Strona główna

SIĘgając nieba babcie uwielbiają rozpieszczać swoje wnuki, dając im łakocie, dziergając szaliki na drutach, a także będąc ich powiernikami. Babcia Celia robiła dla swojego wnuka to wszystko I jeszcze więcej


Pobieranie 17.26 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar17.26 Kb.
SIĘGAJĄC NIEBA

Babcie uwielbiają rozpieszczać swoje wnuki, dając im łakocie, dziergając szaliki na drutach, a także będąc ich powiernikami. Babcia Celia robiła dla swojego wnuka to wszystko i jeszcze więcej, była niestrudzoną przewodniczką Leo. To jej Messi dziękuje po każdym strzelonym golu, za sprawą prostego gestu chcąc wyrazić: „Wiem, że wciąż jesteś przy mnie”.

Potrzeba zaledwie pięciu kroków, by przemierzyć ulicę Lavalleja obok bloku o numerze 500. To tu, w południowej części Rosario, dzieci rozgrywały niekończący się mecz piłki nożnej. Za boisko służył im wąski odcinek drogi, jeszcze do niedawna błotnistej. Samochody pojawiały się tu z rzadka, a akty wandalizmu ograniczały się do przypadkowego wybicia piłką czyjegoś okna. Całe pokolenia dzieci dorastały, grając w futbol na tym fragmencie ulicy. W tamtych czasach drzwi pobliskich domów nigdy nie były zamknięte na klucz i dzieci często je szturmowały w poszukiwaniu jakiegoś chłodnego napoju. Im bardziej gazowanego, tym lepiej.

Każdego dnia po szkole babcia Celia brała małego Leo za rękę i prowadziła go, wraz z dwójką jego starszych braci, na róg ulicy 1 Maja, gdzie mogli grać w piłkę nożną. Pięcioletni Leo był wątłej postury i szybko zyskał sobie przezwisko La Pulga – Pchła. Zawsze głodny gry, wyrywał się z babcinych rąk, by kopać co tylko popadnie; w wyobraźni zmieniał w futbolówkę nawet kamień. W każdy poniedziałek, środę i piątek udawali się do klubu piłkarskiego Abanderado Grandoli.

Argentyńska gwiazda przyszła na świat 24 czerwca 1984 roku w Klinice Włoskiej w Rosario. Leo był dużym dzieckiem, po urodzeniu ważył 3,6 kilograma. Jego rodzice, Celia Cuccittini i Jorge Messi, cieszyli się, że rodzina znów się powiększyła. Do chwili urodzenia Leo mieli już dwóch synów: Rodrigo i Matíasa. Siedem lat później na świat miała przyjść María Sol.

Rubén Manicable mieszkał naprzeciwko rodziny Messich: „W wieku zaledwie dziewięciu miesięcy Leo już poruszał lewą stopą, o tak – tu Manicable wykonuje gest dłonią – zupełnie jakby chciał kopnąć piłkę. Już wtedy. A nie potrafił jeszcze chodzić!”.

Wnuczka Rubéna, Cintia Arellano, była najbliższą przyjaciółką Lionela z dzieciństwa. Leo nie przepadał za szkołą, ale polubił ją, gdy odkrył, że na przerwach można grać w piłkę, a na sprawdzianach zawsze może liczyć na pomoc Cintii.

„Szybko, możesz podać mi odpowiedź na trzecie pytanie?”, szeptał do niej. „Zawsze siedział przede mną albo za mną. Odpowiedzi przesyłaliśmy sobie na linijce albo gumce do ścierania”, wspomina przyjaciółka Leo. Niczym skarbu strzeże wszystkich jego koszulek, które otrzymała od niego w prezencie przez wszystkie te lata znajomości.

Dom Leo znajdował się zaledwie kilka bloków od szkoły podstawowej numer 66, General Las Heras, miejsca skromnego, ale pełnego życia, w którym do dziś żywe są wspomnienia legendarnego piłkarza Barcelony.

„W piątej i szóstej klasie uczyłam Leo matematyki i przyrody – oznajmia z dumą Andrea Sosa. – Był posłusznym uczniem, lubił siadać w pierwszej ławce. Był taki jeden chłopiec, Walter, on to był okropny! Ale Leo nigdy nie musiałam niczego dwa razy powtarzać. Tak samo jak inni chłopcy nie mógł doczekać się przerwy, chciał wybiec ze szkoły i grać w piłkę. Wtedy właśnie zmieniał się nie do poznania. Do dziś widzę go, jak biegnie i drybluje po szkolnym placu, zupełnie jakby to było prawdziwe boisko”.

Leo siedział w pierwszej ławce, ponieważ był najniższym chłopcem w klasie. Mimo to, gdy przychodził czas na grę w piłkę nożną, przemieniał się w prawdziwego giganta. „Pewnego razu – wspomina jego nauczycielka – rozgrywano turniej futbolowy. Dzieci, które przychodziły do szkoły rano (Leo chodził na popołudniową zmianę), zaprosiły go do gry, ponieważ Lionel naprawdę potrafił grać i sprawiał, że zespół z nim w składzie zwyciężał każdy mecz. Jego drużyna była w tym turnieju niepokonana i wygrała całe rozgrywki”.

Sam Messi przyznaje, że nie był pilnym uczniem: „Szkoła była dla mnie trudna. Tak naprawdę nigdy jej nie lubiłem i byłem dość leniwy… Powinienem był intensywniej pracować, nauczyć się jakiegoś języka obcego. Wciąż zresztą się nie nauczyłem – z czystego lenistwa! Nieustannie powtarzam, że powinienem, ale ostatecznie odkładam to na później”.

Mimo że podczas lekcji się nie wyróżniał, gdy przychodził czas przerwy, zaczynał błyszczeć. Szkolny plac był jego królestwem, z piłką przy nodze czuł się ważny i szczęśliwy. Nigdy nie marzył, by zostać inżynierem, marynarzem czy astronautą. Jedynym jego pragnieniem było zostanie „profesjonalnym dryblerem”. To marzenie pomogło mu wyśnić kolejne, przemierzyć siedem mórz i odkryć nowe światy – zupełnie jak w baśni, którą przed snem czytała mu babcia.



BOISKO

Jedynym pragnieniem Celii, babci Leo, było szczęście jej wnuka. Dlatego niezależnie od tego, czy panowało dojmujące zimno, czy niemiłosierny upał, Celia niestrudzenie prowadziła chłopca do klubu Grandoli, a następnie zabierała z powrotem do domu. Nie zdawała sobie sprawy, że pomaga stawiać najważniejsze kroki w rozwoju jednemu z najlepszych zawodników w historii sportu.

Oscar López jest weteranem trenerskiego fachu, pracującym w niższych ligach, który przez lata przemierzył tysiące kilometrów, wyszukując obiecujących graczy w całym kraju. Swego czasu, pracując w klubie Renato Cesarini, przyczynił się między innymi do rozwoju kariery takich piłkarzy jak Javier Mascherano czy Martín Demichelis. Wiele lat spędził, pracując w Grandoli u boku Salvadora Aparicio, pierwszego trenera Leo. „Starsze dzieci rozgrywały mecz – wspomina López – ale brakowało im jednego zawodnika. Potrzeba było co najmniej siedmiu graczy. Dlatego poprosiliśmy Celię, by pozwoliła Leo dołączyć do drużyny”. Mimo że tworzący ją chłopcy byli od niego starsi i więksi, Celia zdawała sobie sprawę, że jej wnuk jest gotów na to wyzwanie.

„Wtedy jednak pojawił się kolejny problem. Każdy z naszych kompletów strojów był na niego za duży. Musieliśmy związać mu koszulkę z tyłu, żeby był w stanie grać – opowiada López. – Gdy wszedł na boisko, wydawał się nieco przytłoczony. Usiadł na murawie i zaczął się bawić trawą. Gdy tylko jednak trafiła do niego piłka, natychmiast się podniósł, gotowy do walki. To właśnie wówczas narodził się fenomen Messiego”.

Tego dnia uczniowie szkoły General Las Heras z pewnością szybko nie zapomną.

Salvador Aparicio, człowiek, który jako pierwszy uczył Leo Messiego sztuki futbolu, zmarł w 2008 roku. Don Salvador, emanujący ojcowskim ciepłem, zawsze gotów był z uśmiechem opowiadać o swojej gwieździe. „Gdy wstawiliśmy go do składu za pierwszym razem, musiał zagrać z chłopcami starszymi od siebie. Dlatego powiedzieliśmy jego babci, że jeśli zobaczy, że Leo płacze, od razu zdejmiemy go z boiska. Ale Leo przyjął pierwsze podanie, które do niego powędrowało, i zaczął dryblować – opowiada Oscar López. – Gdybyście mogli zobaczyć, jaki był wtedy maleńki… Byłem zadziwiony! Mijał wszystkich po kolei, nikt nie był w stanie go zatrzymać”.

„Bardzo brakuje mi Salvadora – ciągnie López. – Przez tyle lat dzieliliśmy piłkarską pasję. Szczerze mówiąc, podówczas sądziłem, że Rodrigo był znacznie bardziej utalentowany niż Leo, jednak istniała pomiędzy nimi jedna kluczowa różnica: Rodrigo był leniwy. Dlatego nie osiągnął tego co Leo. Messiego cechowała nienaganna dyscyplina treningowa. Taki po prostu jest”.

„Podobno w szkółce Grandoli jest pewien maluch”. Gdy Celia, zapragnąwszy odpo-cząć, zatrzymała się na schodach przy ulicy Laferrera, przed budynkiem o numerze 4700, gdzie mieścił się klub Grandoli, zobaczyła ludzi pokazujących sobie wzajemnie Leo. To on, ten mały, najmniejszy, wyróżniał się spośród wszystkich.

Gonzalo Díaz wspomina chwile spędzone wraz z Leo w dzieciństwie. Swego czasu tworzyli razem dwójkowy atak ekipy Grandoli. „Ludzie przychodzili tu, żeby go zobaczyć, i od razu mogli przyznać, że jest wyjątkowy. Nie jest normą, by chłopiec w jego wieku przyjmował piłkę i biegł z nią z jednego końca boiska na drugi, by zdobyć bramkę. Wszyscy dobrze zdawaliśmy sobie sprawę, że to on doprowadził nas do mistrzostwa”.

Don Salvadora Aparicio na ławce trenerskiej Grandoli zastąpił nie kto inny jak Jorge Messi. Szczęśliwie obyło się bez oskarżeń o to, że ojciec może faworyzować swojego syna, niezasłużenie wystawiając go w pierwszym składzie.

Jorge nie uciekł jednak od dylematów. Jego syn nienawidził bowiem dzielić się piłką z innymi. Jednak w jaki sposób ojciec miał uczyć go ducha gry drużynowej, skoro niemal każdy sprint Leo w kierunku bramki przeciwnika kończył się futbolówką trzepoczącą w siatce?

Nie była to jedyna charakterystyczna dla Leo cecha, którą zachował po dziś dzień. „Moja mama pamięta pewną historię – opowiada Gonzalo. – Graliśmy przeciwko klubowi Alice i dla Grandoli ten mecz był ważny jak mistrzostwa świata. Leo dwoił się i troił, wszędzie było go pełno. W drugiej drużynie był chłopak, który nieustannie go poszturchiwał i wymierzał mu ciosy łokciem. W tak niskich kategoriach wiekowych rzadko się zdarza, by karano kogoś czerwoną kartką, więc arbiter poprosił jedynie trenera, żeby zdjął tego dzieciaka z boiska, dopóki nie ochłonie. Jednak szkoleniowiec Alice odmówił i chłopak nadal uderzał i faulował. Wszystko zakończyło się kłótnią i bójką pomiędzy rodzicami. A Leo? Nigdy nie reagował na brutalne zaczepki, po prostu grał. Zupełnie tak samo jak dziś”.

Na tym jednak nie koniec historii o nieszczęsnym meczu z Alice. Gdy babcia Celia zobaczyła, że jej wnuk jest nieustannie poniewierany, podczas pomeczowej awantury sama przyłączyła się do rękoczynów…

Celia umarła w 1998 roku, prawdopodobnie w pełni przekonana, że przeznaczeniem jej wnuczka, liczącego sobie wówczas 11 lat, jest zostać kimś wielkim. „To była dla mnie bolesna strata, najbardziej bolesna, jaką przeżyłem”, mówi Leo, który nie może odżałować, że babci Celii nie było dane zobaczyć go jako profesjonalnego piłkarza.



Po każdym golu Messi wskazuje niebo i ten gest jest czymś więcej niż tylko znakiem miłości. To wiadomość, którą pragnie przekazać swojej ukochanej babci: „Zrobiliśmy to razem”.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość