Serial Plebania



Pobieranie 60.99 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar60.99 Kb.
Serial Plebania
Bardzo spopularyzował krasiczyńską plebanię, a przez to i parafię.

Jednak jak zwykle rodzą się mity. Jednym z nich jest przekonanie, że krasiczyński proboszcz jest pierwowzorem proboszcza serialowego ks. Wójtowicza.

Jednak to tylko częściowa racja: w zamierzeniu serialowy proboszcz ( i wikary) mają być postaciami bardzo pozytywnymi i dlatego skupiają w sobie pozytywne cechy ogółu polskich proboszczów, szerzej księży. Negatywy polskiego duchowieństwa pokazano na przykładach księży, epizodycznie przewijających się przez plan filmu.

Drugi mit to przekonanie, że serial oddaje rzeczywistość parafialną. Nieprawda. Życie na każdej plebani jest, z jednej strony, o wiele bogatsze: każdy nawet średnio obeznany z realiami polskiej prowincji to dostrzega, a drugiej mniej w nim sensacji z pogranicza horroru i trillerów, które mają – zdaniem twórców serialu – zapewnić oglądalność, bo bez „oglądalności”, nowoczesnego bożka rządzącego mediami – żaden serial-tasiemiec nie utrzymałby się na tak długo wizji.

I wreszcie ogólne przekonanie, że jest serial religijny. Jest religijny, w tym sensie, że przybliża problemy religijno-maralne i czyni to w sposób naturalny, bez zadęcia i poczucia misji. Ale ani nie ma zamiaru, ani nie potrafi wyręczać Kościoła. Proboszcz nie jest wykładnią katolickiej teologii, moralności czy liturgii.

W każdym razie, mówiąc o krasiczyńskiej parafii nie sposób opędzić się od myśli o serialowym Tulczynie.

Poniżej dwa artykuły z wielu jakie pojawiły się, a w jakiś sposób nawiązują do parafii krasiczyńskiej.

PIĘĆ LAT "PLEBANII" (Tele Tydzień Nr 43 - 24.10.2005)

Gdyby u nas był taki...

Mieszkańcy Tulczyna i ich proboszcz zagościli w telewizji w 2000 roku. Za nami już 600 odcinków.

Pomysłodawcą "Plebani!" i jej producentem wiodącym jest Stanisław Krzemiński. - Chciałem zrealizować serial skierowany do Polski prowincjonalnej, oderwany od kawiarnianej rzeczywistości wielkiego miasta - powiedział nam. Głównym autorem serialu jest Olaf Olszewski, a kierownikiem literackim - Janusz Gazda. Po dwóch latach dołączyła do nich Ewa Popiołek. Przez sześć dni w tygodniu nie wstają od komputerów. Pomaga im zespół, który szuka nowych tematów - oglądają telewizję, czytają gazety i listy od telewidzów. Twórcy nie unikają trudnych tematów. Mówią o ludziach z upadłych PGR-ów, którzy są nieprzystosowani do nowej rzeczywistości, alkoholizmie na wsi i bezrobociu. - Jeśli kogoś ruszyło sumienie po obejrzeniu naszego serialu, uważam to za rzecz najcenniejszą w naszej pracy - dodaje Stanisław Krzemiński.

Nasz kochany proboszcz

Pierwowzorem serialowego proboszcza był ksiądz Stanisław Bartmiński, proboszcz z Krasiczyna, który teraz jest także konsultantem i podrzuca pomysły na kolejne odcinki. Z bohaterów od lat największą sympatią widzów cieszą się niezmiennie Włodzimierz Matuszak, serialowy proboszcz parafii w Tulczynie oraz jego gospodyni Józefina, czyli Katarzyna Łaniewska. Oni tworzą aurę serialu i są jego wizytówką. Proboszcz jest ciepły, wyrozumiały i sprawiedliwy - słowem ideał. Wielu widzów twierdzi, że gdyby w ich parafii był taki ksiądz jak on, częściej i chętniej chodziliby do kościoła. Aktor do pracy przygotowywał się na plebani w Krasiczynie, gdzie podglądał życie prawdziwego proboszcza. Na początku reakcje widzów bardzo go zaskakiwały, ale teraz się już do nich przyzwyczaił. - Wszyscy są sympatyczni i spontaniczni, czasami aż za bardzo - śmieje się. - Niektórym wciąż myli się fikcja z rzeczywistością i traktują mnie jak prawdziwego księdza. Nie chcą wierzyć, że jestem aktorem, niektórzy nawet chcą się u mnie spowiadać.

Babcia Józia

Dla Katarzyny Łaniewskiej postać Józefiny to rola życia. - Nie spodziewałam się, że nakręcimy aż tyle odcinków i będę tak popularna po pięćdziesięciu latach pracy. Dzieci zwracają się do mnie po prostu "babciu Józiu", a ja jestem z tego bardzo zadowolona, bo mam już wnuki - mówi. W Józefinie podoba się jej mądrość życiowa, poczucie humoru i sprawiedliwość. Bywa że wraz z autorami scenariusza wymyśla nowe wątki. Niedawno poprosiła, aby Józefina zaczęta jeździć na rowerze, chodzić na tańce i zapisała się na kurs prawa jazdy. Jej bohaterka pojechała na pielgrzymkę do Rzymu. - Nie chcę być tylko babcią kuchenną - śmieje się.

Co dalej z serialem?

Jak długo będziemy mogli oglądać "Plebanię"? Recepta jest prosta - każdy z odcinków musi zainteresować nie mniej niż 20 procent widowni. Teraz "Plebanię" ogląda 25-30 procent widzów. Serial konkuruje z "W-11" oraz "Pierwszą miłością" i na razie wychodzi z tego obronną ręką.

Mirosław Mikulski


 

Votum separatum



Podobne do życia

JÓZEFA HENNELOWA



 

Zaczęło się od Matysiaków i Jezioran, słuchowisk cotygodniowych, z którymi zaprzyjaźniały się miliony Polaków w PRL, chociaż w scenariuszu życiowym bohaterów z Dobrej i owej umownej wsi tylko częściowo odnajdować mogli swoje życie, jako że cenzura czuwała. To zresztą było całkiem ciekawe: obserwować, jak luz cenzurowy zaczyna dopuszczać realia dotąd zakazane i jak ci sami ludzie w pewnym momencie okazują się praktykującymi katolikami, obchodzą święta, zauważają rocznice, ba, zaczynają komentować niektóre bodaj wydarzenia. To samo działo się później w pierwszych telewizyjnych serialach czy telenowelach: nagle w scenariuszach pojawiać się zaczęli na przykład byli kombatanci czy byli więźniowie czasów stalinowskich, a dzieci w laickich dotąd rodzinach szykowały się do Pierwszej Komunii albo do ślubu kościelnego.


Im głębiej w okres „normalności”, tym podobniejsze do życia powinny być te opowiadane odbiorcom coraz częściej i gęściej ulubione historie, których końca nie tylko nikt nie wypatruje, ale na których zakończenie pewnie by się gremialnie zgodzić nie chciano. Zastanawiam się, czy o powodzeniu ich wszystkich w większym stopniu decyduje to właśnie, co z własnego życia widz w danym odcinku odnajduje, czy przeciwnie – baśniowość ich poetyki, to że z każdego kryzysu znajduje się jednak wyjście, choroby szybko się kończą, pieniędzy brakuje o tyle rzadziej niż w życiu, ba, sama estetyka wnętrz i aparycji bohaterów, niby to realnych, o kilkaset procent przewyższa to, co znamy z rzeczywistości. Bajka więc nas pociesza, czy solidarność losowa umacnia? Wściekamy się na nieprawdziwość kolejnych meandrów akcji albo psychiki oglądanych ulubieńców, czy przeciwnie, chcemy, żeby u nich przynajmniej było tak, jak nam w życiu prawdziwym raczej się nie zdarza? Sądzę, że twórcy owych telenowel i seriali nieustannie żonglują obu tymi reakcjami odbiorców i że osiągają w tym spore mistrzostwo.
Szczególnie interesujące jest to, co dzieje się od pewnego czasu w serialu „Plebania”. Dopiero niedawno dowiedziałam się, iż konsultantem tego serialu jest mój długoletni korespondent tygodnikowy ksiądz proboszcz Stanisław Bartmiński z Krasiczyna (nb. redaktor jednej z najciekawszych gazetek parafialnych „Wieści Krasiczyńskich”). Teraz rozumiem, dlaczego tak długo bez wpadki, owszem, coraz ciekawiej rysują się sylwetki obu księży z serialu, proboszcza i wikarego, co przecież w tego typu utworze, goniącym przede wszystkim za sensacją po to, by emocje nie gasły z odcinka na odcinek i by zawsze kończyć pewnym nowym napięciem, niemal nieuchronnie naraża na podfałszowywanie postaci kapłanów. A przecież tu ani granic, ani prawdopodobieństwa przekraczać się nie godzi. To ma być przecież parafia nie z księżyca, lecz z obecnych polskich kresów i to parafia wiejska. Tak mi się zdaje, że ksiądz proboszcz jako konsultant musi wiele bojów staczać z twórcami serialu o to, by więcej prawdy o takiej właśnie polskiej i religijnej rzeczywistości obronić, nie pozwalając zdominować kolejnych epizodów ulubionymi przez wielu wątkami kryminalnymi czy sensacyjnymi, które nazbyt rozrośnięte, stworzyłyby z „Plebanii” karykaturę. Zdarzają się sukcesy, przy których właśnie o konsultancie myśli się z prawdziwą wdzięcznością. Taki jest – za szczupły! – wątek katechizowanych dzieci, wątek pogardzanego we wsi „głupiego” Romusia, wierzącego z żarliwą autentycznością, czy wątek rodziny próbującej szukać ocalenia od alkoholizmu ojca. Oby tak dalej.

PS. Przy okazji warto zanotować, że w numerach „Wieści Krasiczyńskich” figurują rubryki i działy, które tak bardzo przydałyby się w każdej gazetce parafialnej: rozliczenia z ofiar kolędowych, z remontów kościoła, z powinności parafian w sprzątaniu świątyni i pomaganiu księżom w odwiedzinach okolicznych wsi. Wspólnota przebija w ten sposób nie tylko z rozważań i wieści budujących, lecz z najzwyklejszej prozy. Józefa Hennelowa 


W Krasiczynie fikcja telewizyjnego serialu "Plebania" miesza się z prawdziwym życiem

Tygodnik Powszechny NR 20 (2810) 18 maja 2003

Plebanii w Tulczynie fikcje i fakty Tomasz Potkaj

Od trzech już lat niespiesznym rytmem toczy się życie na telewizyjnej plebanii w Tulczynie, a każdy kolejny odcinek tej "telenoweli z życia polskiego Kościoła" ogląda od sześciu do siedmiu milionów widzów, co sprawia, że "Plebania" jest dziś jednym z najpopularniejszych seriali w telewizji - obok "Klanu" czy "Na dobre i na złe". Jest przy tym w Polsce miejsce, w którym widownia "Plebanii" wynosi niezmiennie aż 100 procent. Tym miejscem jest Krasiczyn koło Przemyśla.





Pierwowzór serialu, ksiądz Stanisław Bartmiński przed plebanią
w Krasiczynie: "Delikatna materia, pokazywanie życia księży..."



W Krasiczynie najważniejszy jest zamek: odnowiony, z parkiem, hotelem
i restauracją. Wiosną jest tu jeszcze sennie, ale latem raz po raz podjeżdżają wycieczki. Obok zamku stoi kościół: barokowy, ale skromny, pod wezwaniem św. Marcina. W kościele chrzcielnica, w której przed 136 laty ochrzczono (urodzonego na zamku) Adama Sapiehę, późniejszego kardynała; do 1945 r. Krasiczyn był własnością rodu Sapiehów.

Tu jednak wycieczki zaglądają rzadko. A szkoda, bo szary budynek za kościelnym murem mógłby być turystycznym hitem. Ostatnio ks. prałat Stanisław Bartmiński, od 32 lat proboszcz krasiczyńskiej plebanii, dostał od dyrektora zamku propozycję: jeśli poświęci chwilę wycieczkom zwiedzającym zamek, w zamian trasa zwiedzania obejmie kościół. Oraz plebanię, z zewnątrz. Ks. Bartmiński jest bowiem w pewnym sensie najpopularniejszym duchownym w Polsce. Losy jego i parafii śledzą w telewizji miliony Polaków. Ks. Bartmiński użyczył fragmentu swej biografii księdzu Antoniemu Wójtowiczowi z "Plebanii". Krasiczyn to pierwowzór filmowego Tulczyna.



Życie jest gdzie indziej

- Cztery lata temu wpadliśmy na pomysł zrobienia telenoweli, pokazującej życie polskiej prowincji - tak Stanisław Krzemiński, współwłaściciel firmy Besta Film produkującej "Plebanię" i "ojciec chrzestny" serialu, opowiada o jego początkach, w siedzibie swej firmy przy Ordynackiej w Warszawie. - Chodziło o to, żeby odejść od wielkich miast i ich problemów i pokazać, że życie jest także gdzie indziej, i że dziejące się tam sprawy są nie mniej ważne i ciekawe. Chcieliśmy znaleźć interesujące miejsce, trochę tajemnicze, nadające się do sportretowania. Uświadomiłem sobie, że warunki te spełnia wiejska plebania. Najlepiej na głębokiej prowincji. Zaczęliśmy szukać takiego miejsca. Tak się zaczęło.

Olaf Olszewski, scenarzysta i dokumentalista, podjął się napisania "Plebanii" trochę z przypadku: w TVP był jednym z redaktorów opiekujących się telenową "Klan". Z racji wcześniejszych filmów o Kościele miał wśród znajomych wielu duchownych. Księdza Bartmińskiego poleciła mu mama, która u proboszcza - związanego z działalnością opozycyjną - bywała w latach 80., gdy w krasiczyńskiej plebanii odbywały się rekolekcje, oazy czy pokazy zakazanych filmów.

I tak pewnego letniego dnia 1999 r. Olszewski z żoną, dziennikarką telewizyjną, zapukali do ks. Bartmińskiego. Zamieszkali w prałatówce i zaczęli przyglądać się życiu mieszkańców plebanii i parafii. Poznali wikarego (ks. Antoni Trzyna; w filmie ks. Adam Potoczny) gospodynię księdza Zuzannę Sus (filmowa "Babadziunia" Józefina Lasek), jej dzieci i wnuki, Edka (filmowy kościelny, Zbigniew Stoka) i kilkadziesiąt innych osób. W czasie kolejnych pobytów Olszewski przeprowadził kilkadziesiąt rozmów z mieszkańcami. Pytał o życie i pracę, problemy i radości. Z fragmentów ich opowieści powstały pierwsze postacie filmowych bohaterów oraz ich biografie, zapisywane na kartkach wieszanych na ścianie. Zaczęto rysować pierwsze "drabinki": tak scenarzyści nazywają dokładnie rozpisane, kolejne sceny każdego odcinka.

Kiedy publiczna TVP zdecydowała się kupić telenowelę, ruszyła produkcja. Ksiądz Bartmiński w zakrystii uczył aktora Włodzimierza Matuszaka liturgicznych gestów i tego, jak się wkłada sutannę, a Olszewski jak szalony pisał scenariusze kolejnych odcinków.

W sposób naturalny krasiczyński proboszcz został konsultantem serialu, choć przez dwa lata jego nazwisko nie pojawiało się w napisach końcowych. - To z ostrożności - śmieje się dziś. - Powiedziałem, że jeśli przez pierwsze sto odcinków nie popełnią jakiejś gafy, dam im moje nazwisko.

Ks. Józef Michalik, arcybiskup przemyski, do pomysłu podszedł z rezerwą, ale przeszkód nie stawiał. I tak trzy lata temu TVP wyemitowała pierwszy odcinek "Plebanii".

Cerkiew, obraz, pamięć

Krasiczyńska parafia: 2400 dusz i pięć kościołów (jeden główny i cztery "dojazdowe": w Korytnikach, Tarnawcach, Chołowicach i Mielnowie). Trzy z nich w przeszłości były cerkwiami. Przed 1939 r. większość mieszkańców tych terenów stanowili grekokatolicy, po wojnie wysiedlani do ZSRR lub na północ i zachód Polski, w ramach "Akcji Wisła". Po grekokatolikach zostały puste świątynie, wśród nich ta w Mielnowie.

Mielnów, mała wioska (120 mieszkańców), osiem kilometrów od Krasiczyna, do której dziennie dojeżdżają dwa autobusy. Na skarpie Sanu, otoczony parkiem, znajdował się dworek, dziedziczony przed wojną przez rodzinę Chwapieli. Mała cerkiew, zbudowana w ostatnich latach XIX stulecia, z drewnianym stropem i takąż kopułą, należała wówczas do greckokatolickiej parafii w Olszanach, a nieliczni we wsi katolicy chodzili modlić się do Krasiczyna. - Ale i katolicy chodzili na Jordan (w Kościele Wschodnim święto święcenia wody 19 stycznia, na pamiątkę chrztu Jezusa - red.), bo wiara rzymska czy grecka, Bóg jeden i ten sam - mówi Paweł Dańko. Rocznik 1917, przez lata sołtys i od zawsze kościelny, pochodzi - jak wielu tutaj - z mieszanej polsko-ukraińskiej rodziny; ochrzczony w tej cerkwi.

Dańko jako jeden z nielicznych w okolicy nie ogląda "Plebanii", choć jest pierwowzorem występującej w niej postaci o nazwisku Horyniuk. W 1947 r. uniknął wywózki. Potem wraz z innymi latami bronił cerkwi przed rozbiórką, przeprowadzając remonty.

Dziś odnowiony jest także obraz Najświętszej Panienki, wiszący po lewej stronie na bocznym ołtarzu. Widać na nim dziurę po kuli: to pamiątka po tym, jak pijani żołnierze Ludowego Wojska Polskiego strzelali do łacińskiego obrazu, który znalazł się w "ukraińskiej" cerkwi. Jak i kiedy się znalazł? Tego nikt już dziś nie pamięta.

W pobliskiej Śliwnicy resztki cerkwi, spalonej podczas wojny, rozebrano jeszcze w latach 40. Pochodzący z tej cerkwi cudowny obraz Matki Boskiej Śliwnickiej aż do swej śmierci trzymała w domu Stefania Fenik; opowiadano bowiem, że śliwnicka Madonna chroni mieszkańców od nieszczęścia. Po jej śmierci ikona zniknęła i we wsi zaczęły dziać się rzeczy wcześniej niesłychane: brat zabił brata, sołtysa w lesie przywaliło drzewo, u ludzi zdrowych pojawiły się różne choroby. Czy klątwa zawisła nad tym miejscem, nie wiadomo; faktem jest, że w krasiczyńskiej parafii od wojny nie było tylu pogrzebów. Dlatego w 1989 r. mieszkańcy Śliwnicy postanowili odbudować kapliczkę, a obraz odnaleźć. Po długich poszukiwaniach odnalazł się w Legnicy, w domowej kaplicy ówczesnego mitrata Jana Martyniaka (dziś arcybiskupa metropolity przemysko-warszawskiego obrządku bizantyńsko-ukraińskiego). W święto Jordanu 1991 r. kopia obrazu wróciła do krasiczyńskiej parafii (oryginał znajduje się w cerkwi w Komańczy). Od czerwca 1997 znów wisi w odbudowanej śliwnickiej kaplicy.



Proboszcz z "Tulczyna"

Ksiądz Stanisław Bartmiński zna dziesiątki podobnych historii. Niektóre, przetworzone w filmowe fabuły, znajdują swe miejsce w odcinkach "Plebanii".

Ksiądz Bartmiński to także człowiek pogranicza: urodzony przed wojną w Przemyślu, wyświęcony w 1959 r., budowniczy kościołów, inicjator licznych komitetów kościelnych i społecznych (fenomen aktywności obywatelskiej mieszkańców Krasiczyna i okolicy spisał w - wydanej własnym sumptem - książce "Pracowite lata"), organizator rekolekcji oraz wakacji dla dzieci z Ukrainy. Człowiek-instytucja.

Kilka lat temu nauczył się składać do druku wydawany już piętnasty rok tygodnik parafialny, który dla mieszkańców jest także źródłem informacji o świecie.

W 2001 r. krasiczyński proboszcz został człowiekiem roku w plebiscycie, organizowanym przez regionalną TVP, Radio Rzeszów i miejscową gazetę "Super Nowości". Otrzymał też dyplom uznania od Szewacha Weissa, ambasadora Izraela w Polsce, za uporządkowanie wraz z grupą parafian terenu po żydowskim cmentarzu i zorganizowanie Dnia Modlitwy i Zadumy, ku pamięci pomordowanych krasiczyńskich Żydów.

Od kiedy w 1970 r. objął krasiczyńską parafię, przez dom parafialny przewinęły się, nie przesadzając, tysiące ludzi.

Odkąd zaczęła się jego współpraca z "Plebanią", nawet w kurii biskupiej nazywają go "proboszczem z Tulczyna".

"Nie na klęczkach"

Co dwa tygodnie podwarszawski Okuniew - tutaj kręcone są zdjęcia - przeżywa najazd telewizyjnej ekipy. Miejscowy sklepik zamienia się wtedy w tulczyńską restaurację, a okuniewska plebania staje się plebanią tulczyńską. Co dwa tygodnie do producenta trafia kolejna transza: sześć napisanych odcinków. Czwartek, piątek, sobota, trzy odcinki w tygodniu, razem około 40 scen do napisania i nakręcenia. W Wielkanoc TVP wyemitowała 300. odcinek. To na razie niewiele, w porównaniu z "Klanem" (ponad 600), nie mówiąc o amerykańskiej "Modzie na sukces" (ponad 1800).

Przy produkcji pracuje prawie 300 osób. Stanisław Krzemiński tryb powstawania serialu określa jednym słowem: fabryka. - Mamy jeden dzień w tygodniu na wymyślenie historii do trzech najbliższych odcinków. Spotykamy się w każdy poniedziałek i siedzimy do oporu. Następne dwa dni to pisanie omówionych pomysłów - opowiada Olaf Olszewski.

Przez prawie trzy lata większość pomysłów powstawała w głowie Olszewskiego; od niedawna pisze je wspólnie z Ewą Popiołek. Żaden z czterdziestu kilku scenarzystów, którzy przewinęli się przez serial, nie zagrzał miejsca na dłużej - nie wytrzymali tempa pracy albo jej specyfiki.

W "Plebanii" jest szereg ograniczeń, których nie mają twórcy innych seriali - mówi Janusz Gazda, kierownik literacki serialu. - Ksiądz nie może mieć żadnej poważnej skazy na życiorysie, moralnie musi być poza podejrzeniami. W jego najbliższym otoczeniu nie powinny pojawiać się rozwody, zdrady i podobne wątki, którymi żyje większość tego typu produkcji. To ogranicza sferę konfliktów i możliwość rozwojowych akcji fabularnych. Do tego dochodzi delikatność materii, pokazywanie życia księży, liturgii. W polskiej tradycji telewizyjnej i filmowej nie było miejsca na pokazywanie księdza w taki sposób: nie na klęczkach, ale bez złośliwości. Dlatego mimo ograniczeń, jakie narzuca formuła telenoweli, mam wrażenie, że robimy tu coś naprawdę ważnego.

W przypadku telenoweli to faktycznie nietypowe wyznanie. Telenowelę wymyślili Amerykanie (novel to powieść, spolszczona nazwa brzmiałaby więc: "telewizyjna powieść"). Pierwszą polską telenowelą był chyba wyemitowany przez TVP w 1956 r. cykl "Sprawa państwa Kardasiów", a przykładem klasycznym jest serial "W labiryncie" z lat 80. Jednak prawdziwy wysyp zaczął się w połowie lat 90. wraz z początkiem "Klanu" i "Złotopolskich". Dziś telenowela to produkcja na tyle powszechna, że reżyserzy i scenarzyści najpopularniejszych polskich seriali powołali w marcu własne stowarzyszenie.



Dobro, zło, Tracz

Telenowela nie jest sztuką, lecz produktem i jak każdy produkt musi się sprzedawać. Jeśli oglądalność spada, telenowela się kończy. Musi opowiadać interesujące historie, a jej osią są niekończące się rozmowy bohaterów między sobą. Jej sukcesu nie gwarantuje ani scenariusz, ani reżyseria, ani pieniądze, ani gwiazdorska obsada. Telenowela znakomicie radzi sobie bez znanych i drogich aktorów. Często mało znani aktorzy, obsadzeni w telenoweli, awansują do rangi gwiazdorów.

Całość musi dawać widzowi poczucie, że odnajduje w niej przynajmniej część swych problemów. Fabuła budowana jest na konflikcie. Główny bohater (szlachetny, ciekawy) pokonuje problemy i jak w każdej baśni zawsze zwycięża. Tylko zwycięstwo może być rozpisane na wiele odcinków. Podział na dobro i zło pociągnięty jest grubą linią, choć czarny charakter może wzbudzać sympatię. Jak w "Plebanii": Janusz Tracz, zawzięty przeciwnik proboszcza, w rankingach popularności (sporządzanych na podstawie sygnałów od telewidzów) zajmuje jedno z czołowych miejsc w serialu. Jest demoniczny: bogaty, nie wiadomo, czym się zajmuje; choć przegrywa, prowadzi kolejne intrygi. Jego nazwisko czytane wspak daje: "czart". Pierwowzorem postaci jest ponoć pewien znany niegdyś prawicowy polityk z Przemyśla.

Jak na telenowelę dotykającą sacrum przystało, przy kręceniu "Plebanii" czasem pojawia się pewien rodzaj metafizyki. - Kiedyś nakręciliśmy kilka odcinków, rozwijających wątek noworodka podrzuconego pod drzwiami plebanii - opowiada Olszewski. - Kilka tygodni później gdzieś w Polsce zdarzyła się taka sytuacja. Innym razem napisałem scenę, w której jeden z występujących w serialu duchownych zabiega o dobrą parafię po zmarłym proboszczu o nazwisku zaczynającym się na J. Gdy wysłałem księdzu Bartmińskiemu tę scenę do akceptacji, odpisał, że jest realistyczna, bo... w sąsiedniej parafii rzeczywiście umarł ksiądz o identycznym nazwisku i placówka ta jest obiektem zainteresowania okolicznych księży. Nazwisko filmowego księdza oczywiście zmieniłem.

Czasem postaci wprowadzone na chwilę zostają dłużej. - Tak było z Hanką, która podrzuciła noworodka na plebanię - wspomina Janusz Gazda. - Historia została opowiedziana i chcieliśmy zamknąć wątek, ale zaprotestowali widzowie. Dziś losy Hanki i jej ojca Tośka, popegeerowskiej rodziny starającej radzić sobie z trudnościami, są jednym z najbardziej lubianych wątków.

Zdarza się też, że twórcy rezygnują z planowanych na dłużej wątków. Wystarczy niedobrany aktor lub nieprzekonująca historia. Trudno jednak reagować na sugestie widzów. - Przede wszystkim dlatego, że każda z postaci ma zwolenników i przeciwników, choć oczywiście najbardziej lubiani są proboszcz i, ku naszemu zdziwieniu, Tracz - opowiada Olaf Olszewski.

"Janusz Tracz jest pierwszym czarnym charakterem z prawdziwego zdarzenia" - napisał miłośnik serialu w liście, wysłanym na adres "Plebanii".

Więcej niż konsultant

Przed krasiczyńską plebanią Edek rąbie drzewo. Zuzanna Sus, gospodyni, krząta się w kuchni; dochodzi do zdrowia po operacji. Jej córka (pracuje w przemyskim banku) pomaga w weekendy. Po chwili wpada siostrzenica z mężem. - Jak zmieniło się moje życie? - zastanawia się ks. Bartmiński. - Może tylko tak, że częściej przychodzą do mnie oszuści i wyłudzacze, którzy są plagą okolicznych miejscowości. Raz byli fałszywi kominiarze, ten wątek umieściliśmy nawet w "Plebanii".

Kolejne odcinki scenariusza ksiądz dostaje z Warszawy pocztą elektroniczną. Poprawia, sugeruje i odsyła z powrotem. - Mam się czepiać, od tego jestem - tłumaczy swą drobiazgowość. Więc się czepia: że scenarzyści nie pokazują ministrantów w kościele (parafia bez ministrantów?), że nadużywają scen spowiedzi ("Niechby za to pokazali, co ksiądz czyta w swoim brewiarzu"), że eksponują wątki sensacyjne. Prawdziwy bój stoczono o wielkopiątkowy odcinek, w którym Osa (sługus Tracza) kradnie z kościoła figurę Chrystusa, aby proboszczowi zepsuć święta. W kulminacyjnym, wypowiadanym niezwykle serio monologu, Tracz robił mu wykład z chrystologii, tłumacząc różnicę między figurą a Chrystusem prawdziwym. - Udało nam się przekonać księdza, że kwestia ta wypowiadana przez Tracza zabrzmi ciekawiej i bardziej intrygująco - tłumaczy Olszewski.

W mailach słanych do Warszawy ksiądz zarzuca scenarzystów pomysłami na kolejne historie. Czasem złości się, gdy ich nie wykorzystują. Twórcy telenoweli mówią, że bez rad i pomysłów księdza Bartmińskiego trudno wyobrazić sobie "Plebanię".

Częstość obcowania z "udawanym sacrum" (jak określa "Plebanię", trochę żartem, Stanisław Krzemiński) odcisnęła piętno na aktorach i realizatorach. Włodzimierz Matuszak (w roli proboszcz) śmieje się, że na ulicy ludzie mówią mu "Szczęść Boże". Aktor grający Tracza zapamiętał zdziwienie na twarzy pewnej kobiety, kiedy zobaczyła go wychodzącego z rodziną z niedzielnej Mszy. - A ja nauczyłem się pisać kazania - chwali się Olaf Olszewski. - Ksiądz Bartmiński mówi, że są całkiem dobre.

Serial w internecie: www.plebania.pl




"Rzuć palenie razem z nami" - Prymas rozdał nagrody


KATOLICKA AGENCJA INFORMACYJNA 19-11-2003,

Zespoły twórców seriali "Plebania" i "Klan", redakcje programów telewizyjnych: "Kawa czy herbata" i "Panorama" oraz redakcja "Superexpressu" - znaleźli się wśród 17 tegorocznych laureatów nagrody za promowanie akcji "Rzuć palenie razem z nami". Wyróżnienia wręczył 19 listopada kard. Józef Glemp, Prymas Polski.

- Życzę, by coraz mniej Polaków paliło papierosy, zwłaszcza mniej kobiet, bo choć uznaję równość kobiet i mężczyzn i jestem za równouprawnienie, to jednak myślę, że właśnie kobiety powinny palić mniej - mówił kard. Glemp i podkreślił: "Kobiety dają przykład zachowania w domu. Trzeba też pamiętać o zdrowiu dzieci, które jest bardzo ważne".

Wśród wyróżnionych znaleźli sięm.in.:zespół realizatorów serialów "Plebania" i "Klan",

- Do niedawna byłem nałogowym palaczem - wyznał podczas spotkania jeden z wyróżnionych, ks. Stanisław Bartmiński, proboszcz parafii w Krasiczynie, członek z zespołu twórców serialu "Plebania". - Po dwóch latach od rzucenia palenia z zaoszczędzonych pieniędzy pokryłem złotem ozdoby w chórze. Od tamtej pory powtarzam parafianom: jeśli ja jeden ozłociłem ścianę, to co by się stało, gdyby wszyscy Polacy rzucili palenie?
Ksiądz Prymas wraz z laureatem nagrody Rafałem Człapińskim (Prezesem Klubu Miłośników komunikacji Miejskiej) i Wiesławą Dolińską (zastępcą Dyrektora ZTM)

Ksiądz Prymas w towarzystwie twórców serialu „Plebania”



Ksiądz Stanisław Barmiński (Parafia św. Marcina w Krasiczynie, konsultant serialu „Plebania”) składa podziękowania w imieniu laureatów


© 2003 FUNDACJA "PROMOCJA ZDROWIA" ul. Sobieskiego 110/7 | 00-764 Warszawa


tel,fax: 646 52 12, 851 75 14

Krasiczyn w "Plebanii”


Dłuższy czas ukrywał się pod pseudonimem. Ujawnił się dopiero po dwóch latach, po setnym odcinku serialu. - I tak wszyscy w środowisku wiedzieli - uśmiecha się ks. Stanisław Bartmiński, proboszcz parafii w Krasiczynie. Jego nazwisko jako konsultanta pojawia się po każdej emisji. "Plebania" gości cztery lata na telewizyjnych ekranach.


Zuzanna Susowa, gospodyni z Krasiczyńskiej plebani stała się pierwowzorem dla serialowej babci Józi, którą gra Katarzyna Łaniewska. (JUSTYNA WOŚ)

Ksiądz konsultant czyta scenariusze. Czuwa, żeby nie było religijnych wpadek. Poprawia błędy. Do dialogów wprowadza trochę księżowskiego slangu. Pilnuje kalendarza liturgicznego i kościelnego rytuału. Czasem jedzie na filmowy plan.


Święta nagrywano w połowie listopada. W Wigilię telewizja pokaże godzinny odcinek. - Moim zdaniem, on ma złe zakończenie, trochę wydumane - narzeka ks. Bartmiński. Proponował, żeby kamera podglądnęła proboszcza w wigilijny wieczór. Pokazała samotność księdza. - To jest problem! Choć mnie aż tak nie dotyka. Jadę na wigilię do brata na przemyski Kruhel. Wracam o ósmej. Do pasterki jestem sam.

Ks. Stanisław Bartmiński: - „Plebania" wpływa też na promocję Krasiczyna. (JUSTYNA WOŚ)

Co powiedzą przełożeni?

Na Bartmińskiego natrafił scenarzysta Olaf Olszewski. Ściślej, jego matka - artystka malarka. Znają się z czasów solidarnościowych. W stanie wojennym krasiczyńska plebania była azylem dla opozycji, dla wdów górniczych, sierot. Krasiczyn idealnie pasował do wyobrażeń realizatorów "Plebanii". Prowincja, pogranicze, przenikanie się kultur, religii, tradycji. I do tego taki proboszcz: otwarty, przyjazny, blisko ludzi.
Nie od razu przyjął ofertę. Sondował opinie u kolegów księży i przyjaciół, czy podjąć współpracę. Odradzali. Potraktował to jako wyzwanie. - To szansa, żeby pokazać życie i pracę księdza, codzienność parafii i problemy ludzi. Takiej telenoweli jeszcze nie było - argumentuje. Ale obawiał się reakcji przełożonych. Nie było wiadomo, w jakim kierunku serial pójdzie. Zastrzegł, że w każdej chwili może zerwać umowę. I parę razy groził, że się wycofa.

Proboszcz i gospodyni

Postacie "Plebanii" są wymyślone. Lecz dwie mają pierwowzory: proboszcz i gospodyni. Zanim padł pierwszy filmowy klaps, w Krasiczynie gościł Włodzimierz Matuszak, serialowy ks. Antoni, proboszcz Tulczyna. Mieszkał na plebanii. Przyglądał się wszystkiemu. Co bierze ksiądz, idąc do chorego. Jak w biegu naciąga sutannę, rozmawia z parafianami. - To mi bardzo pomogło zbudować tę rolę - przyznaje aktor.
Gospodyni Zuzanna Susowa z miejsca zaakceptowała aktora: - Jak prawdziwy ksiądz! Nazwana kiedyś przez wnuka "babą Ziuną" jest prototypem serialowej babci Józi. Katarzynę Łaniewską, odtwórczynię gospodyni, poznała trochę później. Aktorka zawitała w Krasiczynie, gdy "Plebania" była już popularna.
Gospodynie od razu padły sobie w ramiona. Jakby się znały od zawsze. Łaniewska zachwyciła się, że tyle realiów przeniesiono do serialu. Taki sam kuchenny piec kaflowy, wielki stół. Gościnność, atmosferę. I pierogi, ulubione danie krasiczyńskiego proboszcza, są podawane też tulczyńskiemu.

Włodzimierz Matuszak, serialowy ks. Antoni, proboszcz Tulczyna, podglądał życie na plebanii w Krasiczynie z bliska (JUSTYNA WOŚ)

Trudny partner

- Ksiądz Antoni nie jest moją kopią. Niewiele ma ze mnie. Ale lubię tę postać - przyznaje ksiądz Stanisław. - Jednak niektórzy bohaterowie są przerysowani. Kto się z nimi będzie utożsamiał?
Ksiądz konsultant nie jest łatwym partnerem. Kłóci się z realizatorami, wysyła e-maile do Warszawy. Stoczył batalię o księdza Artura, nowego wikarego. - Walczyłem, żeby był. I chciałem żeby był zły - podkreśla Bartmiński. - Taki, co to podskakuje proboszczowi, rozrabia. Dlaczego? Może robi karierę, a może jest zagubiony? Te sprawy rozstrzygną się koło Wielkanocy.

Zapomnieli o tłustym czwartku

W komputerze Bartmińskiego są scenariusze na trzy miesiące do przodu. Odcinek 503, początek lutego. - No, proszę zapomnieli o tłustym czwartku! - otwiera na chybił trafił. - Nie wszystko w tym serialu mi się podoba. I nie musi. Realizatorzy uważają, że ma być intryga i sensacja. Żeby produkt się sprzedał.
Skoro jednak wplątał się w "Plebanię", chce mieć wpływ na tok wydarzeń. Chciałby, żeby pokazywano życie parafii od podszewki, a nie sytuacje wymyślone przy stoliku. I trzeba zachować "poświatę” religijno-moralną.

Tulczyn promuje Krasiczyn



A jakie są honoraria konsultanta? - To "tajemnica handlowa" - śmieje się. Pieniądze wsiąkają w parafię. Proboszczowi starcza satysfakcja. To go motywowało do różnych działań. Inicjował odbudowę cerkwi, odnowienie cmentarzy wojennych i kirkutu.
- Mam 40-letnie doświadczenie. Cieszę się, że mogę się tym podzielić. A "Plebania” należy do najchętniej oglądanych seriali.
Z zamkowej baszty w Krasiczynie przewodnik pokazuje turystom kościół i plebanię. Potem przychodzą, chcą oglądnąć proboszcza. - To mnie trochę złości - nie ukrywa ks. Bartmiński. - Nie zawsze jest czas na rozmowy. Ale z drugiej strony filmowy Tulczyn promuje Krasiczyn. A ludzi pociąga zderzenie fikcyjnego świata z prawdziwym.
JUSTYNA WOŚ






©snauka.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna
Komunikat prasowy
przedmiotu zamówienia
najkorzystniejszej oferty
Informacja prasowa
wyborze najkorzystniejszej
warunków zamówienia
istotnych warunków
sprawie powołania
Regulamin konkursu
udzielenie zamówienia
przetargu nieograniczonego
zamówienia publicznego
Nazwa przedmiotu
Specyfikacja istotnych
modułu kształcenia
Rozporządzenie komisji
studia stacjonarne
wyborze oferty
Zapytanie ofertowe
Szkolny zestaw
Ochrony rodowiska
ramach projektu
prasowy posiedzenie
trybie przetargu
obwodowych komisji
zagospodarowania przestrzennego
komisji wyborczych
komisji wyborczej
Program konferencji
Wymagania edukacyjne
Lista kandydatów
szkoły podstawowej
która odbyła
Województwa ląskiego
Decyzja komisji
przedmiotu modułu
poszczególne oceny
Sylabus przedmiotu
szkół podstawowych
semestr letni
Postanowienia ogólne
przedsi biorców
produktu leczniczego
Karta przedmiotu
Scenariusz lekcji
Lista uczestników
Program nauczania
Projekt współfinansowany
Informacje ogólne
biblioteka wojewódzka
semestr zimowy