewają.

Na scenie występuje około 20 osób. Reżyser spektaklu w umiejętny sposób wprowadza poszczególne grupy aktorów – nie ma wrażenia tłoku, przepychanek. Obrazek budowany jest w kilku planach. Na początku spektaklu są to: w planie I – dziadek przygotowujący ognisko, II i III – dwa rzędy kopaczy i IV – miejsce,


w którym przebywa niemowlę. W końcowej fazie powstaje kompozycja centralna: zgromadzeni wokół posiłku i gospodarze częstujący kopaczy wódką. Na uwagę zasługuje rytm i dynamika widowiska. Najpierw sytuacje są niezwykle uporządkowane i skromne. Nie wpływa to jednak na aktywność działań: praca angażuje wszystkich występujących. Napięcie rośnie wraz z dochodzeniem pozostałych uczestników zdarzenia. Mimo że spożywanie posiłku wydaje się być sceną statyczną, to atrakcyjność akcji nie słabnie, gdyż zespół ubarwia ten moment pieśniami. Więcej: atmosfera staje się jeszcze gęstsza z nadejściem „ojców"
i muzykantów. Pieśń Oj, dziadek hulaj... rozpoczyna prawdziwą zabawę. W tym momencie pojawia się też najzabawniejszy chyba element przedstawienia: ciągnięcie babci w koszu po ziemniakach.

Kopanie ziemniaków w wykonaniu "Wiśliczan" jest zwyczajem radosnym, zabawnym i ciekawym poznawczo. Na zauważenie zasługuje prawdziwe zaangażowanie całego zespołu w sytuacje organizowane na scenie.



Zespół Kabaretowy KGW z Łychowa (woj. lubelskie, pow. kraśnicki) istnieje już kilkanaście lat, odnotował sukcesy na różnych przeglądach, program Strajk jest kolejną pozycją w dorobku. Wspominamy o tym, bo widać, że występujące panie mają tzw. obycie estradowe – zachowują się swobodnie, bez skrępowania zwracają się do publiczności. Poważnym osiągnięciem zespołu jest autorstwo wykonywanych tekstów – skeczy, dialogów oraz piosenek (pisanych na znane melodie). Sporo w tych tekstach spraw ważnych, bo bolących środowisko, w którym kabaret działa (wyludnione wioski, ucieczka młodzieży). A że i w Warszawie na sprawy wsi nikt uwagi nie zwraca (każdy rząd robi błąd), odważne kobiety przygotowały transparent Łychów – Warszawa. STRAJK i wybierają się na stolicę, biorąc trochę jajek zamiast palnej broni. Marsz chce przerwać policjantka, pod pretekstem blokowania dróg, ale grupa dzielnie trwa i wyrzuca swoje żale i pretensje. Sporo tu celnych obserwacji (wyborcze obiecanki, stosunek posłów do obowiązków, narkotykowe pomysły Palikota), sporo jednak również nazbyt łatwych uproszczeń, byle jakich sformułowań, kiepskich rymowanek. Nad tymi fragmentami trzeba dłużej popracować. I jeszcze jedno. Wprawdzie na początku panie kategorycznie oznajmiają, ze występują ochotniczki, amatorki, nie artystki zawodowe, ale to nie zwalnia ze starannego podawania słowa (bo inaczej giną pointy, a przecież kabaret to sprawa przekazywanych treści) i zdecydowanego, utrzymującego tempo i melodię, śpiewu. Takie poprawki sprawią, że sympatyczny program będzie się oglądało
z jeszcze większą przyjemnością.

Lniana robota to tytuł widowiska przygotowanego przez Zespół ZDZIŁOWIAKI ze Zdziłowic (woj. lubelskie, pow. janowski). Jest to obraz tradycyjnych prac związanych z obróbką lnu. Bardzo pięknie zaaranżowana przestrzeń pozwala na pokazanie wielu czynności na różnych planach jednocześnie. Taki układ ma niebagatelne znaczenie, zwłaszcza kiedy widzimy zatrudnioną sporą gromadkę osób. I tak na przedzie sceny po lewej, umieszczono zydelek, gdzie można przysiąść i siekierą zaostrzyć potrzebne kołki drewniane. W głębi imponująca maszyna do tłoczenia – szkoda tylko, że ani razu nie nazwana w czasie spektaklu i zupełnie nie ograna. Tamże, zgromadzone zapasy lnu, który będzie podlegał obróbce. Po prawej, szereg drewnianych gilotyn do gniecenia (pocirania) wiązek lnu. Do tego dodać trzeba jeszcze pomniejsze narzędzia typu czesaki, kołowrotki itp. Zebrano więc bardzo ciekawe instrumentarium, które dawniej służyło do wyciągnięcia maksimum korzyści z tej pożytecznej rośliny. Poznawczo jest to przedstawienie niezwykle interesujące. Nieźle pomyślany scenariusz pozwala realizatorom prowadzić widza przez wszystkie tajniki „lnianej roboty”. Pretekstem jest obecność Magdy, która na robocie się nie zna i którą trzeba wszystkiego uczyć. Mamy ponadto do czynienia ze zróżnicowaniem postaci, bo są tu i robotni, i tacy co spotkanie przy pracy traktują bardziej jako pretekst towarzyski niż obowiązek, starzy i młodzi, sprawni i sprawność raczej wspominający. Autorzy bardzo pięknie pozwolili swoim bohaterom przy robocie i poplotkować, i pośpiewać, i posprzeczać się, nie odciągając przy tym uwagi od głównego tematu. Tym bardziej szkoda, że nie popracowano nad pokonaniem trudności, jaką jest prowadzenie dialogu w scenach, w których odgłosy pracy zagłuszają zwyczajne mówienie. Aktorzy sprawiali wrażenie rozmawiających ze sobą w sposób naturalny i wiedzących o czym mówią, Cóż z tego – widzowie nie zostali dopuszczeni do tajemnicy, nie słyszeli bowiem większości tekstu.
A jednocześnie w scenie poczęstunku, kiedy milkną narzędzia i można by podać tekst tak, by był słyszalny – panuje cisza. To bardzo poważne wady nieźle pomyślanego spektaklu.

Skubaczki w wykonaniu Zespołu MAJDANIACY z Majdanu Sieniawskiego (woj. podkarpackie, pow. przeworski) to jedna z bardzo oszczędnych form widowiska ludowego. Wyrosła ona ze współpracy w grupie śpiewaczej. Trafny początek (Kiedy ranne...) przypomina nieco formułę Onego czasu… otwierającą niegdyś czytania Nowego Testamentu w kościele. Kilka pieśni („śpiewanek”) urozmaica dość jednorodny nastrój obrazka scenicznego. Dialogi, cenne gwarowo, nawiązują do zwykłych tematów – wesela, ułomności mężczyzn, wspomnień śpiewu w plenerze. W tym ostatnim przypadku widz może mieć wątpliwości – czy chodzi o wspomnienia z bliskiej przeszłości, czy z okresu młodości wykonawczyń, wszak skubanie pierza praktykowano w czasach, gdy śpiew był oczywistością, codziennością, nie zaś melancholijnym wspomnieniem. Repertuar pieśniowy, choć okrojony w liczbie zwrotek, wykonywany jest wzorowo. Dialogi, zazębiające się w sposób naturalny, są chwilami zbyt mocno kierowane przez przewodniczkę, brakuje w nich ekspozycji różnic w poglądach, ocenach, o co warto zadbać wobec dość statycznego charakteru widowiska.

Herody Zespołu Kolędniczego z Łazor (woj. podkarpackie, pow. niżański) są typem widowiska wielokrotnie sprawdzonego na licznych przeglądach. Czerpie ono siłę z tradycji „pierwszej”, kultywowanej w naturalnym środowisku, której dziś na przeszkodzie stoją m.in. dywany w domach na wsi. Wyobraźnia reżysera i twórcy nowych, dostosowanych do dnia dzisiejszego tekstów, stała się gwarancją powodzenia na scenie współczesnej. Aktualizacja realizuje się w szczególności
w poważnych przemowach Anioła na początku i na końcu rytualnej części widowiska. Dzięki temu ta postać „Herodów”– jakże często tylko markowana
w przedstawieniach – nabiera sensu i rumieńców, a całości przedstawienia nadaje profil dawnego misterium.

Stałego doskonalenia wymaga wybitnie aktorska rola Żyda – dobrotliwość tutaj nie wystarcza, potrzeba większej energii we wcielaniu się w tę trudną i malowniczą postać (dotyczy to też gestów jak i dykcji). Z kolei postać Heroda, pozbawiona cech demonicznych, wywołuje dość mylące wrażenie króla-mędrca, co odbiega od bardziej uzasadnionych wyobrażeń zazdrosnego satrapy. Jego „lament” (Ach biada, biada...) jest zbyt blady, zbyt konwencjonalny w porównaniu do ambicji całości przedstawienia.

Ośpiewanie, okolędowanie pojedynczych dziewcząt jako niezbędnik dawnego obrzędu (kolędy życzące) przeradza się w „Herodach” z Łazor w scenę taneczną,
w której uczestniczą, obok tancerek zaproszonych z widowni, wszyscy „zdemilitaryzowani” żołnierze. Jest to pomysł udany, ugruntowany w tradycji teatru ludowego jak i w obrzędach dorocznych, które swobodnie traktowały granicę między sceną a widownią. Frontalny finał i kolektywne życzenia nawiązują zarówno do „lekkiego” teatru muzycznego jak i dawnych widowisk kolędniczych. Od strony czysto muzycznej nie ma usterek, poza odczuciem braku skrzypka w kapeli. Zwyczaj zachowuje zatem tradycyjną strukturę, a wprowadza przemyślane uzupełnienia: uwspółcześnia przesłanie rytuału dorocznego oraz trafnie rozbudowuje składniki zabawowo-karnawałowe.

Zespół NIESPODZIANKA z Krowicy Samej (woj. podkarpackie, pow. lubaczowski) podjął się w spektaklu Ostatnie pożegnanie bardzo trudnego zadania: przedstawienia momentu niespodziewanego odejścia młodej osoby ze świata żywych. Po odsłonięciu kurtyny ukazuje się widzom wnętrze skromnej izby. Nie ma tu zbyt wielu sprzętów, głównymi elementami scenografii są łóżko i stół. Po izbie krząta się stara matka. Od samego początku uwagę obserwatora przykuwa postać leżąca w łóżku. Matka przygotowuje posiłek, zszywa koszulę i wykonuje różne inne drobne czynności domowe, a przy okazji snuje swój monolog, z którego dowiadujemy się,
że osobą śpiącą jest jej córka. Matka nie budzi jej, przypuszcza, że jest zmęczona, wieczorem wróciła bowiem z wiejskiej potańcówki. Wróciła wcześniej, bo źle
się czuła.

Tytuł uprzedza temat spektaklu, więc widz spodziewa się od samego początku, że w tym pomieszczeniu rozegra się dramatyczna scena, a niepokój wzmacnia jeszcze bardziej przeczucie, że umrze nie starsza bohaterka spektaklu, ale ta młodsza, leżąca nieruchomo w łóżku. Aktorka grająca matkę nie uprzedza zdarzeń. Zachowuje się w sposób naturalny, wręcz pogodny. Wydaje się nie przeczuwać nieszczęścia.


Do domu przychodzą sąsiadki i siostra. Rozmowy są zwyczajne, proste, o życiu. Czas płynie. Przychodzi chwila, w której matka decyduje się obudzić córkę.
Tu rozpoczyna się najboleśniejszy moment – okazuje się, że dziewczyna jest zupełnie nieprzytomna, jej ciało jest rozpalone i nie można w żaden sposób jej dobudzić. Matka jeszcze ma nadzieję, że zaradzi tej niemocy znachorka. Szeptucha wykonuje kilka tajemniczych gestów wokół ciała dziewczyny, ale tak naprawdę od początku wie, że to są ostatnie sekundy życia dziewczyny. Wszystko wskazuje na to, że młoda jest ofiarą panującej w okolicach cholery. Kobiety wzywają księdza z ostatnią posługą. Dziewczyna umiera na naszych oczach. Kobiety odprawiają modły, śpiewają żałobne pieśni, ubierają dziewczynę przygotowując ją do ostatniej drogi. Towarzyszy tym czynnościom przejmujący płacz i zawodzenie matki.

Spektakl jest przejmujący i wzruszający. Dzieje się tak prawdopodobnie za sprawą aktorki grającej Matkę. W pierwszej części prowadzi ona swoją rolę powściągliwie, pogodnie. W scenie budzenia dziewczyny aktorka zmienia swoje środki wyrazowe. W jej głosie słychać niepewność i strach, na twarzy maluje się niepokój, potem przerażenie. Nie może pogodzić się ze śmiercią córki. Ból po stracie jest wielki i zamienia się w zawodzenie i krzyk rozpaczy. Sąsiadki zajmują się przygotowaniem ciała zmarłej do pochówku, jak również otaczają opieką zrozpaczoną matkę.

Zadanie, którego podjął się siedmioosobowy zespół z Krowicy Samej było naprawdę trudne. Wymagało od wszystkich członkiń niemałej odwagi i otwartości. Historia jest opowiedziana w prostych słowach i gestach. Lament, który wypełnia końcowe sceny spektaklu może wydawać się monotonny i przesadzony, ale przecież jest on nieodzownym elementem tego rodzaju zdarzenia. To część zwyczaju. Dusza odchodzi ze świata ziemskiego przy wtórze płaczu i lamentu najbliższych. Zespół Niespodzianka składa się z samych kobiet, w wyniku czego wkradł się w przedstawienie element burzący iluzję prawdziwości sytuacji. To postać Księdza, granego przez kobietę. Ten mały fałsz nie jest w stanie pomniejszyć wielkiego wrażenia, jakie ten spektakl wywiera na widzu.

  1   2   3   4


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość