Strona główna

Spór o Powstanie Styczniowe Pamięć 2013


Pobieranie 30.71 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar30.71 Kb.
Andrzej Nowak
Spór o Powstanie Styczniowe

Pamięć 2013

W miejscowości Orło, w gminie Małkinia Górna, powiat Ostrów Mazowiecka odrestaurowany został w latach 2010-2012 wyjątkowy zabytek: żeliwno-ceglana kaplica nagrobna z 1875 roku. Prace wykonało Nadleśnictwo Ostrów Mazowiecka. Ażurowa, wysoka konstrukcja żeliwnego baldachimu, zwieńczona cebulastą kopuła i prawosławnym krzyżem kryła szczątki generała kawalerii Imperium Rosyjskiego, Andrieja Aleksandrowicza Kucyńskiego (1803-1875). Swój tytuł gen. Kucyński otrzymał za wierną służbę w żandarmerii carskiej, jako naczelnik III, a później IV Okręgu Korpusu Żandarmów. Był najwyższym rangą przedstawicielem żandarmerii rosyjskiej odpowiedzialnym za tłumienie Powstania Styczniowego. Za zasługi w tej materii otrzymał także majątek Brok. Historia milczy o jego jakichkolwiek zasługach dla okolicy, w której osiadł i spoczął na wieki. No, może niezupełnie na wieki. Kaplica splądrowana wiele lat temu, straciła dawno charakter sepulkralny. Dziś jednak przyciąga uwagę przejeżdżających drogą z Ostrowi do Małkini.

Tak się składa, że gubernia łomżyńska, w której centrum znajduje się Orło i okazały grób-pomnik gen. Kucyńskiego, była terenem szczególnie ostrych walk w czasie Powstania Styczniowego. Najtragiczniejszy epizod rozegrał się 21 lipca 1863 roku w pobliskiej Wygodzie pod Łomżą, gdzie wojsko rosyjskie, uprzedzone dzięki aktywności wywiadowczej Korpusu Żandarmów, zaskoczyło 50 bezbronnych młodych ludzi, którzy kierowali się do oddziałów powstańczych działających w okolicy Czerwonego Boru. Po okrutnych torturach, z wydłubywaniem oczu włącznie, młodzi ludzie zostali zabici. Jedyną pamiątką tej tragedii jest wysoki na 90 cm żelazny krzyż nagrobny w Wygodzie. Z okolic Łomży wywieziono ponad 600 powstańców i tych, którzy udzielili im pomocy na Syberię. Najbardziej okazałą pamiątką związaną z okresem Powstania Styczniowego jest dziś odnowiony grobowiec szefa żandarmów. Część ludności miejscowej, przechowującej pamięć kulturową powstania, czuje się tym faktem dotknięta. Dlaczego nie buduje się pomnika powstania narodowego, a odnawia swoiste mauzoleum naczelnego oprawcy?

Sejmowa Komisja Kultury odrzuciła propozycję ustanowienia roku 2013 rokiem specjalnych obchodów 150 rocznicy Powstania Styczniowego. Zdecydowały o tym glosy posłów Platformy Obywatelskiej i Ruchu Poparcia Palikota (posłowie SLD i PSL nie wzięli udziału w głosowaniu). Usprawiedliwiając tę decyzję, Urszula Augustyn, posłanka PO, stwierdziła, że Sejm może podjąć tylko trzy uchwały czczące wydarzenie czy osobę w danym roku, a rok 2013 ustanowiony już został rokiem Juliana Tuwima, Witolda Lutosławskiego i Jana Czochralskiego. Przewodnicząca Komisji, Iwona Śledzińska-Katarasińska (PO, dawniej PZPR), dorzuciła jeszcze jeden argument: „Patron musi coś przynieść kulturze”.

Można się zastanowić nad tym argumentem, porównując znaczenie dla polskiej kultury prof. Czochralskiego (światowej sławy metaloznawca, w czasie II wojny światowej obywatel III Rzeszy, w ostatnich latach uwolniony od zarzutu kolaboracji) z jednej strony, a z drugiej – dziedzictwo kulturowe roku 1863: dzieła Elizy Orzeszkowej, Bolesława Prusa, Stefana Żeromskiego, Marii Rodziewiczówny, Maksymiliana Gierymskiego, Artura Grottgera, Józefa Chełmońskiego, Jacka Malczewskiego, aż po Stanisława Rembeka i Władysława Terleckiego. Można by uwzględnić także dzieła kultury zagranicznej inspirowane Powstaniem, jak choćby preludium symfoniczne Polonia, najbardziej znanego kompozytora brytyjskiego, Edwarda Elgara, cytujące motyw muzyczny hymnu powstańców – Chorał Ujejskiego. Przywołując słowa tego ostatniego: „Inni szatani tam byli czynni”. Nie o kulturę tu chyba chodziło.

Publicysta Jacek Żakowski jest chyba bardziej szczery od posłanek PO. Na falach eteru wyraził swoje oburzenie, iż Senat nie był tak przezorny jak Sejm i jednak Powstanie Styczniowe uznał za godne uznania specjalnymi obchodami w 150 rocznicę. „Bym się zawahał, czy akurat te tradycje, bezmyślnej, beznadziejnej, bezsensownej walki, choć z całą pewnością szlachetnej, ofiarnej i patriotycznej, należy czcić właśnie teraz, kiedy wracają groźnie i bezsensownie w polskim myśleniu i polskiej polityce? Czy nadymać ten balon?”

A zatem szlachetność (niestety), ofiarność i patriotyzm znów zagrażają – jakiemuś myśleniu, nadziei i sensowi, uważa redaktor Żakowski. Zauważmy w jego interpretacji słowo „znów”. Ono wydaje się najtrafniejsze. Tak, oceny Powstania, jego znaczenia w polskiej historii zmieniają się, niektóre powracają po latach, inne ze wstydem jakby zanikają.
Od klęski do zwycięstwa (1864-1918)

Bezpośrednio po Powstaniu, w roku 1865 czy 1870, poczucie klęski, bezsensu w związku z tym wielkich poniesionych w Powstaniu ofiar, mogło być najżywsze. Widać było także z bliska głupotę, małość niektórych dowódców, strach, z którym nie zawsze skutecznie mogli się zmierzyć uczestnicy (zwłaszcza niedoszli). Choć i silne musiało być także wrażenie, jakie wywierało bohaterstwo, poświęcenie, ofiara – tych, którzy walczyli, polegli, zostali straceni, zesłani. Najzjadliwsze krytyki Powstania pisano zaraz po jego zakończeniu. Pisali je nie tylko zamówieni przez zaborców kolaboranci, ale również byli uczestnicy jego walk, jak choćby Stanisław Koźmian, jeden z mistrzów krakowskiej szkoły „stańczyków”. Koźmian i jego rówieśnicy nie mogli widzieć, jakie długofalowe skutki mógł mieć ten przykład „szaleńczego” bohaterstwa.

Zupełnie inaczej można to było zobaczyć w 55 rocznicę Powstania: w roku 1918. Okazało się wtedy, że chłop – nasz przodek, uwłaszczony tak korzystnie i radykalnie – dzięki Powstaniu! – dojrzał już do polskości. Dojrzał do niej także dlatego, że już nie kojarzyła się z pańszczyzną, ale bardziej z tą wspaniałą walką o wolność, którą zapisały dzieła polskiej kultury: te, na których opierała się masowa inicjacja do polskości w czasach Sienkiewicza, Żeromskiego, Wyspiańskiego. I ten chłop obronił Warszawę w 1920 roku. Inaczej niż białoruski, ukraiński, rosyjski w 1917-1918 – obronił się przed pokusą zemsty klasowej i społecznej anarchii, do której nawoływali go bolszewicy. Oczywiście nie tylko chłopów ta złota legenda polskiej walki o wolność, w której centrum było Powstanie 1863 roku, podnosiła do polskości. Najlepiej może jej sens wyraził uczestnik zwycięskich walk 1918 i 1920 roku, a potem wielki historyk czasów Powstania, syn ukraińskiego socjalisty i dziedziczki rodu żydowskich księgarzy ze Lwowa – Henryk Wereszycki. W 1978 roku tak odpowiadał Tomaszowi Łubieńskiemu, który w swej głośnej w owym czasie książce Bić się czy nie bić znów potępiał powstańcze tradycje: „[…] książka ta przeciwstawia się pojmowaniu naszej niewoli w XIX wieku jako sprawy patetycznej. A właśnie tak odczuwało tę sprawę moje pokolenie – to najszczęśliwsze polskie pokolenie, które nie tylko walczyło o niepodległość, ale ją uzyskało. A czy nie zgodzi się Pan z tym, że właśnie owe walki orężne i nieorężne ofiarne wysiłki dały narodowi siłę, która w istotny sposób pozwoliła Polsce odzyskać niepodległość? Jestem zdania, którego Pan nie podziela, że obrona słusznej sprawy dawała Polakom uzasadnione poczucie moralnej wyższości nad zaborcą, a to właśnie było źródłem dumy narodowej, czynnika tak bardzo istotnego dla przetrwania niewoli. Dlatego we wszystkich moich publikacjach starałem się pobudzać dumę z naszych walk o niepodległość. Sądzę bowiem, że i dziś jest ona potrzebna”.

Tak, w 1918, 1920 i 1933, kiedy z pompą obchodzono 70 rocznicę Powstania Styczniowego, nikt nie miał wątpliwości, że bohaterska obrona słusznej sprawy – jak w 1863 roku – miała fundamentalne znaczenie dla tego, że Polska przetrwała. Przekonanie to było żywe i powszechne nie dlatego, że państwo, II RP, narzucało je w okolicznościowych akademiach. Było tak z tego powodu, na który zwrócił uwagę po latach Wereszycki: Polacy w II RP mieli to poczucie, że sobie, a raczej najdzielniejszym spośród siebie, zawdzięczają niepodległość, możliwość urządzania domu po swojemu. Że nikt nam wolności nie darował, ale że mieliśmy udział skuteczny w walce o nią – w powstaniu listopadowym roku 1918 w Królestwie Polskim, kiedy rozbrojone zdemoralizowane już oddziały niemieckie, w dopełniającym je powstaniu wielkopolskim, potem w trzech powstaniach śląskich, a nade wszystko w zwycięstwie nad bolszewickim zagrożeniem w roku 1920. Z tej perspektywy widziane Powstanie Styczniowe było słupem milowym na drodze do zwycięstwa.


100 rocznica

Potem przyszła klęska: 1 i 17 września 1939. I kolejne powstania przeciw niej podnoszone, od masowej konspiracji zbrojnej (w AK przede wszystkim) i cywilnej, do kulminacji w Powstaniu Warszawskim. I przychodzące znów ze wschodu, z centrum dawnego Imperium Murawiewa, choć pod nowymi sztandarami, „mniejsze zło”. I znów poczucie przemożnej siły najeźdźców, z którą lepiej może się układać, paktować, aniżeli walczyć bez szans. Wielopolski stał się, pod piórem Ksawerego Pruszyńskiego, znów symbolem politycznej mądrości. Głupi znowu byli powstańcy, zbrodniczy – ich dowódcy.

A jednak 100 rocznica Powstania, obchodzona w samym środku epoki Władysława Gomułki, była obchodzona godnie. Jej dziedzictwem były przede wszystkim kapitalne badania historyczne, kierowane przez prof. Stefana Kieniewicza, które przyniosły monumentalne publikacje źródłowe, wiele cennych monografii. Niezwykle ciekawe intelektualnie były także dyskusje prowadzone wówczas nad sensem Powstania. Najostrzej, w najbardziej demagogiczny i lizusowski pod adresem Moskwy sposób zaatakował sens polskiego wystąpienia w obronie wolności Stanisław Stomma, w artykule wstępnym „Tygodnika Powszechnego”. W podobnym duchu wypowiadali się (na innych łamach) m.in. Jan Dobraczyński i Aleksander Bocheński: Powstanie było wynikiem szaleńczego kompleksu antyrosyjskiego, niszczyło politykę rozumnej ugody.

„Tylko jeden zaborca – napisał Stomma – robił próbę jakiegoś kompromisu z Polakami, nie chciał całkowitego wymazania państwa naszego z mapy świata”. Tym szlachetnym zaborcą byłą oczywiście Rosja. Cóż, Stomma nie czytał jeszcze wydanej w ramach serii redagowanej przez profesora Kieniewicza kilkutomowej korespondencji namiestników Królestwa Polskiego z carem (Aleksandrem II), nie mógł także oczywiście poznać ostatniego dzisiaj słowa ustaleń historiografii polskiej (Henryka Głębockiego – Fatalna sprawa. Kwestia polska w rosyjskiej myśli politycznej, 1856-1866, Kraków 2010) i rosyjskiej (Michaiła Dołbiłowa, Russkij kraj, czużaja wiera…, Moskwa 2010). Gdyby mógł, zobaczyłby, jak radykalnie, jak daleko mijał się z prawdą. W 1963 roku jednak, tak jak w 1863, wiedza o tym, jak wygląda polityka rosyjskiego Imperium wobec polskości i Polaków była znana.

Do niej nawiązywali polemiści ideologa „Tygodnika Powszechnego”. Należał do nich m.in. prof. Konstanty Grzybowski z UJ, który na kartach „Życia Literackiego” odrzucał tezy „docenta Stommy”. Przypomniał cenę biernej akceptacji rosyjskiego panowania: w jednym tylko powiecie piotrkowskim z 11 tysięcy rekrutów powołanych na służbę do Imperium między 1833 a 1856 rokiem, do kraju wróciło zaledwie 498 inwalidów-żebraków. Reszta zginęła lub umarła – gdzieś w walce z góralami kaukaskimi, w kazachskich garnizonach… To były ofiary zgody na podporządkowanie, o ileż liczniejsze od ofiar walki o wolność. A jednak setki Polaków służyło przed Powstaniem 1863 roku w carskim aparacie represji (jak choćby wspomniany gen. Kucyński), wielu z nich brało jeszcze czynny udział w tłumieniu Powstania. Ale właśnie po 1863 roku było to już coraz trudniejsze. O tym właśnie przypomniał Polakom roku 1963 Grzybowski: „Nie każda ugoda prowadzi do programu zapomnienia o polskiej odrębności narodowej. Nie każda ugoda prowadzi do tego, że Polak jest w czasie powstania walczącym z nim oficerem rosyjskim, carski szpiclem czy carskim prokuratorem – a było takich wielu […]. Ale granice między tą postawą ugody, która polega na braniu od zaborcy tego, co jest z korzyścią dla narodu w zamian za kompromis z nim, a tą postacią ugody, która, która prowadzi do zaprzaństwa narodowego i służenia zaborcy przeciw własnemu narodowi – te granice są płynne. […] Stefan Bobrowski miał rację, jeśli widział w powstaniu środek mający przekreślić możliwość tej ewolucji, która przez ugodę prowadzić mogła do upatrywania w Polakach tylko jednego z plemion narodu rosyjskiego, czy do lojalności wobec zaborczego rządu w każdej sprawie i przeciw każdemu, także przeciw własnemu narodowi. […] Granica między lojalnością wobec własnego narodu a renegactwem stała się jasna i stanowcza. I chyba – jeśli się patrzy z perspektywy stu lat – to jedna z wielkich zasług tych, którzy odrzucili rzekomy ‘Piemont’ pod rządami Aleksandra II (po którym – pamiętajmy – przyszedł Aleksander III). Ich alternatywą zaś nie były zgliszcza, lecz takie przekształcenie narodu, by ostatecznie już przestał być szlacheckim i by wobec zaborcy był jednością.”

Potwierdzał tę diagnozę krakowskiego profesora Stefan Kieniewicz na łamach tygodnika „WTK”: „rządzenie Polską rękami Polaków pod rządami carskimi stało się po Powstaniu Styczniowym niemożliwe. To było jedno z następstw, które sprawiło m.in. to, że mimo klęski oczywistej naród się stosunkowo szybko pozbierał i odrodził. Bo ostatecznie te masowe ruchy polityczne, jakie zaczynają się od lat osiemdziesiątych, to jest kwestia, która chyba świadczy o tym, że długotrwała to klęska 1863 roku nie była”. Najdobitniej zaś podsumowywał redaktor wrocławskiego tygodnika, Wojciech Janicki: „Powstanie Styczniowe obroniło nas w jakiś sposób przed moralnym spodleniem. Nie tylko dlatego, że zlikwidowało stan, w którym administracja polska reprezentowała reżim policyjny Petersburga na naszym terenie, ale również dlatego, że na gwałty – a gwałtem przede wszystkim była branka Wielopolskiego – można się godzić, tylko pytanie: jak długo. Jeżeli człowiek zbyt długo godzi się na gwałt i przemoc, to przecież to ma w społeczeństwie jakieś kolosalne konsekwencje moralne.”


Duma odrodzona i zabrana

Na przedstawioną przez Stommę i Dobraczyńskiego obronę poddania Rosji (w nowej, sowieckiej wersji), obronę zgody z każdym, kto jest od nas silniejszy, zgody, która oznacza ostatecznie podporządkowanie, najpiękniejszą odpowiedź historyka przedstawił w 1963 roku Henryk Wereszycki na stronicach „Odry”. Nie będę jej tutaj przywoływał. Chcę raczej przypomnieć, że 19 lat później, na łamach tego samego „Tygodnika Powszechnego”, który w 1963 roku uczynił z potępienia tradycji powstańczej swój programowy manifest, Henryk Wereszycki mógł napisać te słowa: „tradycja powstania styczniowego stała się jednym z fundamentów wychowania narodowego. Żyła ona przez cały czas od jego upadku aż do odzyskania niepodległości. Bo też to powstanie objęło bardzo szerokie masy uczestników, a tym samym stało się niezmiernie silnym bodźcem uświadomienia narodowego – siły sprawczej zwycięstwa w walce o niepodległość. Powstanie styczniowe uczy nas, że naród polski potrafi przetrwać każdą klęskę i uczynić z niej zaczyn późniejszego zwycięstwa”.

Był rok 1982, trwał stan wojenny, który znów, tak jak rok 1863 dla wielu stał się granicą, wyraziście nakreśloną między (wcześniej akceptowaną) ugodą a podłością. Ludzie, którzy w 1956, 1966, 1968, 1970, 1976 nie widzieli jeszcze kolejnych wystąpień w walce o polską wolność, kontynuacji tego samego ducha, z którego wyrastał rok 1863, ci sami ludzie w Sierpniu 1980 roku, albo już wcześniej, w czasie I pielgrzymki Jana Pawła II od Ojczyzny, albo wreszcie 13 grudnia 1981 roku – zobaczyli, że ta walka trwa i że trudno stać z boku. I wielu z nich przeżyło wtedy najpiękniejsze może chwile swego życia. Jak redaktor Żakowski w Biurze Informacji „Solidarności, jak red. Katarasińska-Śledzińska, która po wystąpieniu z PZPR dołączyła do współpracowników prasy podziemnej, tak jak wcześniej jeszcze prof. Stanisław Stomma – w samotnym geście sprzeciwu wobec haniebnych poprawek do konstytucji PRL. Oni też mieli swój udział w sztafecie polskiej wolności.

Ale stan wojenny był także czasem łamania nadziei, który skończył się kompromisem, ugodą – z szefem Korpusu Żandarmów. Ceną tamtej ugody była także zmiana historycznej perspektywy, a w ślad za nią historycznej edukacji, jaką będą prowadziły wielkie media, zorganizowane przez twórców owego kompromisu dla III RP. Sednem tej nowej lekcji historii było odebranie Polakom poczucia własnego zwycięstwa. To nie powstania, nie walka „Solidarności”, nie wspaniała polska niezgoda na zniewolenie – ale łaska panów PRL, zgoda tych, którzy nad tymi panami mieli władzę: panów na Kremlu, wreszcie zmiany światowych koniunktur – to nam przyniosło wyzwolenie. Pacta sunt servanda – pamiętne słowa wypowiedziane przez rzecznika OKP, Janusza Onyszkiewicza w dniu 5 czerwca 1989 roku do wyborców „Solidarności” oznaczały takie radykalne przewartościowanie. Od werdyktu tych wyborców, którzy uwierzyli w siłę swojego głosu, siłę swojej niezgody na dalsze trwanie systemu biedy i opresji – i odrzucili „listę krajową” PZPR w wyborach, ważniejszy okazał się układ zawarty z panami PRL. Ten pakt okazał się ważniejszy od werdyktu społecznego. I trzeba było głosowanie powtórzyć… To właśnie było złamanie poczucia własnego zwycięstwa, złamanie poczucia podmiotowości. Potem przyszła instrukcja pierwszego „solidarnościowego” szefa telewizji, Andrzeja Drawicza, żeby w audycjach 13 grudnia 1989 roku po równo oddawać rację tym, którzy osiem lat wcześniej strzelali i tym, do których strzelano. Tak, to zmieniało spojrzenie także na wszystkie polskie powstania…

Ale kto by się przejmował. Żyło nam się coraz lepiej. Mieliśmy wolny kraj. Kraj wyzwoleńców, już nie powstańców. Oczywiście nie wszyscy dzielili tę perspektywę. Były wybory 2005 roku. A potem był 10 kwietnia 2010 roku – i rzeczywiście, tak jak to zasugerował red. Żakowski – wróciły pytania o polską wolność. Skoro Rosja Putina okazuje się najzaufańszym dla polskiego rządu partnerem do wyjaśnienia okoliczności tej tragedii, która się pod Smoleńskiem dokonała. Te pytania wróciły i wtedy, kiedy dziesiątki tysięcy ludzi oddawały na Krakowskim Przedmieściu hołd tym, którzy zginęli pod Smoleńskiem. I wtedy, kiedy z inicjatywy polskich władz postawiony został pomnik żołnierzom Armii Czerwonej idącym szturmować Warszawę w 1920 roku. I wtedy, kiedy można się przekonać (a można się o tym przekonać codziennie), że uznany za patrona polskiej stabilizacji geopolitycznej Władimir Putin nie jest jednak dobrym patronem wolności, ani w swoim kraju, ani wobec sąsiadów. Tak, te pytania wracają. I tak wraca spór o granice ugody i sens Powstania.

Jaki był ten sens? Taki, jak chciał Stanisław Koźmian zaraz po 1863, Stanisław Stomma w 1963, jak politycy Platformy i Ruchu Poparcia Putina w 2013 – czy może taki, jak to wyraził Józef Piłsudski w 1914, Henryk Wereszycki w 1963, Lech Kaczyński w 2008 roku w Tbilisi („za naszą i waszą…”)?



Mickiewicz przypomina, iż „Ten tylko pozna przeszłe, kto zna przyszłe wieki.” Poznamy ostateczny sens Powstania w historii Polski, kiedy ta historia się skończy. Wtedy ktoś będzie mógł zapytać, czy Powstanie ten koniec przybliżyło, czy też oddaliło. Wydaje mi się – z perspektywy 150 lat dopiero, jakie od niego upłynęły – że bardzo trudno będzie wykazać, iż bohaterski zryw Polaków w obronie wolności był krokiem w stronę końca tej historii. Skoro budzi dziś emocje, to znaczy, że tę historię ożywia, że odnawia Polskę. Jeśli ktoś tego nie chce – niech powie wprost.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość